Jan Stanisław Smalewski

Ich ostatnia defilada (5)

1 kwietnia – po południu w niedzielę.

 

smalewski2            Sobotnie popołudnie spędziłem w klubie garnizonowym, uczestnicząc w podsumowaniu Okręgowego Przeglądu Zespołów Dziecięcych. Jury postanowiło mój „puchar szefa wydziału wychowawczego CSWŁ” przyznać zespołowi z WOSW Zmech z Wrocławia. Gdy na koncercie finałowym wręczałem go laureatom, na sali była obecna moja żona z dziećmi. Przyszła obejrzeć zwycięskie „Biedronki” z Brzegu i porozmawiać ze swoją byłą koleżanką Jadwigą Siomą. I wtedy to, gdy po ogłoszeniu werdyktu, na sali wypełnionej po brzegi ludźmi zapanowało milczenie, a ja wyszedłem zza kurtyny z pucharem, ze środkowego rzędu w głębi tłumu rozległo się głośne „O, mój tato!” mojej córki, Oli. Sala ożywiła się; zapanowało rozbawienie.

 Piotr Wojciechowski

biesiadny styczeń 2017

 

MIĘDZYEPOKA czyli – RY, RU, RI, RE

 

Piotr Wojciechowski     Najpierw dygresja: Pojechałem do Wrocławia odwiedzić przyjaciół - dawnych grotołazów. Niespodziewanie jednak okoliczności towarzyskie, którym ulegam z ufnością, wrzuciły mnie w towarzystwo Bractwa Kurkowego obchodzącego uroczystości i rocznicę Powstania Styczniowego. Poczty sztandarowe szkół, Bactwa, Piłsudczyków, obnażone szable, kwiaty, salwy honorowe, orkiestra wojskowa. Z obiadu w knajpie „U Fredry” w kompleksie gmachów ratuszowych wyszliśmy z Królem Kurkowym prosto w jakieś niewielkie zbiegowisko na Rynku. Anim się obejrzał, stałem z mikrofonem pośrodku tłumu i czytałem wiersz Bolesława Leśmiana. Nieznany mi dotąd piękny wiersz. Obok mnie Król Kurkowy w błękitnej pelerynie i czerwonym kapeluchu z bażancim piórem.

Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (5)

Z noco–dziennika: 17 marca 1990 r. (w sobotę po 21.38)

 

 

smalewski2

            Klamka zapadła; rozwiązują Zarząd Polityczny SOW. Zaraz po ósmej zadzwoniłem do szefa. W jego gabinecie pełnił dyżur jeden z moich kolegów, Wiesiek.

Cześć Wiesiu! Co ciebie?

Pozytywnie.

– Szefa nie ma dzisiaj?

Szef chyba leczy kaca.  – Mówiąc szczerze, gdybym nie miał dyżuru, sam bym się upił. Wszystko się zawaliło. Po co ja jeździłem do tej Moskwy?/* – wyjaśnił.

            Ale... studia w Moskwie odbyli tylko nieliczni oficerowie ZP SOW. I nie dlatego podjęto decyzję o likwidacji instytucji. Podjęto ją z powodów proceduralnych; wdrażania zasady apolityczności armii.

Wacław Oszajca

 

 

Ziemia i niebo 

Niebo w niebie czy na ziemi?

 

Wacław Oszajca

Długie jesienno-zimowe wieczory z natury skłaniają do wspomnień. Dawniej towarzyszyło temu darcie pierza, przędzenie wełny i lnu, dzisiaj niestety telewizor i komputer. Niestety, gdyż z maszyną trudno się rozmawia. Jakie więc tegoroczne wydarzenie zapadło nam w pamięć? Ja wciąż przed oczyma mam pewne zdjęcie. Oto w mrocznej celi nr 11 bloku śmierci w Auschwitz, na zwykłym krześle siedzi papież Franciszek. Co myśli, chciałoby się zapytać. Za jego plecami drzwi, w rogu bunkra prostokątna skrzynia, czyli ubikacja, po więziennemu kibel. W takim miejscu umierali więźniowie skazani na śmierć głodową. Czasami dobijano ich zastrzykiem. Tak zginął  Maksymilian Kolbe. 

Krystyna Habrat

 

STARA KSIĄŻKA  Z OPOWIEŚCIAMI O MIŁOŚCI


  Czytałam ją dawno temu.

ilia maszkow h  Najpierw, mając 17 lat, jedno opowiadanie w piśmie literackim. Oczarowało mnie. Odpowiadało rezonansem na moje wówczas nieśmiałe drgnienia duszy, tęsknoty, marzenia, fascynacje poetyckie.  W szkole czytaliśmy  akurat poetów młodopolskich z ich tajemniczymi  zamgleniami, w przyrodzie, jak i w uczuciach, i Asnyka, który rozczulał, ale wydawał się naiwny. Za to mniej popularyzowany Liebert wprowadzał  nas w mistyczne niepokoje. I tak nastrojona, może rozstrojona, mając 17 lat,  przeczytałam owo opowiadanie o miłości.

   Bohaterka była zakochana i jej miłość, bardziej wyobrażona niż prawdziwa, utkana była z  mgieł liryki, ale wkradał się w to niebezpieczny zgrzyt, jakieś złe przeczucie.

Jacek Bocheński – Myślenie

 

 bochenski2

 

     Nie można pominąć drzew, naszych dobroczyńców, którzy wysiłkiem bilionów liści wytwarzają dla nas tlen. Tak pracowici i tak piękni! Nigdy nie mogę się im dość napatrzeć, również zimą, gdy w polskim klimacie większość traci liście i zieloność. Ale ich bezlistne na tle nieba, przezroczyste korony, przez które widać lecącego właśnie ptaka, są cudem użytecznej konstrukcji i przyrodniczej estetyki. Póki istnieje tlen do oddychania i ta estetyka do postrzegania w naturze, może istnieć fizyczna i psychiczna istota, zwana człowiekiem. Ogromna w tym zasługa drzew, za którą odpłacamy się im przeważnie w sposób głupi i podły, choć są wyjątki. Jednak od tysięcy lat głownie je mordujemy. Masowo karczowaliśmy całe ich narody, wyrywali z korzeniami, obdzierali z gałęzi i kory, piłowali, cięli na kawałki, tę krajankę jeszcze maltretowali, a to czymś przebijali , a to przewiercali, szlifowali, wreszcie przerabiali na swoje niezliczone, dziwne artefakty. Ale najwięcej rąbaliśmy i palili. Do dziś to robimy. Prawie wszystkie drzewa/drewna kończą w ogniu, idą ostatecznie z dymem, nawet utarte w naszych tartakach trociny. Sadziliśmy to i owo i sadzimy, to prawda. Jednak resztki naturalnych puszcz na globie giną. Sztucznie nasadzone rezerwaty leśne żyją wśród produkowanych przez nas toksyn, w strachu i żałobie po przodkach. Nieliczni ocaleńcy, uwięzieni w środowisku zabudowanym, zwłaszcza miejskim, jednostki poszczególne, często chore, trzymają się bohatersko.

Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (4)

Z noco–dziennika: 9 marca 1990 r. - piątek (po 21.55)

 

 

smalewski2

            Jestem zaskoczony mój dzienniku, bo właśnie się dowiedziałem, że pierwszym Honorowym Obywatelem Legnicy był… Rokossowski. Coś takiego?!

            Znów wieje jak licho. Rano komendant dał mi służbowego poloneza, pojechałem nim na krótką odprawę służbową do Okręgu. Przy okazji zawiozłem komendantowi dokumenty do szefostwa wojsk. I załatwiłem sprawy społeczne. Odebrałem dla koła w zarządzie wojewódzkim PZF znaczki KS (krajów socjalistycznych); 2 i 3 rzut. W drodze powrotnej przywiozłem do Legnicy teściową, z Oleńką.