Michał Piętniewicz


Kilka uwag na marginesie teorii szaleństwa.

 

 

MP

 

Szaleństwo jest wytryskiem osobowości, głęboko skrytej w człowieku. Ta osobowość nie jest ani jasna, ani ciemna, chociaż przeważa w niej ciemna strona. Ciemność wyraża się poprzez zignorowane powierzchni stosunków międzyludzkich, która jest najważniejsza w relacjach społecznych. Szaleniec ma do dyspozycji siebie na przeciw świata. Świat jest dla niego wyzwaniem.
Psychoza to przegrana ze światem. W mniemaniu psychotyka wygrana. Najtrudniejszy moment dla niego to równoczesny zbieg dwóch żywiołów: skrajnej subiektywności szaleństwa i obiektywności świata. Rzecz dzieje się już przeważnie "po", ale to jest najtrudniejsze, bo maskuje coś rzeczywistego, a nie urojonego. Rzeczywisty najczęściej jest lęk przed światem i przed ludźmi, który również ma źródło w czymś rzeczywistym i ono jest skażone. Zatem szaleniec to ktoś ze skazą źródła. Można tęsknić po odnalezieniu skazy do krystalicznie czystego źródła, albo szukać innych, podobnie skażonych źródeł i w nich przeglądać swoją twarz. Szaleństwo jest zagubieniem, wcześniej zwielokrotnionej, swojej twarzy w innych twarzach. Możliwości twarzy w szaleństwie są nieograniczone. Przy czym wielokrotne odbicia w innych ludziach, prowadzą do zatracenia własnej tożsamości na rzecz tożsamości domniemanej. Możliwości twarzy przed psychozą, którą jeszcze będę chciał zdefiniować, są naprawdę możliwościami aktora. Aktora rzeczywistego. Kto to taki? Prawdziwy aktor ma świadomość swojej roli, która płynie z dystansu wobec sztuki, jaką odgrywa. Prawdziwy aktor czerpie z rzeczywistości, ale w sposób twórczy, to znaczy przetwarzając ją i transformując, twórczo nawet deformując, aby przybrała ona kształt spełniony, kształt odgrywanej na deskach scenicznych roli. Aktor rzeczywisty natomiast to aktor bez świadomości swojej roli. Albo inaczej: grając w życiu swoją rolę, uwierzył w nią bezgranicznie i bez żadnego dystansu. Powiedzmy, że wskutek działania nadmiernie rozwiniętych neuronów lustrzanych, ktoś niedoświadczony, młody człowiek, albo osoba gorzej wykształcona, uwierzy, że jest kimś. Na przykład geniuszem, pisarzem, Napoleonem, Chrystusem, poetą, kimś wielkim. Rola może być przy tym starannie wycieniowana, nie musi być wulgarnym przyznaniem się do tego, że jest się na przykład większym niż Dostojewski.


Może być wygrana owa rola na pewnych subtelnościach. Na przykład: "ależ nie, nie, droga Pani, Pani mnie zdecydowanie przecenia, to wcale nie tak", odpowiada aktor, kiedy ktoś przypadkiem pochwali jego sztukę. Nie jest to zwykła próżność, ponieważ zasięgiem swoim jest zasadniczo bezgraniczna.
Aktor rzeczywisty, prepsychotyk, nie jest jednak zwykłym, nieco prostackim próżniakiem, bo to byłoby za proste. Otóż nie do końca mu pewnie odpowiada ta rola, wskutek tego, co ma głęboko i rdzennie, swoim dobrem i światłem, z którego się wyłonił, odczuwa pewien dyskomfort między narzuconą mu rolą w rzeczywistości, a tym, kim jest naprawdę, a naprawdę jest chory psychicznie, nie może nic zrobić, wszystko mu leci z rąk, nie może skupić się na pracy, skupić na książce, przeczytać bezboleśnie ani jednej strony, napisać porządnego artykułu naukowego, w drżących rękach kawa wylewa mu się na papier, na gazety, na naukowe czasopisma, filozoficzne książki i wielkie, artystyczno-filozoficzne arcydzieła literatury pięknej, otóż wszystko w nim drży, doprasza się światła i spokoju, którego nie może otrzymać od świata, bo jest wewnętrzną trzęsionką, bo się trzęsie jak w febrze, bo chce spokoju, azylu, bezpieczeństwa, bo chce świata, który jest domem, a nie areną niebezpiecznych, ryzykownych zmagań, które toczone są w straszliwym, lodowatym, krwawym zimnie, chłodzie, lodzie, bo chce, bo pragnie spokoju i zrozumienia. Dostaje w zamian jedynie rzeczywistą rolę. Kładę nacisk na słowo "rzeczywistą", czy "rzeczywiste", albo "rzeczywisty", bo one są kluczowe dla zrozumienia fenomenu szaleństwa z punktu widzenia teorii literatury oraz filozofii.
Rzeczywiste byłoby synonimem tego, co dotykalne boleśnie, co kłujące, doskwierające, niewygodne, siedzące jak zadra, albo drzazga w boku. Rzeczywiste przylegałoby pozornie tylko ściśle do ścian świata, w sposób ułudny i substytuowy, ponieważ świata nie da się naprawdę dotknąć. To znaczy bezpośrednio dotknąć. Można jedynie, właśnie przez rolę, maskę, medium, jakieś zapośredniczenie, czy pośrednictwo, poprzez dystans albo konwencję, która jest bezpieczna i oswaja to, co złe, nieprzeniknione, groźne, demoniczne, chore, wykrzywione przez grymas bólu i strachu. To, co stwarza człowieka we wszystkim, to sytuacja. Człowiek jest stworzeniem sytuacyjnym, od sytuacji ściśle zależnym. Najprościej człowieka szalonego można zdefiniować jako kogoś, kto nie uważa w ogóle na sytuacje. Nie tylko na sytuacje natury społecznej, jak zebrania, msze, kolegia, spotkania towarzyskie, imprezy rocznicowe, itp. Ale również błędnie on zapewne podchodzi (z przyczyny niekiedy swoich nadmiernych, wewnętrznych powikłań), do własnej sytuacji egzystencjalnej, jako istnienia, które wrzucone jest w środowisko tej planety. Błędny to nie znaczy pozbawiony pierwiastków inspirujących, ożywiających oraz w pewnym sensie odnawiających. Błędny, znaczy tyle w tym kontekście, co nieprzystosowany do normalnych trybów społecznych, których wyznacznikami są praca, zarabianie pieniędzy, dom, dzieci, kariera, stanowisko. Błędny w tym znaczeniu, zatem znaczy tyle, co ignorujący powszechną ekonomię stosunków międzyludzkich, opierających się na hierarchii społecznej i społecznej wymianie. Innymi słowy, rolą szaleńca tak pojętego, jest bycie zawsze z boku, na marginesie i pozorne nie dbanie o to, by ktoś go zauważył, aż do czasu, kiedy przyjdzie odsiecz, i psychoza otworzy rzeczywistego aktora na oścież. Rzeczywisty aktor nie otwiera się na oścież, ponieważ w swojej duszy nosi oścień świata, oścień świadomości, jak rybią ość. Jego aktorstwo rzeczywiste polega na zmaganiu się z tym ościeniem. Co aktora rzeczywistego otwiera na oścież lub może otworzyć na oścież? Dwie rzeczy: dogłębna rozmowa, albo dogłębna psychoanaliza, albo wybuch psychozy. W obu tych wypadkach rzeczywisty aktor jest stracony, ale stracony po to, by się potem odzyskać, zrekonstruować. Niektórzy mogą żyć z ościeniem do końca życia, być rzeczywistymi aktorami aż po kres swoich dni, są tak silni. Ale większość ludzi łaknie jednak otwarcia, nie z powodów idealistycznych, ile bardziej pragmatycznych, bycie otwartym na świat, przepływ informacji, interakcję z drugim i światem, rozmaitego rodzaju interferencje, po prostu czynią łatwiejszym codzienne funkcjonowanie, a ponadto uposażają w pewien filtr zapośredniczający doświadczenie, jak i umożliwiający komentarz do tego, co jest: na przykład do wydarzeń politycznych, gospodarczych, społecznych czy artystycznych. Bez tej zbroi, czy filtru zapośredniczenia, niemożliwy jest de facto prawidłowy osąd tego, co się dookoła dzieje, z prostej przyczyny, że żaden, tak naprawdę, osąd tego, co się dookoła dzieje, nie jest "prawdziwy", czyli dotykający bezpośrednio tego, co rzeczywiste, gdyż nie ma możliwości dotknięcia rzeczywistego, a ten, który sądzi, że dotyka rzeczywistego, nie dotyka go, ale jest aktorem rzeczywistego, ergo żyje w iluzji dotknięcia, czyli jest chory. Dlatego wzajemna komunikacja opiera się tak naprawdę na iluzji, że mamy jakieś rzeczy wspólne, które możemy uzgodnić. Owszem, mamy: na przykład pracujemy wspólnie dla jakiejś firmy, albo jesteśmy zjednoczeni w pewnej wspólnocie: rolników, malarzy, muzyków, adwokatów, pisarzy, przewodników górskich. Łączy nas zatem wspólny fach, wspólne rzemiosło, zawód, co nie znaczy, że cokolwiek innego jeszcze nas łączy, ponieważ więcej nas generalnie dzieli niż łączy, w tym, co jest nieuchronnie nieprzetłumaczalne, czyli nasza, idiomatyczna oraz idiosynkratyczna jednostkowość. Dlatego taką wartość ma wymiar wspólnotowy, bycie jej częścią, nawet, przede wszystkim za cenę koniecznej iluzji, że jest się częścią jakiejś wspólnoty. Iluzja ocala, jak maska, rola, konwencja, filtr, język w końcu, którym mówimy z dystansu. Gdyby nie wspólnota, z drugiej strony, nie można byłoby oszaleć. Akt szaleństwa jest zawsze bowiem wobec czegoś: świata, wspólnoty, drugiego, Innego.
Gdyby wspólnota składała się z samych szaleńców, rzeczywistych aktorów, jak można byłoby oszaleć? Niepodobieństwo jest warunkiem szaleństwa a nie podobieństwo. W podobieństwo można uzgodnić wspólne mniemania, znając zasady gry, łatwiej w nią grać, a nawet naginać sprytnie i przebiegle jej zasady. Szaleniec gra w swoją grę, niezrozumiałą albo przerażającą dla innych, nikt poza nim jej nie rozumie, może inny szaleniec byłby w stanie, ale to dłuższa sprawa, bo to rozumienie byłoby również pozorne, gdyby nie zostało poparte głęboką racjonalnością-to jest taką, która otwiera się oraz uczy pokory, współczucia oraz rozumienia innego, nawet tego, który nie jest stąd. Ale całkowite wniknięcie w ten inny świat, zupełnie odwrócony od sensus communis, od świata, opartego na racjonalnych regułach, prawach oraz języku, nie jest możliwe dla człowieka, który w swoim postępowaniu kieruje się racjonalnymi regułami działania. Jedynie inny psychotyk jest w stanie intuicyjnie wniknąć w świat cudzej psychozy, ale słabością tego wniknięcia będzie brak jakiejkolwiek racjonalizacji oraz obiektywizacji, będzie to oparte jedynie na przeczuciu, treściach podświadomych i nieświadomych, które z punktu widzenia języka wspólnotowego, o ile nie przemienią się odpowiednio i nie zostaną wydestylowane w literaturę (mówiąc językiem Schulza), niewiele są warte, po prawdzie nic. Co nie znaczy, że psychoza, gdy nie doprowadzi do całkowitego zniszczenia podmiotu, nie jest rozwijająca i pouczająca, a nawet nie stanowi jakiegoś kamienia milowego na drodze rozwoju człowieka. Sens szaleństwa zawiera się właśnie w późniejszej do niego możliwości odniesienia, co z tym się zrobi, jak się do tego podejdzie, czy potraktuje jako naukę, swoisty "dar" od Pana Boga, czy też jak przekleństwo diabelskie, z którym do końca trzeba żyć, jak skazaniec w piekle i siebie, już za życia, na to piekło skazać. Dobre podejście to oczywiście podejście rozwojowe, psychoza uczy po prostu życia, zwłaszcza doświadczenia post psychotyczne, które odpowiednio ukierunkowane na wydobycie talentu, mogą dać bardzo ciekawe owoce poznawcze, oryginalne, niepodrabialne, swoiste i własne. Życie z takim doświadczeniem może stać się piękne, o ile troskliwie będzie się ten "ogród szalony" pielęgnowało, dbało o niego. Oczywiście, życie to równocześnie nie jest piękne. Ludzie tacy często więcej widzą, co wiąże się z kolei z możliwością odnoszenia wielu ran, ale z drugiej strony to widzenie, przenikliwe i głębokie, umożliwia im pewną pracę, dajmy na to humanistyczną. Z człowieka-cienia, potencjalnego zabójcy, który zamachnął się na własny cień, niegdysiejszy "wariat", przeistacza się w spokojnego, radosnego ogrodnika. Oto jak dwie tradycje współgrają ze sobą w harmonijnym agonie. Renesansu oraz wczesnego baroku, poetyka Sępa i Kochanowskiego, rozdarcia, sprzeczności, oraz mądrości, pogody i afirmacji, i to jednocześnie, dodajmy, ponieważ w duszy post psychotycznej ciągle kłębią się ciemne pióra i falują ciemne fale, gotowe uderzyć w każdej chwili. Jednak rozwaga, zdrowy rozsądek, renesansowy umiar i złoty środek, jak również humanizm, przeważają, tak jak przeważa powierzchnia, która w tym samym czasie, kryje ciemne głębie, uśpione, ale przecież jakoś promieniujące, kiedy pod jasną powierzchnią, ciemna, groźna i nieprzewidywalna głębia, po prostu skrywa głęboką Tajemnicę, która, jak sądzimy, jest tajemnicą radosną. To, co wydobywa się prawdziwie na wierzch, jest po prostu piękną jasnością, piękną nie dlatego, że jest jasna, ale że została wydobyta z owej ciemnej głębi. Głębia innymi słowy promieniuje: życie człowieka prawdziwego (wprowadzam tutaj kolejny termin antropologiczny), jest po prostu niczym innym, jak promieniowaniem głębi. Życie człowieka prawdziwego jest jednak również życiem powierzchnią, ponieważ nie da się prostym cięciem oddzielić od siebie tych dwóch obszarów przeżywania. Niemniej to z głębi wychodzą wszelkie działania sytuacyjne, głębi, która, dodajmy, może być śmieszna dla ludzi płytszych, którzy mniej refleksyjnie podchodzą do swojego życia, którzy mają inne priorytety, aniżeli zachłanne zdobywanie wiedzy, po co? Aby promieniować, to jasne, promieniować ukrytą głębią, ponieważ to, co ukryte, jest najbardziej wartościowe, a przez to najprawdziwsze. Różnie można pojmować ową ukrytą głębię. Można ją utożsamić z Panem Bogiem, na przykład, ale Pan Bóg nie jest przecież tożsamy z tą ukrytą głębią. Ukryta głębia w człowieku jest najczęściej wynikiem jego pracy intelektualnej oraz duchowej, oraz ukrytej (również), intuicji, z którą podchodzi się do świata. Ponieważ życie w świecie jest przeglądaniem się w innych ludziach, a tym samym, w wielu możliwych światach ludzkich. Czasem głębia ta, głębia w człowieku, oraz ukryte promieniowanie tej głębi, może śmieszyć, dlaczego? Ponieważ śmieję się z tego, czego nie mam, wydaje mi się niepotrzebne, a jeżeli dodamy do tego fakt, że to, czego ktoś inny nie ma, przynosi plon stokrotny, wtedy już spotykamy się z drobnymi złośliwościami, prztyczkami, podłostkami, etc. Niemniej odchodzę teraz nieco od tematu przewodniego. Chcę powiedzieć, że inny człowiek to lustro, dla tego, kto wnikliwie patrzy na świat, inny człowiek jest zawsze lustrem. Raz się przeglądamy tak, raz inaczej, niektóre odbicia odpowiadają nam mniej, niektóre bardziej, niemniej trzeba zauważyć, że odbicie dane, czyli wynik współprzebywania z innymi, jest uwarunkowane różnymi czynnikami, głównie ludzkimi. Chodzi o hierarchię społeczną, relacje z przeszłości, kim ktoś był, a kim się stał, pewne nierówności, pracę, która jest różna u każdego, a co generuje rozmaite zawiści, podłości, prztyczki i inne głupotki. Niemniej to, kim się stajemy, przede wszystkim od nas samych zależy, różni ludzie mogą w tym pomóc, ich pomoc jest niezbędna, jak na przykład lekarze, psychiatrzy, duchowni, przewodnicy duchowi, etc. Szaleńcem kieruje, jak mi się wydaje, tym mądrym, a większość jest mądrych, pewien imperatyw, który domaga się spełnienia. Jest to podświadome mniej lub bardziej zajrzenie pod skórę czy sukienkę świata, odpowiedzenie sobie na pytanie, kim jestem i po co jestem? Innymi słowy głęboki wymiar przeżycia szaleństwa jest wymiarem filozoficznym oraz antropologicznym. Wariat to jest taki ktoś, kto sobie nie potrafi dać rady w danym momencie życia, z nadmiarem treści własnych, które go rozmaicie blokują, przygnębiają, wprawiają w stany graniczne. Dopiero dalszy rozwój, przeżycie psychozy oraz post psychozy, decydują o tym, czy treści własne wariata miały sens istotny, a moim zdaniem treści te zawsze niosą ze sobą ogromny potencjał sensotwórczy, który jednak musi poczekać na rozwinięcie: dystans czasowy jest warunkiem wszelkiej sztuki, w tym sztuki wariata. Wartościowa jest poezja wariata, ale nie najwartościowsza, ponieważ to, co taki człowiek ma do powiedzenia o świecie, niekoniecznie musi zawierać się w tej formie literackiej, doskonale skończonej, w sobie zamkniętej oraz autonomicznej, co nie znaczy oczywiście, że wolnej od surowych reguł obiektywnych, które decydują o tym, co jest literaturą piękną, a co nie zasługuje na to miano. Osoba taka ma po prostu dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia o tym, co jest i tym, czego nie ma, a co również zasługuje na wymienienie. Innymi słowy, niewidzialność wespół z widzialnością, odpowiednie wymieszanie tych sfer postrzegania, jest tym, co wariat lubi najbardziej.
Pożyteczna pszczoła, z dzikiego, jałowego sadu os, przybywa szaleniec, po bardzo długiej wędrówce, do kwitnącego ogrodu kwiatowego, gdzie kwiaty są zapylane przez pszczoły. Droga nie kończy się nigdy. Skończoność doświadczenia obłędu jest tak naprawdę wyposażona w nieskończone możliwości wyrazu, ergo doświadczenie szaleństwa jest rodzajem doświadczenia nieskończoności.
Otwarciem na Pana Boga. Substytutowość tego doświadczenia, będąca wynikiem utkwienia w mirażu, wcale nie wyklucza ukrytego wymiaru transcendencji, który może zostać wyrażony prawdziwie, jeżeli doświadczenie szaleństwa zostanie później przepracowane.

 

Pin It