Z lotu Marka Jastrzębia




Felieton   Literatura, rozarium, teatr



Literatura

Filip WrocławskiTrzymam w swojej bibliotece utwory pisane krwią, farbowane wzruszeniem, niedosytem, tchnące prawdą dzieł nacechowanych cynizmem. Znaleźć też wśród nich można książki nudne i zawiłe, jakieś odstręczające i limfatyczne cegły upstrzone drętwym, poprawnościowym stylem topornego skrupulanta, komercyjne i kompromisowe, fabularne gnioty wygrzebane z obojętności, zimne, zniechęcające do lektury i pisane na obstalunek. Albo nieszablonowe, bliskie i od razu moje, poetyckie i prozatorskie diamenty, stylistyczne perły inkrustowane myślą, rozświetlone blaskiem. Przechodząc obok regałów, przenikam w inne światy. Mam wówczas do czynienia z różnorodnymi obszarami, wkraczam w metafizyczne, ponadzmysłowe przestrzenie książek pożółkłych ze starości, a przecież tak mi znane i stale we mnie obecne….

Marek Jastrząb


Dlaczego jest źle?



Filip WrocławskiKiedy zastanawiam się nad tym, przypomina mi się opowiadanie Malcolma Lowryego – "Lapis", autora głośnej powieści "Pod wulkanem".


Akcja rozgrywa się w szpitalu. Jeden ze współpacjentów głównego bohatera zwierza mu się, że nad historią jego choroby, nad ustaleniem diagnozy i dalszym leczeniem osobiście czuwa jeden z najlepszych tutejszych medyków. Myśl, że jest pod opieką, że ktoś zajmuje się jego sprawą, pozwalała mu przetrwać pobyt w tym miejscu, pozwala mu żyć nadzieją na wyzdrowienie. Lecz gdy nareszcie, po paru tygodniach bezskutecznego oczekiwania na lekarza, dostrzegł go na korytarzu, podszedł do niego i starał się dowiedzieć, jak tam z jego problemem, zdziwiony lekarz zapytał go, kim jest i na co się skarży, bo go nie pamięta.

Z lotu Marka Jastrzębia



Obyśmy byli zdrowi!

 

Bogumiła WrocławskaCzy zastanawialiście się, ile kosztuje nas utrzymywanie wrażenia, że jesteśmy leczeni? Ile za to wrażenie musimy zapłacić? Pytań jest znacznie więcej, a wszystkie one są w dużym stopniu kłopotliwe, jednakowoż zaoszczędźmy sobie zbędnej fatygi, bo i tak jest głupio, ograniczmy się tylko do płacenia coraz wyższych składek zdrowotnych. Czyli, jak przed, tak i po transformacji, dajmy nadal robić się w konia. Ostatecznie taki jest podział ról: jeden jest fryzjerem, a drugi – baranem ( rankingu na najlepszego bezduszniaka, nie da się wyróżnić żadnej Instytucji. Począwszy od NFZ, a na ZUS skończywszy, wszystkie te urzędy idą nam na rękę, byśmy ani przez chwilę się nie nudzili; zapewnienie nam godziwej rozrywki, to ich zadanie).

Z lotu Marka Jastrzębia


Czytanie Gazety



Zbigniew T. SzmurłoOrientacja, to grunt. Rozeznanie w tematach wygęganych przez media. Bo nie uchodzi być dyletantem. Bublicystycznym warchołem. Trzeba wetknąć nos w prasę. Poznawać poglądy sprzeczne z naszymi. Należy bezustannie poszerzać swoje horyzonty. Być poinformowanym i mieć zdanie. Sprawować nad nim kontrolę. Choćby było nieszczególne, ale niech będzie własne. Tak sobie dowodziłem zabierając się za lekturę codzienników (pozwoliłem sobie zostawić na weekend miesięczniki i pastewno - bulwarowe tygodniki).

Krzysztof Suchomski



Biblioteka Adasia


Tata Adasia w dzieciństwie zaczytywał się książkami, które powinni poznać młodzi chłopcy. Trzeba koniecznie wiedzieć, że czytanie było tym, co w pierwszych osiemnastu latach życia wychodziło Tacie Adasia zdecydowanie najlepiej. Osiągnął w tej, nie olimpijskiej, niestety, dziedzinie prawdziwe mistrzostwo. Dziś, zapadając w drzemkę po przeczytaniu kilkunastu zadrukowanych stron, Tata Adasia zazdrości swojej dużo młodszej wersji, która zabierała się do książki po południu, by skończyć jej lekturę w nocy, a w najgorszym wypadku nad ranem. Sami widzicie, że wydajność czynności czytania nie stanowiła w zamierzchłych czasach żadnego problemu. Wąskim gardłem była organizacja dostaw lektur w tempie adekwatnym do tempa czytania. Tata Adasia był dzieckiem najstarszym, a więc nie mógł liczyć na schedę po rodzeństwie. Z kolei biblioteka rodziców, będąca areną pasjonujących poszukiwań, zawierała w większej części pozycje przeznaczone dla osób pełnoletnich, które Tata Adasia odłożył sobie do ukończenia dwunastego roku życia. Pozostawała biblioteka szkolna i to, co udało się upolować na mieście, choć oferta księgarń pod względem wachlarza wyboru nie różniła się wiele od oferty drogerii, sklepów meblowych czy odzieżowych.

Marek Jastrząb


Recenzja pewnego dzieła

Fot. Paweł KęskaStaraniem entuzjastów „Wiedzy Chodnikowej” powstała na naszym wydawniczym rynku nowa, lecz już obiecująca oficyna. Nazywa się ona Biblioteka Problemów Niepotrzebnych. Jej założeniem jest maksymalna popularyzacja nauki uważanej dotąd za odpadową.

Już pierwsza jej pozycja wzbudziła zainteresowanie czytelników. Jest to historyczny przewodnik po królestwie zwierząt. Ale myliłby się ten, kto by chciał znaleźć w nim opis zwierząt standardowych. Tego rodzaju stereotypowe organizmy są umieszczone w słownikach i encyklopediach innych wydawnictw.  Autorzy  omawianej pracy koncentrują się na formach niebanalnych, ze wszech miar dziwnych i jakże mało poznanych. Np. na wniknięciu w ekscentryczne losy Kangura Plecakowatego.

Z lotu Marka Jastrzębia


IGRZYSKA czyli komercyjne szczury z KASĄ

 

 

Zbigniew T. Szmurło Przebywam w świecie niechcianym, narzuconym, skonstruowanym przez osobnika umysłowo nieszczególnego. W krainie strachu, agresji, groteskowych recept na cokolwiek. Żyję w otoczeniu farfocli, płaskich wrażeń i naskórkowych ocen. Znajduję się na marginesie obcych zdarzeń. Jestem jako dodatek do kwiecistego kożucha: moralnie plugawiony przez współczesną odmianę Nikodema Dyzmy. A kiedy o tym mówię, Obywatel Dyzma powiada, że marudzę. I dziwi się, jak można nie lubić tragedii, istnieć bez magla i plotek, trupów i ofiar, przemocy i katastrof. Co to za życie bez gwałtów i seryjnych morderstw? Zwłok rozmazanych na ścianie? Jak nie pokazywać strumieni krwi, obejść się bez ofiar i malowniczych dramatów? Jak można wytrzymać bez codziennej dawki zgrozy i upojnego słuchania jęków ludzi wołających o pomoc? Przecież to tak rozkoszne doznania! Balsam dla oczu! A generalnie, to chce tego NARÓD! Odpowiadam mu słowami Rochefoucauld: Zawsze mamy dość siły, aby znieść cudze nieszczęście. Jednak po rozpaczliwej tępej minie mojego gnębiciela poznaję, że nie wie, o co mi chodzi.