J ó z e f    H e n

 

 

D  O  S  A  D  N  I  E .

 

de Sade

 

 

S a d e: „Umowa społeczna to spisek słabych przeciw silnym, zamach na prawa istot wyższych, moralnie, intelektualnie i fizycznie doskonalszych.”

     Twierdzenie markiza de Sade o umowie społecznej jako o spisku słabych przeciw silnym jest niewątpliwie polemiką z Rousseau. Markiz  był dzieckiem swojego wieku. Encyklopedię d’Alemberta i Diderota znał na pamięć. On też pisał powiastki filozoficzne. Różnica polega na tym, że w jego powiastkach cnota nie jest nagrodzona lecz ukarana. W przeciwieństwie do filozofów Oświecenia, Sade żadnych pozytywnych recept nie ma, zło bowiem, jego zdaniem, wpisane jest w nasz byt, więc musi triumfować. Słabi o tym, chytrusy, wiedzą, dlatego spiskują przeciwko silnym i lepszym. Triumfują bezwzględni – tak jak w naturze. Oto wszystkie wasze porządki, wasza umowa społeczna.

           Myśl o istnieniu „umowy społecznej” wprowadził jednak pierwszy nie Rousseau, lecz John Locke (Treaties on Government). Nie znano jeszcze teorii ewolucji i Locke wyobrażał sobie, że królowie byli od zawsze i zawsze też istnieli poddani, więc stosunki miedzy nimi określał rodzaj consensusu: umowy dogadzającej obu stronom. Potrzebna jest więc, konkludował Locke, niejako strona trzecia, p a r l a m e n t,  głównie po to, żeby kontrolować, czy władca wypełnia umowę uczciwie. Ale to Rozum, uważa Locke, nakazuje, by osiągnąć consensus. Rozum zawsze wiedzie ku Dobru. Sade odrzuca Rozum, podobnie jak odrzuca Boga. Widzi wszędzie tylko Naturę, a ta jest zła.

I w tym, będąc wychowankiem encyklopedystów, wchodzi z nimi w konflikt. Rousseau rzucił hasło powrotu do natury, ponieważ jest d o b r a. Jest mądrzejsza od nas. Wiek XVIII przejął z Montaigne’a, ze słynnego rozdziału O kanibalach, pochwałę „dobrego dzikusa”. Człowiek z natury jest dobry, to cywilizacja go demoralizuje – upierali się filozofowie.

Nie inaczej postępuje de Sade. Jego „prostaczkiem” jest Justyna, czysta i niewinna dziewczyna, na którą spadają wszelkie możliwe nieszczęścia -   zdradzają ją, oszukują, torturują, usiłują gwałcić, a ona z wytrwałością broni swej cnoty (bo tak ją nauczono! – sugeruje de Sade) i swojego ufnego, idealistycznego widzenia świata. Przeciwieństwem jest jej własna siostra Julietta, ta nie robi ze sobą żadnych ceregieli, zdolna jest do każdej zbrodni, w nagrodę zaś używa i opływa we wszystko.

Jak przystało na powiastkę filozoficzną, również i w opowieściach o Justynie prowadzi się dyskusje światopoglądowe z bohaterką. Ale kto je prowadzi? I kim jest bohaterka? Otóż prowadzi je Sade z Sade’m. Justyna nie potrafi znaleźć argumentów, ma tylko swoją niewinność, ufność, za którą wciąż jest karana. Ale to autor nie daje jej argumentów. Tego typu dyskusje światopoglądowe, w której autor odnosi łatwe zwycięstwo nad skonstruowanym przez siebie polemistą, przypominają trochę grę w szachy z samym sobą, kiedy czarne zapominają o zaszachowaniu wieżą po to, by białe mogły wygrać.

Sypią się więc na biedną Justynę twierdzenia, którym nie potrafi sprostać. „Nie ma żadnej proporcji miedzy tym, co dotyka nas, a tym, co dotyka innych. Pierwsze poznajemy fizycznie, drugie odnosi się do nas tylko moralnie, a doznania moralne są zawsze zwodnicze, nie ma prawdy poza wrażeniami fizycznymi…” (My dzisiaj wiemy, że i wrażenia fizyczne bywają zwodnicze.)

„Człowiek – dowodzi Justynie jeden z okrutników – jest częścią Natury i jest przez Naturę całkowicie zdeterminowany. Cokolwiek więc czyni, jest moralnie niewinny i nie może być oskarżany, System miłości bliźniego wywodzi się z chimerycznej doktryny chrześcijańskiej, a nie z prawa Natury”. Cnoty chrześcijańskie – dowodzi de Sade – wymyślili niewolnicy: sami nie mogąc używać rozkoszy, propagowali dobroczynność i dobroć, zgodnie ze swoim interesem. (Ale on – myślimy sobie od razu – jest wielkim panem, stać go na używanie rozkoszy, tylko ta przeklęta umowa społeczna (czytaj: kodeks karny) i opinia publiczna (czytaj: oszustwo cnót chrześcijańskich) mu przeszkadzają!)

„Ponieważ … prawa społeczne starają się uniemożliwić dzieło zniszczenia – komentuje Jerzy Łojek – więc są sprzeczne z prawami Natury; wynika stąd, że gwałcenie praw społecznych, praw ludzkich jest spełnianiem natchnienia Natury”.

Skoro upodobania seksualne są wrodzone, skoro dała nam je natura, nie mogą one być zbrodnicze. Nietolerancja wobec specyficznych upodobań seksualnych jest dla Sade’a „najgłupsza, najbardziej barbarzyńska… z jaką może spotkać się zbrodniarz”.

„Człowiek – dowodzi de Sade ustami Clementa, jednego ze swoich bohaterów – jest częścią Natury i jest przez Naturę całkowicie zdeterminowany. Cokolwiek czyni, jest moralnie niewinny i nie może być oskarżany”. I dalej, Clement: „Wilki pożerają jagnięta, owce rozdzierane są przez dzikie bestie; silny który poświęca słabego, słaby który staje się ofiarą przemocy – oto Natura, oto jej postać, oto zasady”.

Justyna nie znajduje oczywiście argumentów, tamten wszystko wie lepiej. „O Boże! – wykrzyknęłam. – Przerażasz mnie! Jeśli więc nie może być zbrodni przeciwnej Naturze, skąd bierze się w nas ta nieprzezwyciężona odraza, którą odczuwamy na widok niektórych występków?” Argument całkiem niezły. Co na to jej przeciwnik? „Odraza ta nie pochodzi od Natury -  odpowiedział żywo ów zbrodniarz – źródłem jej jest brak odpowiedniego przyzwyczajenia”.

Ponieważ Justyna nie potrafi się zmienić – jest nieuleczalnie cnotliwa – ponosi karę i od ludzi, i od Natury. Ludzie podczas burzy wypędzają ją na dwór, Natura kończy swoje dzieło uderzeniem pioruna. „Chodźcie! Chodźcie – wołają zbrodniarze – popatrzcie na wyrok niebios! Oto jak niebo nagradza cnotę! I czy warto ją cenić, skoro najwierniejsi jej wyznawcy stają się w sposób tak okrutny ofiarami losu?”

Przejęlibyśmy się tym argumentem, gdyby to nie była powieść – i to tak przewrotnie dydaktyczna. To nie Niebo karze Justynę – to wszechmogący Autor. Przeprowadził dowód, który nie jest dowodem. Piorun uderza nie dlatego, że Niebo tak chce, ale dlatego, że Sade tak chce. W powiastce, która miałaby udowodnić coś odwrotnego, Justyna znalazłaby w finale kochającego męża, może nawet – jak Kopciuszek – księcia, albo wygrałaby na loterii lub została gwiazdą ekranu. I byłoby to jako siła dowodowa tyleż warte, co grom markiza de Sade’a. Gdyby Sade grał uczciwie, powiedziałby po prostu, że piorun może uderzyć tak samo w cnotliwego jak w grzesznika – i to byłoby dostatecznie przygnębiające. Natura nie jest złośliwa – jest obojętna. Ale markiz jest w istocie, jeśli uważnie mu się przyjrzeć, maksymalistą moralnym: żąda od natury, żeby popierała cnotliwych. I to przemawia, dość nieoczekiwanie, na jego korzyść.

Gdyby w powieściach markiza de Sade głosiciele przemocy i zła mieli prawdziwych oponentów, a nie sfabrykowaną dla przeprowadzenia tezy Justynę, nie poszłoby im tak łatwo. Usłyszeliby, że ich prawdy są efektowne, ale pozorne, że głoszenie triumfu zła jest wprawdzie zgodne z obserwowanym przez nas stale czynnym pierwiastkiem szatańskim w życiu społeczeństw, niemniej jest to ułatwienie myślowe, demagogia, a przedstawiany obraz natury jest uproszczeniem. Sade twierdzi na przykład, że gdyby mord był przeciwny Naturze (to on, jako nieodrodny syn Oświecenia, pisze ją z dużej litery), byłby „obiektywnie niemożliwy, fizycznie nieosiągalny”. To „gdyby” jest rodem z kazuistyki, pokrewne argumentom scholastycznym. Dlaczego jedno ma wynikać z drugiego? Nie wiadomo!

Powiedzielibyśmy mu też, że „umowa społeczna” wcale nie musi wynikać z Natury, zwłaszcza jeśli przyjmiemy, że Natura jest wstrętna, ale może się właśnie przeciwstawiać temu, co złe w samej naturze. Świat Sade’a jest dżunglą, ludzie w nim to złośliwe małpy, ale nawet w takim świecie nie wolno ignorować moderującej roli rozsądku (skoro powątpiewamy w Rozum). Rozumująca małpa ludzka zbudowała nie tylko więzienia i narzędzia tortur – wymyśliła też tkactwo i uszyła jedwabne kolorowe pantalony markiza de Sade. Markiz na to odpowie, że uczyniła to kierując się pobudkami egoistycznymi. My na to, że on, markiz de Sade, nie domyśla się satysfakcji, jaką daje tworzenie, satysfakcji z udanej roboty, którą – w jego czasach – mógł odczuwać każdy rękodzielnik. Ale i on sam, powiemy mu, pozna pasję tworzenia, tych właśnie swoich wściekłych książek – tyle, że nie wyciągnie ze swojej pasji żadnego łagodzącego wniosku, żadnej refleksji. Czyżby uważał się za kogoś wyjątkowego? Za kogoś, kto jest ponad owe złe moce natury? Ależ oczywiście! Pierwsza w literaturze wizja „nadczłowieka”, uprawnionego przez swoją nadzwyczajność do specjalnego statusu, do zbrodni bezkarnej – zawarta jest w koncepcjach Sade’a.

„Człowiek w koncepcji Sade’a – relacjonuje Jerzy Łojek – jest uwikłany w tragiczny dylemat: ma do wyboru albo posłuszeństwo nakazom solidarności międzyludzkiej, prawom i konwencjom społecznym, co musi pociągnąć za sobą jego kompletne unieszczęśliwienie, bowiem nie może osiągnąć satysfakcji stojąc w sprzeczności z zasadami przyrodzonymi – albo dążenie za głosem Natury i zerwanie umowy społecznej, co przyniesie może czasami pełnię wyzwolenia, ale w większości przypadków kończy się klęską i unicestwieniem”. Markiz, jak większość propagandzistów, najpierw zmyśla fakt, następnie wyciąga z niego z góry przygotowane wnioski. Myli się nie tylko co do natury Natury, myli się także co do istoty szczęścia człowieka. Erich Fromm w Ucieczce od wolności wskazał na zjawisko, dziś chyba już oczywiste, jak to ludzie odnajdywali szczęście, orgiastyczne nawet, w stopieniu się z innymi, w podporządkowaniu się, w działaniu stadnym. To wolność okazała się dla ludzi trudna. Wolność – to przede wszystkim odpowiedzialność za samego siebie; nie każdy jest do tego zdolny.

„Natura dla Sade’a to płeć – zauważa Albert Camus w Człowieku zbuntowanym[1]. – logika doprowadzi go do świata bez praw, gdzie jedynym władcą będzie nieograniczona siła pragnienia.” Ale rzecz w tym – o czym Camus już nie mówi, a Sade nie raczy myśleć –że siła pragnienia jest ograniczona. Z czasem maleje nie tylko moc rozrodcza, ale (choć nie zawsze) i samo pragnienie. Do zadawania bólu niepotrzebna jest jednak sprawna męskość – wystarczy rózga. Sadyzm seksualny jest, być może, ucieczką dla tych, których pragnienia nie są zbyt silne, by się objawić w zwykłym stosunku.

Sprowadzając całe życie psychiczne do pragnień i żądz, markiz ignoruje całe jego obszary, ucieka od wszelkich komplikacji. Pomija, na przykład, w s p ó ł c z u c i e, dziwne zjawisko, które niekoniecznie jest produktem wychowania. Jest ono często instynktowne, jak dowodzi sama etymologia słowa. Człowiek z wyobraźnią wciela się w drugiego człowieka, odczuwa jego ból, udrękę, współ-czuje z  n i m ( i tak to się kiedyś formułowało, to dopiero ostatnio współczuje się k o m u ś).

Sade nie porusza też, na przykład, miłości do dzieci, zapewne dlatego, ze jest to dla niego instynkt, prawo natury, dalszy ciąg naszego „ja”. Wszystko to prawda, ale czym tłumaczyć – często poświadczoną w naszych czasach – miłość do cudzych dzieci? Do dzieci uratowanych podczas wojny (często wbrew „instynktowi”, bo z narażeniem życia własnych dzieci), czy do dzieci przyswojonych w czasie pokoju? Ileż dramatów było na tym tle, że po wojnie matka fizyczna, uratowana z zagłady, zgłaszała się po swoje dziecko? I która była matką rzeczywistą – ta, która urodziła, matka krwi, czy ta , która spędziła przy dziecku bezsenne noce, która drżała o jego życie? Wszystkie takie komplikacje są poza możliwością rozumienia w uproszczonym po doktrynersku świecie Sade’a.

 Pojęcie WSPÓŁ –ODCZUWANIA powinno być jednak dla Sade’a zrozumiałe. Bez tej umiejętności sadysta przecież nie odczułby sam rozkoszy. Rozkoszuje się, bo c z u j e czyjś ból fizyczny, wciela się wyobraźnią w tamtego, cierpi wraz z nim. I chyba dlatego można mówić o sadomasochizmie: ponieważ te odczucia są nie tylko wymienne, ale i splątane ze sobą.

Nie znał właściwie miłości poza żądzą fizyczną. Nie domyślał się, że w rozkoszy czysto fizycznej istnieje różnorodność odczuć w zależności od zaangażowania uczuciowego. Ponieważ miał tę skazę, wolał utwierdzić się w przekonaniu, że wszyscy ją mają – tak było prościej – a kto się do tego nie przyznaje, kłamie lub oszukuje sam siebie. (Pod tym względem, wtrącę, człowiek w ogóle uważa siebie za normę, każde zachowanie różniące się od jego własnego za odejście od normy.) „Wolność, której żąda – pisze Camus – nie jest wolnością zasad, lecz instynktów.” To dla siebie potrzebował tej wolności, potem dorobił do tego coś w rodzaju ideologii. „Logika namiętności – pisze Camus – obala tradycyjny porządek rozumowania i konkluzję stawia przed przesłankami. „

Jest rzeczą zdumiewającą, że Jerzy Łojek nie wspomina w ogóle o poświęconych markizowi szkicach Camusa.  Czyżby było możliwe, że ich nie czytał?  Camus nie okazuje pobłażliwości dla markiza de Sade, widzi w nim realne niebezpieczeństwo. Według Camusa, od rozumowania Sade’a, poprzez Nietzschego, wiedzie prosta linia do Hitlera. Boy – Żeleński już w 1933 roku przenikliwie spostrzegł, że Hitler „to łobuziak, który zachłysnął się teorią nadczłowieczeństwa”. Hitler, tak jak de Sade – ale już powołując się na walkę gatunków – też twierdził, że natura nie zna litości. Dla niego wniosek był prosty – i prostacki: jak nie my ich, to oni nas. Czyli „my ich”!

Przy tak uproszczonym widzeniu świata, nie bierze się pod uwagę, że przeciwnik nie musi być tak słaby, jak się wydaje. Że może tkwić w nim potencjał utajony, który się wyzwoli w momencie zagrożenia. Naród pokojowo usposobiony nie musi być tchórzliwy – w wypadku zaatakowania go może wykazać bitność i wytrwałość.

Albert Camus, obolały na duszy po straszliwym doświadczeniu hitleryzmu, atakuje Sade’a ostro, jak wroga. Zaczyna od oceny ogólnej. „Pisarz to drugorzędny, mimo udanych fragmentów…” Dalej: „Sade uzasadnia oszczerstwo, grabież i mord, domagając się, by były tolerowane w nowym państwie. (…) Amator wyrafinowanych egzekucji, teoretyk zbrodni seksualnej, nie mógł nigdy ścierpieć legalnej zbrodni”. I Camus zauważa: „Nie można jednocześnie wybierać zbrodni dla siebie i kary dla innych…”

„W polityce – pisze Camus – jego prawdziwą postawą jest cynizm”. Żeby jednak móc rozkoszować się cierpieniem drugiego człowieka, przymus jest konieczny. Zamknięcie, straże, regulamin. „dziwna doprawdy rozkosz – zauważa Camus – której doznaje się na rozkaz”. Camus, syn niepiśmiennych rodziców, który wyrósł na intelektualistę, ostatni wielki pisarz francuski, widział w rozumowaniu Sade’a sobiepańskie zachcianki, ale groźne, bo dla ich spełnienia podporządkowujące sobie świat. „Prawu potęgi nie starcza cierpliwości, by zdobyć cały świat. Musi wyodrębnić natychmiast teren swojej działalności, nawet jeśli trzeba go otoczyć drutami kolczastymi, wznieść dookoła wieże strażnicze”.

Torturowanie Justyny i innych ofiar przez rozpustnych mnichów odbywa się w miejscu odosobnionym, na zamku. Z tego Jean Paulhan, krytyk wybitny, wyciągnął wniosek, że Niedole cnoty zapowiadają Zamek Kafki. Ponieważ występny mnich mówi do Justyny: „tylko nie wyobrażaj sobie, że jesteś niewinna”, wyciąga się wniosek, że Sade zapowiada także Proces Kafki. Ale są to asocjacje – przepraszam ducha wybitnego krytyka francuskiego – powierzchowne, lekkomyślne i dęte. Proces Kafki nie przeprowadza bynajmniej tezy, że w każdym człowieku tkwi zło i wobec tego nikt nie może się czuć niewinny. Józef K. n a p r a w d ę  jest  niewinny. A zwłaszcza Kafce ani w głowie usprawiedliwiać czynienie zła. O co toczy się Proces u Kafki wiadomo, wypisano na ten temat tony papieru, są spektakle, filmy. Co do Zamku, to zawierzmy raczej Camusowi, który zobaczył w zamkach Sade’a przyszłe obozy koncentracyjne.

Wolność dla wybranych – niewola dla wszystkich innych. (Człowiek, jak się okazuje, nie może bezkarnie urodzić się markizem.) Zamek więc, odosobnienie, staje się koniecznością. Inaczej zaspokojenie wszystkich  żądz nie mogłoby się stać trybem życia – w normalnych układach społecznych może się udać tylko raz, potem już wkroczy policja. Nienawistny przymus.

Jak poprzedzający go utopiści, jak filozofowie Oświecenia, Sade  w swoim „zamku” też tworzy społeczeństwo „idealne”. „Ale, wbrew swoim czasom, kodyfikuje naturalne zło w człowieku.” Camus przytacza rachunkowość oprawców. „zmasakrowano przed 1 marca: 10. Od 1 marca: 20. Odeszło 16. Razem 46.” I Camus zauważa: „Prekursor niewątpliwy – jak widać, jednak skromny”.

Ponieważ Sade używa wyrażenia „słodki obyczaj zbrodni”, Camus pisze „Nic tu jednak nie przypomina słodyczy, raczej wściekłość zakutego w kajdany człowieka”. Warto się nad tym zatrzymać, ponieważ Jean Paulhan w swoim wstępie z r. 1945 konstruuje tezę efektowną (ale nie tak znowu zaskakującą w czasach triumfu psychoanalizy), że markiz de Sade wziął na siebie „winę” po to, by zostać uwięzionym – i móc pisać. Wszystko dla księgi! – tak chce to widzieć krytyk, mól książkowy, którego życie przebiegło miedzy ścianami redakcji, także w okupowanym przez Niemców Paryżu. Otóż znalezione w roku 1950 listy Sade’a burzą tę tezę. Przeciwnie, chciał być wolny! miotał się w klatce! szalał z zazdrości o żonę! Camus lepiej to wyczuł….

Ten markiz, mówi Camus, choć tego nie pragnął, w końcu nas wzrusza. Bo pisał: „Moglibyśmy zaatakować słońce, odebrać je światu albo nim świat podpalić, to dopiero byłyby zbrodnie…”

Czy nie jest to więc aby literatura dwuznaczna? Czy w gruncie rzeczy nie idzie tu o to, by powiedzieć: tak, to jest podły świat, bo tak go urządziliście – i wszelka zbrodnia jest uprawniona, bo to wy tak myślicie! Jest wskazówka, że twórczość Sade’a zawiera w sobie cechy dwuznaczności w jego polemice z roku 1800: „To, co napisałem, jest zapewne najwspanialszą pochwałą cnoty, jaką można wygłosić, a jeśli cnota nie byłaby tak piękną, któż w rzeczy samej opiewałby jej niedole?” Ale nie idźmy zbyt daleko – Sade tak pisząc bronił po prostu swojej skóry. A że nie miał czystego sumienia, najlepszy dowód iż, wbrew rzeczywistości, zaprzeczał w tej polemice, jakoby był autorem Justyny.

Jest bezsprzeczną zasługą Sade’a – konkluduje Camus – że „ukazał skrajne konsekwencje logiki zbuntowanej, kiedy zapomina ona o prawdzie swoich początków. Te konsekwencje – to zamknięta społeczność, zbrodnia powszechna, arystokracja cynizmu i wola apokalipsy”. Sam nie zabijał, jest urodzonym literatem – stwierdza Camus i dodaje gorzko: „Jego spadkobiercy nie wszyscy są pisarzami”. „Reedukacja człowieka do przedmiotu doświadczenia (…) oto nauki, które odnajdą teoretycy potęgi, gdy zaczną organizować epokę niewolników.” I kończy: „… to, czego nienawidził najbardziej, to znaczy zabójstwo legalne, zagarnęło odkrycia, które chciał oddać w służbę zabójstwa z instynktu. Zbrodnia, w rozumieniu Sade’a niezwykły i rozkoszny owoc zła, jest dziś tylko ponurym atrybutem policyjnej cnoty. Takie są niespodzianki literatury.”

Jerzy Łojek pisze w zakończeniu swojej książki, że „twórczość Sade’a nie ma w ogóle żadnego aktualnego znaczenia, podobnie jak… twórczość Voltaire’a i Jana Jakuba Rousseau.” Myślę, że profesor Łojek pomylił się gruntownie i to w każdym z tych trzech przypadków.

 

Józef Hen

 

[1] Cyt. wg tomu Eseje w tłum Joanny Guze.

 
Pin It