STANISŁAW GRABOWSKI

 

MIAŁ PIĘKNE ŻYCIE I MĘCZĘŃSKĄ ŚMIERĆ

 

Edward Szymanski            „Widzę go wciąż jak żywego. Młoda postać robotnika o ruchach marynarza. Piękna, nieco blada twarz o ciemnych, smutnych oczach. I – pełen prostoty, dziecinny niemal, chwytający za serce uśmiech”, pisał po latach Henryk Ładosz.

            „Znałam go, szanowałam za przekonania, ceniłam za talent, lubiłam za wyjątkowy urok osobisty, prostotę, bezpośredniość i serdeczny stosunek do ludzi”, pisała z kolei Zofia Janczykowa.

            Dobrym i serdecznym słowem wspominali go także Władysław Broniewski, Konstanty I. Gałczyński, Gustaw Morcinek, Anna Świrszczyńska, Julian Tuwim, Helena Zatorska i wiele, wiele innych osób.

 

            Mowa o poecie, publicyście i tłumaczu EDWARDZIE SZYMAŃSKIM , w tym roku 9 września obchodziliśmy 110 rocznicę Jego urodzin. Piszę: obchodziliśmy. I zastanawiam się  kto też „obchodził”, kto współcześnie pamięta o tym twórcy, który w swoim czasie tłumaczył Lukrecjusza, dał dzieciom wiele wspaniałych wierszy, ale przede wszystkim swoją twórczość poświęcił ludziom pracy, spółdzielcom, młodzieży. To o nich zawsze pamiętał, wierzył w nich, to im podpowiadał strofy pełne nadziei. Nazywano go poetą proletariackim, rewolucyjnym, robotniczym. Ale cóż znaczą dziś te określenia? Klasy robotniczej prawie się pozbyliśmy, jest ona na marginesie, albo zgoła nieobecna w zażartych sporach, które toczą u nas ze sobą najważniejsze partie. Zajęte własnymi rozrachunkami, co rusz ogłaszają populistyczne hasła, ale tak naprawdę, co to ma wspólnego z troską o tych którzy np. pracują „na kasach” w wielkich supermarketach, albo też obsługują wózki widłowe w potężnych hurtowniach? Nie obchodzą oni polityków, ale także tych, których usłużna krytyka nazywa „pisarzami”, „reżyserami”, „dramaturgami”. Nie będę rozwijał tego wątku, może przy innej okazji.

            Edward Szymański urodził się w 1907 roku na warszawskiej Woli. Od dzieciństwa rósł wśród ludzi o „twardych duszach i twardych dłoniach”. Dlatego od wczesnych lat związał się z ruchem socjalistycznym. Głęboko wierzył w to, co robił. Był zdolny, albo można rzec fenomenalnie zdolny, utalentowany. Dlatego mimo trudnych warunków materialnych nie mógł nie zrobić matury, a następnie studiował polonistykę. U dziecka z robotniczej Woli nie było to zwyczajne. Gdy jego rówieśnikom udało się uzyskać maturę szukali zawodów konkretnych, jak np. lekarza czy prawnika. Edward był humanistą, kimś zakochanym w słowie, w literaturze, namiętnym czytelnikiem książek. Zapewne przeczuwał, że polonista to żaden chleb, podobnie jak pisanie wierszy, ale to było silniejsze od niego. Pisanie, tworzenie. Wcześnie debiutował w prasie. Jego pierwszym tomikiem było 20 milionów wydane w 1932 roku prywatnym sumptem i szybko zakazane przez cenzurę. Czemu nie ma się co dziwić, kiedy czytamy w nim np. Jutro, a może dziś, przestaniemy cierpieć i milczeć / dłonie zwiniemy w pięści i ławą runiemy w przód.

            Od początku tematyka robotnicza była mu najbliższa. Nie mógł przecież zdradzić ojca, metalowca i starego działacza PPS. Jego matka pochodziła z zubożałej szlachty. Mieszkali przy ulicy Wolskiej 54, gdzie dziś znajduje się pamiątkowa tablica. Edward nie był jedynakiem. Miał siostrę i brata. Od wczesnych lat jego edukacja związana była z takimi wydarzeniami, jak np. rewolucja 1905 roku, ale z drugiej strony to przecież na Woli była reduta Ordona i w „starym kościółku na Woli” zginął generał Józef Sowiński. Edward zaczął naukę „w fabrycznej szkole powszechnej przy przędzalni”. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa zachorował na szkarlatynę. Leżał w szpitalu zakaźnym na Młynarskiej. A gdy do Warszawy weszli Niemcy wraz z rodziną przeniósł się do Komorowa pod Sochaczewem, do dziadków. To, co tam przeżył pomogło mu później poświęcić wiele utworów chłopskiej doli. W czasie wojny ojca zabrano na roboty przymusowe do Niemiec. Dopiero w 1918 roku spotkali się wszyscy ponownie, w mieszkaniu na Woli.

            Utalentowany i uzdolniony chłopiec zaczyna naukę w Gimnazjum Zgromadzenia Kupców. Pasjonuje go łacina, to wówczas zaczyna przymierzać się do tłumaczeń. W 1925 roku uzyskał  świadectwo dojrzałości w III Gimnazjum Miejskim. O pracę nie było łatwo. Edward wyglądał krzepko, a i uścisk miał krzepki, ale ze względu na chore serce nie mógł pracować fizycznie. Szukał więc m.in. współpracy z amatorskimi teatrzykami TUR. Sławy autora szlagierów nie zdobył. Poznał jednak np. wspaniałego przyjaciela Jana Dąbrowskiego, którego Zbigniew Mitzner nazywał warszawskim Martinem Edenem. Gdy Szymański zapisał się na studia, by móc płacić czesne, imał się przeróżnych zawodów. Pracował na poczcie, w drukarni, w redakcjach PPS-owskich pism. Musiał pogodzić owe zajęcia z udziałem w wykładach takich profesorów, jak Tadeusz Zieliński, Józef Ujejski czy Władysław Witwicki. Jednocześnie też coraz więcej pisał, publikując swoje teksty głównie w prasie robotniczej.

            Lata kryzysu spowodowały, że Edward znalazł się na Lubelszczyźnie w charakterze mierniczego. Tam poznał swoją pierwszą żonę – nauczycielkę Marię Patryn, która niestety zmarła kilka miesięcy po ślubie. Wydany w 1933 roku tom Do mieszkańców Marsa poświęcił zmarłej żonie.

            Szymański miał łatwość zaprzyjaźniania się z ludźmi. Henryk Ładosz opowiadał , że kiedyś po wieczorze poetyckim w klubie artystycznym „Polonia” podszedł  do niego młody człowiek i przedstawił się: „Szymańszczak jestem”. Ładosz, znakomity recytator, zapamiętał, iż „każdy zaszczycony uściskiem jego ręki wydawał nagły krzyk, wyrażający raczej ból niż zachwyt”.

            Dzięki tej znajomości Szymański miał luźne kontakty z grupą poetycką „Kwadryga”, poznał wtedy m.in. Gałczyńskiego. Aleksander Maliszewski zapamiętał go wówczas jako „trybuna z twarzą cherubina i bicepsami atlety”.

            Gdy wreszcie otrzymał stałą pracę w czasopiśmie „Przegląd Futrzarski i Kuśnierski” postanowił ożenić się z siostrą Ładosza, „czarnooką i czarnowłosą” Natką. Natalia jako Podlasianka, mimo stałych kłopotów finansowych, potrafiła stworzyć mu prawdziwy dom.

            Urodziły się tak upragnione przez poetę dzieci, najpierw córka Ewa (1935), a rok później syn Łukasz, co zmobilizowało go do kontaktów z Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową oraz z „Naszą Księgarnią”, która wydawała m.in. prasę dziecięcą, tam znalazło się, zwłaszcza w „Płomyku”, wiele jego pięknych wierszy dla dzieci, także opowiadania, czytanki i inscenizacje. W publikacji pomógł mu Henryk Ładosz. Dzięki tej prasie poznał Józefa Czechowicza i grono innych wspaniałych twórców dla dzieci.

            Efektem tego zwrócenia się do dziecięcego czytelnika była książka ABC… wydana przez Związek Spółdzielni Spożywców „Społem”. Mało kto dziś wie, że autorem słów do walczyka Przyleciał ptaszek z Łobzowa jest właśnie Edward Szymański, któremu dopiero po wojnie wydano kilka ważnych książek z utworami dla najmłodszych.

             A jeszcze wcześniej były publikacje m.in. na łamach nowopowstałego pisma satyrycznego „Szpilki”, wreszcie od 1935 roku owocna współpraca z tygodnikiem spółdzielczym „Spólnota”, co nie znaczy, że nie publikował gdzie indziej dytyrambów, satyr i fraszek, liryków osobistych, utworów dydaktycznych, bajek czy żartobliwych ballad, ód i parodii. Biograf napisał, iż „Dziś niektórym krytykom forma jego utworów może wydawać się niedbała czy mało wypieszczona. Wiersze Edwarda miały z założenia mieć taki charakter: chropawy, uderzający rytmem, mało stylizowany”.  A jednocześnie poza wierszami „do prostego człowieka” całe lata pracował nad tłumaczeniem Lukrecjusza O naturze wszechrzeczy. I chociaż w 1936 roku uznał swoją pracę za ostateczną, to jeszcze w czasie wojny poprawiał ją, zmieniał. Ryszard Matuszewski ocenił, iż „Dał przekład czytelny, klarowny, urzekający giętkością i pięknem języka”. 

            Po udziale w strajku nauczycielskim w 1937 roku Szymański wraz z rodziną postanowił osiedlić się na wsi, co nie było błahym zamierzeniem. Oszczędna i energiczna żona poety namówiła go na kupno jednomorgowej parceli na pograniczu wsi Drgicz i Stoczek w ówczesnym powiecie węgrowskim, gdzie zbudował trzyizbowy domek, nie zabrakło miejsca na ogródek. Na Podlasiu sielanka mieszała się z kłopotami finansowymi, jednak poeta nie przestawał tworzyć i wysyłać swoich tekstów nie tylko do warszawskiej prasy, choć jak gdzieś napisał: „W pismach burżuazyjnych nie drukuję nic”.

            W piśmie „Spólnota” z datą 3 września 1939 roku znalazł się jego piękny wiersz pt. Chorał wojenny, zaczynający się od słów: W czyste niebo z pól naszych / jako z pasiek rojnych…

            Tygodnik z tym wierszem nie dotarł już do czytelników. Podczas masowej ewakuacji, na apel płk Romana Umiastowskiego (notabene znanego pisarza książek historycznych), Szymański wraz z tysiącami innych opuścił Warszawę. Ma wielkiego pecha. Podczas wędrówki na Kresy najeżdża na niego samochód wojskowy, co powoduje pęknięcie i wgniecenie czaszki. Ciężko chory przebywa w domu, nie mogąc nawet wychodzić na dwór. W grudniu 1940 roku Szymański poddał się w warszawskim szpitalu trepanacji czaszki. Gdy wrócił do rodziny próbował dalej pisać, gościł też tak znakomitych gości jak np. Antoni Bolesław Dobrowolski, uczestnik wypraw polarnych, czy Benedykt Hertz, ten drugi ukrywał się właściwie w podlaskim domku poety.

            Ze względu na zdrowie  Szymański musiał ograniczyć swoją aktywność, dalekie wyprawy. Byli jednak tacy, którzy zauważyli go i donieśli Niemcom, że na Podlasiu mieszka „komunista”. Dlatego poeta stale zmienia miejsca pobytu. W końcu zamieszkał we wsi Pniewnik pod Radzyminem. 9 czerwca gestapowcy otoczyli chałupę, gdzie się ukrywał. Ładosz napisał, iż zdradzili go: nauczyciel, wikary i sołtys. Przewieziono poetę na Pawiak. 14 września 1943 roku zarejestrowano w KL Auschwitz transport, w którym znalazł się i Edward Szymański, schorowany inwalida. Otrzymał obozowy numer 150526 z czerwonym trójkątem więźnia politycznego.

            W oficjalnym zawiadomieniu przez gestapo z Sokołowa, które otrzymała żona, jest data, że poeta zmarł w Oświęcimiu 15 grudnia 1943 roku.

            Miał zaledwie 36 lat. Jego twórczy dorobek jest bardzo bogaty, chociaż nie wszystkie utwory obecne w przedwojennej prasie socjalistycznej (działającej legalnie) udało się odnaleźć i zidentyfikować.

            Wspomniana wyżej Zofia Janczykowa napisała po latach: „Zachowany został od życia podłego, od śmierci, od zdrady. Miał piękne, czyste życie i męczeńską, dumną śmierć”.

 

WIERSZE EDWARDA SZYMAŃSKIEGO       

Ojciec i syn

 

Mamy obaj szerokie ramiona,

twarde dusze i twarde dłonie.

tylko ojciec ma plecy zgarbione

i gdzieniegdzie siwy włos na skroni.

 

Odkąd sięgnę pamięcią, co rano,

gdy na Woli zabrzmią syren ryki –

ojciec wstaje, idzie do fabryki

kuć żelazo dłonią spracowaną.

 

…Tak niedawno byłem jeszcze pędrakiem;

sam pamiętam w życiu wiele stacji.

Tylko ojciec był zawsze jednaki,

zawsze silny i zawsze miał rację.

 

Dla tych dni, które nadejść muszą,

którym dziś już czas na bój i sąd rość,

dla jednego celu, jedną duszą,

ojciec kuje żelazo – ja mądrość.

 

Kiedy krzywd się ocean zapieni,

wstanie burza od brzegu do brzegu –

w szarym tłumie ramię pryz ramieniu

syn i ojciec staniemy w szeregu.

 

 

Praca

 

                        Henrykowi Ładoszowi

 

Może nas nigdy nie było,

może nas wcale nie ma.

Jest tylko wielka miłość

i chlebna, szeroka ziemia.

 

Nad nami, w niebie niebieskim,

ktoś jasne słońce zapalił.

Przez drogi wiejskie i miejskie

przejdziemy cisi i mali.      

 

Przeminą nasze imiona

w dniach nowych, jasnych i ciemnych.

Młodsze, silniejsze ramiona

podejmą trud nasz codzienny.

 

Może zawilej lub prościej,

z ziemi jak z książki dla malców,

ktoś będzie uczył miłości,

piękna i prawdy w walce…

 

I tylko po nas zostanie

coś, co wciąż w życiu powraca:

wielkie, największe kochanie

i prosta, najprostsza praca.  

 

 

Do mojej matki

 

Było kiedyś tak dobrze w długie fałdy sukienki

schować głowę, wiedzieć, że mnie nie ma.

Mocno, głośno śpiewało we mnie serce maleńkie

ogromnego szczęścia poemat.

 

Dni były pełne Ciebie i sny jak Ty ciepłe,

i każda radość miała Twój głos, Twoje imię.

Nie wiedziałem, co znaczy nienawidzić i cierpieć –

byłem z Tobą, Ty byłaś przy mnie.

 

Dziś masz oczy już nie takie jasne

jak kiedyś, gdy mnie w ręce brałaś uśmiechnięta.

Tyle dni złych i dobrych rodziło się, gasło,

a tylu już dni nie pamiętam…

 

Urosłem. Trzeba było stromą drogą od Ciebie odejść.

Zostałaś cicha i mała. Co dzień o mnie się martwisz więcej.

A przecież piersi szerokie za ciasne mi na oddech,

a przecież mógłbym Ciebie jak dziecko wziąć na ręce.

 

Pewnie nigdy nie myślałaś o mnie,

nosząc pod sercem,

ani potem, tuląc do piersi,

że urodzisz i wychowasz – płomień.

 

Myślałaś: będzie silny, szczęśliwy, bez trosk…

– Maleńka, droga matko, cóż Ci o sobie powiem?

Nauczyłem się walczyć i cierpieć, nienawidzić otwarcie i wprost –

I kochać, kochać tak mocno, jak tylko potrafi człowiek.

 

 

Zamyślenie

 

Dziś się nie chcesz uśmiechnąć.

 

Patrzysz

w taką dal,

gdzie nikt jeszcze nie doszedł.

 

Taki maleńki –

a taki już władczy,

jeszcze mój,

a już nie mój po trosze – – –

 

Synku,

synku nie znający słów

mowy naszej kalekiej,

dorosłej –

daj mi rękę i patrz,

i mów,

 

jaki los i mnie, i sobie przyniosłeś?

 

Czy ci będzie za mało tych klęsk,

com je przeżył,

 i szczęścia za mało,

że podniosłeś na skrzydłach rzęs

taki spokój

i taką zuchwałość – – –

 

Może szukasz,

gdzie znajdzie się kres

 naszych pragnień szerokim ojczyznom?

 

Mój  wspaniały,

bez uśmiechu, bez łez

zamyślony

 

dwuletni mężczyzno…

 

 

Haruspicjum

 

                        K.I. Gałczyńskiemu

                        Quod medicamenta non curant  – ferrum curat.

                        Et quod ferrum non sanat  – sanat ignis.

 

– Idzie krzyk,

bije krzyk do twojego mieszkania.

Ściany i dach ci zdmuchnie!

Który przed dniem dzisiejszym milczeniem się zasłaniasz,

ogłuchniesz.

 

Idzie blask,

bije blask w stu czerwonych językach.

W jedno słońce śnieżyste krzepnie.

Który na dzień dzisiejszy żywe oczy zamykasz,

oślepniesz.

 

Nie twój ból,

zakopany w glebie dynamitowej,

wybuchnie w onej godzinie.

Który na dzień dzisiejszy w piasek ukryłeś głowę,

zginiesz.

Który, krom śmierci – wszystko w dniu idącym mieścisz,

ogień ciebie uzdrowi,

przemieni…

Na hojne szafowanie śmiechu i boleści –

wstań z ziemi!

 

 

Chorał wojenny

 

W czyste niebo z pól naszych

jako z pasiek rojnych

jeszcze wczoraj dzwoniło wołanie:

– od powietrza,

głodu,

ognia,

i wojny

zachowaj, zachowaj nas, Panie.

 

Ale dziś nam

powietrze

cuchnie gazem zatrutym.

Dłoń,

do ust chleb niosącą,

chcą nam przykuć do taczek.

Nie nam

patrzeć ku niebu

przez kolczaste druty!

Ogniem gniewu nam wybuchnąć,

nie płaczem!

 

Ostrym krzykiem silników,

żelaznym chrzęstem kroków

modlić się dziś będziemy

o wolność,

nie o pokój.

 

I od życia podłego,

i od śmierci taniej,

i od lichych proroków

zachowaj nas, Panie!

 

Błogosławiony niech będzie

każdy nasz wystrzał armatni

na dzień gniewu,

dzień sądu,

na dzień godów szkarłatnych.

 

Błogosławiony niech będzie

karabin w rękach oracza

i siejba jego,

i żniwo –

codzienna, owocna praca.

 

Od rowami zoranej roli

idzie w niebo nasze wołanie:

od hańby,

od zdrady,

od niewoli,

zachowaj, zachowaj nas, Panie!

 

 

Pin It