Michał Piętniewicz

 

O Eliadem, jego Traktacie i o moim życiu.

 

Piętniewicz Michał

Osobno napisałem, że nie mam już potrzeby pisania tekstów recenzenckich. W oparciu o rumuńskich filozofów, Eliadego, Ciorana, Noikę, próbuję zastanowić się nad swoim życiem. Rumuńskość i oddział dzienny na chwilę przed potopem zrywają się z arki białe ptaki w górę. Eliade jest genialny, styl ma bardzo konkretny, przejrzysty, jasny, przy tym pełen nadziei i światła ukrytego wewnątrz, pod skórą (kocham jej ziemistość i światło pod skórą). Na przykład bardzo poetyckie stwierdzenie, że śmierć nie jest kresem, ale odpoczynkiem i regeneracją, to mi przywodzi na myśl cykliczność życia i śmierci, a także to, że jeżeli wydarzy się już, myślę, że zawsze nieprzypadkowy cud życia, to mamy do czynienia z ciągłością, linearną ciągłością, a nie kresem i zamknięciem. Poprzez cykliczność bowiem wyraża się u Eliadego linearność przypisana życiu pojętemu jako kontynuacja, rodzaj wieczności żywej nadzieją, Bogiem, wynika z tego, że śmierć również jest obdarzona życiem i że życie po śmierci będzie nasycone niczym innym jak konkretem ziemskim, właśnie ziemskim konkretem a nie niebieskim.

Czy dobrze mówię? Dajmy na to chmury istnieją u Eliadego o tyle, o ile odbijają się w czarnej ziemi, w ziemskiej, konkretnej powłoce. Kolejne określenie: "niewyczerpalność życia", słuchałbym i czytał o tym ciągle, bez końca, zawsze. Eliade jest artystą, węże, niedźwiedzie, smoki, jeże, wiele innych, cała ta wielowarstwowość świata przyrodniczego, nakładanie się na siebie kolejnych warstw, przenikanie konkretów, kontakt zmysłowy ze światem, opowieść o świecie bowiem wyrażona zostaje przez zmysły, pojęcia u Eliadego bowiem są nacechowane sensualnie. Oprócz tego on używa określenia, którego ja użyłem w doktoracie, a przede mną użył go Czesław Dziekanowski na określenie cechy antropologicznej "Kamienia na kamieniu", "życie w śmierci" (Piślo mną pisze, jej jasne, lniane włoski, pisze mną Piślo, jej jasna cera), w związku z kolejnymi przemianami, fazami księżyca, umarli bowiem nie tylko umierają w spokoju drzew, jak napisałem w wierszu inspirowanym twórczością Poświatowskiej, ale również śpią sobie słodko na księżycu, gdyż jak wiemy z pięknej bajki, bardzo plastycznej, "Wallace i Grommit", księżyc jest zrobiony z sera (figiel i głupotka wyniesiona z domu w Tarnowie).  Jest ważna u Eliadego metafora sieci, która oplata i łączy ze sobą życie i śmierć. Ta sieć przenika wszystko, chyba cały Wszechświat, w każdym razie potrzeba na nią zwrócić uwagę, ze względu na to, że łączy ze sobą wiele ziemskich konkretów, ziemskich naleciałości, które tak naprawdę są do życia niezbędne, stanowią cel sam w sobie, chodzi o to, że twórczość będzie zawsze górą wtedy, kiedy będzie trzymać się ziemi, chodzi bowiem o to, że zawsze wygra to, co ziemskie. Istnieją oczywiście poeci nieba, ale ci są najbardziej niebezpieczni, przede wszystkim dla siebie, bo innym mogą nieumyślnie nieba przychylić. Ale najważniejsi są artyści ziemscy, Eliade, Rumun z krwi i kości, którego genialną rumuńskość widać w jego tekstach, właśnie opiewa smak, barwę i zapach ziemi, barwy, zapachy i smaki swojej ojczystej Rumunii, terra mater. 

U nas, w Polsce takie przywiązanie do ziemi ojców nazywa się różnie: przeważnie mówimy na to matecznik, ewentualnie mityczny matecznik. Takiego określenia używa na przykład Marian Pilot w swojej powieści. Termin "matecznik" jest stosowany również przez Rocha Sulimę na określenie "małej ojczyzny" życia człowieka, jego miejsca urodzenia. Z kolei pierwszym chyba, który używał terminu "mityczny matecznik", był Bruno Schulz, mówił on o cudownych latach dzieciństwa właśnie jako o mitycznym mateczniku, "fajczarni fabuł i bajek". Słowo matecznik słowotwórczo łączy się ze słowem matka, dalszą konsekwencją filozoficzną oraz antropologiczną tego słowa jest określenie macierz. Mówi się bowiem (nie tylko w literaturze filozoficznej), że ktoś lub coś pochodzi z macierzy. Na przykład życie ludzkie wzięło swój początek z jakiejś przedustawnej, jeszcze przed Wszechświatem będącej, macierzy. Są to wszystko rzeczy niesłychanie ciekawe, idące bardzo mocno w głąb, w tym w ową przedustawną głąb mityczną. Mnie jednak interesuje bardziej Eliade jako pisarz. Zatem próbuję udowodnić i sobie i Państwu w tym moim szkicu, że lektura dzieła Eliadego jest inspirująca zarówno dla naukowców, jak i dla artystów, dodając jeszcze skromną tezę od siebie, że dzieło Eliadego ma niezaprzeczalny walor literacki, ergo może być wzięte wcale (nie)omylnie za literaturę. 

Inna ważna rzecz u Eliadego to tkanie czy tkactwo. Chodzi nie tylko o przędzenie nici żywota swojego jak mniemam, ale tkanie takiej pajęczyny, która jeden żywot łączy z drugim na zasadzie jakiegoś ciekawego, kosmicznego przenikania. 

Dalej: motyw palingenezy i ważna rzecz rytmów. U Eliadego, w "Traktacie o historii religii" i nie tylko w nim zresztą wszystko podlega rytmizacji: przede wszystkim czas życia ludzkiego jest przedstawiony rytmicznie. Życie ludzkie polega na byciu czy przebywaniu w określonym rytmie czasu ziemskiego. Czas ziemski jest silnie bowiem speriodyzowany, tam idzie za okresem okres, okres za okresem (ziemia przemija, rytmy człowiecze przemijają wraz z ziemią). 

Niezwykle interesujące są rozważania Eliadego o wodzie. Porusza on problem całej, bogatej symboliki akwatycznej, ale na na tym nie poprzestaje, idzie w głąb. Woda zatem ma walor leczniczy, gwarantuje życie wieczne, woda uzdrawia, przedłuża życie, z wody bierze początek wszelkie życie, woda stanowi swoistą macierz (czarną?) życia i Wszechświata. Ale nie. Właśnie nie. Chociaż słowo macierz kojarzy się zwykle z czarną barwą, ja stanę na przekór, powiem: chodzi o białą, uzdrawiającą, leczniczą i dającą życie wieczne macierz, z której bierze początek ludzkie życie, w swoim zarodku niewinne. Odpowiedź na pytanie, dlaczego woda leczy, Eliade daje prostą: ponieważ odtwarza akt stworzenia. Mnóstwo u Eliadego jest fragmentów mówiących o powtórzeniu wzoru kosmogonicznego, ale z całą konkretnością ten problem wybrzmiewa dopiero w "Traktacie o historii religii".  Jest piękny fragment u Eliadego, ewangeliczny, o św. Janie Chrzcicielu, który mówi, że on chrzci wodą, ale po nim nastąpi Ten, czyli Jezus Chrystus, który będzie chrzcić "Duchem Świętym i ogniem". 

Na jedną, chyba najważniejszą rzecz jeszcze nie zwróciłem uwagi. Przede wszystkim trzeba powiedzieć tutaj, że Eliade pięknie, znakomicie i zajmująco pisze, opowieść niesłychana: nasycona konkretem i treścią. Na przykład kiedy pisze o tych mitologicznych nimfach wodnych, ukrytych w pieczarach, grotach, skałach, ta opowieść jego, opowieść Eliadego po prostu niezwykle jest wciągająca. Bardzo ciekawe zdanie, które znalazłem u Eliadego: "z punktu widzenia struktury potop jest podobny do chrztu". Nad tym jednym zdaniem można się pochylić na bardzo długo i bardzo długo można to zdanie smakować, kontemplować, medytować nad nim. Co ono oznacza? Zapewne to, że struktura potopu jest ukryta, na pierwszy rzut oka potop nie posiada przecież żadnej struktury, jego fale zalewają wszystko, nie wybierają, nie selekcjonują, nie są zatem uważne, nie są zatem celowe, a przecież (co ważne), wszelka struktura posiada pewien telos, ku któremu zmierza. Niemniej trzeba to zdanie rozważać dalej. Przyjmijmy że zarówno potop jak i chrzest są zbliżone pod względem struktury. Tutaj znowu zdziwienie. Przecież ksiądz polewa małe dziecko jedynie odrobiną wody, maleńką ilością, a nawet z powodu tej małej ilości wody, dziecko i tak płacze (choć są przecież dzieci, które nie płaczą podczas chrztu). Jednakowoż pisałem o strukturze ukrytej, a zatem wszelkie oznaki widzialne tej struktury mogą nas mylić. Zarówno bowiem potop jak i chrzest są pod pewnym względem totalne i chodzi tutaj o totalność w znaczeniu głęboko religijnym (w pierwszym przypadku jest to totalność zatracenia, będąca wynikiem kary Bożej, w drugim natomiast chodzi o totalność przyjęcia na siebie godności dziecka Bożego, w drugim przypadku zatem chodziłoby zapewne o totalność narodzin w Bogu, narodzin niejako powtórnych (czyli tych właściwych), które gwarantuje właśnie obrządek chrztu świętego. Obie te totalności, co również ważne, wyrażają się oraz istnieją poprzez oraz dzięki wodzie, która daje życie, oczyszcza, ma liczne walory lecznicze oraz uzdrawiające. Z wody bierze się również życie, to ona jest pierwiastkiem najsilniej nacechowanym witalnie.  

U Eliadego widać połączenie historyka religii z filozofem religii. Nie wiem, czy traktować te dwa obszary osobno, chyba nie, ale jednak historia jakby pomyka nieco odmiennym torem niż filozofia. Historia jest bardziej literacka, szczegółowa, filozofia natomiast u Eliadego dąży do struktury. 

Ważne: kamienie chronią zmarłych. Określenie "religijna wielowarstwowość" pasuje świetnie do ziemskiego, chtonicznego charakteru prac Eliadego. Bo wierzenia agrarne, bo ziemia, niebo, niebo nasycone deszczem, ziemia nasycona deszczem. 

"Kosmos zbiornikiem rozproszonych sił sakralnych". Eliade jest wielkim poetą. Pisze traktat o religijności ludów ziemi. Ziemia zabiera, ziemia w siebie wchłania następnie, a potem odnawia. "Wszystko, co wychodzi z ziemi, obdarzone jest życiem, a wszystko, co powraca do ziemi, na nowo życie uzyskuje". Jest to bardzo piękna poezja ziemi i nieba, przy czym niebo u Eliadego ma odcień ziemski, a ziemia odcień niebieski (niebiański).

Pisarstwo Eliadego jest pisarstwem wielkiej nadziei w człowieka, odnowę, ziemię. 

Przejdźmy do konkretów. Jest niesamowita jesień (posucha, ogromne wyczerpanie i zmęczenie). Osiedlowi mieszkańcy siedzą w ogródku piwnym na tyłach Hali Targowej, żywo rozmawiają i gestykulują. Ja wczoraj jak zwykle nie przygotowałem się. To znaczy zwykle się przygotowuję, ale tym razem się nie przygotowałem. Może to być związane z owym wyczerpywaniem się. 

Widziałem dzisiaj dwóch, wspaniałych, genialnych odszczepieńców uniwersyteckich, z których jeden robi doktorat na uniwersytecie, a drugi został wypluty przez uniwersytet, tak czy inaczej obaj szukali jakiegoś, małego kotka, nie wiem, gdzie on był, może w tym brązowym pudełku, takim malutkim, co to kotek został schowany. Nie wiem. Ale oni byli w środku tej jesieni, jesień ich ogarniała, tak jak mnie teraz ogarnia i dopada niezwykła, niezmierna słabość (chłód jest stowarzyszony z namyślaniem się i wyczerpywaniem). 

Słabość moja, tellus mater, święta matka telluryczna

Słabość moja, tellus mater, święta matka telluryczna,

O, Eliade: "polimorficzna na pozór symbolika drzewa".

Drzewo-żywy kosmos, który nieustannie się odradza.

niebieski prawzór (raj).

ziele, które ma moc scalania części ciała zmarłego. Z tym ziołolecznictwem u Eliadego też ważna sprawa, w ogóle zioła, cały, osobny traktat o ziołach. Zioła leczą, kurują, uzdrawiają, w ziołach mieszka opieka, którą daje duch ziemi.

Więc Eliade to jest pisarz konkretu. U niego stale jest o tym dramacie śmierci i zmartwychwstania, na przykład w "Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy", przekład Krzysztof Kocjan, Warszawa 1994. Jest ciekawa w tym szamanizmie uwaga o kości, że "kość zwierzęcia symbolizuje totalne życie w ciągłej regeneracji i przez to zawiera w sobie - choćby tylko teoretycznie- wszystko, co należy do przeszłości i przyszłości tego "Życia". Eliade odnośnie tego szamanizmu powiada w ten sposób, że maska umożliwia u szamana koncentrację. Nasuwa się cały kontekst filozoficzny, antropologiczny, psychologiczny. Że maska tak naprawdę umożliwia a nie uniemożliwia życie w społeczeństwie, że człowiek zamaskowany to innymi słowy człowiek społeczny, że relacje międzyludzkie, aby być zdrowe, muszą opierać się przynajmniej częściowo, jeśli nie na kłamstwie, to przynajmniej na częściowo zakrytej czy też zamaskowanej prawdzie. Więc idzie o takie pragnienie: życie w pełnym i jasnym świetle, czy to jest w ogóle możliwe? Czy możliwe jest, żebyśmy patrzyli, żebym ja patrzył, żebyś ty patrzył(a) w samo sedno, jądro i rdzeń słońca? Czy nie oślepniemy od jego blasku? Mnie się wydaje, że trzeba ostrożnie dawkować sobie słońce a tym samym prawdę. Do prawdy, w co głęboko wierzę, dostęp ma jedynie Pan Bóg, ale nie mnie przenikać tę prawdę. W swoim codziennym, przeciętnym życiu, bytowaniu, skazany jestem na domysły, hipotezy, coś częściowego i wybrakowanego, coś, co jest również czymś nietrwałym i ulotnym. Pomimo tego, poprzez kultywowane codziennie rytuały, staram się w jakiś sposób uzyskać efekt, zjawisko czy pozór trwałości. Nie do końca mi się chyba to udaje. Moja pozorna, wewnętrzna spoistość, czasem prowadzi mnie na duchowe, poznawcze, filozoficzne oraz antropologiczne manowce. Tu nawet nie chodzi o odpowiedź na pytanie, kim jestem, wydaje mi się, że jestem tym, którego z jednej strony stwarzają pewne okoliczności historyczne, społeczne aktualia, a z drugiej jest we mnie jakieś silne, ukryte pożądanie czy pragnienie życia. Więc myślę, że jeżeli cokolwiek może mnie w istotny sposób ożywiać i czynić moje życie naprawdę sensownym, to właśnie owo pożądanie czy pragnienie życia.

W czym ono się objawia? Mam wrażenie, że już wiele razy o tym pisałem w różnych szkicach. Przede wszystkim moje pragnienie, aby dać się życiu objawić, wyraża się w woli dialogu, zabawy, picia piwa, paleniu papierosów, ale to nie wszystko. Bo wciąż, jak mniemam, chcę od życia czegoś więcej. Chciałbym, mówię to z pełną jak mniemam odpowiedzialnością, otóż chciałbym od życia rodziny. Chciałbym, żeby w naszym Królestwie, które stworzyliśmy z Ewelinką zamieszkał ktoś trzeci, nasze najważniejsze ogniwo i spoiwo.

U Eliadego mnie wiele rzeczy bardzo urzeka. Na przykład metafora Drzewa Świata, Drzewa Kosmicznego, Środka Świata. Eliade na przykład opisuje szczegółowo, antropologicznie i literacko bęben szamański, jego skórę, uchwyty, budowę a także funkcje, które spełnia w archaicznym plemieniu. Coś podobnego robiłem wczoraj, kiedy mówiłem o cygańskiej poetce Papuszy i w ogóle o Cyganach, byłem nie tylko etnologiem i antropologiem, który na przykład opisywał szczegółowo rekwizyt do wróżenia, którego używają kobiety cygańskie, tak zwanego "diabełka", "trupka", "kostkę" albo "włochate krzyże", ale byłem również, powiem to, literatem, pisarzem, który stara się oddać sprawiedliwość rzeczy konkretnej, bo z takich rzeczy składa się głównie czasoprzestrzeń dzieła literackiego, nie jest ona mglista, jest ona konkretna. Przy czym konkret ów może być rozpatrywany tyleż w materialnym aspekcie powierzchni (jak czynią nurty filozofii ponowoczesnej), co w aspekcie fenomenu czy zjawiska, uruchamiając potencjał noumenalny dzieła dzieła literackiego (co czyni na przykład Roman Ingarden w swojej znakomitej pracy "O dziele literackim").

Dalej pisze Eliade, że "bęben przedstawia mikrokosmos z jego trzema sferami-Niebem, Ziemią, Piekłem-i równocześnie wskazuje środki, dzięki którym szaman urzeczywistnia przerwanie poziomów i ustala łączność z górnym i dolnym światem".

Powraca oddział, ptaki, jasność i ciemność.
Z przedmowy Dumezila, do "Obrazów i symboli", Warszawa 1998, przekład: Magda i Paweł Rodakowie, ciekawa uwaga o życiu ludzkim jako o plątaninie więzi. O co chodzi w symbolu, wynika z tego, co Eliade pisze, że o jego ahistoryczność oraz głębię, głębię, która posiada ukryty rdzeń, będący właśnie czymś na przeciw, w opozycji, czymś, co się nie poddaje przypadkowej, historycznej fluktuacji. Eliade polemizuje z Freudem na samym początku. Pisze na przykład o tym, że nie istnieje seksualność "czysta", że najważniejszą funkcją seksualności, "jest funkcja kosmologiczna". Eilade na określenie specyfiki obrazów, używa terminu "wielowartościowe". Eliadego ambicją, z tego, co pisze, jest stworzenie "obiektywnej historii religii"(s.32). Rytmy czasowe, czasem ucieczka od codzienności, na  przykład w teatr albo słuchanie muzyki. Rytmy życia, rytmy śmierci, archaiczny symbolizm łączył się w pewnych zakresach z szamanizmem (s.44). Ponadto pisze Eliade o maieutyce, to jest znana metoda Sokratejska, która tutaj jest synonimem dobywania z głębi prawdziwie wartościowego, niepowtarzalnego oraz autentycznego doświadczenia swojego człowieczeństwa, które jest równocześnie doświadczeniem religijnym. Znowuż chodzi o to, że od historycznej sytuacji, tak zwanych aktualiów społecznych nie da się uciec, niemniej to nie tylko i nie do końca one determinują człowieczeństwo. Przestrzeń święta, czyli przestrzeń Środka, to innymi słowa przestrzeń rzeczywista. Dla intelektualisty jedyna, prawdziwa rzeczywistość-jego praca, książki, laboratoria (s.67). U mnie zawsze ważna była sprawa swojego laboratorium. Byłem nie tylko laborantem w dzieciństwie, ale również pisarzem-opowiadaczem, który opowiada o swoim laboratorium, tak jakby sam fakt bycia w laboratorium, szperania w laboratorium, przeglądania próbówek, oglądania rozmaitych, małych stworzonek przez mikroskop, był ważniejszy od samego eksperymentu. No cóż, nie całkiem poważny to naukowiec, raczej taki przytulny misiak, który lubi sobie stworzyć atmosferę do pracy. A pracować, fakt faktem, nie inaczej bowiem czytałem Brzozowskiego, już na studiach doktoranckich i te jego apele o pracę szczególnie do mnie trafiały. W dzieciństwie czytałem Schulza i pisałem esej o cierpieniu. Schulz powiadał, że cierpienie wcale nie jest dobre. Otóż praca również nie musi być najokrutniejszym wymiarem kary ani szczególnie potworną męką, pisałem zresztą o tym poprzednio w eseju o pracy. Praca powinna być natomiast organicznie związana z człowiekiem, z jego temperamentem, osobowością, zdolnościami, usposobieniem, charakterem, wtedy ona jest owocna prawdziwie. No a ja od najmłodszych właściwie lat albo naukowcem byłem, albo się w naukowca bawiłem, właśnie: może bardziej byłem dzieckiem, które pisząc nie pisało, bo życie tego dziecka było nieustającą, wewnętrzną rozmową ze światem, tak właśnie ze światem rozmawiam do dzisiaj, poprzez i dzięki wnętrzu. Mam rzecz jasna sprawy kalejdoskopowe, jako mały chłopiec lubiłem bawić się kalejdoskopem i to hobby zamieniło się w organiczną część mojej małej osobowości, ja się zmieniałem, dostosowywałem do ludzi, po prostu odbijałem się w ludziach poszczególnych jak w osobnych i rozmaitych lustrach i do dzisiaj nie wiem, które z tych odbić było prawdziwe, przypuszczam, że im wyżej wchodzę, tym lepiej siebie poznaję, moja wędrówka intelektualna jest bowiem poznawaniem siebie właśnie poprzez innych, poprzez te inne lustra, w których się przeglądam. Mam poza tym ostatnio obsesję swojej galicyjskości, tego, że pochodzę z Wielkiego Królestwa Galicji i Lodomerii, że to mnie jakoś napiętnowało, być może uwarunkowało i stworzyło częściowo mój artystyczno-literacki autyzm, który przecież, dzięki pewnym obiektywizacjom, mowa tutaj między innymi o robieniu doktoratu i implikacji z tego wynikających, stał się autyzmem strawnym i możliwym, nawet takim, który może stanowić jeden z nieskończonej ilości kluczy otwierających tajemnicę życia. Jest to, by tak rzec, rodzaj autyzmu konstruktywnego, który ludziom stara się nie wyrządzać szkody, a nawet więcej: pozwala na pewien rodzaj myślenia empatycznego, rozumienia cudzej historii. 
Teraz czekam na księdza i myślę sobie, że to nie tylko obrządek, nie tylko kult, nie tylko biała hostia, że to jest o wiele więcej, że to jest Boże. Ksiądz przyszedł po kolędzie, zaśpiewaliśmy kolędę, ksiądz pobłogosławił Nasz Dom, specjalnie dzisiaj nową kartkę przykleiłem, która wita gości, pokropił Dom wodą. Smutno jednak było bez Ewelinki, powiedziałem księdzu, że jest w pracy i że ją długo trzymają, że pracuje w biurze tłumaczeń, że zna angielski i niemiecki, ksiądz był zachwycony tym faktem, że moja Ewelinka zna języki. Pytał mnie o zdrowie, pokazywałem mu szczelnie wypełnioną półkę ze swoimi artykułami i szkicami krytycznoliterackimi w pismach literackich, krajowych oraz jednym zagranicznym, rumuńskim. Pokazywałem mu swoje książki, te poetyckie i prozę, mówiłem mu, że prowadzę wykłady w Domu Kultury Podgórze. Ksiądz siedział, mówił, że pracuję pewnie więcej w domu, opowiadał o tym, że gra w piłkę, że pracuje w szkole, dał mi jeden, tylko jeden obrazek ze Świętą Rodziną. Kiedy wychodził, dom zaczęła wypełniać nicość, na odchodnym rzucił, żeby pozdrowić Ewelinkę, kiedy wróci. 
Och, ja mam nicość w sobie i dookoła siebie i nawet te białe gołębie, które odwiedzam na uczelni i w barach, nawet one nie są w stanie zaradzić mojej nicości, białej, czarnej, szarej, ciemnej. A ja chciałbym, żeby moja nicość była ciemna jak studnia, głęboką, studzienną ciemnością i żeby z tej studni dochodziły dobre głosy, dobre wołania, dobre, Boże wołania. 
Eliade też pracował w laboratorium. Wiem, że bez mojej Ewelinki nie byłbym dobrym laborantem ani nawet przyzwoitym doktorantem. Bez niej byłbym niczym, bez tej miłości, zrobić wszystko muszę dla tej miłości, białej, szarej, białej, gołębiej miłości w Krakowie, na Rynku, pod parasolami, gdzie gołębie skubią małe ziarenka z grubych rąk, okutych w wełniane rękawiczki, z rąb rynkowych bab, sprzedających precle.

 

Pin It