Jacek Bocheński - Piekło

bochenski2

Można o przyszłości świata zacząć od drugiego końca, od ludzi, nie drzew. Obrać ludzki punkt widzenia i liczyć przyszłość, jak wszyscy, od najbliższego jutra. I z miejsca chwycić byka za rogi, a to znaczy zacząć z całą determinacją od piekła, ma się rozumieć, piekła polityki. Bo jeśli coś dotyczy wszystkich i z wyprzedzeniem stanowi o względnie bliskiej przyszłości wszystkich, to chyba piekielna polityka, nie nasze zamówienia z karty dań, jaką wydaje się teraźniejszość, zwłaszcza gdy siedzimy przy stole i myślimy, że zawsze będziemy tak siedzieć. 

Jan Stanisław Smalewski

Ich ostatnia defilada (5)

1 kwietnia – po południu w niedzielę.

 

smalewski2            Sobotnie popołudnie spędziłem w klubie garnizonowym, uczestnicząc w podsumowaniu Okręgowego Przeglądu Zespołów Dziecięcych. Jury postanowiło mój „puchar szefa wydziału wychowawczego CSWŁ” przyznać zespołowi z WOSW Zmech z Wrocławia. Gdy na koncercie finałowym wręczałem go laureatom, na sali była obecna moja żona z dziećmi. Przyszła obejrzeć zwycięskie „Biedronki” z Brzegu i porozmawiać ze swoją byłą koleżanką Jadwigą Siomą. I wtedy to, gdy po ogłoszeniu werdyktu, na sali wypełnionej po brzegi ludźmi zapanowało milczenie, a ja wyszedłem zza kurtyny z pucharem, ze środkowego rzędu w głębi tłumu rozległo się głośne „O, mój tato!” mojej córki, Oli. Sala ożywiła się; zapanowało rozbawienie.

 Piotr Wojciechowski

biesiadny styczeń 2017

 

MIĘDZYEPOKA czyli – RY, RU, RI, RE

 

Piotr Wojciechowski     Najpierw dygresja: Pojechałem do Wrocławia odwiedzić przyjaciół - dawnych grotołazów. Niespodziewanie jednak okoliczności towarzyskie, którym ulegam z ufnością, wrzuciły mnie w towarzystwo Bractwa Kurkowego obchodzącego uroczystości i rocznicę Powstania Styczniowego. Poczty sztandarowe szkół, Bactwa, Piłsudczyków, obnażone szable, kwiaty, salwy honorowe, orkiestra wojskowa. Z obiadu w knajpie „U Fredry” w kompleksie gmachów ratuszowych wyszliśmy z Królem Kurkowym prosto w jakieś niewielkie zbiegowisko na Rynku. Anim się obejrzał, stałem z mikrofonem pośrodku tłumu i czytałem wiersz Bolesława Leśmiana. Nieznany mi dotąd piękny wiersz. Obok mnie Król Kurkowy w błękitnej pelerynie i czerwonym kapeluchu z bażancim piórem.

Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (5)

Z noco–dziennika: 17 marca 1990 r. (w sobotę po 21.38)

 

 

smalewski2

            Klamka zapadła; rozwiązują Zarząd Polityczny SOW. Zaraz po ósmej zadzwoniłem do szefa. W jego gabinecie pełnił dyżur jeden z moich kolegów, Wiesiek.

Cześć Wiesiu! Co ciebie?

Pozytywnie.

– Szefa nie ma dzisiaj?

Szef chyba leczy kaca.  – Mówiąc szczerze, gdybym nie miał dyżuru, sam bym się upił. Wszystko się zawaliło. Po co ja jeździłem do tej Moskwy?/* – wyjaśnił.

            Ale... studia w Moskwie odbyli tylko nieliczni oficerowie ZP SOW. I nie dlatego podjęto decyzję o likwidacji instytucji. Podjęto ją z powodów proceduralnych; wdrażania zasady apolityczności armii.

Wacław Oszajca

 

 

Ziemia i niebo 

Niebo w niebie czy na ziemi?

 

Wacław Oszajca

Długie jesienno-zimowe wieczory z natury skłaniają do wspomnień. Dawniej towarzyszyło temu darcie pierza, przędzenie wełny i lnu, dzisiaj niestety telewizor i komputer. Niestety, gdyż z maszyną trudno się rozmawia. Jakie więc tegoroczne wydarzenie zapadło nam w pamięć? Ja wciąż przed oczyma mam pewne zdjęcie. Oto w mrocznej celi nr 11 bloku śmierci w Auschwitz, na zwykłym krześle siedzi papież Franciszek. Co myśli, chciałoby się zapytać. Za jego plecami drzwi, w rogu bunkra prostokątna skrzynia, czyli ubikacja, po więziennemu kibel. W takim miejscu umierali więźniowie skazani na śmierć głodową. Czasami dobijano ich zastrzykiem. Tak zginął  Maksymilian Kolbe. 

Krystyna Habrat

 

STARA KSIĄŻKA  Z OPOWIEŚCIAMI O MIŁOŚCI


  Czytałam ją dawno temu.

ilia maszkow h  Najpierw, mając 17 lat, jedno opowiadanie w piśmie literackim. Oczarowało mnie. Odpowiadało rezonansem na moje wówczas nieśmiałe drgnienia duszy, tęsknoty, marzenia, fascynacje poetyckie.  W szkole czytaliśmy  akurat poetów młodopolskich z ich tajemniczymi  zamgleniami, w przyrodzie, jak i w uczuciach, i Asnyka, który rozczulał, ale wydawał się naiwny. Za to mniej popularyzowany Liebert wprowadzał  nas w mistyczne niepokoje. I tak nastrojona, może rozstrojona, mając 17 lat,  przeczytałam owo opowiadanie o miłości.

   Bohaterka była zakochana i jej miłość, bardziej wyobrażona niż prawdziwa, utkana była z  mgieł liryki, ale wkradał się w to niebezpieczny zgrzyt, jakieś złe przeczucie.

Jacek Bocheński – Myślenie

 

 bochenski2

 

     Nie można pominąć drzew, naszych dobroczyńców, którzy wysiłkiem bilionów liści wytwarzają dla nas tlen. Tak pracowici i tak piękni! Nigdy nie mogę się im dość napatrzeć, również zimą, gdy w polskim klimacie większość traci liście i zieloność. Ale ich bezlistne na tle nieba, przezroczyste korony, przez które widać lecącego właśnie ptaka, są cudem użytecznej konstrukcji i przyrodniczej estetyki. Póki istnieje tlen do oddychania i ta estetyka do postrzegania w naturze, może istnieć fizyczna i psychiczna istota, zwana człowiekiem. Ogromna w tym zasługa drzew, za którą odpłacamy się im przeważnie w sposób głupi i podły, choć są wyjątki. Jednak od tysięcy lat głownie je mordujemy. Masowo karczowaliśmy całe ich narody, wyrywali z korzeniami, obdzierali z gałęzi i kory, piłowali, cięli na kawałki, tę krajankę jeszcze maltretowali, a to czymś przebijali , a to przewiercali, szlifowali, wreszcie przerabiali na swoje niezliczone, dziwne artefakty. Ale najwięcej rąbaliśmy i palili. Do dziś to robimy. Prawie wszystkie drzewa/drewna kończą w ogniu, idą ostatecznie z dymem, nawet utarte w naszych tartakach trociny. Sadziliśmy to i owo i sadzimy, to prawda. Jednak resztki naturalnych puszcz na globie giną. Sztucznie nasadzone rezerwaty leśne żyją wśród produkowanych przez nas toksyn, w strachu i żałobie po przodkach. Nieliczni ocaleńcy, uwięzieni w środowisku zabudowanym, zwłaszcza miejskim, jednostki poszczególne, często chore, trzymają się bohatersko.