Mikołaj Melanowicz

 

     Tokio dziś i jutro. Przypomnienie sprzed półwiecza (5)

 

   W 2020 r. odbędzie się olimpiada w Tokio. Już po raz drugi. W związku z rosnącym zainteresowaniem stolicą Japonii publiczna telewizja NHK przedstawia nową serię dokumentalno-dramatyczną o mieście, które było poprzednikiem Tokio. Miasto nazywało się Edo, a film nosi tytuł Ōedo, to znaczy Wielkie Edo (emisja 29.4.2018, dwie kolejne części w czerwcu i lipcu), którego już nie ma od 150 lat. A jednak możemy je zobaczyć, ponieważ dokonano epokowego odkrycia – jak twierdzi narrator filmu. Cudem zachowane klisze fotograficzne sprzed okresu Meiji pozwoliły technikom ożywić to milionowe miasto samurajów – ukazać zagęszczenie wielorodzinnych domów, spacery po słynnym moście Nihonbashi, a przede wszystkim wykryć tajemnice kryjące się w ziemi, rozkopywanej pod nowe budowle stawiane w czasie „wielkiej przebudowy Tokio” (Tōkyō daikaizō). Tak właśnie te przedolimpijskie porządki nazywają autorzy filmu.

Ale wróćmy do Edo, które obrał za swą siedzibę Ieyasu, pierwszy siogun z dynastii Tokugawów. W tej niewielkiej wówczas osadzie na równinie Kantō nad zatoką rozkazał zbudować zamek, skąd mógł łatwiej zarządzać włościami i uniezależnić się od hegemona Hideyoshiego zajmującego zamek w Osace. Na podzamczu zamieszkali jego wasale. Po wygranej bitwie pod Sekigaharą (1600 r.) i wraz z przyjęciem od cesarza tytułu sioguna (1603 r.) w Edo usytuował nowy rząd wojskowy, któremu podlegała większość dominiów feudalnych (han, klan, księstwa). Zdecydował wykorzystać ich siły i zasoby do budowy (tenkabushin) nowego miasta. Dzięki temu w ciągu wieku mogło powstać milionowe miasto.

   Z tamtych czasów – tzn. z 18 i 19 w. - pozostało wiele śladów życia w głębi ziemi, a najciekawsze są to drewniane studnie i przewody niezwykłej sieci wodociągowej, opasującej miasto zamkowe, a w następnych latach również kolejne dzielnice. Sieć wodna rozwijała się jak spirala, do której wpuszczano wodę z sąsiadujących rzek, głównie z Tonegawy i jej odnóg oraz z kanałów (hori). I w tym umiejętnym wykorzystaniu rzek kryje się jedna z tajemnic sukcesu w budowie tego wciąż rozrastającego się miasta, którego mieszkańcy mieli dostęp do wody i przyzwyczaili się do częstych kąpieli.

To prawda, że na Równinie Kanto płynie wiele rzek, to jednak trzeba było przekopywać kanały w taki sposób, aby woda spływała wciąż na dół w kierunku odpowiednich przewodów kanalizacyjnych Edo. To wielkie przedsięwzięcie zainicjował Ieyasu (1543-1616), a po jego śmierci prowadził również trzeci siogun Iemitsu (1604-1651). W scenie fikcyjnej filmu Ōedo, w kawiarni o nazwie „Oedo” słyszymy od kelnerki, że to Iemitsu jest tym, który zbudował miasto milionowe, ale szybko zostaje ona przekonana o głównej roli Ieyasu jako budowniczego.  

Ważnym źródłem rozwoju Edo była energia samurajów z całego kraju, biorących udział w budowie najpierw zamku sioguna, a także rezydencji książąt (daimyō) i mieszkań ich służby, a następnie domów samurajskich, kupieckich i rzemieślniczych. Każde z feudalnych dominiów budowało część miasta, przydzielaną losowo. Innym szczęście sprzyjało, bo trafiali na solidny grunt, a innym nie, gdy okazywało się, że mają stawiać domy na podmokłym terenie.

Przedstawiony na filmie proces budowy kamiennych murów zamku, to znów obudowy kanałów porusza widza. Okazuje się, że samuraje zajmowali się „wyrębem” skał, wożeniem ich do miasta i układaniem tak profesjonalnie, by nie rozsypały się w czasie tajfunu. Najczęściej przywożono głazy z oddalonej o 100 km wschodniej strony płw. Izu. Nawet dziś można tam zobaczyć tunele w pociętych skałach, a na dnie morza zatopione kamienie. Nurkowie sfotografowali kamienne płyty już oznakowane herbami sioguna lub innych rodów odpowiedzialnych za „wyręb” i transport. Obrazy składają się na oczywiste przesłanie, a mianowicie na twierdzenie, że miasto Edo zbudowali samuraje z całej Japonii. I że w czasie budowy wielu z nich zginęło. Ale w ciągu wieku powstało milionowe – jak twierdzą twórcy filmu – największe miasto na świecie, bo ówczesny Paryż oceniany jest na niecałe pół miliona, a Londyn na ponad pół miliona mieszkańców

I co z tym miastem się stało? Samuraje się rozjechali, kupcy, handlowcy, rzemieślnicy stopniowo wznosili domy z cegły, część drewnianej zabudowy uległa zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi lub pożarów już w okresie Meiji, a ostatecznie podczas katastrofalnego trzęsienia ziemi w 1923 r. Powtarzając, że milionowe miasto Edo przestało istnieć 150 lat temu, twórcy filmu posłużyli się raczej metaforą, aby zasugerować dramatyczną przemianę, jaka zaszła wraz z odrzuceniem nazwy tego feudalnego miasta, bo przecież wiele pereł architektonicznych dawnych czasów trwało w niepewności przez dziesięciolecia, aby zniknąć w naturalnych katastrofach i w wyniku ludzkiej nieodpowiedzialności.

   W artykule „Tokio dziś i jutro” („Kontynenty” nr 12 (35) 1966) pisałem o stolicy Japonii dość krytycznie, dzisiaj polubiłem to miasto, które zmieniło się na korzyść. Ale przedstawiony obraz miasta jest chyba nadal godny przypomnienia. Transkrypcję międzynarodową zamieniłem w nim na zapis spolszczony. Wspomnieć też wypada, że jeszcze w latach 60. XX w. panowała opinia, że nazw japońskich nie należy odmieniać, dlatego „kupiectwo z Osaka” - zamiast z Osaki - brzmi dziś dziwnie, dlatego w kilku miejscach wprowadziłem formy odmienione zgodnie z polską zasadą. A poza tym tekst przytaczam bez zmian.        

 

Centrum dzielnicy Shinjuku

Centrum dzielnicy Shinjuku. Widok z 45 piętra (Sky Bar) hotelu Keio Plaza (rok 2012), fot. M. Melanowicz

 

 

Tokio dziś i jutro („Kontynenty”, 1966)

Wschodnia Stolica – bo taki jest sens nazwy Tokio – jest chyba najdziwniejszym miastem pod słońcem. To kompleks miast, miasteczek i wsi, które dawniej funkcjonowały samodzielnie, rozrzucone na wielkiej równinie Kanto nad Zatoką Tokijską. Od zbudowania w 1456 r. zamku Edo przez Otę Dokana i założenia siedziby władców wojskowych Tokugawa w XVII w. dawne wsie zaczęły szybko znikać, dając miejsce pałacom i willom panow feudalnych i pomieszczeniom dla samurajów. Sprowadzone z polecenia sioguna kupiectwo z Osaki, Kioto, Sakai stworzyło grunt pod szybki rozwój kultury mieszczańskiej. W 1868 roku, kiedy w wyniku Przewrotu Meidzi upadł siogunat i władza została przywrócona cesarzowi, miasto – dotąd noszące nazwę Edo – awansowało do rangi oficjalnej stolicy Japonii. Ponieważ leżało na wschód od dotychczasowej, tysiącletniej stolicy Kioto, nazwane zostało wówczas Wschodnią Stolicą, czyli Tokio.

Tokio nie jest miastem pięknym. Nie zachowało żadnych cenniejszych zabytków architektury, pozwalających czytać życie minionych wieków. W jednym tylko wieku XX uległo dwukrotnemu kompletnemu zniszczeniu: w 1923 r. w czasie wielkiego trzęsienia ziemi oraz w czasie ostatnich miesięcy II wojny światowej spłonęło niemal całkowicie. Dwukrotna tragedia była jednocześnie dwukrotną szansą planowej zabudowy miasta. Szansy tej nie wykorzystano. Drewniane domki rosły jak grzyby po deszczu. W większości więc zachowały się dawne, wąskie i kręte uliczki, jak w wioskach przed kilku wiekami i często bez kanalizacji. W kilka lat po wojnie miasto było już całkowicie odbudowane, ale tak samo – a może jeszcze bardziej niż przed wojną – karłowate, ułomne, bez planu i stylu. Największym paradoksem w tej odradzającej się metropolii był brak jednolitego systemu kanalizacji, brak kanałów przewodowych (linie telefoniczne na słupach obok ulic), a więc tego wszystkiego, co jest warunkiem koniecznym nowoczesnego organizmu miejskiego. Sytuacja w ciągu ostatnich lat kilkunastu ulegla poprawie, ale tylko częściowej. Do dziś rozległe dzielnice mieszkaniowe, złożone z drewnianych domków z ogródkami, korzystają z własnych studni. Nie pozwala to nazwać Tokio miastem nowoczesnym, choć z drugiej strony nowoczesności w tym mieście nie brak.

A jednak jest miastem ciekawym, pasjonującym. Miastem tysiąca podniet i tysiąca możliwości dla napływających ciągle z całej Japonii młodych ludzi, szukających tu spełnień swych snów i marzeń o karierze i przygodzie.Tokio, miasto otwarte, przyjmuje ich i wyzywa do walki o każdy dzień życia. Przyciąga tysiącem urzędów, firm handlowych i przemysłowych i fabryk, tysiącami przepięknych kawiarń, gwarnych barów, kin i innych zakładów rozrywkowych.

X

Tokio jest miastem trudnym. Wszyscy na ogół narzekają na warunki życia, na ruch, halas, zanieczyszczone powietrze. To wszystko prawda. Prawda także, że jest rzeczą mało przyjemną, gdy na wąskie uliczki wylewa się pomyje. W ten sposób ułatwiają sobie sprawę małe, często urocze, zakłady gastronomiczne, różne knajpy i bary. Zdarza się to oczywiście tylko na wąskich uliczkach i zaułkach. Ale te właśnie zaułki są ciekawe i godne zainteresowania. Tu można podpatrzyć życie na gorąco, tu najczęściej skupiają się w zagadkowym labiryncie tradycyjne domki japońskie, starodawne knajpki z pseudojapońskimi i pseudoeuropejskimi (jedno i drugie jednocześnie, bez złośliwości) barami po sąsiedzku. Takie zaułki, szare i ospałe za dnia, ożywają o zmroku, rozbarwione przemyślnymi neonami. Można je rozpoznać nie tylko po esach-floresach nie zgranych ze sobą kompleksów reklam, w których dominuje czerwień, ale także po specyficznym zapachu. Mieszanina woni wszystkich kuchni świata – prym tu jednak wiedzie chińska i koreańska, zwłaszcza w Sindziuku, Sibuja, Juraku-cio, Simbasi – łechce podniebienie, drażni nozdrza, zaprasza lub odpycha – w zależności od indywidualnych gustów.

Nieszczelnie przykryte „kanaliki na niby”, wypełnione brudną wodą, nie zachęcają do spacerów. Ale wystarczy wejść w pierwsze lepsze drzwi, by znaleźć się w oazie gwarantującej dobry trunek, muzykę lub przysmaki. Z zewnątrz przy dziennym świetle, gdy nie działa jeszcze czarodziejska siła zmierzchu i jarzących się reklam, dom może wyglądać bardzo niepozornie. Wewnątrz zaś – czystość, dekoracja ścian, kwiaty, muzyka - wszystko zgrane z dużym smakiem artystycznym – wprawia w miły nastrój. I o to właśnie chodzi właścicielowi. Gdy przy jednej pięćdziesięciometrowej uliczce jest dziesięć podobnych zakładów, żadnego szczegółu, który mógłby zachęcić klienta do następnej wizyty, nie można zlekceważyć.

X

Ciągła, ustawiczna rywalizacja – także w dziedzinie rozrywki - zmusza do nieustających zmian i poszukiwań, co z kolei konsumentom zapewnia coraz to lepsze usługi. Dziedzinę rozrywki dla mas doprowadziło to niemal do perfekcji. Chyba nigdzie na świecie nie ma tak pięknych kawiarń, klubów i barów, choć każde z nich pochodzi z Europy. A przecież istnieje ponadto, działa i nierzadko prosperuje wiele zakładów czysto japońskiego pochodzenia.

Nigdzie chyba na świecie nie ma tak fantastycznie urządzonych domów towarowych, które tu – w Japonii - są wielkimi kombinatami masowej rozrywki. Urocze, eleganckie, zawsze uśmiechnięte ekspedientki, funkcjonalny i estetyczny układ towarów z zapewnieniem klientowi bezpośredniego do nich dostępu, punkty, gdzie demonstruje się najbardziej efektywne wykorzystanie jakiegoś przedmiotu, różne udogodnienia dla matek z dziećmi (są dziewczęta, które specjalnie zajmują się tylko małymi dziećmi, gdy mamy robią zakupy) – przyciągają nawet osoby dalekie od kupowania czegokolwiek; przychodzi się tu po prostu wtedy, gdy ma się dwie, trzy godziny do „zabicia”, w celu zapomnienia o jakichś kłopotach itp. Każdy może obejrzeć, przymierzyć, pomarzyć. Miła atmosfera podnieci, pobudzi potrzeby, z których przedtem nie zdawał sobie sprawy. Właściciele i kierownicy domów towarowych pilnie studiują psychologię mas i umieją wykorzystywać tę wiedzę.

Zmęczeni zakupami lub tylko zwiedzaniem klienci też są mile widziani – czekaja na nich kawiarnie, restauracje, salony piękna czy fryzjerzy damscy. Lecz gardzący tak niewybredna rozrywką jak oglądanie towarów itp. znajdą też coś dla siebie. Na jednym z pięter czeka wystawa malarstwa współczesnego lub starego, japońskiego lub wprost z zagranicy, sztuka ludowa, ceramika artystyczna, wystawa kimon największych mistrzów itp. itd. A wieczorem można przyjść do sali koncertowej lub teatralnej na koncert czy współczesny lub klasyczny dramat. Takie domy towarowe, jak Isetan i Keio w Sindziuku, Tojoko w Sibuja, Mitsukosi, Matsuja, Matsuzakaja, Takasimaja, Sirokija w Gindza i Nihonbasi oraz dziesiątki innych pełnią też funkcję domów kultury. Oczywiście, wiemy, że wszystko dla zysku i reklamy, ale jest to inicjatywa na pewno cenna. Zwłaszcza że wystawy są tu często bezpłatne, a do muzeum trzeba daleko jechać i płacić za wstęp. Nie ma wątpliwości, że zarówno ekspedientki i kelnerki pracują ciężko i wcale nie za wielkie pieniądze. Ciągle na stojąco, bez grymasów i fochów przed klientem. Pilnie i starannie – tak jak w tym kraju wszędzie się pracuje. Obserwowałem, nie tylko w Tokio, wielkie poszanowanie dla pracy i miejsca pracy. Pracownik danej firmy, czy jest dobrze płatny czy też źle, jest pełen poczucia odpowiedzialności, dumy i godności. A rezultaty takiej postawy wobec pracy obserwujemy już nie od dziś. Podziwia je teraz cały świat.

X

Obserwując przez dwa lata pracowitość, skromność i gościnność Japończyków – jednocześnie nie mogłem się wyzbyć pewnego niepokoju. Jak długo będą w stanie wytrzymać tę walkę o każdy dzień, o przyszłość. O doskonalenie wszystkiego, co człowieka otacza. Co prawda, wraz z objawami dobrobytu zmniejszył się przyrost naturalny, ale mimo to liczba ludności ciągle rośnie. Muszą rosnąć i miasta. Nie tylko Tokio, lecz wszystkie miasta w Japonii. Małe, stare miasteczka dziś już nie mieszczą się w podgórskich dolinach. Musi więc ustępować przyroda – morze zasypywane metr po metrze, wzgórza ścinane jedno po drugim. Nawet w pobliżu Tokio powstają osady na miejscu dawnych wzgórz. W okolicach Jokohamy, czy na trasie Tokio – Haci’odzi jakże częsty ostatnio widok: bielejące tarasy, ślady obciętej góry, a na nich domki. Nie odbywa się to jednak bez ofiar. Przyroda mści się za gwałt dokonany na niej. Zdarza się, że w czasie ulewy poprzedzającej tajfun obdarta z zieleni góra, podatna na działanie niszczącej wody, osuwa się wraz z domkiem. Wielu narzeka też na oszpecanie pięknego krajobrazu. To prawda, że coraz mniej cichych, dzikich zakątków - wszędzie wciska się człowiek. Ale niestety, nie ma chyba innego wyjścia, zwłaszcza wokół Tokio.

Tokio rośnie wzwyż i wszech. Zrasta się z sąsiadującymi miastami. I tak między miastem Kawasaki i Jokohamą granice się zatarły. Wzdłuż szlaku komunikacyjnego Tokaido (Tokio – Osaka) powstają coraz to nowe ośrodki przemysłowe i handlowe, nowe miasteczka, stare rozwijają się w niezmiernie szybkim tempie. Jesteśmy więc świadkami powstawania nowego typu osiedla ludzkiego, a mianowicie m e g a l o p o l i i. W Japonii zjawisko to chyba nieuniknione. Zważywszy że 80 proc. powierzchni to tereny górzyste. Ludność skupia się na terenach nadmorskich, w dolinach rzek i wzdłuż szlaków komunikacyjnych. A najpoważniejszym takim szlakiem od dawien dawna jest Tokaido, wiążące obecnie mózg Japonii, Tokio, z jej głównym ośrodkiem handlowym, jakim jest Osaka, z jednym z największych portów, jakim jest Kobe, i centrum starej kultury japońskiej, Kioto. Rola tego szlaku wzrosła wraz z otwarciem Nowej Linii Tokaido, po której kursują najszybsze pociągi świata (na razie 215 km/godz.).

Rozwój i przyszłość tej megalopolii, a zwłaszcza najpoważniejszego w nim ogniwa – Tokio, jest źródłem niepokoju zarówno władz miejskich i państwowych, architektów i planistów, jak i – mieszkańców stolicy. Miasto się zmienia. Jest w ciągłej przebudowie. Ale ulepszenia te przypominają raczej wylewanie wiaderkiem wody z zalewanego powodzią mieszkania. Wzrost kolosa jest ogromny, a modernizacja fundamentów miasta nie nadąża za nim. Ulice i drogi już są za ciasne. Prasa japońska określa sytuację krotko: „piekło komunikacyjne”. W godzinach szczytu milionowy gąszcz samochodów blokuje absolutnie większość ulic. Przy zbyt dużej ilości wąskich uliczek, które z pewnością kiedyś stanowiły o uroku tego miasta, kłopoty komunikacyjne narastają tu bardziej drastycznie niż gdzie indziej, choć trzeba przyznać, że wysiłek władz miejscowych w zakresie uporządkowania ruchu i podniesienia etyki na drogach – nie tylko stołecznych – jest ogromny. Po okresie pirackich wyczynów niektórych kierowców w Tokio przed 10 laty dziś już zdecydowanie pierwszeństwo należy do przechodnia. Niemal niespotykanym zjawiskiem jest wymuszanie pierwszeństwa na przechodniach. Wystarczy podnieść rękę lub żółtą chorągiewkę (znajdują się w koszach obok przejść przez ulicę), by lawina samochodów zatrzymała się w celu przepuszczenia pieszych.

Półtora roku temu zdobył w Japonii rozgłos projekt przeniesienia stolicy na tereny mało jeszcze zagospodarowane, np. u stóp góry Fudzi. Projekt ten przyjęty został z zainteresowaniem. Skoro Brazylijczycy mogli zbudować nową stolicę, mogą tego dokonać także i Japończycy – powiadali niektórzy obrońcy projektu. Przeniesienie rządu i centralnych instytucji z Tokio wstrzymałoby napływ ludności, wpłynęłoby nawet na jej zmniejszenie się.

Dyskusja wokół projektu ucichła, natomiast w centrum zainteresowania znalazła się sprawa budowy nowego, wielkiego międzynarodowego lotniska (na wschód od Tokio w Tomisato, pref. Ciba). Dotychczasowe lotnisko Haneda już nie może sprostać zadaniom stawianym przez zwielokrotniony w ostatnich latach ruch powietrzny. Sprawę pośrednio przyspieszyła seria wielkich wypadków lotniczych na początku br. Choć – zgodnie z oficjalnymi danymi - lotnisko nie ponosiło tu żadnej winy, to jednak przy okazji badania przyczyn wypadków uświadomiono sobie jeszcze raz natychmiastową potrzebę budowy znacznie większego lotniska, na którym mogłyby lądować samoloty ponaddźwiękowe. Prace przygotowawcze już są w toku.

Jedną z najpoważniejszych przyczyn uniemożliwiającą radykalną przebudowę są nienaruszalne prawa własności. Zwykłe poszerzenie ulic jest często sprawą niemal nie do wykonania. Na skalę państwową przeprowadzona kampania przedolimpijska dała miastu kilka autostrad, ale i te musiano zbudować ponad dotychczasowymi drogami i kanałami, musiano też przebić pod miastem kilka wielkich tuneli. Wysiłek i koszta ogromne. I ofiary w ludziach także.

Problemem generalnej przebudowy Tokio zajmują się architekci nie od dziś. Zwłaszcza ożywione prace trwają od 1960 r. Grupa architektów-metabolistów opracowała plan niezwykle śmiały – zaprojektowała budowę miasta nad już istniejącym oraz zagospodarowania Zatoki Tokijskiej. Ziemia w Tokio jest już bardzo droga, stąd też zabudowa przestrzeni nad miastem jest ekonomicznie i logicznie umotywowana. Mimo całej fantastyczności tej koncepcji, specjaliści twierdzą, że przy obecnym stanie rozwoju techniki w Japonii nie jest to niemożliwe. Przyznam się, że chciałbym jeszcze zobaczyć realizacje tej twórczej fantazji japońskich architektów i móc spacerować po pięknych alejach kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Jak na razie powstają coraz to nowe ulice, parkingi i centra handlowe – pod ziemią.

                                                                         Mikołaj Melanowicz

Pin It