Mikołaj Melanowicz

90 lat minęło. Akutagawa wciąż żyje

 

MM   Akutagawa Ryūnosuke był człowiekiem, który wszystko postawił na jedną kartę. Nie znał kompromisów w zmaganiu się z tworzywem, w kształtowaniu dzieła literackiego. W zapamiętaniu genialnego twórcy czekał na przybycie czegoś, co odkryłoby przed nim zagadkę świata. I szedł czekaniu naprzeciw, aż do szaleństwa, do ostatecznego wyczerpania sił fizycznych i psychicznych, do kresu.

A Bisei? Kim (czym?) jest Bisei – bohater tego mikrodzieła literackiego? Dzieła o jakże wyrazistej i sugestywnej wizji malarskiej, Może symbolem artysty takiego, jakim był twórca tej tragicznej postaci? – pisałem w 1960 roku na łamach „Przeglądu Orientalistycznego”.

 

 

WIERNOŚĆ BISEIA

     Bisei stoi pod mostem i już od dawna czeka na jej przyjście.

Nad nim dzikie wino wpełza na kamienną barierę mostu. Od czasu do czasu przechodzą ludzie – promienie zachodzącego słońca rozjaśniają bielejące poły ich ubrań, rozwiewanych swobodnie przez wiatr.

A jej wciąż nie ma...

Pogwizdując cicho Bisei patrzy spokojnie na piaszczystą ławicę pod mostem. Pozostał tam już tylko wąziutki skrawek żółtawego, iłowatego piasku, wkrótce i on pokryje się wodą.

W trzcinie przybrzeżnej pewno gnieżdżą się kraby. Tyle tu okrągłych nor! Co chwilę nadbiegają fale – słychać tylko niewyraźne pluskanie.

A jej wciąż nie ma...

Zniecierpliwiony Bisei podchodzi teraz do samego brzegu i wpatruje się w gładką powierzchnię wody. Ani jedna łódź nie zakłóca spokoju.

Nad rzeką zielona trzcina – rośnie gęsto, jakby tworzyła zwartą gładką ścianę bez prześwitów. Niżej krzewią się kępy wikliny, zakrywając pobrzeża rzeki. Miejscami tylko, gdzie pas wody jest zupełnie czysty, złocą się jak blaszki miki odbicia chmur. Drzemią tajemnie wśród trzciny.

A jej wciąż nie ma...

Bisei odchodzi od brzegu wody i stąpa po wąskiej ławicy piasku. Wsłuchuje się w ciszę szarzejącej okolicy.

Na moście kroki przechodniów ustają. Nie dochodzi już ani odgłos butów, ani kopyt, ani wozów. W ciszy nadchodzi wieczorny zmrok. Powiew wiatru, szelest trzcin, plusk wody...

A potem nagły, nie wiadomo skąd dochodzący krzyk szarej czapli. Zamyślony przystaje. Chyba rozpoczął się już przypływ. Woda obmywająca żółtawą glinę lśni teraz tuż u jego stóp.

A jej wciąż nie ma...

Bisei ostro ściąga brwi i zaczyna chodzić coraz szybciej po ciemniejącej ławicy. Woda rzeki cal po calu zalewa piasek. Jednocześnie zapach wodorostów i wody, unosząc się nad powierzchnią poczyna obejmować jego ciało. W górze, nad mostem znikają promienie zachodzącego słońca – tylko kamienna bariera odcina się czernią od tła sinego wieczornego nieba.

A jej wciąż nie ma...

Bisei zamiera w bezruchu.

Woda rzuca blask chłodniejszy od stali, rozlewa się coraz szerzej. Moczy buty. Niewiele czasu upłynie, a kolana, brzuch i piersi znikną pod wodą nieczułego przypływu. O! już, już, w tej chwili woda podnosi się tak wysoko, że nie widać łydek pod falami rzeki.

A jej wciąż nie ma...

Bisei stoi zanurzony. Z odrobiną nadziei spogląda w niebo ponad mostem. Na wodzie sięgającej już jego brzucha osiada powoli szarosiny zmrok. Tylko smutny szelest liści, gęsto rosnących trzcin i wierzb wypływa ze ścielącej się smętnie mgły. Ryba, chyba okoń, podpływa z pluskiem, pokazuje swój biały brzuch, niemal ocierając się o nos Biseia. Na odbijającym się niebie, gdzie ryba zatańczyła, widać już blask rzadkich jeszcze gwiazd. I nawet kształt balustrady, oplatanej dzikim winem, rozpływa się w zbyt szybko ścielącym się mroku wieczornym.

A jej wciąż nie ma...

O północy, gdy światło księżyca rozlało się pośród wikliny i trzciny, a lekki wiatr z cichym szeptem muskał wodę, ciało Biseia odpłynęło ku morzu. Duch jego tęsknił być może do blasku samotnego miesiąca na horyzoncie. Opuścił więc potajemnie ciało i odleciał w stronę majaczącego jaśniej nieba. Tak jak odlatuje zapach wody i zapach wodorostów unoszący się bezgłośnie znad rzeki.

Przez wiele tysięcy lat duch ten przemieniał się, aż w końcu znowu musiał wcielić się w postać człowieczą. Zamieszkał we mnie. Dzięki niemu narodziłem się obecnie, ale nie potrafię zrobić nic, co by miało jakiś sens. Żyję w zwodniczym urojeniu, śnionym dniem i nocą. Wciąż czekam na przybycie czegoś dziwnego i nieznanego. Jak ów Bisei o zmroku pod mostem. Na kochankę, która nigdy nie przyjdzie.

Opowiadania Wierność Biseia (Bisei no shin - wiara, ufność Biseia), zamyka cykl szkiców pt. „Cztery ziarenka”, zamieszczonych w tomie opowiadań, który nosi tytuł Kagedōro (Czarodziejskie latarnie.1920). Większość utworów zamieszczonych w tym tomie powstała w 1919 roku, niewiele natomiast w 1918 i 1917 . Tylko Bisei no shin – jako swoiste wyznanie pisarza, który niespełna siedem lat później popełnił samobójstwo, napisał, gdy całość tomu oddana była do druku, tj. w styczniu 1920 roku.

   Opowiadanie to wydobywam z przypomnień sprzed sześćdziesięciu laty, z okresu pierwszych prób tłumaczenia z języka japońskiego tekstów literackich. Przypominam je, ponieważ było pierwszym moim przekładem opublikowanym w „Przeglądzie Orientalistycznym” w 1960 roku (nr 3/36), na którego łamach później zamieściłem jeszcze dwa opowiadania – znane przede wszystkim dzięki filmowi Kurosawy – a mianowicie Rashōmon (P.O. nr 3/1966) i W gąszczu (P.O. nr 1/69, 1969).

Książkowym debiutem był również utwór Akutagawy, a mianowicie Kappy (Kappa, 1927), opublikowany przez Państwowy Instytut Wydawniczy w „serii celofanowej” z jednorożcem i ilustracjami Jana Młodożeńca. Przydarzyło się to w 1963, tzn. na rok przed moim wyjazdem stypendialnym do Japonii, i zapewne zdecydowało o związkach z PIW-m, wówczas najambitniejszym wydawnictwem publikującym nie tylko najlepsze powieści europejskie, lecz także japońskie.

Ta krótka powieść, znana również jako W krainie wodników, napisana przed 11 lutego 1927 roku, zapowiadała zakończenie twórczej aktywności Akutagawy. Przedstawił w niej opowieść chorego, w której są akcenty autobiograficzne. Autor myślał zapewne, że podzieli los swej matki Fuku, zwłaszcza że w tym czasie wiele pisano o roli dziedziczności w kształtowaniu charakteru i losu człowieka. Ryūnosuke obawiał się, że również zwariuje. Ten lęk zapewne pchnął pisarza do popełnienia samobójstwa. Ale z drugiej strony pisarz widział narastający w Japonii terror policyjny, aresztowania, słuchał propagandy ogłupiającej naród przygotowywany do wojny. Nie mógł ze względu na cenzurę wyrazić swego sprzeciwu wprost. Ale dał mu pełny wyraz, przenosząc zło do kraju wodników (kappa), przekonanych, że żyją w lepszym niż ludzkie społeczeństwie.

W Życiu pewnego szaleńca, tzn. w szkicach autobiograficznych, opublikowanych pośmiertnie, pisał o sobie z dystansem, jak o osobie trzeciej. Na początku ukazał siebie oglądającego w księgarni dzieła swych czarnych proroków (Baudelaire, Strindberg, Dostojewski, Verlaine i in.), przypomniał matkę w szpitalu dla umysłowo chorych, miasto i siebie w różnych sytuacjach, kończąc zapiski w następujący sposób.

 

50. Jeniec

Jeden z jego przyjaciół zwariował. Do tego przyjaciela zawsze czuł pewną sympatię. A to dlatego, że rozumiał jego samotność, ukrytą pod maską wesołości. Odwiedził go kilkakrotnie podczas choroby.

– W ciebie i we mnie wstąpiła jakaś nieczysta siła. Coś, co można chyba nazwać „złym duchem końca stulecia” – przyciszonym głosem powiedział mu przyjaciel.

Kilka dni później w drodze do ciepłych źródeł przyjaciel zachowywał się tak dziwacznie, że zjadał nawet kwiaty róży. Kiedy znalazł się w szpitalu, przypomniał sobie, że kiedyś podarował mu popiersie z terakoty. Było to popiersie autora Rewizora, twórcy lubianego przez przyjaciela. Uświadomiwszy sobie, że Gogol również postradał zmysły i zmarł, nie mógł się oprzeć myśli, że rządzi nimi jakieś przeznaczenie.

Gdy stracił już zupełnie siły, odczytał przedśmiertne słowa Radigueta[1] i jeszcze raz usłyszał śmiech bogów. A były to słowa: „Już idą po mnie żołnierze niebiescy”. Usiłował pokonać swoje zabobony i sentymentalizm. Lecz jego ciało nie było zdolne do prowadzenia takiej walki. Niewątpliwie „zły duch końca wieków” naprawdę poddawał go męczarniom. Zazdrościł ludziom średniowiecza, umiejącym zdać się na bożą łaskę. Lecz on, niestety, nie potrafił uwierzyć w Boga ani pokochać Boga. Choćby takiego, w jakiego wierzył Cocteau[2].

 

51. Klęska

Ręka z piórem zadrżała, a z ust pociekła ślina. W głowie mu się rozjaśniło jak nigdy przedtem po zażyciu 0,8 dawki weronalu. Ale rozjaśnienie trwało zaledwie pół, najwyżej godzinę. Żył po prostu w ciemnościach, dzień za dniem. Jakby opierając się na cienkim wyszczerbionym mieczu.

   Niemal wszystkie epizody z życia dały okazję autorowi Życia pewnego szaleńca do wypowiedzenia refleksji uniwersalnych, często w formie przypowiastek filozoficznych, które przekazał nam człowiek zagubiony w nieprzyjaznym mu świecie.

Śmierć Akutagawy w 1927 roku uznano w Japonii za znak końca tzw. demokratycznej epoki Taishō, a zarazem za początek niesławnych czasów militaryzacji społeczeństwa japońskiego i wojny. Pisarz – podobnie jak jego mistrz Natsume Sōseki – był sumieniem Japończyków wrażliwych na krzywdę i rozczarowanych modernizacją swego kraju. I dlatego pamięć o nim wciąż jest żywa. Jest też wspominany w Japonii chyba codziennie jako patron prestiżowej nagrody literackiej Akutagawa Shō, przyznawanej od 1935 roku.

 

[1] Raymond Radiguet (1903-1923) – pisarz francuski odkryty i lansowany przez Cocteau. Autor m.in. Diabła wcielonego.

[2] Jean Cocteau (1889-1063 – poeta, prozaik, autor sztuk teatralnych, baletowych. Japonię odwiedził w 1936 roku, więc przed śmiercią Akutagawy w 1927 roku w Japonii znany był z aktywności awangardowej.

 

Pin It