Krzysztof Lubczyński


O krwawej trylogii Jarosława Marka Rymkiewicza

Fot. Sławomir Kamiński / AG
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Napisać, że trzy książki Jarosława Marka Rymkiewicza opublikowane w ciągu ostatnich lat (2006-2011), „Wieszanie”, „Kinderszenen” i „Samuel Zborowski” zelektryzowały opinię czytelniczą, to nic nie powiedzieć. Takich sztucznie kreowanych medialnie elektryzacji, będących w istocie literackimi jętkami jednodniówkami, pojawia się po kilka każdego tygodnia. Rymkiewicz, nie będąc epikiem w sensie gatunkowym, spowodował swoimi esejami iście epicki rezonans. Nie będąc epikiem, wniósł do polskiej literatury współczesnej składnik rzadko w niej nie spotykany – epickość emocjonalno-duchową.


Nie jest tak, że wyrafinowany poeta, esteta, translator Calderona de la Barca i autor znakomitych, ale spokojnych esejów książkowych o Mickiewiczu („Żmut”, „Baket”), o Słowackim („Juliusz Słowacki pyta o godzinę”), o Fredrze („Hrabia Fredro jest w złym humorze”), czy encyklopedii Leśmiana, przeobraził się w Lucyfera polskości, Szatana rozszalałej polityczności nagle, ni stąd, ni zowąd. Ten demon rozwijał się w ciele zacnego eseisty, estety, spokojnego profesora w IBL przez lata, niczym „Obcy” w ciele ludzkim, w głośnym thrillerze sf Ridleya Scotta. „On tego smoka dawno już w sercu nosił” – chciałoby się przywołać z sienkiewiczowskiego „Potopu” okrzyk Zagłoby przeciw Radziwiłłowi podczas kiejdańskiej uczty. „Rozmowy polskie latem 1983 roku”, „Umschlagplatz” oraz „Wielki Książę, z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, a także niektóre wypowiedzi prasowe zwiastujące erupcję rymkiewiczowego Wezuwiusza – dziś to widać wyraźnie – były sejsmograficznymi objawami zbliżającego się wybuchu. Polskie namiętności rymkiewiczowe już w nich buzowały, dynamit buntu się kumulował, lont palił. Jeszcze, jeszcze zdążył Rymkiewicz otrzymać nagrodę literacką „Nike” od znanej Firmy za tomik wierszy „Zachód słońca w Milanówku” jako cywilizowany i kulturalny poeta, ale już niebawem okazało się, że ów laur był niczym laur Hiszpanów z Grenady dla Almanzora, wręczony mu przed pocałowaniem.


Najpierw wybuchło „Wieszanie”, namiętny esej o Insurekcji Kościuszkowskiej, w którym pisarz postawił tezę, że powieszenie króla Stanisława Augusta za zdradę narodu, z ostatnią, targowicką włącznie, byłoby chrzestem politycznym Polaków, ich aktem wybicia się na dojrzały politycznie, nowoczesny naród, wyjściem ze stanu krępującej „niewinności”, która od stuleci jest naszym przekleństwem. Ponieważ insurgenci, jak wiadomo, króla Stasia nie powiesili (nad czym Rymkiewicz gorzko ubolewa na każdej stronie), sprawił sobie i czytelnikom historyczną, kompensacyjną fantasmagorię, w której król powieszony zostaje, a ksiądz-jakobin, „polski Robespierre” - Hugo Kołłątaj przygląda się temu z balkonu („Jam to nie chwalący się sprawił…”). Niedługo po „Wieszaniu” ukazała się druga część tej trylogii, esej równie mocny, wybuchowy, a może i mocniejszy jeszcze od poprzedniego, bo dotyczył bliższej znacznie przeszłości, a to mianowicie Powstania Warszawskiego, czyli „Kinderszenen”. Tu z kolei postawił autor tezę, że powstanie owo, a ściślej biorąc krwawa hekatomba powstańców i ludności cywilnej była dobra i potrzebna samym Polakom jako akt założycielski niezbędny do podtrzymywania fundamentów polskości. I że nie tylko wszelkie realistyczne wyrzekania na absurd decyzji o wznieceniu powstania, ale nawet zwyczajowe opłakiwanie ofiar i wychwalanie „bohaterstwa powstańców i ludności stolicy” nie mają tu nic do rzeczy. Polacy muszą raz na pół wieku dać się wyrżnąć, aby ocaleć jako Polacy właśnie, a kto nie chce, to pies go j…. Bo Polska jest potrzebna tylko Polakom. Wreszcie, jako trzecia część tej krwawej trylogii, ukazał się „Samuel Zborowski”, w którym Rymkiewicz dokonał radykalnego odrzucenia obowiązującej przez stulecia wykładni egzekucji dokonanej - nie własnoręcznie rzecz jasna - na Samuelu Zborowskim przez króla Stefana Batorego i jego prawą rękę, kanclerza Jana Zamoyskiego. Zgodnie z ową tradycyjną wykładnią, Zborowski był magnackim warchołem, który zapłacił głową za antypaństwowe warcholstwo i samowolę. W wykładni tej implicite zawarta była supozycja, że gdyby odtąd w podobny sposób postępowano z innymi warchołami, Rzeczpospolita by nie upadła, bo upadła, jak wiadomo, nierządem stojąc. Tymczasem Rymkiewicz zobaczył Samuela Zborowskiego jako Króla Ducha, Zakładnika i Uosobienie jedynej w swoim rodzaju polskiej wolności, a nie tylko zwyklej, banalnej formy sprzeciwu przeciw opresji władzy. Pokazał Zborowskiego jako wzorzec z Sevres polskiego modelu wolności w ogóle.


Książki te, zwłaszcza dwie pierwsze, wywołały burzliwą dyskusję. W stopniu dominującym na szeroko rozumianej prawicy. Ze strony lewicy pojawiały się głównie pomruki i epitety w rodzaju „poeta-wieszatiel”. Obszerniejsze głosy po lewej stronie, w tym wyżej podpisanego, wychodziły punktu widzenia tradycyjnego ujęcia w duchu Realpolitik i niechęci do wszelakiej, szaleńczej, obłędnej i zgubnej tromtadracji narodowej. Atoli wszyscy byli zgodni, niektórzy z pewnym ociąganiem co prawda, że literatura jest to znakomita i nawet nie zgadzając się namiętnie z Rymkiewiczem nie sposób oderwać się od lektury. Że można na jego tezy ( raczej arbitralnie i namiętnie narzucane wykładnie dziejów) pomstować i wierzgać, a jednocześnie, jako czytelnik, nurzać się w urokach rymkiewiczowskiego stylu jak kot w walerianie. Można je ponadto traktować poważnie, serio, jak część publicystów, ale można też uznać za „prowokację intelektualną, jako odpowiedź na ducha współczesności”. W książce, o której teraz będzie mowa, Marzena Woźniak-Łabieniec napisała: „Posługiwanie się przez Rymkiewicza od wielu lat prowokacją, jest odpowiedzią na ducha współczesności. (…) Autor ma świadomość, że żyjemy w czasach, kiedy tylko przekaz wyrażony za pomocą ekspresywnych środków wyrazu, wywołujący silne emocje, czasem szokujący, zostaje w ogóle zauważony i ma szanse pobudzić do myślenia (…)”. Jest Rymkiewicz jedynie dobrotliwym starszym panem, który muchy by nie skrzywdził i tylko bawi się w halloween lub opowiada wnukom bajki braci Grimm, czy żądnym krwi potworem? Bliżej jestem pierwszej supozycji, ale nie ma to aż tak bardzo istotnego znaczenia, liczy się bowiem fakt ogromnego rezonansu jego książek. Nie można wszakże zapomnieć, że byliśmy niedawno świadkami procesu, jaki Rymkiewiczowi wytoczył redaktor tej samej gazety, która nagrodziła go kiedyś „Nike”. Cóż, tempora mutantur…


Wydawnictwo „Fronda” zebrało, pod tytułem „Spór o Rymkiewicza, a redakcją Tomasza Rowińskiego (również autora szkicu „Polska jako potwór doktora Frankensteina. Uwagi o myśli politycznej Jarosława Marka Rymkiewicza”), blisko pół tysiąca stron tekstów poświęconych trylogii Rymkiewicza i – poza jednym pierwodrukiem – opublikowanych na łamach szeregu tytułów prawicowej prasy codziennej i periodycznej, od „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” po „Arcana” i Frondę” Są teksty zdecydowanych stronników Rymkiewicza, jak Piotr Semka, Zdzisław Krasnodębski czy Marek Cichocki, jego krytyków jak Agata Bielik Robson czy Cezary Michalski, są teksty ambiwalentne w stosunku do wymowy jego prozy, jak szkice Grzegorza Górnego, Jarosława Klejnockiego czy Jacka Trznadla, analityczne, jak Jadwigi Staniszkis czy literackie fantazje w rodzaju fantasmagorii o „wieszaniu 1989” Szczepana Twardocha. Pojawiają się nawet politycy, Jan Rokita i Ludwik Dorn w rozmowach z Cezarym Michalskim. To tylko część nazwisk, ale już samo zestawienie prowokuje do uwagi krytycznej. Są to bowiem nazwiska (łącznie z ówczesnym Cezarym Michalskim) z kręgu szeroko rozumianej prawicy, katolickiej, konserwatywnej, liberalno-konserwatywnej. Jest też co prawda daleki od prawicy Jarosław Klejnocki i autorka obiektywizujących szkiców Dorota Wojda, ale nie ma głosów z jednoznacznej lewicy, z prasy lewicowej, a takich ukazało się sporo Czyni to ten skądinąd frapujący zbiór zanadto endogennym treściowo, wsobnym, tak jakby redaktor zbioru zlekceważył tę stronę opinii lub nie chciał oddać jej ani piędzi pola sporu, wykluczając ją (nomen omen?) poza nawias opinii polskiej. To wada tej publikacji, bo zawęża realną perspektywę opinii i czyni obraz niepełnym, a przez to cokolwiek zniekształconym. Nie zmienia to jednak faktu, że „Spór o Rymkiewicza”, uzupełniony płytą z filmem dokumentalnym Grzegorza Brauna „Poeta pozwany”, jest lekturą znakomitą, fascynującą, godną najgorętszego polecenia Także dlatego, że mówiąc o trylogii Rymkiewicza, mówi jednocześnie o wielu węzłowych, kluczowych zagadnieniach historii Polski. (KL)


Pin It