DARIUSZ PAWLICKI

 

28 GLOS

     

28 Glos

Fot. Dariusz Pawlicki

 

I.

      Po prawie bezśnieżnym grudniu, niespodziewanie – prawie godzinna śnieżyca. Za oknem została rozciągnięta zasłona, a za nią kolejna i kolejna… Jakby Ktoś (kto?) chciał Coś ukryć przed moimi, ale nie tylko moimi, oczami.

 

II.

      Lubię obserwować płonące drwa. Przyciąga moją uwagę malarskość tego zjawiska. Tym na co zwracam także uwagę są trzaski rozlegające się wówczas; szczególnie intensywne, gdy spala się świerczyna.

      Widok drew, po których pełzają języki ognia, przenosi mnie również w odległe czasy, gdy moi przodkowie siedzieli we wnętrzu jaskini bądź przed wejściem do niej, wpatrzeni w taki sam ogień.

 III.

      Dekoracje bożonarodzeniowe zajmują coraz większą przestrzeń nie tylko we wnętrzach mieszkań i domów, ale też w centrach handlowych, jak i wokół nich. Efektem tego jest to, że nastrój, emocje, myśli towarzyszące Bożemu Narodzeniu tracą swoje centrum, a równocześnie tracą na intensywności. Gdyż, tak jak ma to miejsce w bardzo wielu innych przypadkach, gdy Coś staje się Wszystkim, przestaje być Sobą, powszednieje, wręcz nijaczeje.

                     

IV.

      Giuseppe Tomasi di Lampedusa w Szekspirze, zawierającym wykłady na temat autora m. in. Hamleta poinformował, że „wszystko, co wiemy o życiu Williama Szekspira, można z łatwością zmieścić na jednej stroniczce”. Nie podał wprawdzie jakiego formatu jest owa stroniczka, ale nie mamy wątpliwości, że tych informacji jest tyle, co kot napłakał. A tymczasem, przykładowo, biografia Szekspira autorstwa Stephena Greenblatta liczy 423 strony. A ich liczba po odjęciu Przedmowy, Podziękowania, Noty do czytelnika, Noty biograficznej, Bibliografii tłumacza, Spisu ilustracji i Indeksu nadal jest pokaźna. Wynosi bowiem 360. A przecież di Lampedusa wspomniał o… jednej stroniczce zawierającej fakty. W takim razie to, co napisał autor biografii, to są rojenia/przypuszczenia/dywagacje/pobożne życzenia/zmyślenia? A może chodzi

nie o Szekspira, tylko o epokę, w której żył?

 V.

      Sanctum to świętość i dobroć, ale przede wszystkim dobroć. W sanctum „zawsze jest człowiek” stwierdził ksiądz Józef Tischner (Między Panem a Plebanem). Sacrum to jedynie świętość. Wszelkim tendencjom totalitarnym w Kościele rzymsko-katolickim towarzyszyło rosnące w siłę sacrum zdobywające przewagę nad sanctum. Tischner wyraził w tej sprawie i takie zdanie:

           „(…) w pewnym sensie desakralizacja jest konieczna, żeby można było

            świat sanktyfikować”. To znaczy zwiększyć w nim rolę dobroci.

 VI.

      Adam Czerniawski w szkicu Wielopis napisał tak:

           „Nie rymował ani Homer, ani Wergiliusz; nie rymowała Safona, nie   

            rymował Propercjusz. Rymy pojawiają się dopiero w średniowieczu:

            rymuje Dante Alighieri, rymuje Villon, rymuje Chaucer i Petrarka. A potem

            jest różnie: Milton rymuje czasem, podobnie Eliot i Pound, częściowo

            rymuje Wordsworth i Rilke. Nagminnie, karkołomnie rymują Browning i

            Leśmian, unika rymów Przyboś, Czechowicz, Różewicz i Herbert. A

            jednak wciąż powszechnie utrzymuje się mniemanie, że poezja to rym”.

 

      Ucieszyła mnie ta wiadomość. Poczułem wręcz ulgę. Zawsze bowiem ceniłem bardziej treść niż formę, której uosobieniem był dla mnie zwłaszcza rym. Choć w żadnym razie nie lekceważyłem formy. Tym bardziej, że może ona przybierać również inne postacie.

      Uwaga poczyniona przez Adama Czerniawskiego tak mi się spodobała, że nie pofatygowałem się, aby ją sprawdzić.

VII.

     Zaintrygowało mnie kilka zdań zawartych w Granicach Roberta Spaemanna, na temat tego, że aby Coś sobą reprezentować, być Kimś, wcale nie trzeba mieć… łazienki. Że nie mieli jej, chociażby, Mikołaj z Kuzy i Johann Wolfgang von Goethe. I znalazłby się niejeden, np. ja, który przedkładałby znajomość z nimi nad kontakt z przygniatającą większością współczesnych posiadaczy łazienek.

VIII.

      Na temat tego kim jest filozof bliższy jest mi pogląd starożytnych. A według nich ‒ jak pisze Pierre Hadot w Czym jest filozofia starożytna? ‒ filozofem ktoś jest „nie wskutek oryginalności czy bogactwa dyskursu filozoficznego, jaki stworzył czy rozwinął, lecz z uwagi na sposób, w jaki żyje. Najważniejsza rzecz to to, by człowiek stał się lepszy. Jego dyskurs tylko wtedy jest filozoficzny, gdy zmienia się w sposób życia”. Tak więc według tej definicji, gro osób określanych współcześnie mianem filozofów, nie zasługuje na to miano. W ich przypadku mamy bowiem do czynienia z autorami koncepcji filozoficznych, a także z historykami filozofii i interpretatorami cudzych poglądów filozoficznych.

IX.

      W liście pochodzącym z 1993 r. Adam Czajkowski napisał: „(…) pseudonauka zwana socjologią”. Sprawił mi przyjemność ten pogląd, gdyż od kilku lat uważam socjologię za rodzaj publicystyki. I za nic więcej. No bo czym jest interpretowanie wyników ankiet?

X.

      Jakże wielką wagę przywiązuje się do istnienia Ministerstwa Kultury i Sztuki (obecna nazwa: MKiDzN). Często odnoszę wrażenie, gdy słyszę pochwały (rzadkie) bądź narzekania (niezmiernie częste) kierowane pod adresem tego resortu, że bez niego kultura narodowa czy też w ogóle kultura na ziemiach polskich, nie mogłaby się wręcz rozwijać. Oczywiście nie chodzi o to ministerstwo jako takie, ale o prowadzone przez nie rozdawnictwo pieniędzy (do tego bowiem sprowadza się w gruncie rzeczy jego działalność). A przecież odwołując się i powołując na osiągnięcia kultury polskiej w XIX w. sięgamy do epoki, gdy nie istniało Ministerstwo Kultury i Sztuki. Ba, nie istniało państwo polskie.

XI.

      Wczesnym zimnym rankiem, po wyjściu z domu, zatrzymałem się i długo patrzyłem w okna mieszkania, za którymi spała moja żona. I nagle zdałem sobie sprawę, że zachowuję się tak, jakbym żegnał się i nie miał tu nigdy powrócić.

XII.

      Gdyby uznać za Normanem Mailerem (przed nim inni głosili ten pogląd), że Bóg nie jest doskonały, a Jego doskonałość jest dogmatem chrześcijańskim (jeśli nie w każdym odłamie chrześcijaństwa, to w rzymskim katolicyzmie na pewno), to odpadłby bardzo ważny problem. A mianowicie konieczność odpowiadania na ustawicznie stawiane pytanie: dlaczego w takim razie w świecie stworzonym przez Niego istnieje tyle zła? Dlaczego zło w ogóle jest, skoro mogłoby go nie być?

XIII.

      Polna droga okolona starymi, rosnącymi naprzemiennie, kasztanowcami zwyczajnymi i dębami błotnymi. Ktoś, wiele lat temu, może sto, zadał sobie trud, aby je posadzić w równych odstępach, dbał o nie. A wszystko po to, aby drogę tę ozdobić.

      A teraz? Od kilkunastu lat na poboczach przybywa stert gruzu, opon, fragmentów podwozi i karoserii samochodowych itp. Ktoś zadał sobie trud, aby przywieźć i zwalić, właśnie tu te śmieci.

      Mówienie o rozwoju nijak ma się do faktów. Barbarzyńcy (znowu) są górą.

XIV.

      Rozwój techniki jest coraz intensywniejszy. Towarzyszy temu zwiększające się uzależnienie od niej człowieka. To zaś skutkuje tym, że pogłębia się zaangażowanie ludzkości w zaspokajanie potrzeb techniki. Można uczynić krok dalej i zaprezentować pogląd wyrażony już wcześniej: człowiek znalazł się już na takim poziomie zależności od techniki, że zaczął spełniać jej polecenia/życzenia.

XV.

           „Cechą naszych czasów jest to, że pragnienie szczęścia zostało wyparte   

            przez dążenie do sukcesu. Chcemy osiągnąć w życiu sukces, dążymy do

            rozmaitych sukcesów, żyjemy pod presją konieczności ich osiągnięcia” – napisał Tadeusz Gadacz w książce O ulotności życia.

      A przecież ilu ludzi może osiągnąć sukces? Z pewnością mniejszość spośród nich. No bo ilu może zostać np. ministrami w tym, czy innym rządzie swego kraju, ilu może stać się laureatami Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”? W tym drugim przypadku odpowiedź jest zdecydowanie prostsza – 3 rocznie.

      Tymczasem źródłem szczęścia może być, chociażby, poranny spacer po lesie. A ileż jest lasów i ileż poranków…?

XVI.

      „Kochani Rodzice mam dla was złą wiadomość” – od tych słów zaczyna się list napisany w lutym 1944 r. przez młodego Niemca pochodzącego z Sudetów. Można by pomyśleć, że w następnym zdaniu poinformuje, że np. ciężko zachorował, albo że nie odwiedzi ich we wcześniej podanym terminie. Nic z tych rzeczy. Dalsze słowa brzmią bowiem tak:

           „Jutro ja i mój przyjaciel Georg G. zostaniemy rozstrzelani. Zostaliśmy

            skazani na śmierć za odmowę wstąpienia do SS. Wiemy do czego

            wykorzystywane jest SS i nie chcemy brać w tym udziału”.

 XVII.

      Cenię Williama Blake’a jako artystę. Oczywiście nie wszystkie jego prace czy to obrazy, czy grafiki wzbudzają we mnie, mniejszy bądź większy, podziw (są bowiem takie, które sprawiają wrażenie wykonanych w pośpiechu, niestarannych, żeby nie powiedzieć dosadniej). Trudno mi coś powiedzieć o nim jako poecie. Choć jego poematy próbowałem wielokrotnie czytać (słowo „próbowałem” jest istotne). To w nich zapisywał swoje oryginalne widzenia/wizje świata.

      We wspomnieniach o nim są też opisy, które mnie poruszają. Choćby te, gdy osoby odwiedzające jego i jego żonę, piszą o tym, że Blake był brudny. Nie chodzi o to, że unikał mycia się. Ale, że taki był zapracowany, gdyż tyle czasu poświęcał na utrwalanie w płytach metalu, za pomocą grawerowania bądź trawienia, owoców swej przebogatej wyobraźni. Wciąż pracował i wciąż zaznawał, a wraz z nim jego małżonka, mniejszego albo większego niedostatku.

 XVIII.

      Nuda wywołuje złe skojarzenia. Jest tym czego, według powszechnej opinii, należy unikać. Człowiek, który stwierdza, że się nudzi, nie wzbudza sympatii u innych ludzi; wywołuje raczej skojarzenia negatywne. Ale czy na problem nudy – bo to jest problem – nie należałoby spojrzeć nieco inaczej? Czyli jak? Ano tak: nudząc się, może nie stale, ale co pewien czas, zyskujemy czas. Zyskujemy, gdyż wręcz widzimy, jak on wolno bądź bardzo wolno przepływa. Przez co nie jesteśmy narażeni na stawanie oko w oko z sytuacjami, gdy zdumieni wypowiadamy znamienne słowa: „Ależ ten czas pędzi”.

XIX.

      Niedługo po tym, jak przeczytałem, że Johann Gottfried Herder (1744-1803), niemiecki filozof i teolog, zgromadził księgozbiór liczący około 8 tysięcy tomów, przeliczyłem mój własny. Okazało się, że mam około… ośmiuset książek (są to starannie dobrane tytuły). Mam więc jeszcze dużo do zrobienia pod tym względem; pod innymi również.

      Po kilkunastu dniach powyższą glosę tak oto uzupełniłem:

      Liczba posiadanych książek to jedno. Ale ważniejszy jest płynący z nich pożytek. Księgozbiór to – w pierwszym rzędzie – wiedza. A czym innym i ważniejszym jest – tu padnie bardzo podniosłe słowo – mądrość będąca m. in. umiejętnością wykorzystania tego, co zawierają np. książki. Cóż bowiem przyjdzie z wiedzy jeśli nie będzie ona powiązana z mądrością? Chyba tylko względna (ale tylko „względna”) łatwość rozwiązywania krzyżówek.

      Wspomniany J. G. Herder zasługiwał na miano mądrego.

   XX.

      Wiejski dom to także dom kosarzy, pająków, mrówek, much, pająków… Mało który człowiek pamięta, że jest współlokatorem.

XXI.

      Całość piśmiennictwa, w tym literatury pięknej, bez względu na jego poziom, jest zapisem stanu wiedzy, zdolności, umiejętności, odkrywczości itd. w obrębie jakiejś, ale jak najbardziej konkretnej, epoki, wspólnoty, jakiegoś państwa, narodu, społeczeństwa. Ogół pisanych utworów i to zarówno tych stojących na najwyższym, jak i na najniższym poziomie, uwzględniając stany pośrednie, współtworzy literaturę. I można pewnie wyliczyć – gdyby przyszła na to komuś ochota ‒ jakąś średnią pokazującą jej, choćby, orientacyjny poziom. Ale o randze tego i owego piśmiennictwa świadczy, tylko i wyłącznie, to, co jest w nim najlepsze.

XXII.

      Pogorzelec, gmina Giby; próba opisania 5 wiosennych minut: 20.10 – 20.15.

      Dźwięki: rechot żab, muczenie krów, szczekanie psów, głosy ptasie (w tym krzyki żurawi), warkot silnika pojedynczego samochodu, brzęczenie komarów.

      Ruch: uganiające się po niebie jaskółki, przelatujące wysoko samoloty ponaddźwiękowe, unoszące się nad roślinami owady, mrówki przemieszczające się po moich butach.

      Obrazy: ściana pobliskiego lasu, spadzisty zielony dach, sterta porąbanego drewna i druga - nieporąbanego, drzewa owocowe, żywopłot, spróchniały płot, puszka piwa w trawie przy prawym bucie.

      Zapachy: delikatne wonie drewna i kwitnących kwiatów, nieznacznie wyczuwalna ‒ piwa.

      Bezruch: nieruchome drzewa, krzewy, trawy i koniczyny.

      Kolor: zieleń igliwia, listowia, traw, biel i różowość kwitnących koniczyn, jasna żółtość drew, brąz butów i spodni, zieleń dachu.

      Myśli: błogostan, radość wywołana tym, że jestem właśnie tu, a także wypitym (już) piwem.

XXIII.

      Każdorazowo zadziwia mnie mój stan psychiczny, gdy opuszczam z rana jedno miejsce, przemieszczam się setki kilometrów, co zajmuje przynajmniej dziesięć godzin, a wieczorem jestem zupełnie gdzie indziej. Nie chodzi oczywiście o przemieszczanie się, jako takie. Ale o to, że jest jeszcze we mnie ‒ Akwinata wspomniałby najpewniej o mojej duszy ‒ dużo wrażeń z tamtego, widzianego tak niedawno, miejsca: krajobrazów, kolorów, zapachów, postaci… Ale stopniowo, i coraz szybciej, wdziera się nowe. Tak więc można mówić o swoistym rozdarciu duszy. I pojęcie „duszy” jest tu jak najbardziej wskazane (nie tylko dlatego, że wierzę, że ją posiadam).

XXIV.

      Tysiące słów czytanych i słyszanych każdego dnia. Ale nad którymi, niekiedy ze szkodą dla czytającego i słyszącego, przechodzi się do porządku dziennego. A przecież od czasu do czasu ma się do czynienia ze słowami, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Zmuszają do przemyśleń. Oczekują ustosunkowania się do nich. Jak np. taki oto pogląd Bogusława Wolniewicza:

           „Transplantacja jest to żerowanie na trupach, nowoczesne ludożerstwo,

            neokanibalizm. (…) Czemu (…) to, że ktoś przeżył, bo ugotował i zjadł

            cudze serce, miałoby być rzeczą potworną, a to, że przeżył, bo mu na

            surowo wszczepili, miałoby być (…) «moralnie obojętne»” (Filozofia i

            wartości).

XXV.

      Błękitne niebo, a na nim jasne różnokształtne obłoki. Ciekawe czy ten ich układ, z uwzględnieniem tych samych kształtów, obserwowany przeze mnie w tym momencie, miał już kiedyś miejsce? A jeśli nie, czy kiedyś mieć będzie?

XXVI.

      Niezmiennie wypatruję wież dawnego klasztoru kamedułów w Wigrach. To rytuał. Potwierdzenie tego, że niewątpliwie znowu Tu jestem. I że Świat, ten dobrze mi znany, trwa. Choć mnie pewnie, a raczej na pewno, nie zauważa. I nic o mnie nie wie. I swego istnienia z moim nie łączy. Ale to nie jest ważne – jestem Tu.

 XXVII.

      Drugi raz w tym roku czytam – i to z takim samym dużym zainteresowaniem – Listy Stanisława Ignacego Witkiewicza. Tym razem szczególną uwagę zwracam na kilka spraw. Jedną z nich jest częste używanie przez Witkacego określeń: „głupki”, „hołota” odnośnie licznych przedstawicieli inteligencji, z którymi miał do czynienia. Nie zawsze kontekst użycia tych określeń jest przez niego podany. Ale powód, najprawdopodobniej, jest zawsze ten sam. Szczególnie jasno jest on podany odnośnie Skamandrytów (on i oni nie żywili wobec siebie serdecznych uczuć). Otóż autor Pożegnania jesieni, nie odmawiając im talentu, uważał, że nie rozwijają się intelektualnie; szczególnie, że nie interesują się w ogóle filozofią.

      Po latach Iwaszkiewicz tak oto wspominał Witkacego:

           „Bałem się go, imponował mi mądrością, swoimi filozofami, których

            pożerał (…)” (Album tatrzańskie).

           „(…) uznawałem jego fenomenalną inteligencję i piekielną mądrość, które

            Mnie olśniewały i krępowały, nie pozwalając na swobodne z nim

            obcowanie” (Książka moich wspomnień).

XXVIII.

      Protestantyzm jest nazbyt wykoncypowany, wyrozumowany. Gdy wokół człowieka kwitnie scjentyzm, utylitaryzm, pragmatyzm, wówczas protestantyzm, racjonalistyczny odłam chrześcijaństwa, nie znajduje w sobie sił do obrony. Jakby nie było, ma bowiem podobne podstawy z wymienionymi powyżej: poglądem, doktryną, kierunkiem filozoficznym. Z tego też powodu obumiera. Choć w Ameryce Południowej ma się coraz lepiej. Ale to „lepiej” sprowadza się jedynie do liczby wiernych deklarujących się, jako protestanci. A pozytywne efekty akcji misyjnej np. zielonoświątkowców, adwentystów dnia siódmego, są przede wszystkim wynikiem, prowadzonych przez nich systematycznie, i od wielu lat, akcji dobroczynnych. W tym wypadku, parafrazując znaną definicję, można stwierdzić, że byt określa wyznanie (wielu ludzi).

     W przeciwieństwie do niego, katolicyzm i prawosławie znajdują w sobie siły do oporu. Pielęgnują bowiem mistycyzm (pomocna jest w tym obrzędowość - pozwala bowiem wyznaczyć sferę sacrum), czyli ten czynnik, który protestantyzm ograniczył maksymalnie, wręcz unicestwił. I to świadomie.

_______________________________________________

                                                 

 

Pin It