Arkadiusz Frania

Iłłakowiczówna czytana

 

illakowiczowna rozlozona ksiazka

 

    Po co kupuję stare, podniszczone książki? Zadaję sobie to pytanie, by w trymiga odpowiedzieć: ponieważ lubię zapach steranych czasem woluminów. Zwieńczonych wiekiem drukowanych papirusów na pewno nie posiadam dla potrzeb zwykłej lektury. Przecież większość tekstów z nabytków-zabytków mam wyczytaną litera po literze ze współczesnych przedruków w lśniących, lakierowanych okładkach wartych tyle co nic dla miłośnika druku, choć pięknie prezentujących się za szybkami witryn w salonach mieszczańskich czy to w centrum, czy na przedmieściach.

 

    Jestem coraz bardziej pewny kolejnej prawdy o sobie: nie tyle lubię czytać, co lubię książki jako obiekty, przedmioty. Szczególnie przyciągają mnie i nęcą te, które „noszą ślady używania”. Zwykle te ostatnie trzy słowa, pojawiające się w opisie egzemplarza wystawionego w serwisie sprzedażowym, dla potencjalnych nabywców oznaczają pewną obniżkę wartości produktu. Nie dla mnie. Gdy stoję przed wyborem książki w idealnym stanie lub zniszczonej lekturą, wskażę tę drugą, choć wolałbym, żeby to używanie egzemplarza było bardziej niż normalne.

    Prawdziwie żyją tylko publikacje, których kartki szeleszczą pod palcami, gdy znać świadectwo kontaktu z literaturą. Mam przed sobą Poezje wybrane Kazimiery Iłłakowiczówny, wydane co prawda w bardzo współczesnym 1995 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy w serii „Kolekcja poezji polskiej XX wieku (wybór i opracowanie Paweł Hertz), ale skrywające tajemnicę. Okładka jest tylko lekko podrapana, wewnątrz jednak znajdują się symptomy autentycznego zakochania się „ja” czytającego w lirykach autorki. Każdą nową-starą (antykwariacką) książkę najpierw wertuję, kartkuję, tasuję niczym karty do gry w brydża czy pokera. Szukam ludzkich losów. Oto natrafiłem na kilka wierszy objętych w okienka ołówkiem: Zostanie… (s. 15-16), Modlitwa (s. 28-29), Bose dziewczątko (s. 42-43), Noc (s. 100-101), Zasypiające gwiazdy (s. 119), Skrucha wieczoru (s. 121), Tęsknota i miłość (s. 135). Na wklejce łączącej środek książki z okładką wypisano kolumnę liczb według następującej kolejności (od góry): 119, 121, 135, 15, 28, 100, 42. Nie są to, rzecz jasna, numery telefonów, ale numery stronic z powyższymi tekstami. Początkowo sądziłem, że mogą to być szczęśliwe trafy do skreślenia w kolekturze, spis życzeń skierowanych do fortuny.

   Zaznaczone grafitowym pręcikiem wiersze Iłłakowiczówny stanowią na swój sposób miniwybór jej poezji dokonany przez wierną czytelniczkę (że to kobieta udowodnię za chwilę), dlatego warto przyjrzeć się jej preferencjom.

   W pochodzącym z Ikarowych lotów lirycznym ułamku Zostanie… słychać dzwonek młodopolski; przecież debiutancki tom autorki ukazał się w 1912 roku, kiedy właściwie trwał jeszcze XIX wiek, zburzony dopiero co wybuchem wojny światowej. Polegli żołnierze, monarchie i królestwo uznali wyższość prawd dziejowych. W Zostanie… roi się od drobiażdżków typu: „bezdenna noc”, „cień w opuszczonych progach” czy „czerwonej zjawy ciemny wzrok / w północnych błyskawicach!”.

   Do zbioru wydanego w czasie wojny Trzy struny (1917) wiodą dwa teksty. Modlitwa to liryk sakralno-bojowy z otwierającą inwokacją i przeczuciem zrywu o niepodległość:

 

Cichą noc, Boże, daj nam przed świtaniem,

spokojny powiew pośród sianożęci,

abyśmy byli dobrze wypoczęci,

kiedy powstaniem

 

Z koli Bose dziewczątko, na co wskazywałby tytuł, powinno być lżejsze w tonie, jednak lektura ostatniej strofy każe domyślać się idylli ze śmiercią wyposażoną w kosę (tu chyba trzeba napisać Ś wielką literą):

 

Śmierć cichutko gotuje kosę,

a dokoła i w górze – mgła…

Idzie za mną dziewczątko bose,

idzie za mną i gra.

 

   Tom Płaczący ptak (1927) jest reprezentowany Nocą, która dzięki wykorzystaniu antropomorfizacji zarówno klęka, jak i obiecuje, a także „ramiona rozpościera”, by mimo zapewnień o swojej stałej naturze, zmienić się w świt.

   O rok późniejsze Zwierciadło nocy (1928) uobecniło się w ołówkowych zakreśleniach Zasypiającymi gwiazdami, a także Skruchą wieczoru; tytuły są cokolwiek żeńskie, jak i fragmenty: „i wraca w górę muzyka / w najsłodszym wniebowzięciu” oraz „Sznurami woni błagalnych / kwiaty wstępują do nieba”.

   Natomiast stronica z Tęsknotą i miłością została wskazana zagięciem górnego rogu, więc liryk ten z tomu Z głębi serca (też z 1928 roku) musiał być dla czytelniczki szczególnie ważny:

 

Jeśli w tej tęsknocie zostanę,

jeśli do końca w niej wytrwam,

uniosę się nad wiecznością

jak nad jeziorem rybitwa.

Jeśli w tej miłości utonę,

jeśli w tej tęsknocie zgoreję,

gdy zbudzę się, Bóg nade mną

zamiast dnia rozednieje.

 

Widzę kobietę rozgrzaną w uczuciu do mężczyzny (gender i homo-sytuacje nie są moją domeną; niech będzie, że jestem zacofany, nietolerancyjny i w ogóle tępak; z wiekiem coraz bardziej się radykalizuję: od poglądów lewackich, przez liberalne doszedłem do prawicowo-konserwatywnych), ale i poniekąd ostrożną w wyrażaniu duszy – wyraz „jeśli” jest projekcją, jedną z wersji, scenariuszem, planem. Ponieważ często (za często?) kryjemy się za maską swojego wyobrażenia-pragnienia innego siebie, czytelniczce w tych 8 linijkach zjawiła się, jeśli nie prawdziwa, to przynajmniej prawdziwsza ona, najbardziej zbliżona do niej. Czy wystraszyła się jej, czy spłoszona przymknęła powieki, żeby nie widzieć? Wydaje mi się, że z wyborem lektur jest jak z badaniem krwi: pokaż mi swoje książki, a powiem ci, kim jesteś – w czytanych tekstach nie ukryjemy się, nie sfalsyfikujemy, jak grupy naszej czerwonej, wewnętrznej, organicznej cieczy.

   Czy ta właśnie kochająca-wątpiąca dziewczyna-czytelniczka napisała piórem na połyskliwej karteczce drukowanymi literami:

 

POGODA NAD NAMI

LEKKO ODDYCHA

POZOSTAŁY Z NOCNYCH

SKRZYDEŁ CIEŃ SIĘ

KŁADZIE NA LICACH…

OD CZARNEJ SŁODYCZY

JEDWABNYCH SNÓW.

 

Czyje są to wyznania? Własne spisane pod wpływem liryki Iłłakowiczówny, czy samej poetki, wynotowane, tego na razie nie wiem, ale będę tropił, śledził. Badania grafologiczne odpowiedziałyby na wiele pytań, nawet tych, zwłaszcza tych, które tu nie padły. Podam tylko, iż karteczka jest rozmiarów świętych obrazków rozdawanych przez księży w trakcie wizyt duszpasterskich i dała się odnaleźć między stronicami 296 i 297, u zbiegu wierszy: Zaczynam się i kończę, I znowu, znowu…, Daleki grób oraz Piosenka dla Tuwima.

   Jak pisała Cornelia Funke, „Książki kochają każdego, kto je otwiera, dają mu poczucie bezpieczeństwa i przyjaźni, niczego w zamian nie żądając”. Dodam, że to niemal porzekadło mogło się stać moim udziałem dzięki wysiłkowi Henryka Czarniawskiego (psychologa pracy i organizacji, felietonisty, satyryka, recenzenta muzycznego i pianisty amatora), który za sprawą Lekko uchyl drzwi. Wybór sentencji (Norbertinum, Lublin 2018) ujawnił się jako kolekcjoner ludzkich myśli, zbieracz cząstek egzystencji utrwalonych w słowie. Ale wracając do wypowiedzi Cornelii Funke: wydaje mi się, że książki nie są tak niewinne, jak sądzi niemiecka autorka, bo, choć stworzone przez człowieka, próbują przejąć nad nim, nad nami kontrolę – najpierw uspokoić, ukoić, wyciszyć, by tym łatwiej wessać, zassać, zbesztać.

 

 

Pin It