DARIUSZ PAWLICKI

 

WYPOMINKI

 

Nie korek mnie interesuje, ale fala,

która go niesie. Paul Valéry

 

      Dbanie o pamięć o zmarłych, przypominanie ich, jest pięknym i bardzo starym obyczajem. A przy tym, co będę starał się wykazać, jak najbardziej wskazanym i ‒ w co wierzę ‒  potrzebnym. No bo już bardzo dawno temu wyrażano coś więcej niż nadzieję, było to niekiedy wręcz przekonanie, że człowiek po swej śmierci tak długo jakby istnieje/żyje, jak długo trwa o nim pamięć. Stąd np. wypowiedziana z nadzieją, przez rzymskiego poetę Horacego formuła: nie całkiem umrę (Non omnis moriar). I w jego przypadku tak się rzeczywiście stało. Z tym, że w rodzinach tzw. zwykłych śmiertelników, gdy przeminie kilka kolejnych pokoleń, przodkowie z reguły pogrążają się w mrokach zapomnienia. W przypadku osób znanych ‒ nie mam oczywiście na myśli sław efemerycznych ‒ nie musi tak być. I bardzo często tak nie jest. Jeśli chodzi np. o pisarza, wznowienie jednej z jego książek, będzie takim przypomnieniem. A każdorazowe wypowiedzenie jego imienia i nazwiska będzie rodzajem wypominków; nawiązaniem, świadomym bądź nie, do modlitwy odmawianej „w kościele za dusze zmarłych, których wymienia się z imienia lub z imienia i nazwiska” (Słownik języka polskiego, Warszawa 1979). Gdy do takiej publikacji nie dojdzie, choćby ze względów ekonomicznych, okazją do przypomnienia może być, krótsza lub dłuższa, wzmianka w tomie historii literatury, do której przynależał, albo w tekście wspomnieniowym dotyczącym środowiska, które współtworzył. Ale co z pozostałymi zmarłymi, którzy stanowią przygniatającą większość, co z Nimi? Na co Oni mogą liczyć, kiedy kolejni noszący ich nazwisko, albo powiązani z nimi w inny sposób, nie będą o nich pamiętać? Cóż… Nadzieją będą jeszcze ich groby. Jeśli te będą oczywiście istnieć (mówiąc wprost: jeśli zostaną wniesione stosowne opłaty przez tych, którzy będą czuć potrzebę ich zachowania). A jeśli, na szczęście, tak, to czy napisy na nagrobkach będą choćby w miarę czytelne. Gdy tak będzie, a Ktoś przechodzący obok, nie nazbyt szybkim krokiem, z najprzeróżniejszych powodów zerknie w tę właśnie stronę, może przeczyta (oby na głos!) imię i nazwisko zmarłego. Nie jest ważne czy skomentuje przedział czasowy wyznaczony przez datę narodzin i śmierci. Rzecz bowiem w tym, aby wypowiedział personalia umieszczone na nagrobku; aby „udostępnił” je na chwilę dookolnemu światu. Przerywając tym samym (bardzo prawdopodobne) milczenie na temat tego, do kogo owo imię i nazwisko kiedyś przynależała. Kogo wyróżniało spośród innych.

 

      Zresztą także w kwestii miejsca pochówku osoby znane, nie ma w tym jednak niczego zaskakującego, są uprzywilejowane. Gdyby rodzina o nich „zapomniała”, to, żeby pozostać już przy ludziach pióra, miłośnicy ich twórczości mogliby ogłosić zbiórkę funduszy mającą na celu nie tylko opłacenie na sto najbliższych lat miejsca ostatniego spoczynku, ale i odrestaurowanie nagrobka. Nie ma co, i w tej sprawie biedakowi wiatr zawsze wieje w oczy. Wszyscy oni, a jest ich przygniatająca i ciągle rosnąca większość, na takie pamiętanie/wsparcie nie mogą liczyć. Prędzej czy później, najczęściej prędzej, staną się bezimienni, tak jak już wcześniej stali się niemi.

 

Caspar David Friedrich Cmentarz

Caspar David Friedrich, Cmentarz, 1825 r.

 

      Eschatologia (chrześcijańska) daje w tej kwestii nadzieję (lepiej jednak wierzyć w obiecywaną zmianę, niż mieć co do niej Tylko nadzieję). Zresztą nie tylko w tej, gdyż mówi nie tylko o przywróceniu pamięci, ale przede wszystkim o przywrócenia do życia (o tym jeszcze, i to nie raz, będzie mowa w niniejszym tekście). Mając na uwadze ową nadzieję, w mym eseju będę jednak nadal, ale nie wyłącznie, zajmował się sytuacją w jakiej, bardzo często od tysiącleci, znajdują się nieprzeliczalne rzesze bezimiennych – zdane na łaskę i niełaskę następujących po nich pokoleń. Bo to ich przedstawiciele nie znają w ogromnej większości ich imion i nazwisk. Ktoś jednak zna je Wszystkie. Na szczęście. W Nim jest Nadzieja. Także dla tych, którzy tak są zapatrzeni w teraźniejszość, że nie wierzą w Nic, co miałoby mieć miejsce po ich śmierci.

     W Starym i Nowym Testamencie nie ma słowa, które mówiłoby o wpływie żywych na los zmarłych. Wiara w tę możliwość pojawiła się w chrześcijaństwie za sprawą pogaństwa. Zmieniło się to jednak za sprawą Karola Wielkiego. Bo to pod jego naciskiem, przy akceptacji ze strony duchowieństwa, przy pewnych jednak lokalnych sprzeciwach, liturgia rzymska  zastąpiła liturgię galijską. A w przypadku tej drugiej (także w innych liturgiach np. mozarabskiej) elementem mszy było wypowiadanie/wyczytywanie imion zmarłych członków wspólnoty, poczynając od tych pełniących najważniejsze funkcje społeczne i kościelne. Wręcz podkreślano „solidarność żywych i umarłych: universa fraternitas. Prosząc jednocześnie o zdrowie ciała i duszy dla żywych i o spoczynek dla zmarłych” (Philippe Ariès Człowiek i śmierć). Msza rzymska przekreśliła ów związek. Czy szkoda? Szkoda. Akurat w tym przypadku w tłumie może tkwić siła zbawcza (najczęściej tak nie jest).

                                                                     *

      Brian Davies we Wprowadzeniu do filozofii religii przytacza taką oto wypowiedź Judy Machabeusza:

           Jeżeli nie ma wskrzeszenia umarłych, to modlitwy za zmarłych są zbędne

            i daremne.

      Ale wskrzeszenie to jedno, i może rzeczywiście jeśli nie ma na nie widoków, modlitwy są „zbędne i daremne”. Natomiast nie można wykluczyć tego, że modlitwy mogą mieć/mają wpływ na sposób w jakim wiedzie się życie pozagrobowe. I czy to w postaci jaźni przyobleczonej w ciało, jak miało to miejsce przed śmiercią, czy też, jak wyobrażał to sobie np. Sokrates, wyłącznie jako duch/jaźń, to znaczy w formie bezcielesnej.

      We wspomnianym początkowym okresie istnienia chrześcijaństwa i Kościoła, co jest znamienne i charakterystyczne, w wyobrażeniach dotyczących losu duszy po śmierci, nie był obecny Sąd Ostateczny. W rezultacie, nie było w ogóle mowy ani o potępieniu, ani o nagrodzie. Albowiem zmarli, „którzy należeli do Kościoła powierzyli mu swoje ciało (co oznaczało, że oddali je w opiekę świętym), zasypiają, jak siedmiu śpiących z Efezu (pausantes, in somno pacis) i spoczywają (requiescant) aż do dnia powtórnego przyjścia, wielkiego powrotu; w tym dniu mają się przebudzić w niebiańskiej Jerozolimie, czyli w Raju. W koncepcji tej nie było miejsca na odpowiedzialność jednostki, na obliczanie dobrych i złych uczynków. Dla złych ludzi – tych, którzy nie należeli do Kościoła – śmierć miała być zapewne ostatecznym kresem, nie mieli się już przebudzić: byli skazani na niebyt” (Phillipe Ariès Rozważania o historii śmierci).

       Od XII w. wyobrażenia dotyczące losu duszy są już zdecydowanie inne: dominuje Sąd Ostateczny  (i mające trwać tysiąclecie Królestwo Boże). A z nim wiąże się przedstawienie Chrystusa jako Sędziego, jak również ważenie dusz. Przynależne do każdej z nich dobre i złe uczynki zostają rozdzielone i ułożone na szalkach wagi. To, co przeważa decyduje o Wszystkim.

       Niewykluczone, że właśnie to wyobrażenie miało wpływ na to, że od wieków XII-XIII zaczęła w niebywały sposób narastać liczba mszy żałobnych nakazanych w testamentach; poczynając od osób w miarę dobrze sytuowanych. Najczęściej chodziło o 30, 100 i 1000 mszy. A miały miejsce i takie przypadki, gdy w grę wchodziło ich 10 000 (przykładem może być testament Szymona Colberta, radcy parlamentu paryskiego, zmarłego w 1650 r.). W iluś kościołach, np. w dzień śmierci i w dniu następnym, miało być odprawionych tyle to, a tyle mszy. I tyle to, a tyle razy miały zostać wypowiedziane imiona (w tamtych epokach wielość imion była normą) i nazwisko zmarłego. Ale bywało też i tak, jeśli chodzi o to „wypowiadanie”, jak zażyczył sobie król René d’Anjou zwany Dobrym królem René (zmarł w 1480 r.). Otóż jego ostatnia wola zawiera i taki zapis: „[…] król testator życzy sobie i rozkazuje, aby zawsze, każdego dnia i ustawicznie, odmawiana i celebrowana była cicha msza na jego intencję […]” (Jacques Levron, Dobry król René).

      Za zwiększającą się, od wspomnianych wieków, liczbą mszy żałobnych kryje się przede wszystkim nadzieja, że za liczbą pójdzie pożądany skutek. Taki chociażby, że konkretnej duszy zostaną oszczędzone piekielne męki. A może, że będzie mogła opuścić piekło, aby trafić do Czyśćca bądź – gdy w nim przebywała – do Raju. Lecz warto w tym miejscu zaznaczyć, że nad wejściem do Piekła, które Dante Alighieri opisał w części pierwszej Boskiej komedii, znajduje się złowieszczy napis wzywający do porzucenia nadziei przez tych, którzy znaleźli się w miejscu odbywania kary. Nie tylko wśród współczesnych Florentczyka byli tacy, którzy wierzyli, że pisał on o tym, co widział. Dowodzić tego miał jakoby ślad na jego policzku uczyniony przez piekielne płomienie. Czyżby więc nie było nadziei na opuszczenie piekła przez kogokolwiek? I nic w tym względzie nie zmieni się, choćby w testamencie zostało zapisanych 100 000 i więcej mszy żałobnych? Cóż, nic nie wiemy na temat.

      Niewiele więcej wiadomo o powrotach ze świata zmarłych pośród żywych? Przykładem może być Łazarz. Czy jego dusza zdążyła jednak opuścić ciało nim Chrystus przywrócił je do życia? Najpewniej tak, gdyż nastąpiło to cztery dni po jego śmierci (Jan 11, 1-44). Z pewnością nie zdążyła tego uczynić dusza dwunastoletniej córki Jaira, przełożonego synagogi, gdyż Jezus stosunkowo szybko… ujął jej dłoń (Mar. 5, 21-43). Ale z całą pewnością, z krainy zmarłych powróciły, przynajmniej niektóre spośród tych dusz, o których wspomina ewangelista Mateusz. A które to powroty nastąpiły bezpośrednio po śmierci Chrystusa na krzyżu:

 

           I groby się otworzyły, i wiele ciał świętych, którzy zasnęli, zostało wzbudzonych.

            I wyszli z grobów po jego zmartwychwstaniu, i weszli do świętego miasta, i ukazali

            się wielu (Mat. 27, 52-53).

 

      Wskrzeszanie zmarłych nie należało w tamtych odległych czasach, przynajmniej w Palestynie, do rzadkości. Grzegorz Chrzanowski OP, odnośnie tej kwestii, powołując się na pogląd Johna Hicka, napisał, że „dla umysłów ludzi współczesnych Jezusowi nie musiało to [wskrzeszanie] być wcale dowodem boskości, gdyż w owych czasach powstanie z martwych nie wydawało się czymś tak nieprawdopodobnym jak dzisiaj” (G. Chrzanowski, Zbawienie poza Kościołem). Niech dowodem na ową nierzadkość, a także nieboskość owych wskrzesicieli, będzie np. św. Piotr. A przywróconą przez niego do życia osobą była kobieta imieniem Tabita (Dzieje Apostolskie/Dz. 9, 36-43).

 

*

 

      Wiemy o ludziach, którzy, będąc żywymi, dotarli do Krainy zmarłych (bez względu na to, jak ona się nazywała). Nie wiemy jednak ilu spośród nich powróciło na ziemię. Podobno udało się to tylko Orfeuszowi (ale bez Eurydyki) i Heraklesowi (porwał z Hadesu Cerbera, co było jego dwunastą, ostatnią pracą). Lecz nie byli oni, co jest istotne, zwykłymi śmiertelnikami (śmierć jednak ostatecznie ponieśli). Pierwszy był synem boga Apollina/Apolla i muzy Kaliope, drugi synem nadboga Zeusa i śmiertelniczki. I chyba ktoś jeszcze miał to szczęście. Lecz nie mogę go sobie przypomnieć… Nie, nie był to Odyseusz. On dotarł jedynie, za radą Kirke, do wejścia do krainy umarłych. A tam krwią zwierząt ofiarnych zwabił dusze. Zależało mu na spotkaniu z duszą wieszcza Terezjasza. A ten, gdy napił się krwi wyjawił mu, co go czeka w drodze do Itaki. Ale zapewnił go równocześnie, że powróci w domowe pielesze.

      Odyseusz spotkał tam także m. in. dusze swej matki i druhów poległych pod Troją. Ofiarowując wspomnianą ofiarę, na którą oprócz krwi składał się także miód, mleko i słodkie wino, sprawił, że nie musiał schodzić w czeluście Hadesu. Nie bez przyczyny słynął ze sprytu.

      Jakiś czas potem natknąłem się na informację, że tym kolejnym, który zszedł do świata zmarłych i z niego powrócił był Eneasz (chciał by dusza jego ojca podzieliła się z nim pewną tajemnicą). Także on pośród swych protoplastów miał bogów i boginie; przynajmniej o tym mówią mity i te greckie, i te rzymskie. Zważ jednak czytelniku, że i Orfeusz, i Herakles, i Eneasz udając się do krainy, którą władali bóg Hades i jego małżonka Persefona, i powracając na ziemię, byli i pozostali, przynajmniej jeszcze czas jakiś, żywymi ludźmi.

 

*

 

      W świecie zachodnim coraz chętniej/skwapliwie obywającym się bez Boga, często wręcz nie widzącym dla niego Miejsca (mówiąc brutalnie: zastosowania), zmarli nie mogą już być często pewni choćby wypominków. Coraz mniej mają więc szans na bycie przypominanymi. Czy grozi im więc to, że zostaną pozostawieni własnemu losowi tam, gdzie są, (oczywiście do czasu)? Wiele, niestety, wskazuje na to, że tak. Wypominki są bowiem ostatnią szansą na przypominanie przez żywych owej ogromnej większości umarłych. Wówczas bowiem, i to nawet wielokrotnie, może wybrzmieć imię i nazwisko zmarłego, wypowiedziane przez duchownego lub wyznaczoną osobę. I stanie się to we wnętrzu kościoła wypełnionego półmrokiem bądź rozświetlonego. Owo imię (ewentualnie także drugie oraz kolejne) i nazwisko będą słyszane nie tylko przez księdza i fundatora wypominków, ale może jeszcze przez iluś ludzi. Nie można wykluczyć i tego, że owe bardzo istotne i konkretne słowa, współcześnie najczęściej dwa, opuszczą świątynię. Stanie się to nie tylko wtedy, gdy „napotkają” otwarte drzwi lub okna, ale kiedy „przebiją” się przez mury, mimo, że te z reguły są grube. Wówczas może trafią jeszcze do czyichś uszu. Lecz gdy zabraknie kogoś dającego na wypominki, pozostaną jedynie rodzinne dokumenty. Zaś w przypadku osób bardziej znanych – wspomniane publikacje książkowe, również e-publikacje. A wtedy może się zdarzyć, i oby się zdarzyło, że ktoś je wertujący przeczyta na głos imię i nazwisko zmarłego. Całych wspólnot, ale i pojedynczych osób, nie zastąpi w tym przypominaniu, nie ważne jak częste, odtwarzanie danych zmarłego przez jakieś, zaprogramowane do tego urządzenie elektroniczne. A jeśli już, to właśnie Tylko tego można spodziewać się po, mającej zresztą się coraz lepiej, cywilizacji technicznej. Pożądanego skutku nie odniesie też umieszczanie personaliów wspomnianych osób w Internecie. Nawet, gdyby było ono połączone z rozchodzeniem się dźwięku. To będzie bowiem czysto mechaniczna forma przypominania osobom (jeszcze) żywym, i Tylko im, że ktoś taki to, a taki, Istniał. Żywego słowa w tym względzie Nic nie jest w stanie zastąpić. Nic, gdyż nie są znane jakiekolwiek przesłanki, aby sądzić, że bogowie/Bóg zainteresowali się/interesują się osiągnięciami technicznymi ludzi. Im/Jemu do Niczego nie są one potrzebne. Kontaktują się z nami w ten sam sposób, co dotąd. I nie oczekują od nas Niczego innego, jeśli chodzi o kontaktowanie się z Nimi/Nim. Nie tędy więc droga. (Rzecz jasna w beletrystyce czy filmie może być przedstawiony anioł bądź diabeł korzystający np. z Internetu. Literatura i film to jednak Coś innego niż życie, choćby było to jedynie pozażycie/nieżycie.) Zaś ludzie, szczególnie ci żyjący dawno temu, nie bez powodów uznali (mieli o wiele więcej okazji do kontaktowania się ze sferą sacrum), że należy przypominać o tych, którzy nie są w stanie już tego czynić w swym imieniu/interesie. My, współcześnie żyjący, uważamy najczęściej, że wypominać można, jeśli już, najwyżej niezapłacone rachunki i nie spłacone kredyty bankowe.

      W tym miejscu przypomnę znanego teologa katolickiego Hansa Ursa von Balthasara. A to dlatego, że był on zdania, iż „zbawienie jest możliwe dla wszystkich ludzi i dla całego człowieka, to znaczy z jego ciałem i z jego historią”. Ów pogląd Piotr Napiwodzki OP uzupełnił następująco:

           Specyficzna forma nadziei na puste piekło, która jest charakterystyczna dla

           nowożytnej mentalności, idzie w stronę wyrażania pewności co do zbawienia

           wszystkich. Wydaje się, że jest to jasny punkt w morzu «eschatologicznego

           zobojętnienia», że to taki element w myśleniu o końcu świata i o końcu samego

           życia, w którym wspólnotowy wymiar zbawienia jest zachowany. Jest w tym

           przecież – jak się wydaje – poczucie odpowiedzialności za innych” (Bliżej, niż się

           wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei).

 

*

 

      Pisząc w dalszej części niniejszego tekstu o wypominkach, będę miał na myśli nie tylko obrzęd tak właśnie nazywany, ale także, a może przede wszystkim, obyczaj głośnego wypowiadania imienia i nazwiska osoby zmarłej. Także wtedy, gdy rzecz dotyczyć będzie ateisty (nie wiem czy agnostyka również). No bo jemu, jeśli oczywiście jest konsekwentny, może zależeć jedynie i wyłącznie na tym, aby być pamiętanym/wspominanym przez ludzi należących do różnych pokoleń. Na niczym więcej.

 

*

 

      Czy nie jest może tak, że przestając o Czymś marzyć, a nawet nie tyle marzyć, co w ogóle o Tym myśleć, sprawiamy, że Ono przestaje istnieć? Tak więc może dobrze, przynajmniej odnośnie większości spraw ostatecznych, że zawsze Ktoś o Nich myśli. Tak jak starotestamentowych Dziesięciu Sprawiedliwych, którzy choćby wszyscy ludzie zaczęli żyć w grzechu, gwarantują, że nie dojdzie do zatraty Ludzkości.

      Ale, gdy Coś przestanie, a może przestało już istnieć/funkcjonować, to może grupa ludzi, a w ostateczności cała Ludzkość, mogłaby przywrócić do istnienia/życia ‒ np. siłą woli ‒ Coś lub Kogoś?

 

*

 

     W coraz bardziej zsekularyzowanym, to znaczy odczarowywanym, często wręcz ateistycznym świecie zachodnim, dusze zmarłych coraz mniej mają szans na bycie przypominanymi (w postaci takich czy innych wypominków). Ale Hans Urs von Balthasar i Piotr Napiwodzki, w dwóch przywołanych powyżej cytatach, zawarli Coś więcej niż możliwość. A mianowicie – wiarę.

 

*

 

      Ów zamierający obyczaj/zwyczaj wypominków, to kolejny przykład nasilającej się nihilizacji życia. Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć, że, owszem, „normy, zasady, wartości natury społecznej, religijnej, estetycznej, etycznej itp.”, obecne w poprzednich epokach są stopniowo odrzucane. Ale zaraz dodałby, że w miejsce odrzuconych, pojawiają się nowe. Wydaje mi się jednak, że nie jest tak do końca. Bo, owszem, sfera dotycząca zasad funkcjonowania społecznego, nie toleruje/nie znosi próżni. Rzecz jednak w tym, że nie pisane, nie istniejące dotąd w postaci paragrafów, a powszechnie akceptowane wspominane np. normy, zasady, jeśli ostają się, mają już postać skodyfikowaną, to znaczy podlegającą sankcji prawnej/stoi za nimi wymiar sprawiedliwości. Z tym, że kolejne wypełniające ową próżnię, dotyczą w coraz większej stopniu spraw ekonomicznych. Z jednej bowiem strony, homo sapiens w coraz większym zakresie staje się homo economicus (mam nadzieję, że jeszcze nim nie jest), z drugiej zaś, ma miejsce indywidualizacja człowieka. Z tym, że niechęci do życia wspólnotowego towarzyszy postępująca uniformizacja w innych dziedzinach.

 

 *

 

      Dlaczego, tak po prostu, niezmiernie wielu ludzi odwraca się od wiary, ewentualnie jej nie przyjmuje? Nie wierzy w rzeczywistość, której nieistnienie nie zostało dowiedzione empirycznie? Kwituje często ironicznym uśmieszkiem istnienie rzeczywistości transcendentalnej, także samą jej możliwość. Odrzuca tym samym fakt, że nauka może zajmować się tylko tym, do czego zrozumienia/pojęcia dysponuje narzędziami. A tak się składa, że to, co nie należy do świata rzeczywistego, jest dla niej nie do „ugryzienia”. I dlatego, już od swych początków nauka zajmuje się Tylko tym, co jest w stanie „zrozumieć”. W rezultacie czego my, ludzie, stawiając naukę na piedestale, pokładając w niej (nieuzasadnione) nadzieje, (wciąż) tak mało wiemy. Ernst Jünger skomentował to tak:

 

          Najgłębsze cierpienie bierze się stąd, że odwracamy się od zbawienia. Konflikty

           moralne są tylko tego objawami. Zakwestionowana zostaje całość świata, skoro

           jego fundamentem jest nasze zbawienie. Każdy z nas jest Atlasem dźwigającym

           cały świat na ramionach (Promieniowania).

 

      Może „odrzucenie” nawet możliwości istnienia Innej rzeczywistości wiąże się, po prostu,  z chęcią poużywania sobie. A wiara stanowi, większą lub mniejszą, ale jednak przeszkodę. Co zaś będzie później, nie jest ważne (przynajmniej do pewnego czasu). Przywołując w tym miejscu Fausta, bohatera kilku utworów, który także chciał, na różne sposoby zakosztować życia, należy stwierdzić z mocą, że on przynajmniej miał obiecane, że za oddanie duszy, będzie mógł z życia tak korzystać, jak będzie chciał. I obietnica została dotrzymana. A czy tłumom ateistów/scjentystów Ktoś Coś obiecywał? Nie słyszałem o tym. Czy inni słyszeli?

     Lecz jeśli nawet, nie słyszeli, niech nie zapominają o wypominkach. Niech przynajmniej swym przodkom, jeśli za życia sami nie mogli o to zadbać, dadzą szansę na zaznawanie Horacjańskiego: nie całkowitego umarcia.

_______________________________________________________________

 

Pin It