Christian Medard Manteuffel

 

Z cyklu: Impresje polskie w niemieckim krajobrazie literackim.

...à propos Marcel Reich-Ranicki

                                      „...żeby umieć rozróżnić jedno od drugiego...“

 

ranicki

 

   ( … ) Die polnische Literatur hat damals, als der polnische Staat nicht mehr existierte, immer mehr Pflichten als Rechte gehabt. Die Polen hatten sich der Germanisierung und der Russifizierung zu erwehren. Die Literatur sollte die Nation zusammenhalten, die auseinanderzufallen drohte, den Staat ersetzen, den es nicht mehr gab. Von den Schriftstellern und Künstlern wurde stets erwartet, dass sie alles auf dem Altar des Vaterlandes opferten. Adam Mickiewicz hat es Chopin verübelt, dass er Walzer und Mazurken komponierte, die immerhin genial waren. Er verlangte von ihm allen Ernstes eine polnische Nationaloper. Ein polnischer Kritiker der zwanziger Jahre ging sogar so weit, zu erklären: „Wir haben gar keine Literatur. Wir haben ein patriotisches Mädchen für alles.“ ( … )

Frankfurter Allgemeine Zeitung z 6. marca 2011 w cyklu:

 

„Fragen Sie Marcel Reich-Ranicki“

 

                                                                                                                                                                        

„Wielka mnogość religii, które się w nich roją, zwłaszcza w Polsce, o której mówią przysłowiowo, że jeżeli ktoś utracił swoją religię, to niechaj jej poszukuje w Polsce, a znajdzie ją z pewnością. Jeśli nie, to będzie mógł uznać, że zniknęła ze świata.”

( Sir Edward Sandys)

 

„Panie, daj mi mądrość, żebym mógł walczyć  do końca o rzeczy, które można obronić, i żebym mógł wycofać się z bronienia tego, czego się nie da obronić, no i właśnie mądrość, żeby umieć rozróżnić jedno od drugiego...”

(„Modlitwa starego Żyda” – anegdota)

                                                                    

   Ten najwybitniejszy niemiecki krytyk literacki końca XX. wieku, który sam o sobie powiada: „Jestem w pięćdziesięciu procentach Polakiem, w pięćdziesięciu Niemcem, ale w stu procentach Żydem”, pisze w swojej autobiograficznej książce „Mein Leben”  („Moje życie”) 

(...) „Moim rodzicom ich tożsamość nie stwarzała absolutnie żadnej troski. Nie myśleli nad tym i myśleć nie musieli. Mój ojciec, David Reich, urodził się w Płocku, pięknym polskim mieście nad Wisłą, na północny zachód od Warszawy.” (...)

   Książka wydana została w Polsce w roku 2000 przez wydawnictwo „Muza”. Dużo się o niej mówi, mało czyta. Mówi się chętnie o tym, co nie jest tam napisane. Jakież to nasze...

      Marcel Reich urodził się 2 lipca 1920 roku we Włocławku jako dziecko niemieckiej Żydówki i polskiego Żyda. Z nostalgią wspomina te lata...

„(...) W mieście istniały cztery kościoły katolickie, jeden kościół ewangelicki, dwie synagogi, kilka fabryk, między innymi najstarsza i największa w Polsce fabryka papieru, także trzy kina – ale nie było teatru i nie było orkiestry. Najważniejszym godnym oglądania zabytkiem była zawsze wybudowana w czternastym wieku gotycka katedra, w której można podziwiać sarkofag dzieła Veit Stoßa (Wit Stwosz). Miedzy wychowankami seminarium duchownego, znajdującego się w sąsiedztwie katedry był w latach 1489 do 1491 młody człowiek z Torunia: Nikolaus Kopernikus. (...)”  

      Z powodu bankructwa ojca rodzina przeniosła się do Berlina. Jako Żyd i polski obywatel mógł jeszcze w roku 1938 zrobić w Berlinie maturę, jednak studia uniwersyteckie dla takich, jak on, były niedostępne. Jesienią 1938 został aresztowany i deportowany do Polski. Marcel Reich-Ranicki miał zaledwie dwadzieścia lat, gdy zakochał się i stanął w getcie warszawskim niemal jednocześnie przed obliczem śmierci i miłości. Może też ta miłość dała mu siłę, aby walczyć o życie obok swojej Tosi. Może też odgłosy wesołego miasteczka, perfidnie zainstalowanego przez okupanta z drugiej strony murów getta, niosły wiarę, że istnieje inny świat. Jego rodzice i brat zostali zamordowani. Im udało się uciec i ukryć u polskiej rodziny. Ostateczne widmo śmierci zniknęło jednak wraz z wejściem do Warszawy polskiego wojska ze wschodu. Założył też mundur swoich wybawców. Nie on jeden z wiosną 1945 roku gotów był okazać bez reszty wdzięczność za perspektywę wolności. Wstąpił do partii, pracował w Polskiej Komisji Wojskowej w Berlinie, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w służbach specjalnych. Tak, w UB! Pod nazwiskiem Marceli Ranicki został wysłany do Anglii przeciwko tym, dzięki którym wyzwolenie mogło się w ogóle ziścić. Może to wtedy dopiero otworzył oczy. Ironia historii zakpiła też z niego i te same przyczyny, dla których za czasów reżimu hitlerowskiego nie mógł być przyjęty na uniwersytet, teraz zdecydowały, że został odwołany i aresztowany pod zarzutem „wyobcowania ideowego”? Został wyrzucony z partii i popadł w niełaskę swoich „wyzwolicieli”. Opublikował dwie książki poświęcone literaturze NRD, ale dalsze publikacje zostały mu zabronione. W roku 1958 pojawiła się możliwość powrotu do Niemiec. Powrócił. Była przy nim kobieta, która w tamtych ciężkich czasach zdobyła nie tylko jego miłość, ale i pozyskała go dla literatury polskiej. Jednak jak cień szła za nim troskliwie pielęgnowana przez propagandę peerelowską opinia zdrajcy. Bez żenady zadbano też o to, aby na Zachodzie wiedział kto trzeba, że przecież „wysługiwał się dla służb specjalnych PRL-u”. Czy modlił się wówczas o to, aby odróżniono jedno od drugiego? 

   Po wyemigrowaniu do Niemiec był do roku 1973 stałym krytykiem literackim hamburskiego tygodnika „Die Zeit”  a w latach 1973 do 1988 redakcją literatury i życia literackiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. W latach 1968/69 wykładał na uniwersytetach amerykańskich, 1971 do 1975 był  profesorem niestałym nowej literatury niemieckiej na uniwersytecie w Upsali, od 1974 honorowy profesor w Tybindze, 1991/92 profesura Heinricha Heinego na uniwersytecie w Diseldorfie. Od 1988 kierował przez długie lata „Kwartetem Literackim” w telewizji niemieckiej.

  

   W roku 2005 pisałem w bydgoskim czasopiśmie „TEMAT”, redagowanym przez filologa z Uniwersytetu Bydgoskiego, poetę i krytyka dr Dariusza Tomasza Lebiodę, o eseju Reicha-Ranickiego „Tam, gdzie poetów grzebie się jak królów”. Tym esejem zwrócił na siebie uwagę Marcel Reich-Ranicki nie tylko szerokiego ogółu niemieckich miłośników literatury w 1959 roku wkrótce po powrocie do Niemiec, ale tymże esejem otworzył im okno na Polskę inną od tej, którą widzieli oni wówczas przez szkło zimnej wojny. 

    Przed moim wyjazdem z Niemiec po zimówce spędzonej w mojej od prawie dwudziestu lat drugiej ojczyźnie, Szwabii, zatelefonował do mnie Reich-Ranicki. Mówiliśmy o Włocławku, jego rodzinnym mieście, mówił jak szczęśliwy jest z członkostwa tamtejszego Towarzystwa Naukowego, a gdy ze swojej strony wspomniałem mu o moim powiązaniu z bydgoskim „TEMATEM”, zapytał mnie czy wiem, że w Polsce wydawnictwo „Ossolineum” wydało w ubiegłym roku zbiór jego esejów o literaturze polskiej „Najpierw żyć, potem igrać”. Znałem ten tytuł tylko w wersji wydania niemieckiego, które ukazało się w roku 2002 nakładem „Wallstein Verlag” w Getyndze. Było to jakby drugie wydanie, uaktualnione i uzupełnione esejami i artykułami o literaturze polskiej powstałymi po jego antologii 16 pisarzy polskich, które oddał Marcel Reich-Ranicki do rąk czytelników jeszcze w roku 1962.

   - Tak, to jest to, ale po polsku, wie pan... To jest inna miara, gdy jest to w Polsce.

  - Mam już po polsku wydane pana „Moje życie” – dodałem zmieszany, że nie wiedziałem ani o tej polskiej publikacji, ani o nagrodzie przyznanej mu przez gremium filologów z Torunia i Getyngi. – Ale kupię zaraz, gdy tylko przyjadę do Polski.

   Zdawało mi się, że Reich-Ranicki chciał jednak mówić o czym innym. Chorował ostatnio poważnie...

   Książkę kupiłem w księgarni „Matrasa” w Toruniu przy Chełmińskiej baz trudu. W księgarni po drugiej stronie ulicy nie znano nazwiska laureata toruńsko-getyndzkiej Nagrody Literackiej.

   Antologię esejów „Najpierw żyć, potem igrać” otwiera właśnie esej „Tam gdzie poetów grzebie się jak królów”. Rok po przyjeździe do Niemiec, już w  1959, usłyszeli o tym po raz pierwszy niemieccy miłośnicy literatury. Jak królów! Nie, tego u nich nie może być! Co to za ludzie, ci Polacy? Dlaczego? Skąd taki pietyzm? Zdanie to powtarzano w całych Niemczech. Nazwisko Polski zeszło ze szpalt politycznych na felietony literackie. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę... Tak, już w 1953 roku ukazały się w Niemczech przekłady „Zdobycia władzy” i „Zniewolonego umysłu”. Ale Miłosz jawił się Niemcom jako emigrant polityczny, pasujący zatem raczej bardziej na te polityczne szpalty. Popularność nowego niemieckiego krytyka literatury, który swoją swadą w wypowiedziach nawiązywał do najpiękniejszych tradycji krytyki niemieckiej jeszcze z okresu Młodych Niemiec, rosła wprost proporcjonalnie do rosnącego zainteresowania polską literaturą. (I nie chcę tutaj nic ujmować zasługom innego ambasadora literatury polskiej w Niemczech, Karla Dedeciusa, który zresztą jest także laureatem „Nagrody Lindego”.) Już w roku 1962 ukazał się już w Niemczech cały zbiór polskich esejów Reicha-Ranickiego „Sechzehn polnische Erzähler”. Ten popularny już wówczas esej „Tam gdzie poetów grzebie się jak królów”, umieszczony w tym zbiorze, zawierał w sobie wyjaśnienie i tego fenomenu grzebania w Polsce poetów jak królów: „...wyobraźmy sobie raz jeszcze sytuację w wieku XIX. Państwo polskie nie istniało, ale większość społeczeństwa nigdy nie straciła z pola widzenia odrodzenia państwa jako celu wszystkich dążeń narodowych, toteż zrozumiałe jest, że naród w swej masie potrzebował żywych symboli swoich pragnień i walki. Ani mężowie stanu, ani wodzowie, nie mogli ucieleśniać dążeń narodowych. Ich miejsce zajęli ci, którzy wyrażali cierpienia i tęsknoty narodu – poeci. Stali się oni wieszczami narodowymi i jednocześnie najwyższymi autorytetami moralnymi.”

   Gdzieś ktoś stwierdził, a potem wielu chętnie to powtarzało, że Reich-Ranicki odczuwa Polskę jako kraj niezrozumiały i obcy. Ten przybysz z Polski, zdobywający sobie szybko popularność w Niemczech właśnie dzięki pokazania ludzkiej twarzy Polski, nie mógł w roku 1959 liczyć ze strony PRL na nic innego, jak jedynie na dalsze szkalowanie. A któżby wówczas pomyślał o tym, że za jego życia jeszcze przyjdzie taki dzień, kiedy wspólne polsko-niemieckie jury nagrodzi go za słowa zbliżające do siebie nasze narody. Ktoś, kto nasz kraj pojmuje jedynie geograficznie, nie byłby w stanie z takim czuciem i miłością przedstawić naszą historię i literaturę innemu narodowi, który w tym momencie karmiony był niczym więcej jak identyfikowaniem nas ze wschodnim obozem komunistycznym.                                   

  

   Niemieckie wydanie „Szesnastu pisarzy Polskich” z roku 1962 nie było oczywiście znane w Polsce dla ludzi nie znających języka niemieckiego. Ten zbiór z roku 2005 „Najpierw żyć, potem igrać”, wydany przez Wrocławskie „Ossolineum”, dotyczy szesnastu polskich pisarzy, którzy w ocenie Marcela Reicha-Ranickiego wywarli wpływ na literaturę polską po II wojnie światowej. Byli to, zdaniem Reicha-Ranickiego: Brunon Schulz, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Parandowski, Antoni Słonimski, Mieczysław Jastrun, Witold Gombrowicz, Stanisław Jerzy Lec, Jerzy Andrzejewski, Czesław Miłosz, Kazimierz Brandys, Tadeusz Nowakowski, Roman Bratny, Andrzej Braun, Andrzej Szczypiorski, Sławomir Mrożek i Marek Hłasko. Eseje w tym zbiorze pisane były nie dla odbiorcy polskiego, dlatego mogą niektóre sekwencje trącić truizmem, szczególnie dziś, gdy obiektywne naświetlenie nie jest już zaciemniane przez cenzurę, a jedynie przez tendencyjność polityczną niektórych krytyków. I dlatego też możemy spotkać się z nieakceptacją dziś w Polsce niektórych ocen krytycznych twórczości tej szesnastki reprezentatywnej dla literatury polskiej tamtego okresu. Reich-Ranicki zdaje się być świadomym takiej recepcji tych artykułów i esejów zebranych z publikacji przeznaczonych niejednokrotnie dla przeciętnego czytelnika niemieckiego. Dlatego też zastrzega, że krytyka literacka uwarunkowana jest czasem jej powstania. Także czasem powstania tekstu, o którym krytyk pisze. Może nawet jest tak dlatego właśnie, że chodzi tutaj o literaturę polską. Jak już wspomniałem, kilka lat przed pojawieniem się w Niemczech Reicha-Ranickiego, paryskie centrum emigracyjne, postarało się o rozpowszechnienie esejów Miłosza. Było to już coś zmuszającego Niemca do refleksji. Do tego momentu istniał obraz malowany uprzedzeniami i kompleksami. Reich-Ranicki w eseju wprowadzającym czytelnika niemieckiego do obrazów kalejdoskopu 16 polskich autorów aktualnie piszących, prowadzi ich przez dwa obrazy. Po pierwsze uważa, że czytelnik niemiecki nie może zapomnieć, że pod okupacją niemiecką wymordowana została więcej niż jedna piąta część ludności polskiej, a prawie czterdzieści procent kraju zostało zniszczone. Tłumaczy więc czytelnikowi niemieckiemu, że tego ogromu chociaż nie są oni w stanie pojmować, to muszą go sobie uświadomić. Po drugie dla wielu Niemców, którzy się w ogóle interesowali tym, co dzieje się na wschód od nich, tkwił natomiast w pamięci obraz milionów Niemców, którzy musieli opuścić swoją ojczyznę na wschód od Odry. Reich-Ranicki, któremu życie nie oszczędziło tak doświadczeń jednego jak i drugiego reżimu, pisze te eseje, obserwując świat po drugiej wojnie światowej wmieszany znów w społeczeństwo niemieckie. I jego doświadczenie życiowe pozwala mu zrozumieć lepiej od innych, że winnych za swój los społeczeństwo niemieckie musi widzieć po swojej stronie. Jest więc przekonany, że przybliżenie Niemcom właśnie literatury polskiej powstałej po II wojnie światowej pomoże im rozróżnić jedno od drugiego. Jakkolwiek taka percepcja literatury polskiej powstałej po wojnie jest usprawiedliwiona, staje się ona jednak znów, jak kiedyś „uwielbiana i kochana w swojej ojczyźnie, nie może jednak zdobyć zagranicy.” Polskim autorom niezmiennie przyświeca zasada: „Najpierw żyć, potem igrać.”   

   Marcel Reich-Ranicki nagrodzony został nagrodą im. Samuela Bugumiła Lindego za rok 2000. Rok ten był ostatnim rokiem kadencyjnym pierwszej kapituły tej nagrody, która obradowała wówczas od roku 1996 w składzie sześcioosobowym: Heinz-Ludwig Arnold, Joahim Kummer, Reinhard Lauer, Janusz Kryszak, Michał Staśkiewicz i Lech Witkowski. Dziękując za nagrodę  Marcel Reich-Ranicki powiedział obok słów szczerej wdzięczności, kilka słów gorzkiej prawdy: „Gdzie leży przyczyna, że pochodzące z ostatnich dziesięciu czy dwudziestu lat polskie książki również z trudem znajdują w Niemczech (czytaj: w Europie – C.M.M sic!) czytelników – i to niewielu? Polskim pisarzom nie jest łatwo. Wiele lat i dekad musieli cierpieć pod jarzmem cenzury. Teraz muszą cierpieć pod innym i równie ciężkim brzemieniem – pod brzemieniem wolności.”  

   W czasie tej kadencji nagrody otrzymali jeszcze ze strony polskiej: Zbigniew Herbert, Tadeusz Różewicz, Ryszard Kapuściński i Hanna Krall. Ze strony niemieckiej: Karl Dedecius, Siegfried Lenz i Christa Wolf. Po roku 2000 zgodnie ze statutem fundacji składy kapituły zmieniały się a ilość członków wzrosła do ośmiu, po czworo z każdej ze stron. Nagradzani są autorzy, których słowo nas zbliża. Poszukiwani są następni.

   Słowa wypowiedziane przez laureata Nagrody Lindego są szczere i życzliwe! Nie dajmy się wmanewrować w rozgrywki polityczne wolnej Polski.  Zmarnowaliśmy wiele lat, gdy nie mogliśmy się otrząsnąć z opinii o zdrajcy uknutej dla Reicha-Ranickiego przez komunistyczną propagandę. Skorzystajmy teraz z życzliwości tego niewątpliwie najwybitniejszego krytyka literatury niemieckiej, starego Żyda, który wskazuje nam, jak rozróżnić rzeczy warte, aby je bronić, od tych, które już upadły. „Świat nie jest, świat się ciągle zaczyna.”.

   W tych dniach (piszę te słowa w ostatnich dniach kwietnia 2009 roku) wychodzi w Polsce książka autorstwa niemieckiego korespondenta gazety „Die Welt”, Gerharda Gnaucka „Reich-Ranicki. Polskie Lata.”. Już się o niej mówi. A co mówi sam autor? Na dość prowokujące pytanie polskiego reportera o późniejsze życie Reicha-Ranickiego w Niemczech.

- Czy polska i komunistyczna przeszłość Marcela Reicha-Ranickiego miała wpływ na jego późniejsze życie poza tym, że jej żydowski wątek automatycznie gwarantował mu nietykalność?

Gerhard Gnauck odpowiada:

- Moja książka jest o wiele więcej niż biografią rozliczeniową. Stara się jak najszerzej odtworzyć każde jego zetknięcie z Polską i polskością, np. z Tuwimem, Tyrmandem. Jeden z niemieckich profesorów historii powiedział mi po lekturze tej książki, że teraz lepiej rozumie, dlaczego Reich-Ranicki w sporach literackich był tak twardy i bezlitosny w ocenach. Wypływa to z jego życiorysu - z horroru, jaki przeżył będąc Żydem w Polsce okupowanej przez Niemców. Jego przywiązanie do polskiej kultury nigdy nie zostało zerwane.

   Daj nam, Boże, mądrość, aby umieć odróżnić jedno od drugiego...

 

Ciechocinek, kwiecień 2009

 

Od Autora: W roku 2014 w numerze 1/2014 wrocławskiej „Odry” ukazał się mój tekst dotyczący Marcela Reicha-Ranickiego „Najpierw źyć, potem igrać”. Teksty te przewidziałem do zbiru eseistycznego „Impresje polskie w niemieckim krajobrazie literackim” gdzie chcę przedstawić szereg postaci, które pozostawiły nie tyko ślad lecz i wpływ na dzieje literatury niemieckiej.

 

 

Pin It