Donat Kirsch - Dyptyk Nasz Pierwszy Świat

 

Maria Wollenberg-Kluza
Maria Wollenberg-Kluza

 

 

 

 

Donat Kirsch

 

DYPTYK

N a s z p i e r w s z y ś w i a t

 

Everybody’s a dreamer everybody’s a star

And everybody’s in movies, it doesn’t matter who you are.

Fragment piosenki grupy The Kinks, Celluloid Heroes

 

Pawłowi

 

Przed snem, który wszyscy śnimy, jakby nam za to płacono, jest nasza drwina: gdzie i kiedy — no, po prostu nigdzie. Jesteśmy bezsilni, mówiłem Jakubowi, gdy leżeliśmy na płytkiej mieliźnie Chechła, a wiatr rozniecał włosy dziewczyn, które czekały (niekoniecznie lub wyłącznie) na nas lub istnienie ruchomych fal ciepłej wody. Historia nie sięgała pamięci, a pamięć historii: w pojemności informacyjnej świata niektóre byty wykluczały się szczególnie: w końcu Boga uznawało się w postaci opiekuna, włochatego spojrzenia jak prehistoryczny miś — bo byliśmy (i jesteśmy) prehistorią prawdziwej ludzkości, nic czasem nie znaczymy poza tym, że musimy być. Chciałbym, żeby ten świat był taki, jakim zastaliśmy wtedy — inaczej pozostanie nam przypadkowa liturgia: wśród roślinności naszych oczu; byliśmy grupką piskląt na huśtawce — to tylko uparta pamięć robi coś za nas. W końcu każdy chciałby, jak mawiał Sebastian, aby pierwsza napotkana dziewczyna była tą, którą będziemy kochać: żebyśmy nigdy nikogo nie tracili i nie odnajdywali się później, żeby nikt nie wracał do nas zmęczony i pragnący naszej pomocy a tylko zdychał sobie i cicho — przez nas nie dostrzeżony, bo po co zawracać sobie głowę tymi, którzy i tak przegrają — kochamy ich przecież nie mniej niż siebie samych: to tylko widzenie niemożliwej do uzyskania plecionki nam przeszkadza — są to rośliny jak niedbałe nacięcia w powietrzu — te, które wydobywały wszechobecną zieleń. Sebastian, mój brat, koniecznie mówił o przewieszonej przez poręcz mostu arce, w czasie gdy opowieści o budowaniu arki właśnie zasypiały nam bezczelnie w oczach — chciałem po prostu pogodzić się z tym, że historia ludzkości zacznie się za tysiąclecia, gdy świat zamknie się w stwarzanym mrowiu tego, co pojedyncze nazywamy universum — będzie można spać spokojnie. Wszyscy będziemy rolnikami pojmowani już w sensie nawozu — tak jest teraz i tylko teraz przejmują nas teorie i mity kosmogeniczne, gdyby tak nic nas nie obchodziło inaczej. Jakub opowiadał mi, jak spokojni ludzie, pilnowani przez zakonnice, przychodzą co niedziela na mszę do kościoła w Borosławicach: parami i trzymając się za ręce. Rozmawialiśmy wtedy często o legendzie świadomości, i spieraliśmy się, co też warta jest muzyka, Moody Blues, nieomal przechylone złociski przybierały znaczenie błyśni: tylko i naokoło. Jakub marzył o momencie skoku w wodę jeziora (przypominałem mu to w czerwcu): toteż w nocy, gdy z Sebastianem wypłynęliśmy na oświetloną księżycem taflę, mokre włosy opierały się o nasze karki: widziałem punkciki gwiazd, na brzegu nikt nie czekał, tylko Jakub kiedyś powtarzał, że zmęczenie latem nigdy nikomu zaszkodzić nie może. Zasypiałem zmęczony kłótnią z nadmiarem słońca. Nocą, w czerwcu 1972 roku, w pękniętej latarni tłukły się chrabąszcze i rozdeptywaliśmy je, gdy spadały na ziemię, mówiliśmy o jasnowłosej Marii, chociaż nie wiedział nikt, co się z nami stanie. Wreszcie przyjechał autobus do Borosławic, wstaliśmy z krawężnika, gdzie siedzieliśmy rozmawiając, i wracałem do domu boso: ciepły asfalt łaskotał stopy a niedawne deszcze zmyły nieodpowiednie okruchy szkła. Czekał mnie dom i nie musiałem już podglądać ukryty w złotej forsycji sklecanej z desek chałupy ojca ludzi, nikt nie rzygał oparty o róg domu lub jak ja: klęcząc przed muszlą klozetową żegnałem się z boczkiem, śliwkami i wielką ilością jarzębiaku i czułem się później cudownie: Jakub i Józef zanurzyli się w pijackiej pogawędce o moich, między innymi świństwach: zdołałem im poradzić, by się nie opierdalali i mówili, co chcą — także o mnie, bo czułem się cudownie: firanka tańczyła i cicho krzyczała, okno było otwarte i słuchałem muzyki Moody Blues, i zasypiałem o pierwszym śladzie snu naszej cywilizacji: to tylko nieodległe leszczyny liściły się rozchlapane przy szarym murze, słodki sok na liściach klonów — to nie wystarczało, były trawy pełne zwierzęcego ruchu, wtedy w czerwcu już szarawe od kłosów. Rano doszliśmy z Józefem do wniosku, że Ulisses jest pierwszym znakiem, że nasza cywilizacja (jak przypuszczają niektórzy) zamknie się w sobie. W parne lub suche i ciepłe noce lipca chodziłem po chodnikach GT z różnymi dziewczynami.

 

Na drzewach są ciemnozielone liście i śliwki fioletowe, i złote, wyrastają w wielkiej ilości. Gałęzie zbliżają się do ziemi pociągane ciężarem owoców. Drzewa są niskie.

Niestety byłem zakłopotany tym, że każda z tych dziewczyn jest dla mnie tylko fragmentem mozaiki, opowiadałem więc o tym, że jadąc w czerwcu 1972 roku do Jakuba, wymijałem samochodem lecące z przeciwka chrabąszcze (bo rozbijały się o szybę) i nieomal w zapamiętaniu spotkałem się z drzewem: chrapliwa kołysanka ciepłej kory i ciepły asfalt szurający pod kołami: zastanawialiśmy się, Jan i ja, czy nie lepiej byłoby nie wymijać chrabąszczy, szkoda nam było życia, Jan i ja zdawaliśmy maturę. Jan świetnie grał na gitarze jazzowe ballady, ja lubiłem myśleć o universum, bo była to, poza dziewczynami, jedyna rzecz, która mnie chociaż trochę interesowała: umieramy przecież, zanim cokolwiek dotknie naszych oczu naprawdę, nie padają deszcze, zamknięte powieki nie są z zewnątrz wilgotne, jesteśmy usidleni, gdy jest już zbyt wcześnie — jesteśmy tak bardzo nieśmiali: w kilkudniowym klimacie deszcze padały nocą: nieliczne i ciepłe krople, w dzień słońce oświetlało schnące na asfalcie kałuże (płytkie bardzo) lub opadłe kwiaty klonów — puszyście wilgotne w cieniu drzew lub poza nim: męczyliśmy noce rozmowami, śpiąc za dnia, i tylko ręce Marii trzymały czas. Marię kochałem, bo pozwalała robić ze sobą wszystko, i miała jasne, sięgające połowy szyi włosy, które w nocy były aż białe, i leżąc na niej mogłem bez trudu wyobrażać sobie wszystkie dziewczyny, których chciałem — a było ich zbyt wiele, bym mógł skutecznie zrobić cokolwiek. Coś ściskało mnie za gardło, gdy stałem z Marią w mroku lub inaczej pojmowałem jej poruszanie się: nocami w domu budziłem Sebastiana, gdy ściskał mi gardło paniczny strach przed śmiercią lub siedziałem na podłodze oparty o tapczan i patrzyłem w topole, które zresztą szybko i bezsensownie wycięto i pozostawiono na długo na ziemi: więc Sebastian chodził tyle razy żegnać się z nimi i wracał klnąc na skurwysynów, którzy kazali wycinać te drzewa. Rano siedziałem na ławce, patrząc na dzieci i byłem pewien, że kiedyś będę miał własne — parszywy problem płodzenia bęcwałów: nie tylko Johny South śpiewał o grach, w które grają ludzie: łzy uzyskujemy śliniąc palcem policzki, bo już święty Piotr płakał, stoją nam włosy na plecach, gdy zmiana pogody robi z nas bohaterów — chciałem, żeby tak było, i zaczynałem wstępne rokowania ze światem, niemniej Maria znała mnie zbyt dobrze: pieściłem pewnymi palcami jej uda, więc oddychała cudownie głęboko: jej skóra musiała pachnieć roślinami, wobec czego kopulacja odbywała się (na tapczanie lub na trawie) w sposób roślinny, obserwowaliśmy z zewnątrz nasze ciała, uśmiechając się do siebie (ponad nimi) w wyrozumiały sposób: byliśmy rozkrzepłym kwiatem lub zastygłą bryłką żużlu zamiast oczu: tylko mój beztroski członek wyczyniał nieobojętne mi harce. Byliśmy razem, trawy mąciły jednolitą niebieskość, ich kłosy były puszyste lub miękkie: niewyobrażalnie widziałem Marię jak przypadkowe zgęstnienie mroku, dla uspokojenia wymyślałem perfidne sposoby rozstania się — to było dla mnie jedynym punktem oparcia. W jej oczach też dostrzegałem szepocącą się trwożliwie roślinność, tylko przewyrosłe liście opierały się jakoś — nie chciały odejść ani po prostu zaistnieć. Ciemność wśród pasm, które nazywamy jeszcze umownie trawą — jeszcze to potrafimy robić. Gdy Maria chciała rozmawiać, uśmieszałem ją wytrwale, była przecież o rok starsza i chodziła do tej samej co ja szkoły, mówiła, że jestem natrętnym szeptaczem mroku i liście miały jaśniejsze spody — widziałem to, gdy wiał suchy wiatr, najładniejsze były wtedy liście czereśni i grochodrzewu, sad i skwer lub ulica, ale ja byłem już wtedy daleko od jej słów. Nieznane przez swój ogrom zamierzenia Jakuba, by zbudować w tamtych czasach arkę. Na razie jednak Jethro Tull nagrali Gruby jak cegła, więc rozmawialiśmy tylko o tym, nieznane jesiony zacieniały się nad rzeczką w Borosławicach — we wrześniowym ogrodzie Pawła jadłem niewielkie i słodkie jabłka, agrest był najeźdźcą, wszyscy najeźdźcy kochali porzeczki (jak można się domyślać: wąskie pasemko koturnu i przekornie zmrużone oczy) i skradanie się przyjaznej trawy, w ogrodach miasta były grusze i rabarbar opłachcany liśćmi najwyższych okazów: Paweł miał iść do wojska na dwa lata, byłem przerażony tym, co go czeka, wiedział, że będzie powoli zdychać. Czerwiec jednoczył wilgotny dzwon i nieśmiały deszcz: współtworzyły dźwięk, umierała wzniosła historia agrestu, jak prawa nazw zawiłego wzoru cieni na ścianie, a żwir ścieżek, którymi chodziłem z Marią (ubrała się raz w żółtą sukienkę, była jasna w całości), zmieniał światło w szmer drwiących głosów.

Drzewa, jest ich kilka, rosną trochę dalej. Niebo jest jasnoniebieskie — koniec sierpnia. Słońce jest nisko o tej porze dnia. Śliwki, którymi obwieszone są najniższe gałęzie, mieszają się z wysoką i trochę pogiętą trawą, która tu wszędzie rośnie.

W czerwcowe niedziele kaprysił, na wargach Marii i moich, gorzkawy sok z owoców, inne owoce, te za płotami, spadały lub odkłaniały się, gdy przechodziliśmy obok (sandały Marii na opalonych łagodnie nogach), przyziemnym podmuchom niedzielnego wiatru, który zamiatał płyty chodnika: w porannej zapowiedzi upału mijaliśmy skłębioną strefę ogrodu. W sferze doznań uznaliśmy wypełnianie się niedzieli wiatrem, byliśmy spragnieni owoców: tak zmyślałem kąpiel w gorzkawym soku lub jechaliśmy z Marią nad jezioro: kierowcy widząc Marię zatrzymywali się chętnie i podwozili nas nad Chechło: tam ścieżką szliśmy wśród małych brzóz i dębów nad wodę poprzez łubin, najczęściej byli na brzegu Jakub i Paweł: w czerwcu liczne krzaki jaśminu, chłodny lipiec, cześć, stary draniu, mówił nad wodą Jakub, woda odbijała światło, fale niemal uginały się, migocząc pod jego naciskiem. Nazbyt duże kwiatki pełne świeżego zapachu, Paweł zrzucał je, stojąc na drabinie, aż do trawy: przy nasadzie kwiatów i w ich wnętrzu żyły mszyce, które zganiałem silnym strumieniem wody, ale świnie przełaziły na drugą stronę — nie potrafiłem niestety opanować lęku palców, niech będzie to śmieszne: po pierwszych miesiącach znajomości w Marii odezwał się instynkt opiekuńczy: była w wieku, gdy kobieta już chce mieć swojego mężczyznę nieomal na własność i wmawia sobie, że takiego spotkała: niestety mężczyźni jest to gatunek ginący, na całym świecie jest kilkaset egzemplarzy (nie liczę tych, którzy porozłazili się z głównej drogi, diabli wiedzą gdzie, urzeczeni legendą świadomości, może i Moody Blues, na tajemniczych ścieżkach małego universum świadomości. Każde dziecko mimo to wie, co należy robić w tym celu, któż nie słyszał o Julianie Apostacie lub Freudzie i o wielu innych: droga jest więc prosta, jak w pysk strzelił — ja osobiście uznałem proces ten za zbyt męczący i wolałem kochać się z Marią na skraju pola białego i sypkiego zboża, jej włosy. Maria jednak uparcie (jej zielone oczy były wtedy ciemne, choć tak jakoś przejrzyste — moje tęczówki też są na brzegach zielonkawe, więc rozumiem, co to znaczy) pytała mnie o moją postawę wobec świata, odpowiadałem (bo jak każdy przeciętny człowiek nie lubię takich pytań), cytując kogoś, że chcę żyć jak ktoś, kto nigdy nie istniał naprawdę — wywoływało to oczywiście nowe eksplozje uczuć, chciałem być blisko tej wariatki o pozornie kruchym i nieśmiałym ciele, tłumiłem je moją niewydarzoną złośliwością, rozcieniałem, jak mogłem. Jan zaskakiwał mnie swoimi wyczynami, był niedościgłym na kilka minut wzorem: Jakuba zastaliśmy w ciepłą noc na ławce przed domem, piliśmy wodę i u Jakuba był Daniel, poszliśmy później na łąkę za domem gupich (jak to precyzyjnie określają ludzie z miasta i ze wsi).

Idą do drzew ze śliwkami. Agata, daleka kuzynka, ubrana jest w spodnie Riffle i czerwony sweterek, włosy ma ciemne, trochę kręcone. Dawid i Sebastian bardzo podobni do siebie, ubrani są w spodnie Levis i niebieskie koszule.

Trawa w Borosławicach szumowała pod stopami: to tutaj we wrześniu tarzałem się z moim psem pomiędzy pogniecionymi lub nie tkniętymi źdźbłami, dwadzieścia metrów ode mnie Józef i Grażyna, był zmierzch, całowali się stojąc, Jakub sto metrów dalej budował arkę, był zmierzch wtedy i w czerwcu szliśmy przez suchą i wilgotną trawę, pełną życia, morze suchości (ale nie jezioro — tak jakoś się składa) lub my: nisko zwieszone gwiazdy w czerni nocy mówiliśmy o tym, że świat zaśnie, mówiliśmy mu dobranoc, bo później łąkę zryły kopyta koni, na których jeździły studentki koniarki i studenci koniarze: w kółko, aż do znudzenia po klepisku, gdzie rosła trawa, oczy trawy i jej płachta jak skóra zwierza nocy, podbiegająca pod smugą grabów i wierzb, które odsłaniały swoją wyrywkowością gwiazdy. Kochałem więc, bo cóż mi pozostawało wobec uroczej zaborczości Marii, trawę, która łasiła się jak małe zwierzątka (za łąką była rzeczka i na mostku rozmawialiśmy tak często) dając wzór dla chybotliwej roślinności moich oczu: nie bądź durniem Dawid mówił do mnie Daniel, wiesz przecież, nazywaj, co chcesz i jak chcesz, trawiasta opowieść wrasta w milionlecia, odpowiadałem, maleńcy stwórcy uciekają tupocząc bosymi stopami, a opowieść trawieje coraz bardziej — jakby dotyk małych łapek przebiegających po twarzy, trawa jest trawą, słyszę znowu Daniela, drzewa są drzewami, być może tak jest lub nie — wtrącił się Jan, ale wiedz, Dawidzie, dokładnie jest tylko jedna rzecz, ta cała reszta, dotyk, myśli, to jesteś tylko ty.

Przechodzą przez nierówne podwórko przed świeżo zbudowanym i nieotynkowanym domem. Dom ma kształt sześcianu, schody prowadzące do drzwi nie mają jeszcze poręczy. Ściany zbudowane są z szarych pustaków i cegieł. Na ziemi leży pył i okruchy budulca.

Odpowiadałem w klubie „Fioletowy kot”, piliśmy po raz piąty sok pomarańczowy, pijani umieraniem września że, Daniel musi zapomnieć o sobie, bo nie istnieje nawet po części tak wyrafinowanie, jak trawa. Miałem rację, więc Daniel i Jan wstrzyknęli sobie do żył przestarzałą morfinę, którą skądś jeden jedyny raz wytrzasnęli, i pytali mnie, patrząc w oczy, czy mają małe źrenice. Zostawiłem ich pod opieką Józefa i Jakuba i pojechałem do domu.

Na podwórku kręci się kilka kur. Dwie są białe, a jedna brązowa. Słychać gdakanie. Sebastian, z poważnym wyrazem twarzy, przepłasza kury, klaszcząc w ręce. W powietrzu kołysze się kilka piór z ogona i spod skrzydeł.

Tego dnia wieczorem grałem z Sebastianem w pokera o dolary, które były nasze wspólne. Sebastian latem wracał rano z pracy w przetwórni owoców „Las” — on spał, gdy ja pływałem w Chechle, wszystko było w porządku, witały go białe sufity mieszkania, gdy wracał zmęczony do domu, sufit zwieszał się nad nim i mówił mu o jego zmęczeniu, trzymał się nad nim, wiążąc wzrok, gdy.

Wchodzą przez otwór na drzwi do świeżo zbudowanego z pustaków pomieszczenia. W środku jest ciemniej, Agata potyka się o leżące bezwłdnie kawałki gruzu, Sebastian ją podtrzymuje. Dawid trzyma w ręku nieduże radio tranzystorowe.

Ja jechałem autobusem nad Chechło (5 minut), a Sebastian zasypiał, na balkonie leżał pies grzejący się w słońcu i poszczekujący basowo na tych, którzy mu się nie podobali: był czerwiec i kwitły łubiny, pierzaste jak roślinność z innej planety.

Słychać głos czytającego dziennik radiowy. Później jest muzyka, zaraz po radosnych wieściach z kraju i ze świata. Przechodzą na ukos, idą wolniej, bo jest ciemno. Agata idzie pierwsza do małych drewnianych drzwiczek, które są zbite z kilku desek.

Stoki nadjeziorne były niebieskie, spotkałem Józefa i Artura, ale oni odjechali, bo chcieli iść do kina na Na samym dnie.

Agata otwiera drzwiczki i przechodzą pochylając się mocno. Dawid idzie kilka kroków za Agatą i Sebastianem. Na chwilę przystają na kawałku ziemi otoczonym murkiem. Dawid pyta, co tu będzie, a Agata odpowiada, że kurnik. Niebo nad ich głowami jest jasnoniebieskie i słaby wiatr potrąca im włosy. Idą obok niedużego pola ciemnozielonych ziemniaków. Podchodzą do drzewek. Pnie są cienkie i trzymają się ich ślady przestarzałego wapna. Dawid schyla się i trochę opadają mu włosy. Kładzie radio na leżącym tutaj pustaku. Zespół Pterodaktyl i Dinozaury śpiewa swój aktualny przebój. Cienie drzew są już długie. Wysoko krążą jaskółki. Niektóre liście są już żółte. Na ziemi wśród wysokiej trawy i nielicznego ostu leży trochę kamieni i wiele śliwek: fioletowych i złotych, niektóre koliście gniją. Podchodząc do drzewek rozdeptują leżące na dole śliwki, które już spadły. Dawid podchodzi do drzewa z fioletowymi, a Agata i Sebastian do tego, na którym rosną złote. Za niedużym sadem są pola na dużym i opadającym łagodnie stoku. Kilka kęp drzew i prosty kanał melioracyjny. Sebastian mówi głośno o tym, jakie złowił ryby. Dawid mu dokucza, twierdząc, że były to płotki, niezbyt duże na dodatek. Wszyscy śmieją się, Agata najgłośniej. Tamtych dwoje zrywa śliwki rękoma. Dawid przyciągnął gałąź do ust i je w ten sposób, co chwila wypluwając pestki i czasem ogonki. Ciemnozielone liście odginają się na jego twarzy we wszystkie strony. Gdy przysuwa głowę wybierając śliwkę, liście mieszają mu się z włosami. Agata mówi, że zaraz trzeba iść, bo na pewno czekają już na nich. Dawid odpowiada, że nic nie będzie, i zaraz przyciąga inną gałąź. Teraz Agata, która ma szare oczy, i Sebastian, podchodzą do Dawida. Sebastian schyla się i bierze radio. Gra grupa Sweet. Agata stwierdza, że jej się to podoba. Dawid wstaje na palce i traci równowagę, poślizgując się na palcach, ale nie upada. Je dalej. Sebastian daje Agacie radio, a sam rzuca kilka razy w jeden z metalowych słupków, na których ma być zawieszone druciane ogrodzenie, siatka na nic. Ani jedna z rzuconych śliwek nie trafia do niedalekiego celu. Sebastian rzuca kamieniem, który odbija się głośno i cicho upada na trawę. Słychać krótki i głuchy dźwięk prawie bez wibracji. Sebastian śmieje się, a Dawid mówi, odwracając się na chwilę, że lepiej późno niż wcale. Agata oddaje Sebastianowi radio, podnosząc rękę wysoko, niemal do linii oczu. Dawid przestaje jeść fioletowe śliwki i idzie w kierunku drzewka z żółtymi. Idąc je dalej. Teraz Agata zrywa kilka fioletowych i wkłada je, trzymając końcami palców, do ust Sebastianowi. Także Dawid zrywa ręką śliwki, sok spływa mu po brodzie, owoce są trochę przejrzałe. Ociera brodę wierzchem dłoni, kciuk jest lekko odchylony.

Wieczorem mgliły się na niebiesko rozległe stoki niecki jeziora.

Dawid wyjmuje z kieszeni zieloną chusteczkę i wycierając dokładnie ręce wypluwa na bok pestkę. Nad ich głowami przelatuje bocian, słychać szum jego skrzydeł. Sebastian mówi, że powinni już wracać. Dawid przyznaje mu rację. Agata wkłada ręce do kieszeni na pośladkach. Sebastian twierdzi, że musiało być na tych gałęziach bardzo dużo kwiatów. Odpowiedź Agaty jest twierdząca.

Czesałem włosy nie znanej mi jeszcze przed godziną dziewczyny. Siedzieliśmy zawinięci w jeden koc, chociaż wcale nie było tak zimno: to na wodzie kwitła moczarka lub coś innego, na biało-żółto — jak łachy piasku, jakby poziom jeziora nagle się obniżył: wracałem boso, bo miałem stopy stwardniałe, nad głową i szosą łączyły swoje gałęzie kasztanowce i klony.

Powoli idą wzdłuż pola ziemniaków. Teraz kolejność jest inna: pierwsi idą Agata i Dawid. Światła samochodów widziałem w tym przerywanym tunelu już z daleka.

W mieście plamy listków grochodrzewów zieleniły się w świetle latarni, tutaj asfalt był ciepły, falowały ześlizgujące się po rytmie powietrza ćmy, bezszelestnie przeleciała sowa, a włochate nietoperze popiskiwały dziarsko, o czym wiedziałem: były mi bliskie dlatego, że słyszały moją głowę jak tak wszechstronną dziurę, w którą nie można nawet wpaść.

Sebastian idzie za nimi. Jest zajęty nastawianiem linii na skali radia.

Krótko mówiąc: nie dorastałem do śmiałego zamysłu budowania w tamtych czasach arki. Jesteśmy także marynarzami, składając się w zasadzie przede wszystkim z wody, chociaż nie krople, lecz ich domysł lub próba, to nie wszystkim wystarcza. Dopiero niespodziewana kąpiel po pamiętnych zdarzeniach (ale wtedy już nie dysponowałem arką, raczej była nią dla mnie zwykła wanna) przypomniała mi wszystko od nowa: tylko i wyłącznie z przekory podejrzewałem Jakuba, że zamiast arki sprokurował sobie (podobnie jak ja) najzwyklejszą w świecie wannę — lecz cóż, oczy śmieją się na wspomnienie tak dawnych czasów, byliśmy szczęśliwi tym, co znajdowaliśmy, tylko i wyłącznie moja niedojrzałość narzucała mi tę nieufność i — co tu skrywać — zazdrość: nie wiedziałem dokładnie, do czego służy arka, czym różni się od wanny, jaka jest różnica między pluskaniem a szumem; w wannie lub na brzegu (niejako) wanny lubiłem kochać się z Marią: ale arka? nie wiem, zapomniałem o Marii zerwaliśmy ze sobą, nie ma przecież różnicy między dwoma dowolnie wybranymi dniami, rzeczy nie mają nic wspólnego ze sobą, są nieporównywalne, lecz czy nie takie same? Toteż gdy Maria uczyła się.

Teraz Sebastian przysunął radio blisko do oczu. Usiłuje odczytać oznaczenia na nie znanym bliżej aparacie. Woła Agatę i pyta się o to już wtedy, gdy Agata nie odwraca.

Nazywała miłość po swojemu i nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. Agata podchodzi. Znowu traci równowagę.

Ciężkie piersi kołyszą się, pomimo biustonosza, mocno pod czerwonym sweterkiem. Palce Agaty obejmują prawą stronę (patrząc tak jak ona) białego radia, lewą podtrzymuje Sebastian. Palcem drugiej ręki Agata dotyka skali. Przesuwa go w miarę tłumaczenia, raczej powoli. Głowy Agaty i Sebastiana stykają się: włosy ciemne i rudawe. Dawid stoi z rękami wsuniętymi za skórzany pas i czeka.

Miałem wrażenie końca liturgii.

Uśmiecha się ze zrozumieniem, gdy radio znowu gra głośno.

Rozmawiałem z Grażyną, ucieszony, że pod czarnym swetrem nic nie zwykła nosić, o języku gestów i znaczeń postępowania lub słów jako oznaczniki z innym znaczeniem, sam fakt mówienia, a nie to, co się mówi, którym gramy ze sobą, na jej nabijanie się z Freuda odpowiadałem, że był on ważniejszy dla ludzkości od Kopernika lub tak samo ważny, usiłowałem nazywać rzeczy, które są jeszcze jednym językiem, rzeczy nie mają nic wspólnego. Czasem Grażyna twierdziła, że chce iść, więc zatrzymywałem ją, obejmując wpół — mówiliśmy tym samym językiem. Niestety w domu leżał zapomniany kalejdoskop, nie tylko tak: moja tępota nie pozwoliła mi zrozumieć niczego.

Idą teraz równo: Agata w środku, a oni po bokach.

Starałem się niepojęty świat śmiałych zamierzeń budowniczych (do których zaliczał się Jakub) ściągnąć z piedestału, wymieszać z moją rzeczywistością; opisać poprzez nią wszystko, co tam było, jak tam było. To, czego wyrazić nie zdołałem, wydrwiwałem przed sobą samym i tylko sobie to mówiłem. Obawiałem się w tych zamierzchłych czasach powagi Jakuba i okrążającej go, dosłownym murem nie do przebicia, pracowitości — dlatego zazdrość kazała mi nie wierzyć w rozliczne podróże arki Jakuba i rozgrywające się w zamierzchłych czasach wydarzenia. Na szczęście jedyną moralnością była tolerancja: nikt z nas nie był czysty wobec nikogo — to pozwalało na narodziny krzepiącego poczucia wspólnoty. Podejrzewałem, że kwitnący nad Chechłem łubin ma coś wspólnego z ostatnimi wyczynami Jakuba. Poza tym spędzaliśmy czas na badaniu nocnych schodów pochylonych jak nowo zatrudniony sługa, w domu nieocenionej Patrycji, która uprawiała kalafiory. Płynęliśmy z Józefem zmęczeni kłótnią, kwiaty to były tylko małe kociątka — tyle że kolorowe, lub wybrałem się we wrześniu do Borosławic, ale w czerwcu Józef był zaskoczony tym, że w ogóle są we mnie jakiekolwiek uczucia (nie miłość oczywiście) wzbudzone przez Marię. We wrześniu jechałem pamiętaną trasą z GT do Borosławic: nadszosowe drzewa, ciemna zieleń dogorywała spokojnie, nie przeszkadzała niczemu, Emerson, Lake and Palmer śpiewali From the Begining i był we wrześniu widoczny nad ranem Orion. Rozmawiałem z Jakubem, arki nie istniały, a on nie przypominał ptaka trzepocącego się w klatce, pierwsze chłody uczyniły z nas oczywiście tylko bezwolne okruchy pyłu, gdy mijało lato, byliśmy niczym bez wielości liści, które było słychać i które istniały zielono, jako nikt tańczyłem z Grażyną, ale za to ktoś (nagrany na płycie, z płyty przegrany na taśmę) śpiewał, że potrzebuje pewnej osoby najbardziej o północy — piosenka podobała mi się bardzo — dlatego, że Grażyna twierdziła, jakoby tylko moja niewydarzona obecność nie pozwalała iść jej spać — oczywiście przesadzała lub źle ją rozumiałem. Na razie był czerwiec, tak dawno jak nic i coś jeszcze nowego: Maria śniła mi się po nocach, bo widywałem ją codziennie, widywaliśmy się, bo ślepa nie była przecież, nie muszę dodawać okruchów, byliśmy jak pasemko zagubionej melodii lub czyjaś przyjazna drwina, kształt, który zwężony między powiekami gotował się do wniknięcia. Sebastian płynął tuż obok mnie poprzez noc i wczesnoletnie jezioro: nieomal roślinność napowietrzna, wśród której płynęliśmy lub wślizgiwaliśmy się w coraz to nowe obszary wśródzielonej jasności: zdarzenia były naddnookie, mogłem rozmawiać z Jakubem na ciepłym piasku — arka była bezpowrotnie utracona. Na karki opadały Sebastianowi i mnie mokre włosy, wiedziałem, że w szmerze wody, pękaniu banieczek, rozgrywa się kolejna historia, liturgia została zapomniana: czyjeś słowa (?) wypowiadały wierność temu, w co wierzono — my płynęliśmy nieświadomi, byliśmy niczym wobec wszechogarniającej strumyczki wody na szyi historii za naszymi głowami: wstawały świty i było tysiące zdarzeń nie wiedzieliśmy o żadnym, a były tak blisko, poruszane pulsem na naszych szyjach właśnie: aż zmęczeni wpływaliśmy kretyńsko zadowoleni: każdy w głąb swoich oczu: wszystko się zmieniało, pasma pierzastej roślinności, drogi wśród drzew i nieznane smugi kolorowych gwiazd, ich nie zgłębione nigdy proporcje: tam daleko każdy z nas zasypiał: skulony lub wygodnie na wznak: otwarte oczy i zielona ciemność: poczucie bezpieczeństwa, nie istnieliśmy dla siebie, smugi deszczu lub słońca były nadaremno, wyprzedzaliśmy w idiotyczny sposób, absolutnie niedoskonale i niepotrzebnie, ot — prymitywnie, całą historię, wyłączeni, nic nie odbierający: świat patrzył się na siebie. Osobiście wolałem się spytać, czy historia, którą wyprzedzamy, jest równie bezsensowna, jak ta, którą uroiły sobie nasze włosy: było późno.

 

 

 

M y s a m i, s a m I

People try to put us down,

Just because we get around.

Things they do look awful cold

Fragment piosenki grupy The Who My Generation

 

Arnoldowi

 

Architektura nieco mauretańska, jak śródziemnomorska gemma. Tak to sobie wyobraziłbym, zresztą zupełnie niepotrzebnie. Corinna, Jeffrey i Jakub byliby wtedy w kraju Ostrogotów. Na ulicach uroczych w lecie, jak landrynki, miasteczek, przechadzaliby się żołnierze w czarnych, mimo upału, garniturach, białych koszulach, z aktówkami pod pachą, zresztą zwykli obywatele wyglądaliby identycznie. Jakiś muzyk grałby na gitarze, a później waliłby wściekle w klawisze. Wszędzie stałyby stragany zarzucone pomarańczami. Dziewczyny, rudowłose, nosiłyby zielone sukienki. Ze szkół wybiegałby tłumek z trochę mniejszymi aktówkami i bardziej świeżymi włosami dziewczyn. Jakiś samotnik oglądałby samochód Jakuba, a oni piliby campari z lodem, patrząc na oszałamiające morze z setkami kolorowych żagli jak gwiazdy nocy. A dużo później Jakub piłby w milczeniu whisky (nie whiskey), patrząc na Corinnę. A przecież on przepłynąłby z mężem Corinny (Jeffreyem) błotnistą zatokę i mdłe światło (dla oczu). Kobieta ta stałaby obok opasłego Xięcia Eryka Lenextrod, piękna też z profilu. Podobno Jeff i Sebastian (jego syn) pływaliby wtedy po zatoce. A Jakub? O.K. Po prostu lato pisałoby poematy rozsypującymi się literami z kredy.

Przypomnę, jeszcze raz, gdy będę czekała na ich powrót. Za oknami blask zatoki, milczące miasto Monsu Desiderio. Miasto, nieliczni mieszkańcy rzadko wychodzili z domów. Xiążę gdzieś grał ze sobą w warcaby expressowe i experymentował, z wyglądu typowy naukowiec. Domy rozsypywały się powolutku, na ulicach wyrastała trawa, wyobrażane źdźbła. Na ulicach wędrowało, czarniejsze niż noc, światło zrodzone przez wrogie nam istoty z włóknistych mgławic Łabędzia, może podobne do Abraxasa wyrysowanego na wielu kamieniach. Mój mąż wypłynął na wody zatoki, zrobił to razem z Jakubem Jovestovem, człowiekiem, którego podejrzewałam, że stał na deszczu pod moim oknem i nie mówił nic ponad drwinę i obojętność. Co rano zatoka lśniła w słońcu. Zobaczyłem mojego syna, gdy wymyślał plany innych miast innych niż oczywiste Monsu Desiderio, i czekałem. Moja żona nigdy nie wie, co ma zrobić z tym, co odkrywam. Nawet teraz, za błotną zatoką. Łódź przecina fale wody wolnej od brudu i wodorostów, tu wieczorem lecimy po powierzchni roztrącając fale żyjątek emitujących własne, niebieskie i różowe światło. Wystawioną za burtę rękę Jakuba delikatnie chwyta liliowo świecąca ryba. Nie gryzie, trzyma palce mocnymi zębami, może chce być blisko niego. Brzeg już blisko.

Może nie chcemy tego, bo cóż jeszcze można. Wiatr ustaje i wiosłuję z zamkniętymi oczyma nie chcąc zostać tu na zawsze. Od rana Jakub zanurza palce w spokojnej wodzie. Na drugim brzegu stoją rudery uwikłane w pomarańczowe gaje. Niebo jest zimne i lodowate. Wśród tej zwykłości wydaje się nam, że jesteśmy na innej planecie. Jakub macha ręką, bo wydaje mu się, że widzi bezuste dziecko pomarańczy. Dlatego że za przełęczą odkrywa się samotność w Okrutnym Królestwie Gdzie Wymyślono Samotność.

Nagle zapadnie wieczór, za zatoką, między ciasno zabudowanymi i opustoszałymi domkami. Pomyślę o mieszkańcach domków, dawno nieistniejących, ich życiu jak dygresja tradycji i stylu bycia nie zapewniająca już żadnej z pewności. Wyjdziemy, Jeffrey i ja, na pusty placyk, pełen śladów jakby węglowego pyłu, przez ciemny korytarzyk. Poczujemy lęk, bo nie spadnie deszcz rozjaśniający puste piekło zapadającego zmroku. Gdzieś wejdziemy po schodach na piętro, zmierzch zmieni się w szary kurz wirujący w ciepłym dopadającym nas słońcu, wśród wyrwanych okiennic i szalonej zieleni, która nas zobaczy. Podłoga będzie z desek, pełna szpar. Tynk będzie opadał pod naciskiem palców i Jeffrey będzie coś mówił, lecz umilknie (jakby oczy zalały strugi czystego deszczu wiosny). Na deskach kurz, który nie wznieci się tego dnia w powietrze, i rysunek na podłodze, wykonany kawałkiem cegły. Przedstawi profil kobiety, której rysy wymkną się klasycznym kategoriom gry zwanej piękno, trochę zaokrąglone, na całej podłodze pustego pokoiku. Nadal pełni lęku odnajdziemy pod ścianą elegancko pocięte i zawinięte w papier kawałki rzeźby. Będzie to twarz ta sama, umieszczana na leżącej obok wysokiej kolumience. Narzuci się nam myśl o związku rysunku i planowanego przez kogoś wyniesienia rzeźby. A na złożonej przez nas twarzy jasne włosy zakręcą się do tyłu, wyda nam się, że marmur zadrży jak pole wszędobylskich maków, pogrążonych w okrutnej wojnie z chabrami. I uderzy nas świadomość, że to najpiękniejsza kobieta świata (bzdura), te kamienne ułamki, pozostałość po zwycięskich niegdyś Visigotach, przygotowane do wyniesienia. Znowu nasze nieśmiałe ręce dotkną kamienia i rysów kobiety przypominającej o celtyckich legendach. Oczywiste stanie się dla nas (no tak, bo zaistnieje tu piękno) (jakżeby inaczej), że istnieje maniak zakochany w tym martwym kawałku kamienia, który wyrysował go, by nie musieć stosować ciągłego odwijania papieru, by utrzymać obraz przed oczyma w imię jeszcze innych wysiłków. Konieczność zabrania rzeźby? Nadejdzie tak zwany właściciel. Będziemy zdziwieni tym widokiem, za zatoką. On sprawi wrażenie wystraszonego czterdziestoletniego urzędnika, uzbrojonego w aktówkę i tatusiowatość, beznadziejnie zaganianego. Będzie pozbawiony wiedzy o naszych zamiarach. Spróbuje pokazać wagę swych innych zajęć. Ze szpar w podłodze powyjmuje niezwykle dokładne figurki wizygockich żołnierzy i tak zobaczymy ich po raz pierwszy. Wytłumaczy (ten chłopek), że owszem, on zapakuje. Lecz rzeźba będzie miała na brwiach uszkodzenie. Wyjaśni, że to on, z niemocy wobec piękna martwego i niewyobrażalnie podatnego na zniszczenia wszelkie. I zniknie rana na rzeźbie, i usłyszymy: ona sama to załagodzi, jakby posiadała magiczną moc. Wrócili w nocy, przez zarosłe trawą ulice, parki rozkrzewione i blask nielicznych świecących neonów. Spadło kilka kropel przelotnego deszczu, a fikusy wyglądały w świetle neonu na nawarstwienie turkusowych landrynek. Zobaczyli mnie w świetle drzwi za balkonem, opartą o poręcz. Nie wiedziałam, co robić z radości. Później siedzieliśmy w pokoju, pijąc zamrożone białe wino. Jeffrey grał na cytrze staroangielskie ballady. Zbierałam siły. Wydawało mi się, że jeśli tylko przeżyję tę noc, to skończy się dla mnie czas milczącego rozpadu, nocy wypełnionych wyrwami przestrzeni czarnego światła.

Dużo później w opustoszałych ruinach rozpanoszyłaby się śmierć. Ale wtedy zasnąłbym, mając zaledwie kilka lat. Moi rodzice mieszkaliby jeszcze w mieście Monsu Desiderio. Zasypiałbym słysząc głosy wpierw podniecone, a później uspokajające się coraz bardziej, słyszałbym muzykę strun i tych głosów. Ojciec i Jakub Jovestov opowiadaliby matce bajkę o jakiejś rzeźbie czy czymś w tym rodzaju. Zasypiając pomyślałbym, by ojciec zabrał mnie na przejażdżkę łódką. Wychodzę na balkon nieruchomy, lecz targany podmuchami niedostrzegalnego wiatru. Myślę o magii zabliźniającej rany i o tym, że potrafię tylko opowiadać bajki. Może mam popływać łodzią po zatoce. W dłoni trzymam kieliszek zimnego białego wina i nadaremno myślę o wielkości żagli, przecinających powierzchnię wysychającej zatoki. Piję wino na balkonie przed pustymi wieżowcami. Ulicą idzie dwóch starszych mężczyzn z aktówkami, w wymiętych garniturach. Między nimi, trzymając ich pod ręce, roześmiana rudowłosa dziewczyna. Gdy znika z kręgu światła jej zielona sukienka, słyszę zrzędzące głosy podnieconych mężczyzn i bezlitosny śmiech upojonej ich towarzystwem wysokiej dziewczyny. Miałam wtedy ciemnobrązowe włosy i śmiałam się z nich obydwu. Chciałam recytować zapomniane wiersze Safony, pić zimne wino. Mówiłam, że Jakub zawsze czeka na widok dwóch lesbijek w łóżku. Piliśmy milczące wino, ze strachem wspomniałam samochodowy wypadek Jeffreya. Lecz śmialiśmy się dalej, pijąc już whisky i Jeffrey dokuczał mi mówiąc, że lepsza whiskey. Nie chciałam wierzyć, że gdzieś istnieje okrutne królestwo odkrytej niedawno samotności, gdzie fioletowa piana obmywa laguny i śmieszne gaje pomarańczy roznosiły zapach i śmiech zapisanego dziwnymi alfabetami papieru.

W ruinie pełnej obsypujących się cegieł będzie moje mieszkanie, jedyne znośne. Wróciwszy wyciągnę skądś butelkę dużą Ballantines i położę się wygodnie na tapczanie. Przez pół nocy będę kontemplował świetliste liście wysokiego fikusa i smak whisky znieczuli mi dziąsła, aż będą jak z drewna. Znowu i znowu zechcę zanurzyć rękę w wodzie zatoki, gdy w nocy będziemy się przemykać między plamami liniowego światła, jeszcze raz i raz. Corinna? O małych ołowianych żołnierzykach i bójkach, które wywołują między sobą te śmieszne istotki. Zbudziłbym się w nocy nie wiedząc, czy słyszałbym ich głosy, tak lub nie. Siadłbym za biurkiem zarzuconym kartkami i zazdrościłbym Geraldowi Osmerowi jego poematu Gruby jak cegła. Wtedy zrozumiałbym, że tematem mojego dzieła mogłaby być historia wyprawy Jeffreya i Jakuba Jovestova za zatokę. Nie byłaby to wcale bajka, lecz opowieść o bitwie, jaką ci dwaj bohaterzy wydaliby straszliwemu księciu Visigotów w celu odzyskania zaklętej w marmur Księżniczki Corinny Uksor. Byłyby tam przemiany opisane i znane, pościgi w pomarańczowych gajach i udzielające dzielnej dwójce pomocy samotne Dzieci Pomarańczy, których oczy i usta naznaczone byłyby tajemniczym stygmatem snu uległego innym snom w nim zakopanym jak igła w stogu siana. W końcu odebraliby temu Księciu symbole jego mocy: starą aktówkę i wymięty garnitur. Corinna, ożywiona nagle, śmiałaby się odziana w świeże barwy wiosny, a jej ciężkie brązowe włosy łapałyby wiatr podobny do oddechu, wycyzelowany jak miniaturki tamtej nieistniejącej rzeźby, które rozdawałbym ludziom mi bliskim. Przeszkodziłbym (w ten nieskomplikowany sposób) zapomnieniu o Monsu Desiderio i o pewnych wydarzeniach. Wtedy poszedłbym spać. Rano miałaby miejsce wycieczka lśniącym od niklu rowerkiem. Rano zbudzi mnie sukienka zielona, leżąca na krześle. Miedziane i lśniące włosy jej (nagiej obecnie) posiadaczki będą leżeć na moim ramieniu i tylko przez chwilę pomyślę o serii skomplikowanych czynności, które będziemy musieli za chwilę wykonać. Zaklęty tymi rozmyślaniami nie odpowiem na uśmiech na jej bladej twarzy. Wstanę i przez okno wyjrzę na ulicę, na puste domy, kilkoro nielicznych mieszkańców okolicy, trawę wyrosłą między płytami chodników. Zdecyduję się wyjechać. W kilka godzin później Jeffrey i Sebastian odprowadzą mnie kawałek, będą machać na pożegnanie rękoma. Zobaczę w lusterku samochodu dwie oddalające się figurki różnego i wzrostu, i barwy. I zaraz, nagle za zakrętem, wpadnę w wir miasta pełnego głosów, ludzi i samochodów, sklepów i lokali, zaklnę i pojadę do domu szeroką dwupasmową ulicą. Xiążę Eryk uśmiechnął się do mnie, nagi do pasa i ustrojony w klejnoty i kamee, atletycznie zbudowany, był mi tak bardzo bliski. Zręcznie (jako wytrawny polityk) ukrywał swój lęk przed mającymi nadciągnąć jesienią Wizygotami (wizytatorami). Opowiadałam mu to, co w dawnych latach opowiadało się w Monsu Desiderio, zwykle w bezksiężycowe noce, najlepiej zimą. O tym, jak to Jakub Jovestov oraz Jeffrey Khederos przeprawili się na tratwie przez zatokę i pokonali miliony wielce niesamowitych zdarzeń (coś w rodzaju smoków) i przeciwności. A ich oczy nauczyły się wtedy wielkiej odwagi. Opowiadałam Xięciu, jak będąc żoną Jeffreya Khederosa, nie mogłam znieść przyjaźni, która zrodziła się między dwoma mężczyznami. Nie wiadomo dokładnie, co tam znaleźli, przecież było coraz gorzej. Z trudem uczyliśmy się przemykania między chciwymi szponami królestwa, gdzie odkryto samotność. Oni byli inni. Niektórzy mówią, że Jeffrey odnalazł tam portret swojej żony, narysowany kredą na podłodze jakiejś ruiny. W każdym bądź razie gdy wrócił, widać było, jak zżera go smutek wynaleziony przez tamtych parę kresek, które wymyśliła za niego podłoga.

Nie chciałbym stworzyć tylko nowych planów prostokątnego miasta, pełnego okien jak zmrużone oczy, nie chciałbym pisać wierszy o śmierci tylko. Mój poemat Spokojna tafla złocistego ognia odniósłby wielki sukces, czyż nie czytałoby go wtedy tysiące ludziów (i innych pętaków). Lecz ja naprawdę kochałbym wszystkie śmiałe wyprawy, ów lęk palców, za pomocą którego witalibyśmy się co rano, zagubienie i śmieszność. Moja matka, Corinna, wydawałaby się być tylko uśmiechniętą od ucha do ucha kolumną, białą i zapomnianą byłaby ciągle od nowa. I oczy, oczy byłyby ślepe i pełne. Nie rozumielibyśmy wtedy kompletnie nic. Maniakalne i złe czary oczekiwałyby momentu pożądania i wiedziano by naprawdę, że ogień płonąłby bez ciepła, jak ciepło pozbawione oddechu na sekundy przed śmiercią. Cóż znaczyłyby więc owe przewrotne miary i logika nie uświadomionych zamiarów? Chciałbym poznania owych dni (między straganami pełnymi pomarańcz), nici i zależności łączących ową trójkę. Czy Jakub stałby na deszczu, czekając na moją matkę, nie wiadomo, po co? I cóż robiłaby Corinna, znając jego skrytość i okrucieństwo, którymi zasłynąłby, dowodząc akcją eksterminacji resztek Wizygotów? Cóż z tego? Może byliby w nocy parą przyjaciół, a w dzień parą kochanków? Może Jeffrey mówiłby, że mu wszystko obojętne (innymi słowy miałby wszystko w dupie)? Lecz to oni jeździliby do państwa Ostrogotów, słuchaliby tam instrumentów strunowych, a Corinna, w te szczęśliwe dni, uśmiechałaby się zalotnie do zakochanego w niej muzyka. Piliby czerwone wytrawne wino, ktoś znowu patrzyłby na nich śmiejąc się długo i wytrwale przez sam swój zamiar. Byłyby noce po upalnych dniach i kawiarnie w cienistych placach, gdzie wyczuwalne byłoby ciepło nagrzanych murów. Corinna przytuliłaby policzek do ściany, a Jeffrey oparłby się ręką, patrząc na nią. Słyszeliby muzykę i ktoś szukałby Corinny widzianej przelotnie, w palcach trzymaliby kruche kieliszki wypełnione czerwonym i pijanym winem. Mówiłam Xięciu o pomyśle reklamowania mojej osoby. O zmyślonym odkryciu kolekcji rzeźb cesarza Galiena, wśród których miało być także moje popiersie, umieszczone na białej kolumience. Jeffrey i Jakub dużo o tym mówili, mieliśmy pieniądze i piliśmy do woli, przez długie noce, w czasie wycieczki do kraju rodzinnego Gotów. Xięciu Erykowi podobała się ta historia. Był Xiążę delikatnym młodzieńcem o nieomal kobiecych rysach, skromnie ubranym.

Zbudzi mnie śmiech dziewczyny rudowłosej i pięknie zbudowanej. Ona o bzdurach gadanych przez sen, dam jej klapsa w goły tyłek i pójdę ogolić się do łazienki, słyszeć podśpiewywanie jej gołej, kręcącej się po pokoju, nie popatrzę przez okno. Przypomnę sobie nocne wystawanie pod oknem Corinny w ciepłym deszczu, będę się sobie wydawał śmieszny i mały, pozbawiony dowcipu. Ona będzie czekać, lecz ja nie wejdę na schody bez siły na odejście. Zostanę w poddeszczowym i ciepłym towarzystwie rozgadanych domów (bezludnych prawie) i liści, może asfaltów. Rano wyjdę z tamtą uroczą osóbką na spacer, będzie ubrana w zieloną sukienkę i przejdziemy się po mieście. Dzień, wymijam kilku ludzi z aktówkami. Jakub (ubrany w niebieską koszulę i jasne spodnie) żegna się z dziewczyną o włosach jak futro lisa. Jestem z Sebastianem, który powinien to pamiętać. W trójkę idziemy na brzeg zatoki, Sebastian coś mówi idąc między nami. Na piasku leży wyciągnięta łódź żaglowa. Ma zielony żagiel, turkusowy i delikatny pomarańczowy wzór na ciemnoniebieskim kadłubie. Z wysiłkiem spychamy ją na wodę, stopy grzęzną w piasku, tu, pod jasnym niebem, jak szklane naczynie, które łapie nas w pułapkę. Widzimy drugi brzeg, jakieś gaje, dalej góry i przełęcze, roześmianą twarz słońca. Za rogiem bliskiego domu chowa się mężczyzna o lisiej twarzy, do wymiętego brudnego garnituru przyciska dramatycznym gestem wynędzniałą aktówkę, może jego twarz płacze nad brudną białą koszulą.

Płynęlibyśmy przez zatokę śnieżnobiałą od grzyw pian i strug niskich fal. I zaraz tafla byłaby spokojna. Może płynąłby z nami ów urzędniczyna, łysy i z brzuszkiem, prychający wodą. A Jakub? Miałby być na przyjęciu u Xięcia, byłaby tam Corinna (i ja nabijający się z monarszego majestatu). I tłum rudych dziewczyn w zielonych sukienkach, i tłum urzędników z teczkami pełnymi zdobycznych kosztowności. Łódź kierowana pewną ręką mknęłaby przez wachlarze śnieżnej piany jak przekornie przekrzywiony w locie ptak. Szare włosy Jeffreya zbryzgałaby woda i wróciłby. Zbudziłam się rano. W łazience sapał niedźwiedziowaty Xiążę, miłośnik: Experymentów, Expressów, biegły w każdym Exposé. Lecz były i dni spędzone z Jakubem, ciepłe noce, gdy piliśmy to złote wino i śmiały się jego szare oczy, i bliską była opalona skóra. Rozmowy, tysiące jego powodów, by mnie oczekiwać i unikać, na kamiennych stopniach i w nocach wśród zarośli turkusowo rozjarzonych fikusów. Jak w tym świetle wyglądały nasze twarze bez zmarszczek, ręce? Gdy myśleliśmy, że nigdy nie umrzemy, zakochani w lecie. Skończyłem się myć i wycieram się cynobrowym ręcznikiem, stojąc na zielonej kafelkowej podłodze łazienki. Zaciąłem się przy goleniu, to śmieszne. Corinna śpi naga pod niebieskim kocem, kafelki świecą mdławo. Myślę, że ona nosi już nasze dziecko. Trudno, po latach, tym bardziej że dawno nie opowiadałam o wyprawie. Był później czas, gdy w pustych oknach zimowy wiatr otwierał okna. Chciałam mówić, a mój syn spał niespokojnie w te straszne noce. Teraz jego poemat to klejnot literatury; także gockiej. Lecz on nie pisał już, wierzył w widma Jeffreya i Jakuba. Wszystko zniszczył wizygocki najazd. Jeffrey zginął w walkach, losu Jakuba nikt nie znał. Lecz skąd wizygocki rzeźbiarz i muzyk znał mój profili styl klasyczny, inny od mauretańskich, niepojęty dla tego artysty? Lecz cóż Jeffrey i Jakub zobaczyli wcześniej? Tajemnica? Po wojnie wyszłam za mąż za Xięcia. I mówili, że widziano inkrustowany niklem i jaspisem samochód Jakuba Jovestova, nikt nie ośmielił się zaprzeczyć, jakoby go tam nie było, za kierownicą, w środku. Młody człowiek czekający na deszczu? Podbiegłam do Jakuba, bo znałam go przed poznaniem Jeffreya. Widywaliśmy się często, lecz nigdy nie słyszałam, by mówił to, co chciałam usłyszeć. Pokłóciliśmy się na przyjęciu u tego bogatego bubka Eryka Lenextrod, który co parę tygodni robił sobie operację plastyczną. Jakub potrzebował pewnej formy pamięci i niczego więcej; zniszczony swoimi sprawami i możliwością opuszczenia obracającego się w ruinę miasta Monsu Desiderio. Nie wybiorę mieszkania w mieście. Zrozumiem, wbrew sobie, że powinienem opuścić Corinnę. Wyruszę na brudne ulice królestwa, gdzie wymyślono samotność, a fikusy mają szare brudne liście. Będę przytulał twarz do spłukiwanej deszczem szyby. Zostanę sam i nikt mi już nie dopowie. Co zobaczymy za zatoką? Osobiście sądzę, że piękną twarz Corinny Uksor, której widoku będę unikać później na przyjęciu. Jak jednak ożywię jej twarz, która skamienieje w mojej pamięci, pozbawioną ożywczych wiosennych traw? A gdy wyjdę rano na ulicę, zobaczę, jak ta ruda dziewczyna (z kiosku obok) sprzedaje facetowi z aktówką tandetne miniaturki twarzy Matki Boskiej z Piety Michała Anioła. Znowu będę w rozsypującym się mieście Monsu Desiderio. I później nadeszliby wizygoccy zdobywcy. Tu do miasta opuszczonego teraz lub po ich najeździe, pełnego strasznych czarnych świateł. Oni czciliby słońce, ogień i alkohol, obrazy ognia utkano ze złotych nici; które obracałyby sen w zawiłość metafory i z których Corinna tkałaby płótno pełne tajemniczych wzorów, obracających wniwecz słońce i przenikające się tafle lodowatych (chociaż upalnych) dni. Z roślin podobnych do ostrych penisów Wizygoci wykonywaliby dzielne pelisy bojowe. Podobno czciliby jakieś miejsce wśród zrujnowanych domów, można by tam dojechać samochodem, w zapomnieniu elementów potęgi najeźdźców. Lecz później i oni zamarliby, pozostałby smutek oczu Corinny Uksor. Pozostałaby legenda utrwalona w latach owej bezsensownej wojny. Lecz długo nocami i przy ogniskach Wizygoci opowiadaliby historie warte upowszechnienia, niezrozumiałe dla nich przez swoją delikatność i nieśmiałość. Przemierzyliby tysiące mil, więc czym miałaby być wyprawa przez cuchnące bajoro. Bo nie wiedzieliby nic o liliowej luminescencji, ona zgasłaby wraz z ich przybyciem. Niemniej byliby pod urokiem historii ze schyłkowej epoki. Byłaby to dla nich próba nieśmiała i niezrozumiała. Mówiono by o rzeźbiarzu i rysowniku (trzymając w dłoniach poręczne aktówki, poprawiając krawaty), który wyrzeźbiłby głowę Corinny Uksor (ich poddanej). Dziewczyny w zielonych sukienkach zazdrościłyby jej urody, mrużące oczy od słońca, gryzące trzymane w dłoniach źdźbła trawy. A ten bohater sztuki przemykałby się tylko z teczką w ręku przez ulice umierającego Monsu Desiderio. Lecz (u diabła) kto wytłumaczyłby, skąd rysunek profilu, wykonany nonszalancko kawałkiem cegły? I jak Jeffrey i Jakub mogliby go odnaleźć, żyjąc jeszcze? Przecież Jeffrey zginąłby zabity przez Wizygotów, a Jakub odjechałby, korzystając z posiadanego samochodu. Jednak Wizygoci zamarliby bez śladu, chociaż wcześniej nadeszliby jesienią. Powiedziałbym więcej, bo byliby już ludzie widzący przejazd jego samochodu, zmniejszonego do rozmiarów połyskliwej kropli. Istniałby wreszcie ów subtelny, lecz deliryczny poemat Spokojna fala złocistego ognia. Znowu byłoby widać luminescencję na wodach wysychającej zatoki, byłaby Corinna pamiętająca Jakuba moknącego na deszczu, a on spotkałby ją na przyjęciu u Xięcia Eryka Lenextroda. I po diabła? Sam nie wiedziałbym tego wychodząc na tajemniczą zatokę, gdzie jak młody kwiat meduzy rozchylałoby się rozniesione wiatrem liliowe światło. Może litery z kredy i okrutne królestwo samotności.

                                                                                                              Donat Kirsch

separatorpng1

 

Na z góry straconych pozycjach

Wywiad z Donatem Kirschem przeprowadził Andrzej Śnioszek.

 

Donat Kirsch, urodzony w 1953 roku, pisarz, autor dwóch powieści, kilku opowiadań i eseju krytycznoliterackiego. Czy przeszkadza Ci, że trzeba o tym wspominać? Twojego nazwiska nie ma w Wikipedii[1], czyli jakby wcale Cię nie było – nie tylko dla szerokich mas.

Oczywiście, że mnie nie ma. Od samego początku mojego pisarstwa podejrzewałem, że zagubię się w skrajności alternatyw, rozwidlających się ścieżek, bo to, co mnie interesuje, nie będzie specjalnie interesować nikogo poza nieznaczną garstką czytelników. Albo, mówiąc prosto, przyszłość, dla której pisałem, nigdy się nie zdarzyła poza światem modalnych relacji.

Co mnie zawsze interesowało, to jak poprzez formalne i językowe ekstrawagancje, wyrwać się poza ograniczenia dominującej episteme (dla mnie stanowi ona różnicę między nieskończonością tego, co można, a tym, co wolno napisać – tak rozumiem Foucaulta). To prowadzi do następnego poziomu zagubienia, bo przecież przysłowiowe stado małp też może wystukać na komputerze, co zechce. Czyli w moim przypadku całe napięcie tego co pisałem, polega na obyciu się bez szukania usprawiedliwień.

Taki poziom arogancji, zapewne nieuzasadnionej, jest w nieomal dokładnej opozycji do królującego dzisiaj konceptu opowiadania historyjek (storytelling) – dla mnie po prostu powrotu do dławiących restrykcji pozytywizmu, „małego realizmu”, czy „przedstawiania świata”. W tym zredukowanym modelu literatury nie liczy się funkcja odkrywcza, a jedynie ważkość tematyczna i podporządkowanie się wytycznym dominujących elit kulturalnych, będących niejako naturalnym przedłużeniem ustabilizowanych oligarchii.

Tu dochodzimy do sedna. Brakuje mi w dzisiejszej literaturze tego, co skończyło się kilka generacji temu: równorzędności inspekcji artystycznej i poznawczej. Przykładem może tu być Jorge Louis Borges, który zdołał opisać niezależnie od języka matematyki podstawowe paradoksy tejże, ale i Teodor Parnicki ze swoją wizją historii jako światów możliwości. Podobnie, Ryszard Wagner (jako poeta) przedstawia w Parsifalu słynne stwierdzenie, że czas staje się przestrzenią (o generację przed Einsteinem), a cała druga część drugiego aktu stanowi wykładnię nieistniejącego jeszcze wtedy freudyzmu.

Jako autor oczywiście nie mogę powiedzieć, czy moje formalne i strukturalne ekstrawagancje na coś się komukolwiek przydały, ale przynajmniej próbowałem (razem z całą grupą pisarzy, którzy generalnie, tak jak i ja, skończyli w „lamusie historii”).

Czym zajmujesz się dzisiaj?

Zacznę od tego, że choć przez parę lat studiowałem fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, to, będąc już w USA, zdałem sobie sprawę, że matematyka interesuje mnie o wiele bardziej. Ukończyłem studia matematyczne na California State University w San Francisco. Studia te były okraszone wielką ilością wykładów związanych z humanistyką i – siłą rzeczy – komputerami. Te dodatkowe, niepotrzebne poznawczo wykłady wybierałem, aby poprawić słownik. Wtedy też zrozumiałem, w jak wielkim stopniu zachowanie amerykańskich profesorów jest uległe wobec żądań lewicy, co jedynie wzmocniło moją tęsknotę za tym, jak różne klasyczne tematy były rozumiane i dyskutowane w niegdyś krnąbrnej intelektualnie Polsce.

Nie miałem nigdy złudzeń, że studiowałem sobie a muzom. W bardzo już wtedy postępowej kalifornijskiej akademii nie było szans na jakąkolwiek karierę, gdyż wymagałoby to partycypacji w zastraszaniu i tak już zbaraniałej młodzi w USA różnymi bzdurami na temat ocieplenia klimatu czy rasizmu, którego bardzo trudno się doszukać (nawet wówczas rasistowskie teorie lewicy wymagały wprowadzania marksistowskiego konceptu fałszywej świadomości, aby tę sprzeczność z codziennym doświadczeniem wyjaśnić).

Jeszcze w czasie studiów, a później z braku wyboru, pracowałem na pełny etat: wpierw jako informatyk i bardzo szybko jako menadżer centrów komputerowych (w największym z nich przetwarzaliśmy dane dla około pięćdziesięciu banków). Taka praca wymaga gotowości o każdej porze dnia i nocy, więc gdy założyłem rodzinę, szybko zacząłem pracować jako konsultant.

Nie mogę powiedzieć, że jestem technicznym informatykiem, ponieważ zajmuję się dwoma typami usług. Pierwszy to pomaganie zwłaszcza małym bankom w wypełnianiu nonsensownych rządowych dyrektyw z zakresu zarządzania informacją, których koszt może te firmy zrujnować (co zresztą jest celem, kochającego wielki biznes, prezydenta USA[2]). Lokalne banki zawsze były unikalne dla USA (taki koncept przydałby się w Polsce, ale Unia zabroniła) i jeszcze niedawno rosły jak grzyby po deszczu. Mam na swoim koncie prawie sto różnych firm, w tym wiele zagranicznych (Japonia, Chiny, Filipiny, Korea, Indie, kraje muzułmańskie), co bardzo poszerza (na lepsze i gorsze) kulturowe horyzonty. Dzisiaj, dzięki coraz bardziej wymyślnym regulacjom, mniejsze firmy bankrutują na prawo i lewo, co niszczy moje naturalne łowieckie tereny. To prowadzi do drugiej dziedziny, w której „konsultuję”, a mianowicie ochrony bezpieczeństwa i prywatności informacji. Taki zmieniony format usług pozwolił mi przenieść się do ligi wielkich firm, głównie ubezpieczeniowych, a także producentów finansowych aplikacji. Ostatnio spróbowałem pracy na stałe jako zastępca dyrektora do spraw ryzyka informatycznego w dużym banku, ale praca w biurze, gdzie snuje się dwa tysiące ludzi, nie jest specjalnie na mój temperament.

Ponieważ konsultant albo ucztuje, albo głoduje („feast or fast”), miałem zawsze dużo wolnego czasu, który zużywaliśmy z żoną (jako dyrektorka muzeum sztuki też ma sporo wolnego) na fascynacje operą, sztuką, prywatne badania nad Szukalskim czy Wagnerem, częste podróże do kilku części świata, które nas interesują: Hawajów, Karaibów i Jukatanu, no i Europy – ostatnio głównie Włoch, bo strach jechać do Niemiec czy Francji (odkryliśmy przy okazji, że istnieje życie na południe od Neapolu).

Także dla własnej satysfakcji pracuję obecnie nad rekonstrukcją niektórych tekstów, które wejdą w skład zbioru tego co publikowałem od lat 70-tych po 90-te, oraz tych, które bez powodzenia starałem się opublikować. Kiedy to skończę, wezmę się za przegląd tekstów, których nawet nie próbowałem publikować: coś w rodzaju konstelacji opowiadań dookoła głównej powieści.

Z ciekawostek – od trzydziestu pięciu lat jestem wegetarianinem, a od dwunastu odczuwam dotkliwy brak alkoholu. Aha, wziąłem ślub w Las Vegas, które obok Wenecji jest wciąż jednym z naszych ulubionych miast.

Właściwie przestałeś pisać w latach siedemdziesiątych. W 2006 roku ukazał się Pasaż, który na oficjalne wydanie czekał prawie trzy dekady. Wyjechałeś do Ameryki na początku lat 80-tych i niemal na dobre odłożyłeś pióro.

To, czy bym pisał czy nie (a nie mówię, że przestałem), nie ma znaczenia dla kogoś takiego jak ja, kto przez sam fakt swojej literackiej egzystencji był skazany na zniknięcie ze świata przyjętych dogmatów literatury. Pisałem o tym w zakończeniu mojego tekstu Elaborat (w 1980 roku). Większość tego co napisałem nie była nigdy publikowana i nie jestem pewien, czy będzie.

W opublikowanym parę lat temu – w numerze drugim „eleWatora” z 2012 roku – liście do Jana Drzeżdżona (wysłanym już z Ameryki, w 1981 roku) pisałeś m.in.: „Kończę też książkę na temat komunizmu pt. Imperium czasoprzestrzenne, gdzie staram się udowodnić, że komunizm jest rzeczywiście dokładną realizacją marksizmu, a także najdoskonalszą jak dotąd próbą realizacji naprawy człowieka przy użyciu megafonów, więzień i masakry”. Książka nie ukazała się...

Tekst ciągle mam w rękopisie, który jest trochę przedatowany, jako że dzisiaj mamy neomarksizm (czyli idee szkoły frankfurckiej, które stały się fundamentem tak poprawności politycznej, multikulti, jak i postmodernizmu). Ta ideologia króluje w kręgach wykształconych ludzi – zarówno w Polsce, Unii Europejskiej, czy USA – bo rządzące oligarchie odkryły parę generacji temu niezwykłą przydatność idei neomarksizmu w procesie, który uważają za konieczny: ulepszania ludzi zagubionych w kulturowej samoidentyfikacji, drobnomieszczaństwie czy konsumeryzmie (społecznej inżynierii lub jak wolę mówić – resocjalizacji mas). Do czego procesy naprawy ludzkości w sposób nieunikniony prowadzą, pisał Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle.

Nie przyszło mi wtedy do głowy, że ktokolwiek w wolnej Polsce będzie namiętnie (neo)marksizował, ale obsesja małpowania europejskich intelektualistów przezwyciężyła pamięć tragicznych i wciąż żywych doświadczeń.

Potencjalni odbiorcy moich rozważań (nawet nie wiem, czy sensownych) uciekli poza horyzont wydarzeń, rozpoczęli ideologiczną podróż poprzez czas, powrót do momentu tuż przed tym, kiedy Gavrilo Princip pociągnął za cyngiel. Z tego by wynikało, że różne wersje socjalizmu – od narodowego po bolszewicki – jedynie zamroziły konflikty sprzed stulecia i po zmarnowaniu tego czasu niejako wracamy do pasji i oczywistych błędów poprzednich pokoleń.

Jednak by dowiedzieć się, czy moje rozważania na temat przyszłości mają sens, musiałbym czekać na koniec współczesnego cyklu historii, ale tego już nie dożyję.

Wtórne z natury polityczne obsesje ostatnich lat wyeliminowały zdroworozsądkowe centrum i zostali tylko marksiści-globaliści oraz chrześcijanie-nacjonaliści. Ani jedno, ani drugie mi nie odpowiada: chrześcijaństwo jako ateiście, marksizm jako byłemu obywatelowi PRL, globalizm i nacjonalizm jako komuś, kto zawsze za dużo czytał o tym, jak te fanaberie kończyły się w historii.

Ta cywilizacyjna schizofrenia zaczęła się jeszcze w czasach Oświecenia, czego ilustracją mogą być dwie parafrazy: jedna pochodząca od Jean-Jacquesa Rousseau, że fakty tylko przeszkadzają w swobodnym myśleniu i druga, Adama Smitha, że fakty są uparte.

W Elaboracie pisałeś dość pesymistycznie: „Proza martwego języka zraziła do siebie wielu czytelników, ponieważ jest pełna hipokryzji i represji. Jednak proza żywego języka nie jest w stanie zatrzymać dla siebie tych osamotnionych nagle wielbicieli literatury, bo nikomu na dłuższą metę nie chce się czytać książek pełnych rezygnacji i lekceważenia. (...) Słowa martwe są zawieszane w atrakcyjnym nigdzie wspaniałych celów literatury. Słowa żywe są zależne od istnienia czasu, który je wydał, obojętne i pozbawione jakiejkolwiek wiary”. Czy mimo to nadal szukasz – o ile szukasz czegokolwiek – w literaturze tego, co proponowałeś w Liściach croatoan i Pasażu? Mógłbyś zarekomendować jakąś „dobrą” książkę?

Z literatury nie będę niczego polecał. Dzisiejsza mnie specjalnie nie interesuje. Odpowiedź dlaczego jest zawarta w słowach Jerzego Pluty, które przywołałem w Elaboracie. Nic mnie tak nie nudzi, jak czytanie historyjek o czyichś doświadczeniach czy zdawanie relacji z wrażliwości autora. Czuję też głębokie zniechęcenie do politycznie i ideologicznie motywowanych, ważkich tematycznie tekstów: dla mnie to tylko próby dydaktycznej humanizacji i resocjalizacji zacofanych społeczeństw.

W literaturze interesuje mnie tylko wartość poznawcza, coś nowego. Jeśli idzie o popularną dzisiaj literaturę multikulti, to rozumiem ją jako wtórność, formę plagiaryzmu, jak choćby kopiowanie Balzaca z umiejscowieniem akcji w Turcji czy Iranie. Oczekiwałbym od dzisiejszych pisarzy krajów trzeciego świata jakiejś oryginalności. Bywało tak w przeszłości, i to w peryferyjnych kulturach. Przykładami mogą być: „mitologiczny realizm”, pisarstwo Vidii Naipaula, czy „nowa proza”.

Jeśli zaś chodzi o niegdyś centralną literaturę z kręgów zamierającej cywilizacji Zachodu, to poza małymi wyjątkami (jak Thomas Pynchon czy William Thomas Gaddis w USA) uległa ona dominacji neomarksizmu, czyli dominacji tematyczności i propagandy, wysiłków budowania lepszego społeczeństwa w przyszłości oraz standardowej krytyce konsumeryzmu i tradycji rodem z dawnej Europy.

Takie wytyczne nie są naturalnym środowiskiem dla zblazowanego czytelnika (jakim jestem), ponieważ o znaczeniu tekstu przesądza tu przekazanie politycznie poprawnej wiadomości.

Jak z perspektywy tylu lat spędzonych w Ameryce wspominasz swoją nieźle zapowiadającą się karierę literacką? Miałeś wszelkie predyspozycje, by zostać „pisarzem kultowym”.

Z możliwego świata, który znałem, niewiele zostało. W sensie modalności, z całego zgiełku światów, które mogłyby nastąpić po tym pierwszym, też nic się nie zrealizowało. Co nie znaczy, że ten pierwszy dla mnie świat nie miał żadnej wartości – po prostu nic z niego nie wynikło.

Świat, w którym żyjemy jest zdominowany przez neomarksizm w stylu szkoły frankfurckiej, znany też jako poprawność polityczna. I jest to wielka kiepska idea, a wielkie kiepskie idee wymagają wielkich, duszących biurokracji. Biurokracje zawsze kończą jako oligarchie, jak to odkrył generacje temu Robert Michels, i podlegają „żelaznym prawom oligarchii”. Ci oligarchowie, czy też kleptokraci (jak wolę ich nazywać), zmieniają funkcje sztuki z frywolności, piękna, indywidualizmu i nieodpowiedzialności na propagandę zaaprobowanych tematów i formalizmów, wspomaganie wartości globalnej „multikulti”, eliminację tradycji narodowych, nie wspominając o myślowej jednostajności, takiej sobie kolektywizacji itd. Ogólnie nazywa się to nowoczesnością. Czyli, metaforycznie rzecz ujmując, mamy z powrotem realność kulturowych planów pięcioletnich.

Podobnie, artysta nie może być opłacany przez państwo, bo wtedy sam staje się kleptokratą. Naturalnym środowiskiem artysty jest świat zwalczających się klik i samotników, nieponiżających się do partycypacji w tychże. Wspierający sztukę książęta (jak Giuliano della Rovere czy Ludwik II Wittelsbach), którzy patronowali artystom w sposób kapryśny i nieprzewidywalny, ale przez to efektywny, wymarli stulecia temu.

Jak sam widzisz, w tych nowych wymiarach zaawansowanej i niedemokratycznej biurokracji Europy, cała przyszłość jest już gotowa do przewidzenia, wyrażona w nagrodach i zarządzeniach. Te biurokratyczne urojenia będą trwały tak długo, aż – jak zwykle w społeczeństwach rządzonych przez kleptokratów – społeczne struktury nie wytrzymają tego negującego rzeczywistość i ludzką naturę nonsensu. I zrobi się bałagan. A co po nim, nikt nie wie. Nie bardzo w tej totalnej poprawności politycznej widzę miejsce dla indywidualistów, więc nie warto żałować mojego pisarstwa, które nie miało szans nawet na utrwalenie racji marginalnego bytu.

W swoich tekstach często przywołujesz zespoły muzyczne (m.in. Jethro Tull, The Moody Blues), wiem również o Twojej pasji operowej. Co szczególnie cenisz w muzyce?

Jeśli miałem jakiekolwiek zdolności muzyczne, to parę lat nauki gry na akordeonie wysterylizowało tę sferę postrzegania (jeden z koszmarów mojego dzieciństwa, z którego uwolniłem się jak szybko mogłem).

W muzyce dostrzegam jedynie struktury, i to bardziej matematyczne niż emocjonalne. Krążymy z żoną po USA i Europie w pościgu doskonałości, czyli za dziełami Wagnera, jako że Wagner doprowadził muzykę do perfekcji na miarę ślepej ulicy. W tym sensie jego muzyka zakończyła pewną epokę i nikt nie miał dosyć oryginalności, aby rozpocząć nową erę kompozycji, których poziom komplikacji dorównałby Wagnerowi.

Ponieważ interesuje mnie tylko muzyka, na większość przedstawień oper Wagnera (szczególnie w Bayreuth) ubieram ciemne okulary, aby nie widzieć tych pozbawionych oryginalności, marksistowskich obrzydlistw na scenie. Nie chodzi tu o eksperymenty, wręcz przeciwnie, o monotonną powtarzalność marksistowskiego katechizmu i ikonografii – takie radosne „brechtowanie” na jedno kopyto. Ale na przykład byłem zachwycony ekstrawaganckim przedstawieniem Pierścienia w Metropolitan (Robert Lepage) i oglądałem je kilka razy, zawsze z zapartym tchem (i bez ciemnych okularów).

Kiedy myślę o Wagnerze, lubię wspominać miejsce w Wenecji na pograniczu Giardini i Castello, gdzie w parku naprzeciw siebie stoją posągi Ryszarda Wagnera i Giuseppe Verdiego. Wagner pyszni się w słońcu i spogląda gdzieś w stronę San Giorgio Maggiore, podczas gdy Verdi – zgodnie ze swym nazwiskiem – zdaje się czaić w krzakach i podglądać Wagnera (chociaż oczywiście nie odmawiam oryginalności Verdiemu, jednemu z moich ulubionych kompozytorów).

Jeśli idzie o rock’n’roll, to oczywiście nie należy on do tej samej kategorii, co kompozycje Wagnera, Ryszarda Straussa, czy Maurice’a Ravela. Dla mnie i tak bardzo ograniczona oryginalność tej muzyki trwała mniej więcej od 1966 do 1973 roku. Oczywiście zdarzyło się później parę ciekawostek, ale powiedzmy szczerze, nikt nie wyszedł poza horyzont nakreślony kiedyś przez Franka Zappę (moim zdaniem największa postać muzyki tych lat). Cały urok tej muzyki polegał na oryginalności i poczuciu wolności. Oryginalność nut szybko się jednak wyczerpała poprzez proste prawa kombinatoryki, a dusząca polityczna poprawność zastąpiła wolność.

Zarówno w Polsce, jak i w Ameryce studiowałeś głównie przedmioty ścisłe (m.in. przez dwa lata fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim). A nie myślałeś nigdy o kierunkach humanistycznych?

Nigdy, bo zabrakłoby mi precyzji i bliskości do realnego życia.

Mam też swoje ograniczenia myślowe, bo jedyna metoda krytyczna jaka dla mnie istnieje, to traktowanie i ocenianie tekstu tylko w relacji do tego, jak on realizuje swoje wewnętrzne założenia i logikę, czy generującą strukturę. Tą drogą podążał Bereza. Taka metodologia nie nadaje się do pozytywistycznej krytyki i literatury przedstawiania świata, bo ważkość dzieła jest w przypadku poprawności politycznej jedynie pochodną istniejących hierarchii polityki i kultury.

Czy odczuwałeś coś na kształt wspólnoty pokoleniowej z innymi debiutantami lat 70-tych, skupionymi wokół rewolucji artystycznej Berezy? Czy utrzymujecie kontakt do dziś?

Nikt z nas nie był „skupiony” wokół rewolucji artystycznej, bo nigdy nie była to zorganizowana grupa, co sobie bardzo ceniłem. Z drugiej strony brak klikowatości doprowadził częściowo do zniknięcia tej prozy ze świadomości czytelników. Wspólnoty pokoleniowej nigdy ani nie rozumiałem, ani nie odczuwałem. Nie czuję się dobrze w objęciach kolektywistycznych ruchów kulturotwórczych.

W Polsce utrzymywałem prywatne relacje z kilkunastoma pisarzami, podobnie jak ja buntującymi się przeciwko dyktatom pozytywizmu i pełnych obrzydzenia wobec rzeczywistości PRL-u, ale były to bardzo nieformalne spotkania towarzyskie. Dzisiaj utrzymuję okazjonalny kontakt jedynie z Markiem Słykiem i Janem Komolką.

Jak wspominasz swoje relacje z Henrykiem Berezą? Mieliście dobre porozumienie?

Nie rozmawialiśmy nigdy dużo o moim pisarstwie, bo ja wiedziałem dokładnie, jakie są poglądy Berezy w tej materii i nawzajem. Bereza często wspominał o swoich odkryciach w prozie. Głównie staraliśmy się opowiadać sobie śmieszne i paradoksalne historie, zwłaszcza na temat bieżących wydarzeń w Polsce. Już po moim wyjeździe do USA kontynuowaliśmy te rozmowy telefonicznie. Bardzo szybko włączyła się w nie moja żona i właściwie to ona rozmawiała z Berezą dużo więcej niż ja.

Henryk Bereza pisał: „W moim myśleniu o literaturze szczególnie ważne są dwa określenia, pierwszy świat (własne wyobrażenie świata) i pierwszy język (przywłaszczanie sobie mowy odziedziczonej). Jedno i drugie wiąże się z wielką pracą twórczą w dzieciństwie każdego człowieka, w zasadzie musi to być dzieciństwo przedszkolne”. Jak wspominasz swoje dzieciństwo? Co w tamtym okresie miało największy wpływ na ukształtowanie Twojej osobowości?

Podwórko, ulica, książki i Śląsk, bo prowadziłem takie paralelne życie. Wcześnie zdałem sobie sprawę, że żyję w realnym świecie i byłem mocno zaangażowany w normalne aktywności: piłka, piny, bijatyki (z różnymi wynikami), telewizja, westerny, później dziewczyny, no i zawsze zainteresowanie historią i polityką. W tym samym czasie bez przerwy czytałem – bardzo niewiele książek dla dzieci, bo nudziło mnie czytanie o czymś co znałem.

W powieści Pasaż i dwóch opowiadaniach z przygotowywanego zbioru wydanych ponad trzydzieści lat temu tekstów (Chronologia borealna), odwiedziłem te pierwsze światy z perspektywy kogoś, kto wówczas dopiero co je opuścił.

Pozostańmy jeszcze przy Berezie. Szczególną wagę przywiązywał do snów, które regularnie zapisywał, a w 1997 roku zbiór takich zapisów opublikował (Oniriada). Jakie znaczenie sny mają dla Ciebie? Czy wpływały (świadomie) na to jak i o czym piszesz?

Mam do oniriad bardziej osobisty stosunek, bo oniriady i swoje poezje Bereza czytywał mojej żonie i mnie przez telefon, jeszcze „ciepłe”.

Około połowa tekstów, które popełniłem przed wyjazdem do USA, była oparta na snach, chociaż nie tylko w znaczeniu dosłownej relacji, a bardziej w sensie interpretacji, trochę analitycznej, bo mnie to wtedy interesowało, zwłaszcza kiedy przeczytałem fragmenty książki Erica Berne’a W co grają ludzie. We wspomnianym zbiorze opowiadań – Chronologia borealna – cztery z siedmiu tekstów powstało właśnie w taki sposób.

A jak tłumaczysz – poza wspomnianym brakiem formalnego zorganizowania – całkowite niemal zniknięcie z czytelniczej świadomości młodej prozy? Czyżby nadal pokutowało odium socparnasizmu?

Nie sądzę, że odpowiedź poniżej zjedna mi wiele sympatii, ale zawsze miałem problemy, bo uważałem, że wolność słowa jest bez znaczenia, jeśli się nikogo nie obraża.

Już w Elaboracie wspominałem, że nowa proza jest efemerycznym z natury zjawiskiem. Wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu lat tylko potwierdzają tę diagnozę. Nie chodzi tu nawet o nową prozę, ale też o starszych pokoleniowo pisarzy, jak Stachura, Iredyński, nawet Gombrowicz, Herbert, Sebyła, Parnicki, Buczkowski. Z tego, co słyszę z Polski, generalnie pisarze nieakceptujący pozytywistycznego modelu przedstawiania świata, „tu i teraz”, są wpychani w „sztuczny cień”, o którym wspominał niedawno Marek Sołtysik.

Pisarze rozumiejący fakt, że Polska jest krajem granicznym cywilizacji Zachodu – i ta cywilizacja nie może być zredukowana do zbioru przepisów zmyślanych dzisiaj przez urzędasów Unii Europy, czy wyeliminowana przez KOD – są uważani za parnasistów.

Widzę aż cztery interpretacyjne strategie, metodologie, czy też wymiary, osie odniesienia – nie chodzi tu zresztą o poprawną nazwę – których aplikacja w krytyce literackiej z łatwością wyjaśnia zagadkę śmierci nie tylko młodej prozy, ale dziesiątków wielkich pisarzy sprzed eksplozji „tu i teraz”.

Po pierwsze, metodologia manipulacji osiami metonimii i metafory, tak jak je rozumiał Jakobson (a później Levi-Strauss czy Lacan). Dyktatura socrealizmu i pozytywizmu eliminuje rolę metafory oraz kaleczy język poprzez redukcję wypowiedzi do przedstawiania, relacji, czy przykładu. A zatem literatura jest tu zdefiniowana jako protokół z zebrania politycznego (zaangażowanie, ważkość tematyczna).

Po drugie, metodologia oparta o koncept fałszywej świadomości, tak jak rozumie to szkoła frankfurcka. Dyktatorzy kultury w kraju skazanym przez postępową Europę na chałupnictwo uważają, że kulturowo Polacy powinni skoncentrować się na lokalnym kolorycie, zamiast, broń Boże, spojrzeć na szerszy świat. W tym wypadku definicja literatury to dogmatycznie wymuszone, przaśne przedstawianie zaściankowości („tu i teraz”, przedstawianie świata).

Po trzecie, metodologia rozwiązania konfliktu między jednostką a kolektywem na rzecz kolektywu, szczególnie, że koncept autonomii jednostki jest typowy dla zgniłej kultury Zachodu. Mamy tu do czynienia z definicją literatury jako odrzucenia dziedzictwa kulturowego Zachodu (poprawność polityczna, multikulti).

Po czwarte, metodologia odrzucenia eksploracji poznawczej w literaturze, już dawno wyeliminowana jako sprzeczna z neomarksistowskim diamatem. Stąd bierze się definicja literatury jako niedorozwiniętej umysłowo siostrzyczki polityki, propagandy, akademii (pozytywizm).

Z kulturowej perspektywy powyższe metodologie, czy też strategie, są równoważne z redukcją literatury do poziomu propagandowej i reedukacyjnej aktywności oraz z założeniem, że ktoś (jak krytyk, polityk, duchowy przywódca) ma prawo dyktować innym, co można pisać, a co nie.

Z politycznej perspektywy dzisiejsza rola Polski, nie tylko w kulturze, jest już zdefiniowana jako powielanie sprawdzonych modeli i marsz śladami starszych braci i sióstr z Unii, czyli Niemiec, bo Polska ma istnieć jako kraj wasalny w części Europy zdominowanej przez Niemcy (i mówi to ktoś, kto ma wiele sympatii dla Niemiec i spędzał tam dużo czasu). Dlatego przedstawiciele dzisiejszych polskich elit kulturalnych biegają po Niemczech, skarżąc się na zacofanie polskiego społeczeństwa. Oryginalność w Polsce jest bardzo wyraźnie zakazana i siłą rzeczy wyszydzana, bo dogmatycznym celem kultury jest nowoczesność – skodyfikowana przez tych, którzy „wiedzą lepiej”, czyli ideologicznie dojrzalszych, starszych braci i sióstr z Europy A.

Jaki jest Twój stosunek do postmodernizmu?

Wspominałem już o tym. Dla mnie postmodernizm stanowi aplikację dogmatów szkoły frankfurckiej. Jest atakiem w samo serce cywilizacji Zachodu, czyli wszystkie unikalne elementy, które odróżniają ją od innych cywilizacji.

Trzeba więc nazwać to, co jest przedmiotem takiego wpierw filozoficznego, a później politycznego ataku. Aby nie być gołosłownym, podam przykłady tych unikalnych dla Zachodu idei, zaczerpnięte z wydanej w 2011 roku książki Nialla Fergusona, Civilization, the West and The Rest (książki pomyślanej chyba jako forma odkupienia za krótkotrwałą fascynację Barackiem Obamą). W publikacji tej autor wspomina sześć „killer applications”, odróżniających Zachód od innych cywilizacji: rywalizacja, nauka, własność prywatna, medycyna, konsumpcja i etyka pracy. Te niejako mobilne aplikacje mogą być „załadowane” w jakikolwiek cywilizacyjny system i przynieść sukces (przykładami są tu kraje spoza kręgu Zachodu, jak Japonia, Południowa Korea, Chile, Izrael, Hong Kong, Singapur, a niegdyś Kuba i Argentyna). Na własne potrzeby tłumaczę powyższe „aplikacje” na: koncept jednostki, koncept liniowego (a nie cyklicznego) czasu, rozpoznanie, że kobiety są ludźmi, zainteresowanie innymi cywilizacjami (antropologia), wolność słowa, ogólna tolerancja dla idei i zachowań, wiedza o tym, jak stwarzać masowy dobrobyt, radykalna decentralizacja polityczna, odrzucenie konceptu gier o sumie zerowej w ekonomii i polityce.

Poza Foucaultem, w którego poglądach znalazłem wiele inspiracji, cała reszta, a więc Derrida, Lyotard, Rorty, Baudrillard i inni – zwłaszcza w konceptach dekonstrukcji i mikronarracji – wykazuje moim zdaniem zupełną bezradność wobec złożoności rzeczywistości, która to bezradność doprowadza do rozumienia wszystkiego na poziomie najniższego wspólnego mianownika. Czyli desperacki wysiłek równania w dół, gdzie jedyny możliwy konsensus to ciemnogród. Rządy wykształconych dusz – sprawowane przez tę ideologię – pokazują, co się stało z dawnymi konceptami, na przykład naukowej rzetelności. Tradycyjnie, skuteczność metod naukowych czy racjonalizm opierały się nie na wymuszonym ujednoliceniu opinii, ale na precyzyjnej ocenie ograniczeń zastosowania i rozmiarów nieuniknionego błędu, kiedy te granice zostają przekroczone. W przeciwieństwie do tej tradycji, postmoderniści zakładają, że nauka nie jest wysiłkiem zrozumienia rzeczywistości, ale rodzajem towarzyskiej aktywności, konwersacji i opowiadań między oświeconymi neomarksistami, którzy kolektywnie osiągają konsensus, co kończy całą zabawę. O tej antynaukowości, jeśli idzie o kulturę, wspominał jeszcze w czasach prehistorii dnia dzisiejszego Umberto Eco (o ile mnie pamięć nie zawodzi, w Dziele otwartym).

Bezpośrednio doświadczyłem owej fali postmodernizmu, kiedy spłynęła z wyżyn akademii i stała się doktryną polityczną intelektualnych bojówek, najpierw w amerykańskich uniwersytetach, później w polityce, a nawet w prywatnych firmach. Oznacza to między innymi koniec uniwersytetu jako miejsca dyskusji, badań i nowych idei, polityki – jako spełniania woli wyborców, firmy – jako organizacji generującej dodatkową wartość.

Postmodernizm to sprytna manipulacja, która poprzez koncepty mikronarracji czy małych opowieści (storytelling), doprowadziła do eliminacji języka dyskursu, a w konsekwencji do zniknięcia jakichkolwiek możliwości logicznych czy naukowych dyskusji. Tę sztuczną pustkę, zamiast respektu dla innych poglądów i logicznej argumentacji, wypełnia (jak zwykle w historii) brutalna, polityczna z natury siła. Dla przykładu, Departament Sprawiedliwości w USA rozważa możliwość wsadzania ludzi do więzień za opozycję do pseudonauki związanej z „globalnym ociepleniem”. W Europie ludzie już siedzą w więzieniach za wyrażanie swych opinii (przyznaję, że często odrażających). Cenzura i sofistyka raz rozpoczęte są jak reakcja nuklearna – nigdy nie będą kontrolować się same.

Pomówmy teraz o recepcji Twojej prozy. W zakończeniu recenzji Pasażu pióra Janusza Termera czytamy: „Chciałbym poznać jego obecny stosunek do własnego dzieła. Nie wydaje mi się, żeby nie był to stosunek już z lekka pobłażliwy i nieco może nawet ambiwalentny. Sądzę tak na podstawie dalszych życiowych losów Donata Kirscha – teraz poważnego informatyka, pracującego w dziedzinie łączącej świat wirtualny z realnym (...)”.

Z kolei Dariusz Nowacki pisał: „Pasażu nie da się obronić. Nie tylko dlatego, że jest to powieść nieporównanie bardziej nieczytelna i dziwaczna niż debiutanckie Liście croatoan. Przede wszystkim dlatego, że nie ma najmniejszego powodu, żeby jej bronić. Nie było wystarczającej przesłanki trzydzieści lat temu, tym bardziej nie ma jej dziś”. A nieco dalej: „Tutaj tylko bezinteresowna, niebywale szlachetna męka wchodzi w rachubę, ewentualnie męka masochistyczna”.

W omówieniu Liści croatoan Andrzej W. Pawluczuk przestrzegał: „(...) jeśli nie wzbogaci on się jako człowiek i pisarz, będzie zapewne dalej powielał sztancę Liści croatoan, nie wychodząc poza dokumentowanie upadłej i bezbronnej świadomości”. Po niespełna trzydziestu latach Edyta Antoniak, komentując recenzję Pawluczuka, napisała o Pasażu: „(...) powieść Kirscha przypomniana po latach ma sens tylko jako dokument-świadectwo niedoszłej rewolucji artystycznej, przeznaczony dla koneserów tego rodzaju prozy”.

Czy poważny dziś informatyk rzeczywiście zdystansował się od „eksperymentatorstwa literacko-artystycznego” sprzed lat? Czy nie jest Ci przykro, że narażasz czytelników na lekturowe piekło? Dlaczego nigdy nie pisałeś „tak po prostu”, dla ludzi?

Cała moja opinia na temat pisania i literatury została najlepiej wyrażona w słowach Jerzego Pluty, cytowanych w Elaboracie. Ta „chropowatość”, którą on wspomina, jest nieuniknioną konsekwencją wprowadzania różnorodności filozofii i punktów widzenia do literatury. Owa wielorakość perspektyw oczywiście doprowadza pozytywistycznych krytyków do stanu intelektualnej niepewności, co wyzwala, jako mechanizmy obronne, arogancję i agresję.

Dlatego przykłady, które wspominasz bardzo dobrze ilustrują, co mam na myśli. Również to, że zażarty marksistowski krytyk z lat 70-tych niewiele się różni od krytyków piszących trzydzieści lat później, po oficjalnym upadku komunizmu.

To, że pozytywista wychowany na lekturze dzieł opisujących ważkość wydarzeń w uproszczony formalnie sposób ma problemy z moim pisaniem – to nie jest mój problem. Z drugiej strony, nigdy bym nie ośmielił się, jak to robią ci właśnie krytycy, na nieusprawiedliwioną arogancję, aby twierdzić, że inne sposoby pisania nie mają racji bytu. Ludzie piszą i powinni pisać co chcą. Jeśli nikt tego nie chce czytać lub jest mała liczba elitarnych odbiorców, pytam ponownie – dlaczego ma to być częścią krytycznej analizy? Tego typu kwestie należą do zagadnień ekonomii rynku czytelniczego i tego, co się najlepiej sprzedaje, a nie studiów nad literaturą.

Zapytam Cię na koniec – w amerykańskim stylu – czy jesteś dziś szczęśliwym człowiekiem.

Kiedy wyjechałem z Polski nie poszedłem śladami moich rodaków ze Śląska i nie trafiłem do Niemiec. Wielu z nich nabijało się ze mnie, bo zamiast dostawać zapomogi i pożyczki, musiałem od razu pracować. Już w pierwszym roku życia w USA płaciłem podatki.

Do USA pojechałem z trzech powodów. Po pierwsze, wskutek doświadczeń mojej rodziny. Dziadek mieszkał przez dwadzieścia lat w USA, po czym wrócił na Podole, aby, dzięki sowietom, znaleźć się na Uralu, podczas kiedy moja matka znalazła się w Kazachstanie. Z kolei mój ojciec jako nastolatek zwerbowany przez Wehrmacht (skąd zdezerterował) mógłby, teoretycznie, walczyć przeciwko swojemu bratu, który służył w dywizji pancernej Maczka. Obiecałem sobie, że te nieuniknione koszmary centralnej Europy – między czerwonym a czarnym – nie będą częścią mojego życia.

Po drugie, mój wstręt do marksizmu osiągnął w PRL-u poziom patologiczny i miałem obawy, że albo zapiję się na śmierć, albo ukrócę moją mizerną egzystencję na wiele dostępnych wówczas sposobów. Do takiej decyzji zachęcały, poprzez notoryczne obrzydzanie mi życia, zmęczone moimi wybrykami lokalne komunistyczne organa.

Po trzecie wreszcie, zawsze odpowiadał mi cyniczny koncept demokracji, wprowadzony w USA pod koniec osiemnastego stulecia przez „founding fathers”. Ich pragmatyczne poglądy na ułomność natury ludzkiej oraz znalezienie sposobu, jak na tej ułomności zbudować solidny i funkcjonujący system polityczny (siłą rzeczy – nieperfekcyjny), doprowadziły do powstania najbogatszego państwa w historii i pierwszej demokracji na skalę kontynentalną. Ten system nawet kilka razy ratował Europę. W przeciwieństwie do owego modelu, Unia Europy zdecydowała się (zamiast początkowej koncepcji Europy regionów) realizować pomysł reedukacji zacofanych Europejczyków w oparciu o przytłaczającą biurokrację. Ten koncept budzi przerażenie nawet w starych marksistach, jak Jürgen Habermas, którzy wytykają Unii demokratyczny deficyt.

Muszę przyznać, że wciąż jestem zafascynowany nieuniknienie zdecentralizowaną i chaotyczną Ameryką. To kwestia technologicznego społeczeństwa, w którym technologia nie zaspokaja potrzeb, ale je dyktuje, i którym Ameryka była do mniej więcej początku lat 90-tych, kiedy polityczne – oligarchiczne z natury – elity (tak z lewa, jak i z prawa) zaczęły likwidować ten stan rzeczy. Dla konserwatystów technologia nie powinna istnieć, bo jest w sprzeczności z wyimaginowanym światem z obrazków Normana Rockwella. Dla postępowców technologia jest czymś, do czego normalni ludzie nie dorośli, więc normalni ludzie powinni być podporządkowani ustabilizowanym biurokracjom i poprawności politycznej.

Zawsze mieszkałem blisko jakiejś wielkiej wody, szczególnie Pacyfiku. Moje doświadczenia sprowadzają się przede wszystkim do trzech miast-państw, głównie amerykańskiego Zachodu: Chicago, San Francisco i oczywiście Los Angeles. Są to miejsca, o których dawno temu jedynie czytałem – i dlatego, że się przygotowałem na te spotkania, los nie oszczędził mi całej głębi szoku tych doświadczeń. Toteż moja fascynacja tymi molochami jest często mroczna. Chociaż nauczyłem się nawigacji po zakamarkach owych miast-państw, zdaję sobie sprawę z wyzwania, jakie stanowią dla kogoś, kto jak ja, wyrósł w Tarnowskich Górach.

Ponieważ w USA zaczynałem dosłownie od zera, polegając tylko na sobie i generalnej dobrotliwości Amerykanów, mogę czuć się tutaj jak u siebie. Nigdy nie dostałem pomocy finansowej, ani o nią nie prosiłem. Dzięki Bogu amerykańskie społeczeństwo jest bardzo otwarte i rasizm czy uprzedzenia praktycznie nie istnieją, przynajmniej na poziomie normalnego, codziennego życia. Ciągle każdy może dać sobie radę, bo tradycyjne amerykańskie rozumienie równości to nie równość wyników, a równość szans.

Co mnie fascynuje w Kalifornii, to kosmopolityzm, a także, z jaką swobodą przybysze dosłownie z całego świata rozumieją się i mieszają pod protekcją konsumeryzmu, wolnego rynku i potężnego dolara. Ten bardzo otwarty i merytokratyczny system powoli ulega nieustannej presji rządzących nami oligarchii, które realizują swoje szczytne cele poprawy rodzaju człowieczego.

 

[1]           Wywiad został przeprowadzony w sierpniu 2016 roku. Kilka miesięcy później w Wikipedii pojawił się artykuł o Donacie Kirschu.

[2]           Chodzi oczywiście o prezydenta Baracka Obamę, którego druga kadencja dobiegła końca 20 stycznia 2017 roku (przypis redakcji).

separatorpng1

 

Marek Piechota

Panu Andrzejowi Śnioszkowi odpowiedź na pytanie o styczność

z zapomnianym dziś pisarzem Donatem Kirschem –

też tarnogórzaninem i moim niemal rówieśnikiem

Tak, zacznę chyba ot tak: właściwie mógłbym, a nawet powinienem, odpowiedzieć najuprzejmiej, najkrócej i w zgodzie z prawdą (a „Cóż to jest prawda?” [J 18, 28]), że nie mieliśmy chyba żadnej styczności, że nigdy w naszych Tarnowskich Górach nie spotkaliśmy się raczej, zatem nie mam Panu nic do powiedzenia i niczego z naszych ewentualnych spotkań chyba nie pamiętam. To ostatnie pospiesznie poczynione dopowiedzenie zadaje jednak kłam całemu wielokrotnie złożonemu zdaniu, bo coś niecoś poniekąd pamiętam, choć obawiam się, że wygeneruję tu więcej ostrożnych hipotez i nieśmiałych domysłów niż rzetelnych i autentycznych wspomnień. Otworzył Pan puszkę ze wspomnieniami wczesnego dzieciństwa.

Do obszerniejszej odpowiedzi skłaniają mnie co najmniej trzy niebłahe przyczyny: po pierwsze, pasja poznawcza, czystość intencji zadającego pytanie, która sama w sobie zasługuje na poważną odpowiedź oraz – po drugie – pewien z wielu względów trudny do spłacenia w trybie natychmiastowym dług, że nie  przeczytałem dotąd Liści Croatoan1, debiutu powieściowego uhonorowanego w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku za najlepszy debiut prozatorski nagrodą Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich imienia Wilhelma Macha. Jak się zdaje, aby otrzymać tę nagrodę, trzeba było zachwycić przede wszystkim Henryka Berezę, krytyka z pokolenia naszych rodziców. Nawet nie rozwikłałem znaczenia drugiego członu tytułu, choć od początku byłem zachwycony rzadkim, powtórzonym dyftongiem, a więc dwudźwiękiem, złożeniem dwóch samogłosek, z których jedna nie jest zgłoskotwórcza. Byłem zaintrygowany, że nie rozumiem tego tytułu. Gdy usłyszałem o nagrodzie, nie miałem nawet pewności, że to dyftong. Uczestniczenie w spotkaniu autorskim mogłoby rozwiać te wątpliwości. Zachwyciło mnie piękno niezrozumiałego i uważałem, że powinno przyciągać uwagę czytelników. Nie miałem też pojęcia, że rozprawę habilitacyjną poświęcę w przyszłości właśnie rozważaniom dotyczącym tytułów2. Po trzecie wreszcie, urzeka mnie optymizm młodego badacza, który „planuje większy tekst o zapomnianym dziś pisarzu”. Domyślam się, że będzie to dysertacja doktorska i pochwalam zamysł. Ma też niewątpliwy urok prostoduszna wiara zadającego pytanie, że w kilkudziesięciotysięcznym mieście powiatowym (ten „prowincjonalny” akcent nie jest tu przypadkowy i przestrzegam przed jego lekceważeniem), w takim tłumie mogliśmy „mieć jakieś kontakty”. Trudno skwitować to krótkim: nie mieliśmy żadnych, skoro właściwie byliśmy niemal sąsiadami przez pierwszych blisko dziesięć lat życia małego Donata.

Przybyliśmy do Tarnowskich Gór chyba w tym samym 1953 roku także z Wrocławia3. Tata ukończył tam właśnie studia medyczne, dorabiał równocześnie w klinice przyuniwersyteckiej; otrzymał nawet propozycję pozostania w niej i robienia doktoratu, niestety w trybie wolontariatowym, a przecież miał na utrzymaniu rodzinę z dwójką dzieci, czteroletnią córeczką Elżbietą i mną – dwulatkiem. Zatem „wybrał” nakaz pracy, kierujący go do Tarnowskich Gór. Przy jakiej ulicy mógł otrzymać mieszkanie lekarz ftyzjatra Władysław Piechota (subtelna czy przypadkowa zbieżność semantyczna)? Oczywiście przy ul. Wojska Polskiego.

Państwo Kirschowie wprowadzili się prawdopodobnie do takiego samego mieszkania dwie klatki schodowe bardziej na południe, w sąsiednim, bliźniaczym bloku, usytuowanym przy ulicy noszącej miano szlachetnego rewolucjonisty i socjalisty, Stefana Okrzei4, powieszonego przez rosyjskich zaborców w roku 1905 w wieku zaledwie lat dziewiętnastu na stokach warszawskiej Cytadeli. Był to wyrok za zdetonowanie bomby w komisariacie policji na Pradze, wskutek którego to zamachu kilku żandarmów zginęło, a kilku zostało rannych – wedle dzisiejszych miar niewątpliwie był to akt terroryzmu popełniony z przyczyn patriotycznych. Nazwisko państwa Kirschów harmonizowało brzmieniowo z Okrzeją, aczkolwiek nie przypuszczam, aby było to brane pod uwagę przez urzędników miejscowego kwaterunku.

Osiedle Mickiewicza, nazywane tak od ulicy biegnącej pomiędzy nim i jednostką wojskową, składało się (i nadal się składa, a raczej stoi, jak to dobrze, że się – po półwieczu z okładem –  jeszcze nie „złożyło”) z kilkunastu, bodaj z osiemnastu  dwupiętrowych, dwuklatkowych budynków krytych czterospadowym dachem z ceramicznych, ciemnoczerwonych dachówek. Króciutka, na cztery bloki zaledwie, w tym dwa stojące bokiem do ulicy, uliczka Wojska Polskiego przebiega z zachodu na wschód, znacznie dłuższa, ale w obrębie osiedla należały do niej tylko trzy bloki, w tym nasz wyłącznie ze ścianą boczną, Okrzei przebiega z północy na południe. Za osiedlem na północ był stadion „Kolejarza” ze sporymi terenami rekreacyjnymi, zrazu niezagospodarowanymi, za drucianą siatką ogrodzenia. Od wschodu mieliśmy jednostkę Wojska Polskiego, niekiedy wyjeżdżały z niej z charakterystycznym chrzęstem na brukowej kostce ul. Kościuszki niewielkie czołgi, coraz rzadziej jednak, z czasem stała się wyłącznie jednostką Ochrony Kolei; w latach licealnych korzystaliśmy z sali sportowej, graliśmy tam w piłkę ręczną. Od zachodu było pole uprawne i spory ogródek działkowy, bardziej na południe, naprzeciw domu Donata, z drewnianym płotem osadzonym na ceglastych słupkach – cegły niewątpliwie jeszcze „zagrają” w tym wspomnieniu. W głębi ku zachodowi znajdowała się kilkumetrowej wysokości górka, rozległa, dość stroma – zjeżdżaliśmy z niej zimą na łyżwach i sankach, nart w okolicy nie miał bodaj nikt. Prawdziwy sport ekstremalny na miarę naszego dzieciństwa to było dopiero zjeżdżanie na łyżwach ze znacznie bardziej stromych górek pomiędzy drzewami w Parku Miejskim, przy ul. 22 Lipca (dziś Kardynała Stefana Wyszyńskiego).

Latem najczęściej grywaliśmy w „dwa ognie”. Było bardzo niewiele piłek, pojawiły się w naszym pokoleniu dopiero w okresie około pierwszokomunijnym. Nie mieliśmy pojęcia o gender i „matką” równie dobrze mógł być chłopak, nikomu to nie przeszkadzało. Czy Donat dobrze grał w „dwa ognie”? Widzę go raczej jako robiącego świetne uniki, wydaje mi się, że chętniej podawał do „matki”, niż sam zbijał… Linie boiska malowaliśmy resztkami w miarę miękkich cegieł, pozostałościami z budowy osiedla. Te resztki służyły także do kreślenia linii do gry „w klasy” i „w chłopa”. Nie wiem, z jakiego powodu znacznie częściej grywaliśmy na Okrzei niż na Wojska Polskiego.

Do gry „w podział świata” na sporych jeszcze wówczas resztkach świata bez asfaltu i betonu potrzebny był patyk i nóż lub scyzoryk. Można było grać z dziewczynami, chłopcy we własnym towarzystwie częściej grali „w pikuty” albo „w kiepki” – zużytą piłką do tenisa lub palanta. Największą jednak namiętnością była gra „w piny”, ale o tym później. Z resztek cegieł „rzeźbiliśmy”, pocierając o asfalt ulicy i w miarę ostry kant betonowego krawężnika, mniejsze i większe serca podobne do pierniczków lub poduszeczek na igły względnie szpilki (nie słyszeliśmy też jeszcze o nieobyczajach woodoo), które przynosiliśmy swoim mamom i siostrom – Donat chyba tylko mamie, bo przecież nie miał siostry. Mączką w kolorze naszych serc posypywano korty tenisowe w Parku Miejskim.

Dzieci było wówczas znacznie więcej niż dzisiaj. W naszej klatce schodowej na parterze5 byliśmy: moja siostra Ela i ja, na pierwszym piętrze Jurek i Mirka, na drugim – Tadzik, bliźniaczki Ania i Hania oraz Czarek. Po lewej stronie klatki było chyba jeszcze więcej dzieci, ale nie pamiętam żadnego imienia poza Marzenką. (Po tej stronie, przypominam sobie, mieszkał też późniejszy – już po naszym wyprowadzeniu się z Osiedla Mickiewicza – dyrektor Liceum Ogólnokształcącego im. Stefanii Sempołowskiej, fizyk Zbigniew Chrzanowski). W następnej klatce: Józek, Bartek, Andrzej, przelotnie Elza (od Elżbiety, ale ona była tylko „na próbę”, z Domu Dziecka). 

W klatce pierwszej na Okrzei mieszkała Jola, chodziła do tej samej klasy, co moja siostra, stąd wymienianie się zeszytami w okresach chorób dziecięcych nie sprawiało kłopotu, jej bracia Andrzej (starszy) i Marek (młodszy). Na początku lat sześćdziesiątych mieliśmy jako pierwsi w okolicy telewizor, talon uprawniający do zakupu tej nowinki cywilizacyjnej rodzice otrzymali od wujka Stefka, dyrektora technicznego huty „Zygmunt” w Łagiewnikach; przychodziły do nas co środę niemal wszystkie dzieciaki z najbliższych klatek, by oglądać kreskówki Disneya, „Klub Myszki Mickey”. Czy Donat też przychodził? – nie pamiętam, może też w miarę szybko u państwa Kirschów pojawił się telewizor? Widzę jednak teraz, że tylko Andrzeje i Donat nie mieli zdrobnień swoich imion, Andrzejów było kilku – Donat jeden jedyny… Jeszcze słyszę wołanie: „Tata Donata! Tata Donata!” – skandowane radośnie przez kierdelek najmłodszych łobuziaków, gdy rodzic przyszłego pisarza wracał z pracy. To też dowód na to, że obaj dorastaliśmy w środowisku samorodnie rymotwórczym. Andrzej (brat Joli) pięknie i kolorowo, chociaż telewizor był czarno-biały, kopiował postacie Disneya: Myszkę Mickey, Psa Pluto, Kaczora Donalda, Goofyego – po maturze studiował architekturę w Politechnice Śląskiej w Gliwicach.

W okolicach około pierwszokomunijnych pojawiały się też pierwsze rowery. Donat musiał dość wcześnie dostać swój, bo nie słyszałem, by kiedykolwiek prosił: dej sie karnonć. Przywołuję gwarę, bo na placu się godało, szkoła zaś dość bezwzględnie tępiła śląszczyznę, w czym na naszym terenie zgodnie rywalizowali o palmę pierwszeństwa nauczyciele z centralnej Polski z repatriantami spod Lwowa (nikt z nas nie odważyłby się wtedy nawet pomyśleć, że to gorole). Chyba tylko na lekcjach wychowania fizycznego i może jeszcze na zbiórkach harcerskich nie obowiązywała ta swoista cenzura i wszyscy używaliśmy gwary, w różnym zresztą zakresie, bez wstydu i lęku; zapamiętałem z tej „lekcji”, że emocje najszczerzej wyraża się w języku swojej małej ojczyzny.

Wzdłuż płotu z drucianej siatki przymocowanej dość niedbale do betonowych słupków dookoła stadionu „Kolejarza” od strony południowej rosły stosunkowo młode jasne topole (topola biała, białodrzew, Populus alba); na wschodnim krańcu terenów stadionowych – od strony jednostki wojskowej (jednej z dwóch stacjonujących w naszym mieście) rosły niebotyczne i absolutnie niedostępne dla nas włoskie topole (sokora, Populus nigra), wystrzeliwały w niebo jak włoskie cyprysy – wąskie w talii... Za to po rozłożystych śmigaliśmy jak, nie przymierzając, lemury z Gorącej wsi Ambinanitelo, w której się zaczytywaliśmy; mieliśmy jeszcze w domu Arkadego Fiedlera Kanadę pachnącą żywicą i Ryby śpiewają w Ukajali6. Na pierwsze konary tych topól wspinaliśmy się, wykorzystując oczka drucianej siatki płotu okalającego te tereny sportowe (pamiętam, że kiedyś odbywała się tam jakaś lokalna, bo przecież nie światowa uniwersjada, na którą przyjechał grający w koszykówkę kuzyn Aleksy, studiujący wówczas na AGH w Krakowie, której tuż po wojnie rektorem był właśnie wujek Stefek, tejże uczelni absolwent). Donat jako młodszy i szczuplejszy wspinał się na rozłożyste topole znacznie zręczniej i wyżej niż inni.

Te zabawy nadrzewne odbywały się naprzeciwko klatki, w której mieszkał Gwidon Gaj, redaktor Ośrodka TVP w Katowicach (dokładniej w Bytkowie7), ojciec dwóch chłopaków, których imion już nie pamiętam, właściciel pierwszego na osiedlu mikrusa. To był prawdziwy spektakl, gdy ten niemal dwumetrowiec składał się, jak wspomniany wcześniej scyzoryk, by zająć miejsce za kierownicą czegoś, co ówczesna definicja określała mniej więcej tak: „pojazd mechaniczny, którym klasa robotnicza porusza się za pośrednictwem swych demokratycznie wybranych przedstawicieli”. Samochody też były na talony.

„Byliśmy niemal sąsiadami” – samo słowo ’sąsiedzi’ nie ma w ostatnich latach najlepszych konotacji... Już chyba lepiej zabrzmiałoby: „Niemal byliśmy sąsiadami”, ale bodaj najtrafniej oddaje nasze relacje, a raczej ich szczupłość,  może nawet brak, a w każdym razie brak pamięci o nich, wyrażenie: mieszkaliśmy dość blisko siebie, jednak nie na tyle, aby się zaprzyjaźnić, bliżej zakolegować, wspólnie i często bawić, cokolwiek poważniejszego razem przedsięwziąć, nawet jeśli graliśmy „w piny”. Gra polegała na odbijaniu starannie dobranej z własnego zbioru monety od ceglanego muru i maksymalnym zbliżeniu się do jednej z monet poprzednich graczy. Do gry używaliśmy niekiedy doprawdy niezwykle egzotycznych drobniaków (był to bilon mniejszy i większy, lżejszy i cięższy), tylko okrągłych, niekiedy z dziurką w środku. Prostokątne, kwadratowe służyły wyłącznie do wymiany. Pochodziły z całego niemal świata – efekt wojennej i powojennej migracji ludów – i chyba nie miały większej wartości muzealnej. Graliśmy monetami obcych państw, bo nie wypadało, żeby nasze godło (z koroną lub bez) ryło dziobem w pyle podwórka. Młodociany patriotyzm miał swoje zasady, których nie przekraczaliśmy.

Na marginesie, nie mogę się oprzeć refleksji, że jestem tu raczej świadkiem miejsca i czasu, nie Osoby interesującej piszącego doktorat. Widzę też pewne niebezpieczeństwo w tym, że mogę – odpominając sobie rzeczy, o których nie myślałem przez pięć, sześć dziesiątków lat – dowiedzieć się czegoś o sobie i naszym pokoleniu.

Przed otynkowaniem naszych bloków cegieł mieliśmy pod dostatkiem, po otynkowaniu zostały nam już tylko słupki z parkanu przy działce przed blokiem Donata. Odległości pomiędzy monetami mierzyliśmy, rozstawiając palce dłoni, dlatego różnica wieku grających nie mogła być zbyt duża, starsi byliby zbyt uprzywilejowani; zaczynało się liczyć od kciuka i palca serdecznego, po odległość szczeliny, którą dało się zasłonić samym kciukiem8. W jeszcze wyższej cenie było dotknięcie monety poprzednika lub nasunięcie się na nią bodaj we fragmencie jak podczas częściowego zaćmienia Słońca. Celem było maksymalne zbliżenie do monety jednego z przeciwników, grało się „na siebie”, przeciwko wszystkim pozostałym. Zbliżenie… Widzę teraz, że byliśmy radośnie dziecinni i w naszych słowach nie czytaliśmy jeszcze żadnych kontekstów erotycznych czy prokreacyjnych. Nie powinno się też tu stosować, jak sądzę, żadnych ponowoczesnych narzędzi w rodzaju filozofii Spotkania, teorii Dialogu, chęci porozumienia się z Obcym i nie ma w tym niczego z tak zwanej postprawdy, która zrobiła w roku 2016 oszałamiającą karierę w naszym ponownie się faszyzującym postświecie. Milionom naiwnych wydaje się, że tym razem jednak chodzi o coś zupełnie innego niż o władzę i eksterminację najbardziej inteligentnych, a przecież postprawda to tylko ordynarnie zafałszowany eufemizm zastępujący pod pozorami poprawności politycznej „prawdę alternatywną”, czyli stare dobre kłamstwo. Czy gdzieś jeszcze tli się nadzieja, że w rozwoju cywilizacji chodzi jednak o coś więcej niż tylko o realizację kolejnego wariantu Gry o tron? Wróćmy jednak do naszych zabaw bilonem; oczywiście, szanse kolejnego gracza na przykrycie, bodaj częściowe, monety poprzednika rosły znacznie, gdy jego moneta trafiła do naturalnego dołka (to jedyne podobieństwo, bardzo odległe, do golfa dla ubogich), jednak nigdy nie byłem świadkiem całkowitego nasunięcia się monet na siebie. Wyobrażam sobie, że opowieściom o tym wydarzeniu nie byłoby końca, a szczęśliwy gracz przeszedłby do legendy.

Niemal całkowite zaćmienie Słońca obserwowaliśmy w drugiej lub trzeciej klasie na szkolnym podwórku. Praktyczną lekcję astronomii poprzedził wykład wybitnego specjalisty z zakresu rolniczej przydatności gleb Polski, taty naszego kolegi Damiana – Leonarda Langhamera (doktorat i habilitację obronił wiele lat później, zmarł w wieku lat 92 w 2015; zdążył jeszcze wziąć udział w publicznej obronie doktoratu swojej wnuczki w Uppsali – Europa stała się tak mała…). Najpierw narysował na tablicy Słońce, Księżyc i Ziemię, potem stożek cienia Księżyca, objaśnił nam całą „niebieską” mechanikę, a potem na podwórku, przez okopcone uprzednio nad świecą kawałki szybek, oglądaliśmy niezwykły spektakl – z podziwem i zrozumieniem.

Gdybyśmy tego nie widzieli na własne oczy, pewnie „inaczej” czytalibyśmy później w liceum obowiązkową lekturę Faraona Bolesława Prusa. Wydawało nam się, że jesteśmy co najmniej tak samo wykształceni jak arcykapłan Herhor stojący na wyniosłych murach „świątyni Ptah”, choć żaden z nas nie dopuszczał myśli, że kiedykolwiek i ktokolwiek mógłby ponownie dopuścić się aż tak cynicznej manipulacji, takiego nadużycia wiedzy w swoim środowisku, że mógłby wykorzystać astronomiczny spektakl lub inną kosmiczną katastrofę9 do zdobycia władzy nad „ciemnym ludem”, skoro wszyscy o tym czytaliśmy, ale to tak nie działa. Dziś przejmujący władzę nie musi nawet zakładać „złotego ornatu i czapki Amenhotepa otoczonej królewskim wężem”:

     […] chwilę później, gdzieś nad świątynią, rozległ się nadludzki głos:

     – Odwracam oblicze moje od przeklętego ludu i niech na ziemię spadnie ciemność…

     I stała się rzecz okropna: w miarę jak głos mówił, słońce traciło blask. A wraz z ostatnim słowem zrobiło się ciemno jak w nocy. Na niebie zaiskrzyły się gwiazdy, a zamiast słońca stał czarny krąg otoczony obrączką płomieni.

      Niezmierny krzyk wydarł się ze stu tysięcy piersi. Szturmujący do bram rzucili belki, chłopi upadli na ziemię…

      – Oto nadszedł dzień sądu i śmierci!… – zawołał jękliwy głos w końcu ulicy.

      – Bogowie!… litości… święty mężu, odwróć klęskę!… – zawołał tłum.

     – Biada wojskom, które spełniają rozkazy bezbożnych naczelników!… zawołał wielki głos ze świątyni. […] Żadna przegrana bitwa nie skończyła się taką klęską10.

Czy Donat też oglądał ten niezwykły spektakl? Ten akapit jest jedną z największych moich porażek i rozczarowań. Zapamiętałem, że było to „całkowite zaćmienie Słońca”, ponownie oglądaliśmy je już rodzinnie w 1999, a jednak w Internecie jako poprzednie całkowite wymieniane jest to z 1954 i to obserwowane zaledwie na wschodnich rubieżach PRL-u. Chmura (dez?)informacji nie pomaga w ustaleniu daty owej szkolnej obserwacji. Przecież sobie tego nie wymyśliłem! Gdybym miał tak bujną wyobraźnię, też zostałbym pisarzem. Jeśli znajdę kilka wolnych dni, z pewnością zajrzę do uczelnianej biblioteki zwanej CINIBA i przejrzę starannie gazety z tamtych lat. To zaćmienie Słońca, lubo nie całkowite, jeśli już tak chcą astronomowie, nie mogło zostać doszczętnie wyretuszowane przez żadne służby specjalne.

Przebija to rozczarowanie jedynie zawód, jaki sprawiła mi kometa Halleya. Bardzo wcześnie, bo już w okolicach roku 1957, który otrzymał miano Międzynarodowego Roku Spokojnego Słońca, zamarzyłem o tym, aby dożyć do roku 1986, co sześciolatkowi wydawało się niemal niemożliwe. Miała się wtedy pojawić odwiedzająca nas krótkookresowa, bo co 75 lat zbliżająca się do Słońca Gwiazda Betlejemska (nie wiedziałem, że na ten pomysł wpadł już wcześniej wielki Giotto di Bondone – autor fresku Pokłon trzech króli w kaplicy dell’Arena w Padwie, ufundowanej w 1303 roku przez Enrica Scroveniego jako zadośćuczynienie za grzechy ojca Reginalda bezwzględnego lichwiarza; Dante umieścił go w piekle swojej Boskiej Komedii) i rozświetlać swym ogonem bodaj jedną czwartą nieba przez kilka tygodni, miała być widzialna nawet w dzień. Kometa całkowicie zawiodła, była ledwie widoczna w lunetach i teleskopach, nawet nie widziałem jej warkocza11. 

Myślę, że podstawową przepaścią, jaka nas wówczas dzieliła, była ta nieszczęsna różnica wieku: Donat był młodszy o dwa lata. Pozornie to tylko dwa roczniki szkolne, ale ja należałem do ostatniego rocznika kończącego siedmioklasową szkołę podstawową, Donat musiał już chodzić do szkoły ośmioklasowej, co czyniło na poziomie szkoły średniej aż trzyletni przedział między nami. Konsultowałem rzecz z kol. Markiem (bratem Joli, który od prawie czterdziestu lat mieszka z rodziną w sąsiedniej klatce na naszym osiedlu „Przyjaźń”) – chłopcy z Okrzei chodzili do szkoły „Parkowej” (przy ul. Wyspiańskiego), chłopcy z Wojska Polskiego do Szkoły Podstawowej nr 1 im. Jana III Sobieskiego (przy ul. Sobieskiego). Obowiązywała wówczas dość rygorystyczna rejonizacja, więc nie spotkaliśmy się ani na zajęciach chóru szkolnego prowadzonego przez Franciszka Miodka (ojca prof. Jana Miodka), ani na zajęciach SKS-u (prowadzonych przez pana Rudka Piontka), ani w harcerstwie, jednak także na międzyszkolnym kółku szachowym czy w modelarni w Domu Harcerza (kółkiem szachowym opiekował się także prof. Franciszek Miodek senior, do opiekuna modelarni zwracaliśmy się „druhu”, bo tego wymagał), ani podczas konkursów recytatorskich czy licznych akademii, ani podczas dorocznych „pochodów gwarków”, ani wreszcie wśród młodszych ministrantów. Kończyliśmy jednak to samo Liceum Ogólnokształcące im. St. Staszica, do czego wypadnie jeszcze powrócić, ale i tam nie zanotowałem w pamięci żadnego spotkania z Donatem, który chodził zaledwie do klasy pierwszej, gdy ja byłem już w maturalnej, bo po nas – wskutek wspomnianej reformy – był rocznik „pusty”, bez naboru.

W 1966 roku na wspomnianym tu już stadionie „Kolejarza” z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego (Tysiąclecie Chrztu Polski obchodzono uroczyście w kościołach, imprezy oficjalne odbywały się na stadionach i placach defilad), po kilku miesiącach intensywnych prób zrazu w mniejszym gronie w salach gimnastycznych poszczególnych szkół, później już na murawie boiska usiłowaliśmy sprostać wyobrażeniom naszych kuratorów o tym, jakie figury gimnastyczne najbardziej spodobają się ich zawodowym i partyjnym przełożonym. Czy Donat mógł uczestniczyć w tym pokazie sprawności fizycznej młodego pokolenia, przyszłości narodu? Raczej musiał, ale go nie pamiętam, było nas chyba ponad tysiąc młodzieży płci obojga. Pamiętam tylko naszą trójkę i jedną z figur: przyszła pani dr medycyny Ewa Bień stawała lewą stopą na prawym kolanie przyszłego ks. prałata Eugeniusza Bienka (proboszcza w Opatowicach), a prawą stopą na lewym kolanie piszącego to wspomnienie. Klęczeliśmy na jednym kolanie, jak Zbyszko z Krzyżaków przed pasowaniem na rycerza, trzymaliśmy Ewę za ręce i drżeliśmy z emocji, żeby nam z tych kolan nie spadła, gdy w takt skocznej melodii – po tylu tygodniach ćwiczeń w miarę równo – wszystkie dziewczęta wyrzucały w górę (w niebo? w świetlaną przyszłość?) wolne już ręce i pozostawały na naszych kolanach bez asekuracji. Z kim ćwiczył w parze Donat? Jaką „karierę” zrobiła koleżanka, którą przez chwilę trzymali za ręce?

W roku 1963 jesienią wyprowadziliśmy się do centrum miasta, bliżej szkoły, do ośmioklatkowego szeregowca przy ul. Powstańców Śląskich na drugie piętro12 (było jeszcze trzecie i czwarte) i teraz mieliśmy już trzy pokoje oraz ogromne podwórko, długie i wąskie, od południa odgrodzone od prywatnych posesji wysokim, ceglanym murem. Nikt jednak nie grał tu „w piny”. Usiłowałem namówić do tej zabawy kolegę z klasy, Piotra Tyczkę i jego młodszego brata Andrzeja13, którzy mieszkali w ostatniej od zachodu klatce, jednak nic z tego nie wyszło. Wyprawiłem się więc na wiosnę następnego roku „na stare śmieci”, by zagrać „w piny”, wymienić kilka monet, jednak rzecz skończyła się całkowitą – tak teraz to widzę – kompromitacją. Młodzi chłopcy, w każdym razie młodsi ode mnie ograli mnie i to nawet zdecydowanie zbyt szybko. Podejrzewam, że był wśród nich i Donat, bo doprawdy, jak niegdyś mówiła młodzież, był „dobry w te klocki” (dzisiaj klocki zostały zdecydowanie wyparte przez ruchome obrazki monitorach całej tej elektropodkultury). To chyba właśnie jemu zaproponowałem absolutnie niesportowo, przekraczając wszelkie granice dobrego obyczaju, gdy skończyły mi się monety, że je odkupię za kieszonkowe uszporowane (zaoszczędzone) chyba nawet z dwóch miesięcy, które zupełnie przypadkowo znalazło się w mojej kieszeni, bo przecież nie przewidywałem takiego obrotu spraw. Wsunęły mi się do ręki, jak Bilbowi, a później Frodowi Bagginsowi pierścień: „Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie / W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie, / Jeden by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, / Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać…”14 . Nie mogłem tam już wracać. Heraklit miał rację. Tak rozstałem się z dzieciństwem. Z Donatem też.

Pojawialiśmy się w tych okolicach dość regularnie kilkanaście lat później z całą już rodziną, bo naprzeciwko naszego byłego już zachodniego okna wybudowano kolejne bloki i na rogu znajdowała się przychodnia, w której szczepiono nasze dzieci Olę i Pawełka. Okna już też nie było, bo w dużych pokojach po jednym zamurowano, aby – skoro „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej” – obywatele mieszkańcy mieli gdzie wstawiać meblościanki, a do nich cały ten dostatek.

Nic nie wskazywało na to, że mieszkałem w bezpośrednim pobliżu, niemal sąsiedztwie z przyszłym pisarzem, który miał rozbłysnąć – jak „łza znad planety” z wiersza W Weronie Cypriana Norwida – na nieboskłonie naszej prozy lat siedemdziesiątych. Przypomniałem sobie imię Donata i to, że mieszkaliśmy tak niedaleko od siebie, dopiero w roku 1977, gdy dotarła do mnie wiadomość o nagrodzie literackiej dla tarnogórzanina. Imię Donat było na tyle rzadkie (i nietutejsze, nieautochtoniczne), że musiałem je zapamiętać. Nie wyprzedził Kirscha nawet na studiach polonistycznych majestatyczny średniowieczny Aelius Donatus Grammaticus – Kirsch był moim pierwszym spotkanym Donatem. Czytywałem wówczas dość regularnie: „Życie Literackie”, „Literaturę”, „Kulturę”, „Poezję”, rzadziej „Dialog” i „Twórczość”, „Nowy Wyraz”. Zapewne w którymś z tych czasopism przeczytałem informację o nagrodzie dla Donata, ale równie prawdopodobne jest to, że obwieścił mi tę wiadomość Jacek Markowiak, z którym przez czas jakiś dojeżdżaliśmy autobusami do i z Katowic (Jacek zrazu studiował, a później był asystentem na Wydziale RTV w Uniwersytecie Śląskim). Gdybym wówczas dojrzał w księgarni tę książkę, pewnie bym ją kupił, nawet z nagannego snobizmu, żeby mieć na własność coś, co dojrzewało kilkadziesiąt metrów od mego dzieciństwa, kilka przecznic od mojej młodości.

O Kirschu rozmawialiśmy raczej krótko, zapamiętałem, że Jacek od razu pozytywnie opiniował treść powieści jako scenariusz niemal gotowy do przeniesienia na ekran. Więcej uwagi poświęcaliśmy na omawianie Zniewolonego umysłu Czesława Miłosza, oczywiście nielegalnie powielonego, który kończył czytać Jacek i miał mi go nawet pożyczyć, ale zdążył tylko mnie powiadomić, że Donat ze względu na kłopoty z wydaniem kolejnej książki wyemigrował na Zachód, po czym sam też udał się w tym kierunku. Zniewolony umysł czytałem dopiero w stanie wojennym podczas stażu przed doktoratem w bibliotece IBL PAN w Warszawie. Był w naszej Bibliotece Śląskiej, ale opatrzony czerwoną literką „R” i gdyby nawet mi się udało zdobyć zezwolenie na lekturę, musiałbym pozostawić wyraźny ślad po tych staraniach włącznie z opinią promotora, że jest to konieczne dla napisania doktoratu – nie mogłem tego wymagać od prof. dra hab. Zbigniewa Jerzego Nowaka.

Pora domknąć te wspomnienia pierwszą klamrą metaliteracką, skoro tak się rzecz rozpoczęło. Niezależnie od tego, czy potraktujemy pisarza jako samorodny talent, „uprawiającego” w zasadniczo niewidoczny dla czytelnika sposób  (przynajmniej na pierwszy rzut oka, bez specjalistycznych analiz) dziewiczy las tropikalny z całym bogactwem roślinności wszystkich jego pięter, czy też jako ogrodnika, który po uprzednim odbyciu z premedytacją zaprojektowanych studiów i starannym przemyśleniu strategii przystrzygania roślinek w wirydarzu pielęgnowanym wedle wcześniej ogłoszonego manifestu, musimy mieć świadomość, iż wszelka „chemia” (sztuczna czy naturalna) stosowana na tych areałach dzieje się w języku (językach). Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że docieramy do świata i światopoglądów innych ludzi przez ich język(i). Zdał sobie z tego sprawę przed laty Ryszard Kapuściński, gdy pisał w opowieści Podróże z Herodotem:

Docierałem do Indii nie przez obrazy, dźwięki i zapachy, ale przez język, w dodatku język nie rodzimie hinduski, ale obcy, narzucony, na tyle jednak zadomowiony, że był dla mnie kluczem niezbędnym, był tożsamy z tym krajem. Moje zapasy z Indiami to były w pierwszej rundzie zmagania z językiem. Pojąłem, że każdy świat ma swoją własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu całe lata. Co więcej – zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że na przykład pamiętałem napotkaną akację, lecz już nie drzewo, które stało obok niej, ale którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną15.

Bez rozwikłania napisu na bramie debiutanckiego i epickiego ogrodu młodego tarnogórzanina (w roku otrzymania nagrody miał zaledwie 24 lata), na progu lektury tej powieści jej tytuł generuje zagadkę o sensie synonimicznym z bezradnie brzmiącą frazą „te dziwne liście Donata Kirscha”. Czy będzie to „tajemniczy ogród”? Widmo nieuchronnej jak śmierć emerytury kładzie mi już dłoń na ramieniu, zatem zanosi się na niebywały przyrost wolnego czasu, może więc – wśród różnych innych zaległości – nadrobię i tę, i przeczytam wreszcie Liście Croatoan?

Drugą domykającą ten szkic klamrę widziałbym tak: mieszkaliśmy tak blisko siebie, a jednak chyba o jedną klatkę za daleko (jak to brzmi: ludzie „za komuny” mieszkali w klatkach! – teraz zresztą też, choć coraz więcej budowanych na kredyt domostw indywidualnych). Widzę, że na internetowej stronie Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica w Tarnowskich Górach wymieniają nas obu z Donatem wśród „wybitnych absolwentów”, zaraz po kol. prof. Janie Miodku, obok artysty malarza i projektanta witraży prof. Wernera Lubosa, chirurga prof. Józefa Dzielickiego, prawnika ks. prof. Remigiusza Sobańskiego; wśród pisarzy wymienia się jeszcze Bolesława Lubosza. W kategorii „najbardziej znanych absolwentów” naszego liceum – na innej stronie internetowej – obaj z Donatem zostaliśmy zgodnie pominięci.

By rzecz zakończyć definitywnie wpadającą w ucho pointą, dodam, że obaj rozmawialiśmy z Czesławem Miłoszem, tylko że, jak czytam w Internecie, Donat cztery razy, a ja tylko jeden raz, Donat w Ameryce, a ja w Katowicach, poniekąd na „własnym podwórku”16. Gdybym chciał ten tekst upublicznić w jakimś tabloidzie, pewnie bym go zatytułował: „Nie rozmawiałem z Czesławem Miłoszem o prozie Donata Kirscha” i jestem pewny, że redakcja tegoż – „dla dobra nas wszystkich, bo ludzie mają prawo wiedzieć” – wycięłaby mi to inicjalne „Nie”. Zacząłem od TAK, a – ku własnemu zdziwieniu – kończę na NIE, choć równie dobrze ta odpowiedź na pytanie pana Andrzeja mogłaby przebiegać w kierunku odwrotnym.

Wszystkie teksty związane z osobą i twórczością Donata Kirscha publikoujemy dzięki uprzejmej zgodzie „Śląskich Studiów Polonistycznych”.

Dziękujemy – red. Pisarze.pl

 

1           W Internecie widzę na okładce tytuł Liście croatoan, człon drugi małą literą. W tej chmurze (dez?)informacji bodaj równoważą się zapisy małą i wielką literą. Jeśli na stronie tytułowej będzie wielka litera, wolno snuć domysły o aluzji do losu osadników z wyspy Roanoke (dziś w stanie Karolina Południowa w USA), pierwszej angielskiej osady na terenie Ameryki Północnej z poł. XVI w. Wchłonęli ich, jak poprawnie i bezboleśnie się mówi, „zasymilowali” względnie wymordowali Indianie z plemienia Kroatoanów. Widzę też zapis Liście croatoanu, ale trzeba to uznać za pomyłkę po porównaniu z okładką. Oczywiście, jeśli rzecz jest wyjaśniona w powieści, hipotezę o aluzyjności trzeba sobie darować. Z kolei może się okazać bezprzedmiotowa, jeśli już ktoś wcześniej tym się zajął w stanie badań. Pamiętajmy o refleksji Rainera Warninga: „Lekturę rozpoczyna się od tytułu. Tytuł wzbudza zainteresowanie. Niekiedy już sam tytuł udziela pierwszych wskazówek, od niego rozpoczyna się tworzenie świata powieści.” (R. WARNING: Opozycja i kazus – o roli czytelnika w powieści Diderota „Kubuś Fatalista i jego pan”. Przeł. W. BIALIK, „Pamiętnik Literacki” 1976, z. 4, s. 343).

2           Zob. M. PIECHOTA: O tytułach dzieł literackich w pierwszej połowie XIX wieku. Katowice 1992, ss. 133.

3           Aluduję tu do dwóch różnych miejsc urodzenia Donata pojawiających się w Internecie – jedni podają, że urodził się w Tarnowskich Górach w r. 1953, inni że w tym samym roku jednak we Wrocławiu, a do „miasta gwarków” przyjechał w 1954.

4           To nieprawdopodobny zbieg okoliczności: kilka godzin przed nadejściem e-maila z pytaniem o kontakty z Donatem w książce podsuniętej mi przez żonę Małgorzatę do zawodowo niekoniecznej, wakacyjnej lektury czytałem, że także plastycznie wykształcony i uzdolniony ojciec Eryka Lipińskiego został w r. 1911 „oddelegowany do Nowego Sącza na stanowisko sekretarza partii [PPSD – M.P.]. I tu również był aktywnym organizatorem robotniczego życia kulturalnego. Między innymi dla sali teatralnej pierwszego w Galicji Domu Robotniczego namalował kurtynę. Na tle antycznego portyku wyobrażeni byli wybitni działacze socjalistyczni: Marks, Engels, Lasalle, Libknecht, Limanowski, Waryński, Daszyński i Okrzeja.” (E. LIPIŃSKI: Pamiętniki. Warszawa 2016, s. 35–36). Tak Okrzeja ponownie zakorzenił się i okrzepł w mojej pamięci w ciągu kilku godzin.

5           Parter miał dla nas tę znakomitą dogodność, że ze względu na niewielki gzymsik biegnący dookoła budynku na poziomie piwnicznego stropu mogliśmy wchodzić i wychodzić z domu nie tylko przez drzwi, ale także przez uchylone okna. Wychodzenie było nieco bardziej ryzykowne i kończyło się niekiedy zadrapaniem kolan.

6           Oglądaliśmy z moją Małgorzatą i córą Aleksandrą po latach „dom Arkadego Fiedlera” w Puszczykowie pod Poznaniem, a w nim całą ścianę z książkami, także z tymi wydaniami, które nam przepadły podczas jednej z większych burz lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Zalało nam sporą część księgozbioru przechowywanego w piwnicy w kartonach, zanim dorobiliśmy się pierwszych półek.

7           Nie mogłem wówczas przypuszczać, że w roku 1998 w tymże Bytkowie będę z kol. prof. Jackiem Lyszczyną jurorem w teleturnieju dla licealistów z wiedzy o Mickiewiczu (w 200. rocznicę urodzin Poety); że cztery lata później będzie ze mną przeprowadzał wywiad kierujący przelotnie tym ośrodkiem kol. Jasiu Matuszyński (podobnie jak Jacek z tego samego, naszego roku polonistyki UŚ); głównie zresztą z tego powodu, że współpracowałem przez kilkanaście lat z „Kabaretem Olgi Lipińskiej”.

8              Mieliśmy w klasie kolegę Staszka, którego kciuk prawej ręki – wskutek nieostrożnego obchodzenia się z cegłą – był niemal dwukrotnie szerszy niż ten u lewej ręki. Przed grą zawsze odbywały się pertraktacje, uzgodnienia, że sam się zgadza z tym, iż nie będzie wykorzystywał swojego nieszczęścia jako przewagi. Przykrycie szczeliny między monetami kciukiem kwitowane było sędziowskim wyrokiem duc! Nie znalazłem tego słówka w żadnym słowniku gwary śląskiej, a to przecież było coś w rodzaju szlemika w brydżu.

9           Gdy piszę ten tekst, w przerwie oglądam na jednym z portali śmierć gwiazdy o technicznej nazwie OH 231.8+04.2, przedstawianej (śmierci, nie gwiazdy) jako spektakularny przykład zgonu gwiazdy o masie zbliżonej do naszego Słońca; przekształca się błyskawicznie – jak na astronomiczne cykle rozwojowe – z czerwonego olbrzyma w mgławicę regularnie planetarną (cokolwiek to oznacza). Na szczęście nie obserwujemy żadnego wykorzystania tego kosmicznego nieszczęścia do bieżącej polityki, w połowie lutego 2017 r. jesteśmy już dawno po wyborach Donalda Trumpa na 44-go prezydenta Stanów Zjednoczonych i po objęciu przez niego realnej władzy.

1              0 B. PRUS: Faraon, Warszawa 1977, t. II, s. 348.

1              1 Zaglądam do albumowego wydawnictwa Eduarda Pitticha i Dušana Kilmančoka Niebo na dłoni i widzę na ilustracjach niewyraźną smugę światła za jasnym punktem zatytułowaną „Kometa Halleya. Zdjęcie wykonane 10 stycznia 1986 roku” oraz drugi obrazek „Przetworzony komputerowo obraz komety Halleya wykonany 9 listopada 1985 roku”, na której wygląda raczej jak płonący w atmosferze niewielki meteor. (E. PITTICH, D. KILMANČOK: Niebo nad głową. Przeł. J. M. KREINER, Warszawa 1990, s. 116.)

1              2 Tak definitywnie skończyło się wchodzenie i wychodzenie z domu przez okna.

1              3 Piotr (geograf) zostanie po latach dyrektorem liceum w Radzionkowie, tego, do którego wcześniej chodziła moja żona, Andrzej (polonista) – dyrektorem liceum im. Sempołowskiej, do którego chodziła moja siostra. Światek prowincjonalny jest doprawdy niewielki.

1              4 J.R.R. TOLKIEN: Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia. Przeł. M. SKIBNIEWSKA. Warszawa 2005, s. [5].

1              5 R. KAPUŚCIŃSKI: Podróże z Herodotem. Kraków 2004, s. 25–26. Szerzej ten fragment spożytkowałem w rozdziale 5. Jeszcze o zmierzchu poliglotów i poliglotyzmu książki M. PIECHOTA: Poliglotyzm wielkich romantyków polskich (Mickiewicz, Słowacki, Krasiński). Katowice 2016, s. 160–161.

1              6 Rozmawialiśmy przy okazji nadania Josifowi Brodskiemu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach 21 czerwca 1993 r. (Miłosz był jednym z recenzentów dorobku laureata), o Historii literatury polskiej, zwłaszcza o jej specyficznym amerykańskim adresacie, oraz o prozie życia wykładowcy University of Berkeley i noblisty jednak zarazem podwładnego aktualnej władzy rektora i dziekana wydziału. Po tej rozmowie pozostał mi ślad w postaci podpisu Mistrza na tomiku Księgi psalmów, tłumaczył z hebrajskiego Czesław Miłosz, Éditions du Dialogue, Paris 1981 (prezent od siostry Elżbiety, egzemplarz przemycony do Polski w stanie wojennym).

 

 

 

Pin It