WANDA NOWIK-PALA

 

STYGMAT BAALA

 

Homo sum            Zgodnie z tezą Heraklita nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Wszystko płynie.   Jeśli nawet, to najwidoczniej istnieją pechowcy, którzy nigdy nie trafili na moment, gdy rzeką płynęła wierność i uczciwość. Nie chcieli lub nie potrafili jej odnaleźć, a może nie pozwalał im na to odziedziczony po przodkach stygmat Baala. Ten kananejski i fenicki bóg przyrody i płodności,  przez magów i czarnoksiężników często identyfikowany z diabłem, odcisnął w ludzkiej naturze niezatarte piętno. Jest nim niepohamowany popęd płciowy. Nie w każdym odzywa się on z jednakową siłą. Większość wpatrzona w ukochane oczy i niebo gwiaździste nad głową, potrafi odnaleźć w sobie na tyle silne prawo moralne, by nie ulec jego złym podszeptom. Nietrudno jednak zauważyć, że istnieją wyjątki. A skoro Natura w swej mądrości zdecydowała, że wszystko powinno się równoważyć, więc automatycznie silniejszy fizycznie mężczyzna musiał się okazać słabszy moralnie. I nic w tym dziwnego, skoro Ba`al po hebrajsku oznacza właśnie pana.

            Nie będę się upierała, że maczał w tym palce akurat Baal, może brała w tym udział Astarte, babilońska bogini miłości Isztar, rzymska Wenus, indyjska Lakshmi lub nordycka Freyja? Mogła przyłożyć do tego rękę również grecka bogini Kirke, która, jak twierdzi Homer, potrafiła zamieniać mężczyzn w wieprze, fakt jest faktem, że zarówno beletrystyka jak i biografie wszelkiej maści artystów, ludzi władzy oraz utalentowanych biznesmenów, dość często zdają się to potwierdzać. Mężczyzna działa według zasady: im szerzej zarzucasz sieci, tym więcej ryb w nie wpadnie.  

            Zadanie nie jest trudne, bo nie brakuje kobiet, które to mężczyznom, mniej lub bardziej świadomie, ułatwiają. Zaślepione, jak ćmy pędzą w kierunku sławy, władzy oraz złota krążąc uparcie wokół obiektów swej miłości często aż do samospalenia. Nie wiem, czy przyczyną jest instynktowna chęć zapewnienia potomstwu jakichś wyjątkowych genów i dobrych warunków życia, czy sprawia to perfidny dotyk Baala. Tych kobiet nie jest w stanie uchronić nawet wybitna inteligencja ani ich własny nieprzeciętny talent. W imię miłości są gotowe do niebywałych wprost poświęceń, nawet jeśli w zamian nie otrzymują nic oprócz kolejnej porcji cierpienia. Tak jak  Katarzyna Kobro, utalentowana twórczyni abstrakcyjnych rzeźb współistniejących z przestrzenią, innowacyjna i pomysłowa w sztuce, zaradna życiowo a równocześnie niebywale bezradna wobec miłości do Władysława Strzemińskiego, kaleki bez nogi, ręki i oka, które stracił w czasie pierwszej wojny światowej. To ona zainteresowała go sztuką, woziła na lekcje, pielęgnowała, zdobywała pożywienie i opał i pomagała w pracy artystycznej. On łaskawie z tego korzystał, choć nie miał oporów w okazywaniu złości i ewentualnego niezadowolenia z obsługi. Jakoś to wszystko się toczyło, dopóki nie wściekł się na dobre, gdy zaszła w ciążę. Nie miał ochoty tracić wyłączności posiadania. Katarzyna jednak wbrew mężowi urodziła córkę. W milczeniu znosiła jego gniew, agresję, biedę, poświęciła nawet drewniane rzeźby, gdy zabrakło opału, nie zdało się to jednak na nic. Jej małżeństwo skończyło się rozstaniem i samotnym wychowywaniem dziecka, a życie chorobą nowotworową. Władysław Strzemiński  zaś  nie zdobył się nawet na to, żeby przyjść na jej pogrzeb. Najwidoczniej przy okazji amputowano mu także zwykłą ludzką przyzwoitość. Losy tej szczególnej pary fascynowały pisarzy i filmowców, a Elżbietę Musiał skłoniły do rozmyślań nad tajemnicą tego związku w pierwszej części poematu  „Mówię pochyloną cambrią”.

            Jeszcze gorzej na znajomości ze swoim ukochanym Rodinem wyszła Camille Claudel. Jako piękna, uzdolniona dziewiętnastolatka została zaproszona przez czterdziestoletniego Rodina do pracy nad jego „Wrotami Piekieł”, co okazało się pierwszym krokiem do jej zguby. Nie szczędząc sił przez całe lata pracowała nad jego rzeźbami poświęcając mu siebie i swój talent, chociaż on żył z inną kobietą. Załamała się dopiero wtedy, gdy Rodin zmusił ją do aborcji ich wspólnego dziecka, co doprowadziło ją do obłędu. Dla niego sława, dla niej szaleństwo. Kpiny losu czy złośliwość Baala?

            Szaleństwo z miłości wśród słynnych par jest zresztą czymś niemal naturalnym. Powszechnie znaną parę, kochającą się lecz jednocześnie zwalczającą się wzajemnie, stanowili np. Scott i Zelda Fitzgerald, która za ich szaleńczy tryb życia zapłaciła chorobą psychiczną, a on alkoholizmem. Brak stabilizacji, ciągłe zmiany miejsca zamieszkania, całonocne spotkania towarzyskie tonące w oparach nielegalnie sprowadzanego alkoholu, flirty, zdrady i pogoń za sławą nie mogły się skończyć inaczej. Z książki Kendall Taylor „Zelda i Scott Fitzgeraldowie” wynika, że nie tylko ich to dotknęło. Wśród ich znajomych szerzyła się plaga załamań nerwowych i samobójstw. W tej sytuacji fakt, że Scott zmarł na atak serca, a Zelda kilka lat później zginęła w pożarze zakładu psychiatrycznego, nie był niczym szokującym. On czerpał materiał do swoich książek z ich życia, wykorzystywał wizerunek i powiedzonka żony, jej jednak zabronił pisać, chociaż o tym marzyła. Za to nie miał nic przeciwko baletowi i próbom malarskim. Pierwsze załamanie przyszło, gdy przekonała się, że nigdy nie zostanie sławną tancerką. Inna rola niż solistki jej nie interesowała. Chciała błyszczeć równie jasno jak jej mąż. Napisała jedną powieść, ale wywołało to atak wściekłości Scotta, który rościł sobie wyłączne prawa do wykorzystywania wspólnych przeżyć. Mogła jedynie malować i liczyć na to, że mąż pozwoli jej opuścić zakład psychiatryczny, gdy uwierzy, że faktycznie czuje się lepiej. Ich dzieje są dowodem na to, że nadmiar egoizmu przy niedoborze empatii potrafi zniszczyć największą miłość.    

            Być może wtedy Baal się jedynie się uśmiechnął, ale przy Picassie na pewno zatarł ręce z radości. Picasso bowiem miał romanse z co najmniej dziesiątkami kobiet, a spośród siedmiu najważniejszych dwie oszalały, a dwie inne popełniły samobójstwo, chociaż nie wiem, czy to jest jakikolwiek rekord. Spośród plejady jego kobiet na szczególną uwagę Elżbiety Musiał zasłużyła sobie Dora Maar, nad losem której poetka pochyliła się w poemacie „To jedno”. W latach trzydziestych Dora była znana w Paryżu jako wybitna artystka fotograf i zdolna malarka. Własna sztuka przestała jednak być dla niej ważna, gdy w wieku 28. lat została kochanką i muzą, zauroczonego jej urodą i inteligencją, o 26 lat starszego Picassa. Ponieważ jego zauroczenia były dość ulotne, po 9. latach wymienił ją na Francoise Gilot. Obsesyjnie zakochana Dora nie chciała jednak odejść i zapomnieć. Picasso szybko znalazł na to sposób. Umieściwszy ją w szpitalu psychiatrycznym wymusił na lekarzach poddanie jej elektrowstrząsom, chociaż miała dopiero 38 lat, a można je było stosować dopiero po czterdziestce. Efektem było uszkodzenie mózgu. Biedna Dora zapomniała nawet jak się nazywa. Mistrz jednak nie osiągnął zamierzonego celu – nie zapomniała o nim. Przez następne 51 lat swojego samotnego życia pielęgnowała pamięć o Picassie.

            Czy wszystkie kobiety to wierne do grobowej deski cierpiętnice? Na szczęście natura preferuje różnorodność. Nawet bliźniacy jednojajowi się różnią, o czym każdy Polak w ostatnim kilkudziesięcioleciu mógł się naocznie przekonać. Życie z kolei pokazuje, że panie starają się we wszystkim dorównać mężczyznom, dlaczego więc miałyby być gorsze w kolekcjonowaniu kochanków? Dość często im się to udaje, co cieszy biografów i powieściopisarzy, gdyż pikantne szczegóły przyciągają czytelników. I tak np. Gabriela Pauszer-Klonowska w książce „Pani na Puławach” starannie prześledziła długie, barwne i bujne życie jednej z arystokratek żyjących na przełomie XVIII i XIX wieku. Izabela z Flemingów Czartoryska w wieku 15.lat jako chudziutkie, niemal łyse, z plamami po niedawno przebytej ospie, dziewczątko została wydana za mąż za 12 lat starszego Adama Kazimierza Czartoryskiego, który się nią w ogóle nie interesował. Nie dziwiło to nikogo, w tamtej epoce chodziło wszak o łączenie majątków a nie o miłość. Mąż zwrócił na nią uwagę dopiero po czterech latach, gdy zaczęli się za nią oglądać inni mężczyźni. Efektem było przyjście na świat ich córki Teresy. Jego zainteresowanie żoną było jednak chwilowe, lecz dodało jej pewności siebie. Nigdy nie była piękna, ale miała wiele uroku, co sprawiło, że kochało się w niej wielu mężczyzn z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim na czele. Izabela, tak jak inne damy tej epoki, zmieniając kochanków jak przysłowiowe rękawiczki, urodziła jeszcze pięcioro dzieci, ale tylko co do Teresy mąż nie miał wątpliwości, że jest jego. Los był jednak nielitościwy, ich córka zmarła bowiem na skutek poparzeń, gdy od kominka zapaliła się na niej suknia, a urodzone  w  tym czasie szóste dziecko Izabeli żyło tylko kilka dni. Wydawało się, że zrozpaczona matka tego nie zniesie. Długo trwało jej godzenie się z losem.

            Na szczęście dla potomnych życie Izabeli Czartoryskiej oprócz romansów cechowała również miłość do ojczyzny i sztuki, jest bowiem uznawana za twórczynię polskiego muzealnictwa. Zawsze podkreślała, że jej życie wypełniają gorące uczucia do dzieci i do rozgrabionego przez zaborców kraju. Interesowała się przebiegiem Sejmu Czteroletniego, była patronką Kościuszki, autorką książek dla ludu, napisała również „portret własny”. Kto nie zwiedzał jej rezydencji w Puławach, zachęcam.

            Rodziny arystokratów europejskich były w tym czasie tak blisko skoligacone, że dzieci kochanków wnosząc świeżą krew zapobiegły na pewno wielu chorobom genetycznym. Może więc to dobrze, że wielkie damy nie znajdując miłości w domu, szukały jej gdzie indziej? Nie wiem tylko, czy uznać to za mądrość Natury, czy sprawkę Baala.

            W tym czasie zresztą najjaśniejszym przykładem świeciła Katarzyna II, której podsuwano coraz to młodszych kochanków, co w zajmujący sposób opisuje Simon Sebag Montefiore w swojej książce „Katarzyna Wielka i Potiomkin”. Starannie badano ich zdrowie i sprawność seksualną, caryca była bowiem pod tym względem bardzo wymagająca. Kochanek musiał ją zabawiać, a przede wszystkim trwać w ciągłej gotowości „bojowej”. A apetyt seksualny miała wielki. Trzeba jednak przyznać, że o swoich ukochanych dbała. Nawet o tych odprawionych. I tak np. Stanisław August Poniatowski dzięki niej został królem Polski, inni obsypywani prezentami i dobrami ziemskimi również nie mieli podstaw do narzekania. Największą miłością jej życia, doradcą i wiernym przyjacielem, a prawdopodobnie również mężem pozostawał jednak niezmiennie książę Grigorij Aleksandrowicz Potiomkin. Ten arogancki hulaka i ekscentryk był jednocześnie błyskotliwym politykiem i utalentowanym strategiem. Zadziwiał inteligencją i chorobliwą wręcz pracowitością. Gdy udało mu się zdobyć właściwe miejsce w sercu Katarzyny, wywalczyć pozycję i obrosnąć w dobra ziemskie, zaczął kombinować, jak nie tracąc tego, co ma, robić to, co lubi. Był człowiekiem czynu i chociaż kochał Katarzynę, przerażała go perspektywa tkwienia w jednym miejscu. Jedynym wyjściem było podsunięcie carycy innego kochanka i zajęcie się polityką, a ponieważ jak nikt inny potrafił osiągać zamierzone cele, wkrótce został wodzem naczelnym zarówno sił lądowych jak i morskich. Trzeba przyznać, że przyniosło to Rosji ogromne korzyści. W ciągu dwudziestu lat udało mu się bowiem zmienić kierunek rosyjskiej polityki zagranicznej, pokonać Turków, powiększyć imperium aż po Krym, założyć setki osiedli i miast, sprowadzić osiedleńców oraz zbudować Flotę Czarnomorską. To dzięki niemu istnieje Odessa, Sewastopol, Dniepropietrowsk i Chersoń. W razie potrzeby pędził jednak co koń wyskoczy 4 tysiące kilometrów, by pocieszyć Katarzynę po śmierci jej ukochanego faworyta. Był przy niej dopóki nie przebolała straty i nie zgodziła się na następcę. Nie stronił jednak od innych kobiet, a wręcz przeciwnie, on je uwielbiał. A miał w czym wybierać, bo damy pchały się w jego ramiona drzwiami i oknami. Były w stanie całą noc czekać w karecie pod jego pałacem na chwilę upragnionej rozkoszy. Dla nikogo nie było też tajemnicą, że był nauczycielem sztuki miłosnej każdej ze swoich siostrzenic. Jedna z nich, Aleksandra Engelhardt, wydana za mąż za byłego wielbiciela księżnej Izabeli Czartoryskiej, warchoła, pijaka i awanturnika Ksawerego Branickiego, tak kochała wuja, że nawet po ślubie często towarzyszyła mu w podróżach. To w jej ramionach umierał na besarabskim stepie, gdy ciężko chory wyruszył z Jass do Mikołajowa. Po pogrzebie Aleksandra Branicka powróciła do swoich posiadłości, gdzie wzniosła sanktuarium ku czci Potiomkina i szanowna niby wielka księżna dożyła 84. lat. Caryca Katarzyna II zaś, pięć lat po Potiomkinie, w czasie porannej toalety doznała rozległego wylewu krwi do mózgu i nie odzyskując przytomności, tego samego dnia wieczorem zmarła. Nastały czasy panowania jej despotycznego i nieudolnego syna Pawła, ale to już całkiem inna historia.   

            Wiek XIX nie zmienił natury człowieka. Obdarzony proroczą wyobraźnią Herbert George Wells, nazywany „człowiekiem, który wymyślił jutro”, w swoim długim życiu (1866-1946) napisał sto książek, które przyniosły mu sławę i pieniądze, bez których jego rodzina nie mogłaby sobie pozwolić na wygodne życie. David Lodge w dziele o znamiennym tytule „Który stawał na wysokości zadania” odsłania również drugą stronę osobowości tego nad wyraz utalentowanego człowieka. Natura, być może dla równowagi, obdarzyła go bowiem nie tylko wybitnym umysłem lecz równie wielkim temperamentem seksualnym. Był dwukrotnie żonaty. Z pierwszą żoną się rozwiódł, gdyż odmawiała mu egzekwowania jego praw małżeńskich. Panienki w tamtych czasach najwidoczniej nie bardzo wiedziały, po co wychodzą za mąż, druga bowiem równie niechętnie spełniała swe obowiązki. Były one dla niej tak przykre, że w końcu zawarła z mężem szczególny układ – mógł mieć tyle kobiet, ile chciał, pod warunkiem, że będzie o nich wiedziała. Korzystał z tego przyzwolenia niemal do końca. Lgnęły do niego zarówno doświadczone kobiety jak i młode, niewinne dziewczyny, fama niosła bowiem, że jest wyjątkowo wyposażony przez naturę, a przy tym świetnie wprowadza w arkana związane ze sztuką miłosną. W sumie uzbierała się więc niezła gromadka. Nie wiem, kto w tej materii był lepszy – Picasso czy H.G. Wells, ten drugi bowiem miał ich podobno sto. Sto książek i sto kobiet. Prawo zachowania równowagi, czy dzieło Baala?

            Do napisania powyższego tekstu skłonił mnie udział w spotkaniu z profesorem, historykiem literatury polskiej i wydawcą, Zdzisławem Jerzym Adamczykiem promującym w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Kielcach swoją najnowszą książkę „Manipulacje i tajemnice”. Podtytuł „Zagadki późnej biografii Stefana Żeromskiego” nie pozostawia wątpliwości, że zainteresowania profesora są wyjątkowo stałe. Od 1976 roku jest on bowiem członkiem, a od 2011 przewodniczącym Komitetu Redakcyjnego „Pism zebranych” Stefana Żeromskiego. Podziwiam jego mrówczą pracę w dążeniu do odkrycia i wyjaśnienia najdrobniejszych szczegółów biografii tego wielkiego pisarza, co pozwala nam ujrzeć w Żeromskim również zwykłego, niepozbawionego słabości i wad, człowieka. Ujęła mnie przy tym erudycja profesora Adamczyka, oraz niecodzienna umiejętność zainteresowania publiczności przekazywaną wiedzą. 

            Książka okazała się równie interesująca jak opowieści, koryguje bowiem wiele nieścisłości, które znalazły się we wspomnieniach Moniki Żeromskiej i książce Hanny Mortkowicz-Olczakowej.

Rozumiem, że wyciąganie na jaw rodzinnych tajemnic jest przykre, lecz jeśli ktoś, tak jak Monika,  podejmuje się pisania wspomnień, powinien trzymać się prawdy. Okazało się jednak to dla niej zbyt trudne. Wychowana przez matkę w przekonaniu, że rodzice są małżeństwem, starała się tę fikcję podtrzymać. Czyżby nie wiedziała, że oliwa zawsze na wierzch wypływa?

            Stefan Żeromski, nadzwyczaj czuły na wdzięki niewieście, po ślubie z Oktawią próbował się ustatkować. W końcu jednak, jak zwykle w takich przypadkach, okazało się, że z Baalem trudno wygrać. Trudy pożycia małżeńskiego kompletnie go przerosły, nic dziwnego więc, że uległ czarowi młodziutkiej Anny Zawadzkiej, początkującej malarki, jak się potem okazało kobiety zapobiegliwej i przedsiębiorczej. Najgorsze jest to, że nie potrafił z tej sytuacji wybrnąć. Lawirował pomiędzy miłością a obowiązkiem, utrzymując dwie rodziny jednocześnie. Nie rozwiódł się z Oktawią i nie ożenił z Anną. A jednak pozwolił jej używać nazwiska Żeromska! Pogodził się również z faktem fałszowania metryki Moniki. Na dodatek po śmierci syna na dobre odwrócił się od  załamanej żony i zamieszkał z Anną i Moniką. Najbardziej zniesmaczyły mnie jednak zawiłe i w swej wymowie dość perfidne manipulacje związane z pozbawieniem żony praw do niemal całego spadku i praw autorskich. Żeromski zapisał jej jedynie 1/8 swojego majątku, resztę wbrew obowiązującemu wówczas prawu miały odziedziczyć po połowie Anna i Monika. Jego pogrzeb na cmentarzu kalwińskim był jedynie potwierdzeniem tego, że stary, schorowany człowiek jest plasteliną, z której łatwo ulepić wszystko, co się chce. W tej całej historii wiele godności wykazała jedynie Oktawia. Powiedziała, że się zgadza z wolą zmarłego męża i zabroniła siostrze Żeromskiego walki o obalenie testamentu. Najsłabsza psychicznie okazała się najsilniejszą moralnie? Przewrotność Natury czy łaskawość Baala?

             Dzieje tych par fascynowały wielu filmowców, pisarzy i poetów. Swego rodzaju mistrzem wyszukiwania pikantnych smaczków jest np. Sławomir Koper, którego książki wiodą czytelnika przez historię starożytnych Greków i Rzymian, czasy Piastów, prywatne życie elit Drugiej Rzeczypospolitej, Powstanie Warszawskie aż po skandalistów PRL. Ale to zbyt szeroki temat, żeby się tutaj nim zajmować. Cudze historie są zajmujące, lecz nikogo jeszcze przed niczym nie uchroniły, każdy musi przejść swoją ścieżkę zaliczając własne wzloty i upadki. Wszystko jest bowiem bardziej skomplikowane niż się wydaje. Człowiek, co prawda, ma wolną wolę i świadomość, jednak w kwestii wyboru partnera wielkie znaczenie odgrywają wszechwładne i nieprzewidywalne uczucia, na powstanie których z kolei mają wpływ tak prozaiczne rzeczy jak feromony, nie mówiąc już o kompleksach Edypa czy Elektry. W tej sytuacji popełnianie błędów jest więc rzeczą normalną. Ale bolesną i nie dającą gwarancji, że wszystko się nie powtórzy. Lecz Baal  się cieszy...     

 

           

            

Pin It