Mikołaj Melanowicz

 

Hirosima 1965. Przypomnienie sprzed półwiecza

 

 

Mikołaj Melanowicz   Film Hiroshima, mon amour (1959), Hiroszima, moja miłość Alaina Resnais i Marguerite Duras jako scenarzystki oglądałem w Warszawie, wkrótce po studiach. Pamiętam jeszcze bohaterów filmu, opowiadających doświadczenia wojenne: Japończyka, dla którego najboleśniejsza była zagłada Hirosimy, podczas której stracił rodziców. A jego partnerka, Francuska, pod koniec wojny straciła kochanka, Niemca…

Kilka lat później odwiedziłem to miasto i opublikowałem reportaż na lamach „Dookoła Świata”, wówczas najpopularniejszego pisma dla młodzieży. A teraz z okazji zbliżającej się 73 rocznicy zagłady Hirosimy zdecydowałem przypomnieć ten tekst, w którym odnotowałem wrażenia, jakie wywarła na mnie podróż do miasta odrodzonego z popiołów w ciągu 20 lat.

 

 

  W chwili zbombardowania w Hirosimie mogło przebywać ponad 350 tysięcy osób, z których co najmniej połowa zginęła lub zmarła w ciągu kilku następnych miesięcy. A od 1949 roku, gdy japoński parlament ogłosił deklarację o Hirosimie jako mieście pokoju (Hiroshima heiwa kinen toshi), miasto rozwijało się szybko, a dziś liczy prawie milion dwieście tysięcy mieszkańców.

 W 70. rocznice zrzucenia przez USA bomb atomowych na Hirosimę i Nagasaki telewizja publiczna NHK emitowała wiele programów przedstawiających najnowsze dokumenty i wyniki badań, których celem jest przede wszystkim udokumentowanie ostatniej drogi życia mieszkańców pechowych miast. Między innymi dzięki zachowanym kartom chorych i raportom policyjnym podjęto próbę poznania losów poszczególnych ofiar bombardowania. Obliczono, że w pierwszym dniu zginęło ponad 53 tysiące osób w centrum wybuchu. Mówi o tym film „Śmierć atomowa. Prawda po 72 latach (Genbakushi.72nenme no shinjitsu, NHK, 2017), w którym przedstawiono wyniki badań prowadzących do ustalenia konkretnie, kto, gdzie i jak zginął. Prześledzono np. losy rodziny, której dwoje dzieci pozostają na przedmieściu miasta, a ich rodzice rano udają się do pracy: ojciec do fabryki w peryferyjnej dzielnicy, a matka do centrum. A teraz Ich syn  - w dniu 6 sierpnia 1945 dwuletnie dziecko – składa kwiaty w prawdopodobnym miejscu śmierci matki, pamiętanej tylko z fotografii. 

Największe wrażenie wywarł na mnie film pt. „Co się wydarzyło pod chmurą w kształcie grzyba” (Kinokogumo no shita de nani ga okita no ka, emisja w sierpniu 2015 r.). Twórcy przeprowadzili w nim wszechstronne śledztwo związane z dwu zdjęciami wykonanymi w trzy godziny po wybuchu bomby, przedstawiającymi grupę około 50 poranionych osób, potwornie cierpiących wskutek odpadania skóry i odsłonięcia nerwów. Zdjęcia zrobił fotograf idący w tym czasie do pracy w rozgłośni radiowej, której poświęcony jest odrębny dokument pt. „Główna Rozgłośnia Hirosimy na spalonej ziemi” (Shōdo no Hiroshima Chūō Hōsōkyoku). „Pstryknął” ukradkiem ponieważ obowiązywał zakaz fotografowania (poza scenami chwalebnymi). Jego zdjęcia dopiero teraz pokazano w Japonii, ponieważ negatywy odnaleziono po latach w archiwach amerykańskich. Wspomnieć należy, że w pierwszym okresie po zbombardowaniu amerykańscy żołnierze  rekwirowali wszystkie zdjęcia robione przez Japończyków po to, żeby nie dostały się do mediów światowych i nie ujawniły skutków atomowego bombardowania.

Analiza tych dwu zdjęć pozwoliła określić miejsce, w którym fotograf utrwalił sylwetki uczennic uciekających przed pożarem i zgromadzonych przed wejściem na most Miyukibashi. Udało się nawet odnaleźć kilku żyjących  świadków, utrwalonych na zdjęciach, m.in. 83-letnią panią, która z bólem opowiadała, jak cierpiały i umierały dziewczęta… 

 

 

 Symboliczny grobowiec ofiar bomby atomowej

Symboliczny grobowiec ofiar bomby atomowej w Parku Pokoju w Hirosimie, fot. M.Melanowicz

 

H  i  r  o  s  z  i  m  a  1  9  6  5

Było to 6 sierpnia 1945 roku o godz. 8.15 rano. Pogoda piękna, bezchmurna. Trzy amerykańskie samoloty B-29 zbliżyły się  do Hiroszimy z kierunku północno-wschodniego, na wysokości około 8 500 m. Jeden z nich wstrzymał motory i w ruchu ślizgowym nad centralną częścią miasta zrzucił bombę atomową, po czym dokonując zwrotu w prawo zniknął na pełnej szybkości. W momencie eksplozji znajdował się 16 km od Hiroszimy. Bomba spadała szybko, zostawiając za sobą smugę gęstego, czerwonego płomienia i w półtorej minuty potem eksplodowała na wysokości 570 m nad ziemią. Z potężną detonacją przekształciła się w ognistą kulę o 60-metrowej średnicy. Temperatura kuli ognistej, nazwanej „miniaturowym słońcem”, oceniona została na 300 000° C w 1/10 000 sekundy po detonacji.

Wraz z potężną eksplozją czerwono-niebieskie lub ciemnobrązowe płomienie uderzyły o powierzchnię ziemi z olbrzymią siłą, pokrywając promieniami radioaktywnymi około 40 procent miasta.

W 15 minut po rozpoczęciu wznoszenia chmury atomowej, unoszącej ze sobą cząstki radioaktywne, zaczął padać deszcz, trwający 8 godzin i zawierający opady radioaktywne. Uderzenie rozszerzonego powietrza zrównało z ziemią domy w promieniu 2 i pół km od hipocentrum.

Około 20 min. po eksplozji wybuchł pożar, który pochłonął całe miasto. Ponad 240 tysięcy*) osób straciło życie, a około 100 tysięcy zostało rannych.

 

Ekspres „Poranny wiatr” przybył punktualnie o godz. 6.30 rano. Po 12 godzinach (około 1000 km) bezsennej jazdy orzeźwił mnie wiatr od morza. Zatrzymałem się na chwilę przed klombem kwiatów przy dworcu, by opanować wzruszenie. Hiroszima. Trudno być obojętnym turystą, gdy postawi się stopę na tej ziemi. To już 20 lat od tego dnia. A wydaje mi się, że to wczoraj. Materiały i zdjęcia z dni zagłady przejrzane w ostatnich tygodniach i ta bezsenna noc — noc, która była dla mnie bardziej podróżą w czasie niż w przestrzeni — podrażniły nerwy. Piękna słoneczna pogoda. Patrzę na ulicę prostopadłą do dworca. Tak szerokich ulic nie spotkasz w innym mieście japońskim. Co najmniej 1/3 tej ulicy zajmowały kiedyś domy. A w nich mieszkali ludzie. Teraz nie ma nawet śladu.

Walizkę oddałem do przechowalni. Z podręczną torbą i aparatem na ramieniu zanurzyłem się w samo serce miasta — w jego dzień dzisiejszy i przeszłość. Z mostu na rzece Enko w pobliżu dworca spoglądam w kierunku zachodnim. W dali widnieją żelbetonowe bloki. Ale na obu brzegach rzeki zawieszone nędzne chałupki. Jak gołębniki. Jak się one tu utrzymują? Przecież byle tajfun zmieść może je do rzeki. Około 2 km od hipocentrum. Ci, którzy przeżyli, zbudowali sobie tymczasowe schronienie, które przetrwało do dziś.

Ile kobiet kryje tu swoje oszpecone twarze? Ilu umarło tu na białaczkę czy raka w ciągu 20 lat? A ile osób kryje swe rany głęboko w sercach? Kto całkowicie poznać może tragedię ofiar atomowych, zamkniętą tutaj? Piękne niebo nad Hiroszimą, piękna i czysta jest ta ulica prowadząca do centrum miasta. I schludnie ubrani przechodnie. Jeszcze pogłębiają cień w moim sercu. Te domki — widziałem później nad inną rzeką jeszcze nędzniejsze — są jak narośl na pięknym ludzkim ciele. Ale jest ich niedużo. I te, zgodnie z planem rozbudowy miasta, przeznaczone są na rozbiórkę, ale biedni ich właściciele nie chcą się przenieść do nowych bloków. Przyzwyczajenie do swego małego kąta nad rzeką? Raczej bieda.

Czytałem o tym, że wiele kalekich i oszpeconych przed 20 laty mieszka w takich nędznych domkach, w barakach. Wiele o tym słyszałem w czasie rozmów z mieszkańcami Hiroszimy. Poznałem koszmar ludzkiej tragedii, która nie skończyła się wraz ze śmiercią ofiar pierwszej bomby atomowej. Widziałem i rozmawiałem z dźwigającymi piętno tego dnia na swym ciele i duszy. Sczerniałe — sucha skóra chorych na białaczkę, twarz dogorywającej na raka. Zniekształcona twarz, piersi i ręce obecnie 36-letniej kobiety wdarły się boleśnie w mą świadomość. Dręczą. Ale nędza ta i tragedia nie kończy się też na chorych i jeszcze dziś umierających na „chorobę atomową”. Rozciąga się także na ich bliskich — mężów, żony, dzieci, które nie mogą zrozumieć dlaczego ich matka nie jest taka, jak innych.

Z mostu Inari na rzece Kyobashi rozciąga się widok na jeszcze jakby uśpioną wyspę wielopiętrowych gmachów. Na przystankach tramwajowych i autobusowych niewielkie grupki ludzi. Z rzadka przejeżdżające samochody. Cisza i spokój. (Następnego dnia po eksplozji musiało być jeszcze ciszej — jak na pustyni). Tylko wielobarwne reklamy świadczą, że tu za chwilę wylegnie na ulicę tłum przechodniów. Ożyje w pełni miasto. Spoglądam na zegarek — 7,05. 18 °C. Handlową uliczkę Ginza — w dziesiątkach miast na czele z Tokio, spotykam tę nazwę — ozdabiają tradycyjne lampiony, zapraszające przechodniów do przepełnionych artykułami sklepów. Dalej gmach Chugoku-shimbun - najbardziej tutaj wpływowego dziennika. Szereg kin pokrytych barwnymi reklamami tak samo jak w Yuraku-cho, w Tokio. Tylko gmachy wydają się być zbudowane bardziej planowo i robią przyjemne wrażenie porządku i harmonii.

Schludnie ubrane uczennice i uczniowie — białe czyste bluzeczki i koszule napawają radością, świeżością i nadzieją — zaczynają oblegać przystanki. Na skrzyżowaniu w Kamiya-cho, w centrum miasta — na ulicy prawie sami uczniowie. Spieszą do szkół zbudowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Tuż obok nowoczesne bloki ukończone zapewne przed paru laty, jeszcze połyskują świeżością: gmach prefektury Hiroszima z rozległym skwerem zasadzonym palmami, olbrzymie biurowce. Po drugiej, zachodniej stronie ulicy gmach poczty i telegrafu. Tu zgromadziło się najwięcej uczniów. Siedzą na murku okalającym ogródek z płytą pamiątkową  „Pamięć Hiroszimy niech będzie pamięcią świata, ból Hiroszimy niech będzie bólem świata. (...) Tu spoczywają nasi przyjaciele. Pracownicy poczt i telegrafów, w 10 rocznicę ich śmierci”.

Pięknie tu, wyzywająco pięknie. Jak w żadnym innym mieście japońskim. Jest w tym coś wyniosłego. Coś potężnego, co swą zemstę wyraziło w ten sposób. Jak Warszawa powstała z gruzów, tak Hiroszima — z popiołów. Choć historie tych miast są różne, to jednak złączyła je, niestety, tragedia i cierpienie ludzi, którzy niczym nie zawinili.

Historia i tragedia tego miasta osaczyły mnie, gdy stałem przed tą tablicą, u stóp której prostokąt szarych kamyków i drugi — wysypany oślepiająco białym piaskiem — są symbolicznym grobowcem i dla tych, których prochy nawet uniesione zostały z powierzchni ziemi. Wszak to nie więcej stąd jak 150 m od hipocentrum (eksplozja nastąpiła nad podwórzem szpitala Shima w Sarugaku-cho).

Skręcam na południe, pozostawiając Sarugaku-cho po prawej, przechodzę przez Hondori ku Alei Pokoju, przecinającej miasto stumetrowym pasem jezdni i zieleni ze wschodu na zachód. W Alei zatrzymałem się na chwilę przed uroczą gromadką dzieci. Rozbawione twarze, na główkach okrągłe kapelusiki ze wstążeczkami. Zrobiłem zdjęcie i spojrzałem na zegarek: 8.15. Przed dwudziestu laty tak jak i dziś o tej porze dzieci były na ulicy, na podwórkach szkolnych, z mamą na spacerze. Starsze ledwie zdążyły się zgromadzić na przymusową pracę. Niczego nieświadome, nie zdążyły nawet zadać pytania: „Dlaczego muszę umierać?”

Przed kilku laty zgłosiła się na operację do szpitala dra Harada pewna dziewczynka. Z powodu koloidów nie może utrzymać ołówka (kontrakcja dużego i wskazującego palca), a bardzo chce iść do szkoły uczyć się pisać. Wtedy (1945 r.) była w 2-giej klasie, miała 8 lat. Bawiła się z koleżankami na podwórku szkolnym w „branie piasku”. Nadeszła kolej na nią i zrobiła ruch, by wziąć garść piasku, gdy ujrzała wokół czerwień. Szkoła runęła i zaczęła płonąć. Ją odrzuciło parę metrów. Choć poparzona, ranna, ale zdołała przeżyć. Takich jednak była mniejszość.

W Alei Pokoju natrafiłem na charakterystyczną tablicę pamiątkową, otoczoną zielenią: „Ofiary bomby atomowej — I Liceum Żeńskie...” Po całej szkole został tylko jeden słup kamienny bramy wejściowej (1 km od hipocentrum).

W Parku Pokoju, wśród zieleni i kwiatów, kryje się symbol szczególnie wzruszający przybysza: pomnik poświęcony dzieciom — ofiarom bomby atomowej. Abstrakcyjna struktura przedstawiająca żurawia, przy czym skrzydła i głowę jego tworzą sylwetki dzieci z wzniesionymi ramionami, jakby unoszący się w powietrzu aniołowie. Żuraw — symbol długiego życia, nadziei, często układany z kolorowych papierków przez dzieci. Z pomnikiem tym związana jest smutna historia dziewczynki Sadako Sasaki, która bardzo pragnęła żyć i uwierzyła, że jeśli zrobi z papieru 10 tys. żurawi — wyzdrowieje. Niestety, nie zdążyła. Choroba atomowa odebrała jej życie. Żuraw — ptak nadziei stał się od tego czasu dla wielu dziewcząt symbolem złudności nadziei. Mimo to orizuru są bardzo popularne w Hiroszimie. Widziałem mnóstwo tych papierowych żurawi w szpitalu dla ofiar bomby atomowej. Stowarzyszenie opieki nad dziećmi osieroconymi lub kalekimi nosi nazwę „Towarzystwo Żurawi”.

Park Pokoju znajduje się między rzekami Honkawa i Matoyasu, a Aleją Pokoju. Założony został w 1955 roku. Jest tu muzeum — zbiór materiałów dotyczących zniszczenia miasta i wyniszczenia ludzi Hiroszimy. Znajduje się też tam płyta z nagraniem „Trenu” Krzysztofa Pendereckiego. Przed muzeum Pomnik „Matki i Dzieci Wśród Burzy” i „Źródło (fontanna) Pokoju”. Dalej w głębi symboliczny grobowiec pomordowanych. Łukowata struktura grobowca zaprojektowana została przez architekta światowej sławy Tange, a nawiązuje do kształtu pierwszych rzeźb japońskich haniwa. W grobowcu tym umieszczono 60 tys. nazwisk rozpoznanych ofiar. Napis na kamieniu głosi: „Proszę spoczywać w spokoju, ponieważ błąd się nie powtórzy”. Zdanie bezpodmiotowe wywołało potem szereg polemik i zarzutów. Uzasadnia się często, że odczytać je należy: „Proszę spoczywać w pokoju, gdyż ludzkość już tego błędu nie powtórzy”.

60 tysięcy w jednym grobie. Matki i dzieci, ojcowie, młodzież... Prochy ich ciał rozproszone po całym mieście. Jeszcze i dziś robotnicy budujący domy natrafiają na ludzkie kości. Chodząc po tym mieście trudno jest odepchnąć myśl od siebie, że się chodzi po olbrzymim cmentarzysku. Ale kto nie zna historii, nigdzie prawie nic z tamtego dnia nie dostrzeże**). Można nawet pomyśleć, że to miasto nigdy nie było zniszczone. Zawsze było piękne i szczęśliwe. Ale — ani błękitne niebo, ani jasne domy i barwne reklamy, ani ślicznie ubrane dziewczęta i mężczyźni w białych, czystych koszulach, ani wielka ilość barów, kawiarni i restauracji nie ukryje tego cienia, który leży w sercu miasta. Cień człowieka, który siedział na schodach Banku Sumitomo, i obrócony został w proch w jednym ułamku sekundy, jeszcze nie zniknął. Jest jeszcze dobrze widoczny. A o tym cieniu nad miastem czy w jego sercu, można się najlepiej przekonać w szpitalu dla chorych na chorobę atomową.

[„Dookoła Świata” XII Nr 32 (606)]

 

 MIKOŁAJ MELANOWICZ

Dalszy ciąg tego reportażu, w którym autor opowiada o wizycie w szpitalu ofiar wybuchu, zamieścimy w następnym numerze.

 

*) Wydział policji prefektury Hiroszima 30 listopada 1945 r. ogłosił następujące dane, potwierdzone i przyjęte przez Amerykanów: zabitych 78 150, zaginionych — 13 983, rannych — 37 475. Późniejsze badania wykazały fikcyjność tych liczb i na podstawie wielorakich metod stwierdzono, że liczba zabitych wynosi nie mniej niż 200 tys. osób. Liczba 240 tys. podtrzymywana jest przez mera i urząd miejski Hiroszimy.

 

**) Pozostawiono tylko jeden zniszczony gmach żelbetonowy na przedłużeniu Parku Pokoju, jako symbol zniszczenia miasta i pragnienia pokoju. Ale i tu odzywają się głosy, by go rozebrać i wybudować miastu coś bardziej pożytecznego.

 

Pin It