Jacek Bocheński

Arab


bochenskiZapoznałem się jako tako z Khailem Gidranem. 
Pisarz arabski, również malarz, urodzony w Libanie, ale jeszcze pod panowaniem tureckim w roku 1883, można powiedzieć, uchodźca, chrześcijanin, miałby drobną szansę nawet w Polsce, od dzieciństwa w Stanach Zjednoczonych. Z czasem zaczął pisać także po angielsku. W roku 1931 zmarł. 

Jacek Bocheński

Uchodźcy

bochenskiCzytam, że liczbę polskich emigrantów zarobkowych, przebywających poza krajem w roku 2015, oceniano na dwa miliony. Zarazem w Polsce było ponad milion "zdecydowanych" na wyjazd. Według innego źródła, więcej niż trzy miliony "rozważało możliwość" emigracji. Gdyby tylko kilkaset tysięcy spośród tych rozważających dołączyło do już przybyłych za granicę lub "zdecydowanych", można by przyjąć, że z grubsza od trzech i pół do czterech milionów osób, czyli mniej więcej co dziesiąty Polak bądź Polka to faktyczni albo potencjalni emigranci ekonomiczni. Bo nie uchodźcy wojenni ani polityczni, jak w czasie drugiej wojny światowej lub za Polski Ludowej. Emigracja polska pozostaje nadal formą ucieczki od złych warunków w rodzimym kraju, chociaż współczesne złe warunki są obiektywnie mało podobne do historycznych złych. Jednak subiektywnie mogą się wydawać dzisiejszym emigrantom nie mniej rozpaczliwe. Rzecz ludzka. Każdy mierzy nieszczęście skalą własnego bólu. 

Andrzej Walter

 

 

Demokracja analfabetów

 

 

celnikier judith 


  Coraz częściej odnoszę wrażenie, że cały, tak zwany świat literacki, zajmuje się głównie biciem piany. Ubija tę pianę konsekwentnie, wytrwale i namiętnie. Toczy pianę z ust niedobitków krytyków, tłoczy pianę w zdeformowanej realności degradacji pisarzy i pisarstwa, zalewa pianą resztki nieczytanych czasopism, które zajmują się literaturą. Piana słowotoku wystaje mu z każdej dziurawej kieszeni i wbrew prawu ciężkości pęcznieje na potęgę przykrywając nas w zasadzie w całości.

Jacek Bocheński



Metro i Czas letni


bochenskiPociągu jeszcze nie widać. Zapowiada, że nadjeżdża, odgłosami podobnymi do kaszlnięć. Zaraz potem wydaje z siebie najpierw szmer, który jednak szybko zamienia w coś bliższego trąbieniu, w przeciągłe, potężniejące, jakby zachrapanie metalowego smoka. Bardzo długie. A smok już błysnął w głębi tunelu jednym ślepiem, rozjaśnił tam z lekka ciemność żółtawą poświatą. Niepostrzeżenie kończy swoje smocze zachrapanie, przekształca je w ryk, i już wtacza się z reflektorami, hukiem i grzmotem na peron, gdzie stoję. Wsiadam do drżącego jeszcze wagonu, bo to jest moje metro warszawskie. I jadę. Cały czas wśród łomotu i właściwych metru warszawskiemu stuków, przez które z trudem przebija się tylko głos męski, wywołujący raz po raz nazwy kolejnych stacji. Brzmi to trochę tak, jak brzmiał kiedyś głos herolda, gdy musiał z obwieszczeniem zwrócić się do tłumu. Ale ja w metrze jestem zadowolony, bo mimo huku słyszę. A drugiego metra nie mam do dyspozycji . I żaden Kowalski nigdzie w Polsce nie ma.

Piotr Wojciechowski

                

 

O kiczu i innych surogatach raju

 

piotr-wojciechowski   Te dwie książki od zawsze stoją obok siebie, a po każdej przeprowadzce odnajdują się  jak rozłączeni bohaterowie melodramatu.

    Pierwsza to – Artur  Międzyrzecki; Rimbaud, Apollinaire i inni. Czytelnik rok 1988.

    Druga – Lirycy francuscy; wybór poezyj od XII do XX wieku; wydał i przypisami opatrzył Leopold Staff.  Warszawa 1924; Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska”.

    Myślę sobie o trwaniu literatury, o potrzebie piękna w czasach zamętu i przemian. Lata osiemdziesiąte wieku XX były burzliwe i niedobre. W początkach lat dwudziestych Polska powstawała z ruin, biedy, pobojowisk.

    W sytuacji zamętu i przemian tłumaczyło się i wydawało francuskich poetów, w tych czasach mimo niedostatku kupowało się i czytało książki z francuską poezją. Czytać poezję, to poddać się przemianie, a to czasem znaczy – stanąć na progu przestrzeni Przemienienia.

Ewa Klajman-Gomolińska



Wiara czy niewiara

 

 

wiosna0029


                  Jakoś trzeba przeżyć to życie i żeby przy tym nie oszaleć, nie uciekać przed życiem do lasu, każdy czymś się wspiera i na czymś opiera. Dla większości jest to religia. Jest tak ważną ochroną przed wariactwem bądź nieuleczalnym lękiem ( pierwotny jest wręcz konieczny), że dla religii zabija się, niszczy i walczy z tymi, którzy mają inną religię. Inna religia jest, co prawda, też lekiem na szaleństwo, ale przecież tu nie można się pomylić jak z zapachem perfum. Pomyłka mogłaby oznaczać niezbyt skuteczną terapię jednych albo nieodpowiedni medykament dla drugich, więc albo ta religia, albo żadna. Niektórzy uważają się za ateistów albo agnostyków (ci najczęściej łakną cudu, dowodu naukowego bądź nawrócenia), choć samo założenie niewiary jest przyjęciem wiary jako aksjomatu.

Jan Stanisław Kiczor



O wieczorkach poetyckich

 

kiczor-fot


Udało się! Ukazał się nasz pierwszy (czy może kolejny) tomik poetycki. W moich rozważaniach  nie ma wielkiego znaczenia  czyj to tomik, przez kogo wydany, jakim nakładem kosztów (czy innych zabiegów), oraz o jakiej artystycznej zawartości. Tomik jest.

 

Gdy więc zostaliśmy już obcmokani przez przyjaciółki, poklepani przez kumpli, a  Facebook lajków nam przysporzył (zawsze mniej niż chcielibyśmy), gdy już ochłonęliśmy z wrażenia i wewnętrznego spełnienia – należy (podpowiadają nam to), zadbać o jakieś rozpropagowanie pomieszczonych w tomiku wersów. Niechaj zdążają „pod strzechy”.