Andrzej  Gronczewski

 

K a m y k   z   A w e n t y n u

 

gronczewski fl

 

              Rok  temu, kiedy  odwiedziłem  ogród  pomarańczowy  przy  Santa  Sabina  w  Rzymie, uwagę  moją  przyciągnęły  zaraz  plakaty  z  dwoma  zdjęciami. Jedna  z  tych  fotografii ukazała  mi  mego  awentyńskiego  przyjaciela. Od  paru  lat  składałem  mu  punktualne  wizyty.

              Był  tu  gospodarzem, suwerenem, naczelnym  mieszkańcem, rezydował  w  ślicznym, białym  namiocie, tuż  obok  tarasu  widokowego, z  którego  widać  Rzym, jakby  miasto  znalazło  się  nie  tylko  w  zasięgu  spojrzenia, lecz również  w  promieniu  ludzkiej  dłoni. Całe  spojrzenie  wyładowuje  się  w  takim  miejscu, wyczerpuje  jak  dawna  taśma  filmowa, która  kończy  się  za  szybko, i  której  nam  zawsze  za  mało.

              Co  obiecują  i  co  przynoszą  takie  miejsca  uświęcone, w  których  cudownej  syntezie  ulega  nasze  widzenie, gdzie  kształtuje  się  nasza  historia  widzenia ? Chodzi  nie  tylko  o  rzymskie  Monte  Pincio, o  Gianicolo, o  widok  z  Piazzale  Michelangelo  we  Florencji. O  kołyski  zatem, w  których  dojrzewają  dla  nas  widoki  świata. O  macierzyste  punkty  naszej  pamięci.

              Chodzi  mi  jednak  bardziej  o  miejsca  intymne. O  punkty  swoiście  osobiste  w  naszej  historii  widzenia. Każdy  z  nas  nosi  w  sobie  ich  zbiór niewidzialny, ukryty, niekiedy  pilnie  strzeżony. Jak  mam  unaocznić  tę  kolekcję  obrazów ? I  jak  wyodrębnić ?

             Z  plakatu, jaki  dostrzegłem  przy  bramie  ogrodu  pomarańczowego  na  Awentynie, dowiedziałem  się  o  śmierci  rzymskiego  kota. Witał  mnie  zawsze  przyjazny, łaskawy, zainteresowany  i  przejęty  moimi  odwiedzinami, nie  oczekujący  żadnych  kęsków  do  jedzenia. Bardzo  ceniłem  te  objawy  bezinteresownej  serdeczności, słusznie  sądząc, że  tylko  na  nie  mogę  liczyć  w  tym  mieście, gdzie  nikomu  nie  zapowiadam  swego  przyjazdu, nie  mogę  więc  liczyć  na  cudzą  uwagę. Mogę  jedynie  czekać  na  tę  drobinę  serdeczności, jaka  pulsuje – pulsowała – w  ciele  tego  zwierzęcia.

              Od  pierwszego  razu, kiedy  go  zobaczyłem, fotografowałem  go  bardzo  starannie. W  wielu  miejscach  naszych  albumów, w  domu  na  Grotach  mieszczą  się  zatem  jego  zdjęcia, tak  bardzo  miłe, ciepłe, wiele  ciepła  niosące, gdy  na  te  zdjęcie  przypadkiem  albo  celowo  trafiam.

              Był  grafitowy, popielaty, szarawy, doskonale  zamknięty  w  swoich  kształtach, jak  zamknięte  bywają  tylko  koty. Był  idealnie  koci  w  plamach  słońca, w  oczach  lipcowego  upału. Jego  oczy  stawały  się  doskonałymi  zegarami. Zawsze  wiedziałem, że  zbliża  się  południe. Wystarczyło  jedynie  spojrzeć  na  kreskę  jego  źrenic, by  wiedzieć, że  za  chwilę  powietrze  wypełni  się  dźwiękami  wszystkich  dzwonów  Rzymu.

              Nie przychodzę  tu – mimo nazwy ogrodu – dla drzew  pomarańczowych. Przychodzę  tu  dla  cudownych  pinii, dla  ich  sosnowych  poematów, dla  ich  koron, tak  pięknie  rozłożonych, jak  poematy  właśnie, na  tle rzymskiego błękitu. Wbrew  wszelkim  pozorom  błękit  ów  nie  jest  cechą  zwykłego  dnia  lata. Bywa  raczej rzadki, świąteczny, trzeba  na  łaskę takiego  nieba  rzymskiego   długo  czekać.

              Realne  sosny  wolę  od  Pini  di  Roma, od  muzycznego  poematu  Respighiego. Za  każdym  razem  fotografuję  te  drzewa. Myślę  wtedy  o  swoich  ulubionych  piniach  w  różnych  miejscach  Rzymu, w  okolicach  Monte  Pincio, w  sąsiedztwie  willi  Borghese, dookoła  Piazza  di  Siena.

              Pewnie  istnieją  albumy, w  których  mistrzowie  fotografii zbierają  obrazy  swoich  ukochanych  sosen, jak  zbiera  się  wizerunki  rzeźb, katedr, słynnych  mostów, widoki  z  panoramicznych  tarasów. Dzięki  tym  zdjęciom  istnieje  się  zawsze  w  ojczyźnie  drzew, zwłaszcza  zimą, w  północnym  kraju, kiedy  sprowadzamy  niejako  drzewa  do  naszego  domu. Kiedy  delektujemy  się  ich  obrazami  pośród  naszych  rzeczy, wśród  prac, działań, zmartwień, pomiędzy  naszymi  pragnieniami  i  tęsknotami.

              Wśród  takich  pinii, sędziwych  i  potężnych, mieszkał  mój  przyjaciel, maleńki, smukły, prężny, skupiony  i  zamyślony. Jak  powiedziałem, był  suwerenem  tej  przestrzeni, ku  której  zmierzają  podróżni  z  całego  świata. Jestem  pewien, że  w  wielu  oczach  niosą  oni  ten  właśnie  obraz, który  kryje  się  pod  moimi  powiekami.

              Bo  mój  przyjaciel  był  gospodarzem  ogrodu  pomarańczowego, gospodarzem  w  szczególnym  znaczeniu. Wiedział  nie  tylko  wszystko  o  pniach  drzew, o  ich  fakturach, o  miękkościach  trawy, lecz  znał  także  kamyki  plażowe, gładkie  i  foremne, zwięzłe  jak  miniaturowe  rzeźby, którymi  wyłożone  były  przed  laty  ścieżki  ogrodu. Wiele  takich  kamyków  widziałem  na  plażach  w  Stella  Polare, w  Ostia – Lido, ale  nie  tam, lecz  z  ogrodu  pomarańczowego  na  Awentynie  zabierałem  dwa  lub  trzy, zmieniając  je  w  talizmany, w  amulety, w  kamyki  niewiadomego  szczęścia, bym  mógł  nosić  je  w  kieszeniach. I obracać  nimi  w  tajemny  sposób, mnożąc  obroty  szczęścia.

              Zawsze  dziwię  się, że  od  kontaktu  z  ciepłem  moich  palców  kamyki  przekształcały  się  w  coś  organicznego, żywego, nabierały – jak  miniaturowe  rzeźby  Picassa, kamyki  zbierane  przezeń  na  śródziemnomorskich  plażach – czegoś  tajemniczego, czarnoksięskiego, podobnego  do  egzotycznych  klejnotów.

              Muszę  wyznać, że  mój  koci  przyjaciel  sekundował  mi  w  spacerze  po  ogrodzie  i  wydatnie  pomagał  w  wyborze  kamyków, zdając  sobie  jakby  sprawę  z  wagi  tej  czynności. Jego  łapka  dotykała  więc  kamyków, jakie  i  dzisiaj  mi  towarzyszą. Widzę  go  nadal, choć  nie  znam  jego  imienia, na  tle  tych  plażowych  kamyczków, z  których  każdy  mówi  o  innym  charakterze  i  stylu, o  innym rodzaju  zmysłowej  pamięci.

              Piszę  więc  epitafium  dla  przyjaciela – kota  albo  raczej  epitafium  dla  brata – kota, jakby  napisał  suweren  i  mieszkaniec  Stawiska.

              A  może – w  imieniu  pięknego  zwierzęcia – piszę  testament, naruszając  kompetencje  zwierzęcia ? Może  daremnie  skłaniam  je, by  posłużyło  się  moim  alfabetem, choć  niewątpliwie  znało  alfabety  doskonalsze  od  moich ? Znało  rodzaje  pisma  bardziej  czułe, wierne, ścisłe, imponujące  i  trwałe – w  aktach  ciągłej  odnowy ?

              Czy  zatem  opowieść  moja  nie  powinna  być  przypisana  pamięci  wszystkich  naszych  zwierząt ? Przypisana  pamięci  Arii  i  Kuranta – na  ramionach  Andrzeja  Hiolskiego ? Czy  nie  powinna  być  przypisana  pamięci  Toro, Hemingwaya  i  Hessego ? Tysiące  razy  nazwiska  te  wypełniały  przestrzeń  naszego  domu  i  ogrodu, wywołując  z  gęstwiny  najbardziej  pamiętne  koty  naszego  bytu ? Czy  rzecz  moja  nie  powinna  być  dedykowana  czarno – białemu, horacjańskiemu  Gambasowi  i  ślicznej, najbliższej, weimarskiej  Carze ? Tym, którzy  śpią  pod  wielkimi  cisami  naszego  ogrodu, pod  jarzębiną  z  Antałówki, posadzoną  rękami  mojego  Ojca ?

              Kiedy  rozmyślam  o  awentyńskim  przyjacielu, wydaje  mi  się, że  był  on  depozytariuszem  innej  jeszcze  wiedzy. Rozumiał  bowiem  przedziwną  kaligrafię, dzięki  której  niektórzy  ludzie  zostawiają  swój  ślad  w  przestrzeni  świata, w  jego  wybranych  obszarach.             

              Jakże  gęsty  musi  być  tekst  świata ! Jakże  gęste  musi  być  pismo, o  jakim  mówię. Do  ogrodu  z  pomarańczami zaszedłem  niemal  czterdzieści  lat  temu. Wiedziałem, że  to  ukochane  miejsce  egzekutora  i  sprawcy  pewnej  księgi. Że  czynił  je  terenem  wielu  przechadzek, z  fantomami  dzieląc  godzinę  przechadzki. I  dla  tej  właściwie  księgi, dla  osób  uformowanych  z  tworzywa  fikcji, zaglądałem  tu  przez  cztery  długie  dekady, nie  licząc  się  zupełnie  z  tym, jak  łatwo  albo  jak  trudno  było  tu  przyjechać, jak  trudno  było  przyjść  na  awentyńskie  wzgórze.

              A  więc  trzeba  było  jechać  autobusem  „75”, wysiąść  na  przystanku  Santa  Frisco  obok  magicznej  pompy, która  niosła  dar  zimnej, czystej  wody, tak  bezcenny  w  okolicy, gdzie  nie  ma  właściwie  żadnego  baru, kawiarni, kiosku, gdzie  trzeba  dźwigać  nieodzowną  butelkę  wody  mineralnej, stosując  różne  przybory  i  techniki  pielgrzymowania – w  miarę, jak  zmieniały  się   mody  turystyczne.

              Już  przy  tej  pompie  słychać  intensywne  „strzyżenie” południowej  ciszy. Cykady – jak  na  cmentarzu  „protestanckim”  za  Piramidą  Cestiusza –   prowadzą  swa  niezmordowaną  działalność  w  porze  lipcowego  upału. Igły  piniowe  są  długie, wiotkie, śliskie, pachną  słodko – gorzkawymi  esencjami, jakimś  rodzajem  upalnej  „rdzy”, balsamem  upału, treścią  lipca  lub sierpnia.

              Zgubiło  go  coś  zwykłego, chwila  nieuwagi – myślę, nie  czytając  jeszcze  tekstu  na  plakacie, tekstu  z  dwiema  fotografiami. – Czym  jednak  bywa  „chwila  nieuwagi”, jeśli  nie  łagodnym, przelotnym  zawieszeniem  naszej  wiedzy  o  grozie  i  przerażającej  ohydzie  świata ? Nagłym, bezradnym  przedłużeniem  kojącej  hipotezy  o  pogodzie  czasu  i  urodzie  ziemi ?

              Kto  nawykł  do  przybyszów, idących  tu  z  miłością, w  pogodzie    zachwytu, mógł  na  chwilę  zapomnieć, że  ludzie  mają  pięści, a  zwierzęta  kły i  pazury. Że  nie  zapominają  o  nich  nawet  w  obszarach  rajskiego  ogrodu.

              Zapatrzony  w  obrazy  Caravaggia  muszę  pamiętać  o  nożach, widomych  dzięki  jego  płótnom. Noże  i  sztylety  Caravaggia  mogą  w  każdej  chwili  obrócić  się  przeciwko  nam. Mogą  zagrozić  naszemu  ciału, naszemu  gardłu  lub  brzuchowi, naszym  bezradnym piersiom, płucom  i  trzewiom. Wiedząc  o  przekleństwie  noży  nie  możemy  zasnąć  w letargu  dnia  lipcowego. Musimy  zasnąć  w  zimnej  ciemności  zbrodni, morderstwa, nienawiści, przemocy.

              Bo  plakat  donosił  o  zbrodni, czego  nie  zrozumiałem  w  pierwszej  chwili, odpychając  od  siebie  złą  wiadomość, patrząc  na  dwie  fotografie. Ta  druga  pokazywała  mordercę, tego, kto  dokonał  zbrodni  w  obszarze  raju. Może  to był  raj  tylko  na  godzinę, na  kwadrans, może  na  minutę, ale  był  to  na  pewno  raj, choć  w  raju  nie  powinny  działać  zegary, czas  uważając  za  wartość  nieznaną, szkodliwą, pustą  i  daremną.

              Człowiek, który  zadał  sobie  trud, aby  sporządzić  plakat, rozwiesić  jego  różne  kopie  w  wielu  miejscach  lokalnego  i  uniwersalnego  raju, protestował  więc  przeciwko  zbrodni  w  ogrodzie  pomarańczowym.

              Zawsze  mnie  poruszają  te  złote  kule  w  malarstwie  florenckim  czy  na  obrazach  malarzy  ze  Sieny, złote  kule, świadczące  o  dosycie  słonecznej, cierpliwej  pory  owocowania. Nie  godzi  się  ona  z  minutą  zbrodni. Słoneczne  kule  czasu  pulsują  metafizycznymi, niewidzialnymi  sokami, sokami  nieba.  A  jednak  sekundują  od  tysiącleci  czasowi  zabijania.

              Morderca  na  zdjęciu  z  plakatu  był  piękny, rosły, silny, czujny, przenikliwy, nawykły  do  współpracy  z  człowiekiem, co  niekiedy  źle  świadczy  o  zwierzęciu, albowiem  od  długiego  czasu  żyjemy  w  epoce, w  której  ludzie  są  coraz  bardziej  zezwierzęceni, a  prawdziwe  zwierzęta, naśladując  ludzi, ukazują  coraz  bardziej  swą  zdeformowaną  istotę.

              Był  to  piękny  wilk, owczarek alzacki, pastor  tedesco, mówiąc  w  tutejszym, dźwięcznym  języku. I  tenże  pastor  tedesco  swoimi  pięknymi  kłami  rozszarpał  mego  przyjaciela, o  czym  w  słowach  pełnych  daremnego  oburzenia  i  słusznego  żalu  donosił  autor  plakatu.

              Jak  trudno  mówić  o  cierpieniu, mówić  o  zbrodni. Wczoraj  widziałem  w  kościółku  dantejskim  we  Florencji, w  Santa  Margherita, obrazy, opowiadające  o  męczeństwie  ojca  Maksymiliana  Kolbego. Te  obrazy  były  okropne, nie  dlatego, że  pokazywały  postacie  w  pasiakach  obozowych, ale  że  nie  umiały  ich  ukazać  z  malarskiego  punktu  widzenia. Nikt  nie  zwracał  tu  uwagi  na  oświęcimskie  obrazy, tak  krzykliwe  i  zaskakujące  w  kościele  cudownej muzyki – muzyki  jak  czysty  strumień światła, płynący  przez  obszary  ciszy  i  ciemności. Piękna, ordynarna, dojrzała  kobieta  w  towarzystwie  podstarzałego  młodzieńca – siedziała  przy  grobie  Beatrice  Portinari  i  co  chwilę  sięgała  do  koszyka,  w  którym  zakochani  składają  kartki, zwracając  się  z  wieloma  prośbami  do  muzy  Dantego. Kobieta  czytała  owe  karteczki, bezbronne  i  otwarte. Czytali  je  oboje, śmiejąc  się  głośno, bez  kropli  zażenowania, wstydu, pokory. Włamywali  się  długo  do  samego  centrum  człowieczej  tajemnicy, utrwalonej  dzięki  chwale  i  grozie  pisma.

              Pamiętaj, że  istnieje  także  zbrodnia  pustego  śmiechu. Nie  ścigają  tej  zbrodni, nie  sumują  żadne  trybunały. Wiele  jednak  zbrodni  można  zawdzięczać  ogrodowi, można  je  odkryć  dzięki  ogrodowi  pełnemu  drzew  pomarańczowych.

              W  Podróżach  do  Włoch  nie  omieszkał  mówić  Iwaszkiewicz  o  psach, jakie  zaludniają  place  i  ogrody  Rzymu  swoimi  zabawami  i  spotkaniami. Ukazał, jak  cieszą  się  psy  na  uwięzi  psom  wolnym  od  smyczy. Wiele  mówił  o  wstydzie  zwierząt, świadomych  ułomności  i  ohydzie  swych  właścicieli. Mówił  o  kręgach  zbrodni, jakie  zatracają  się  nad  zwierzętami, pochwyconymi  przez  rakarza. Stygmat  Ikara, ciągle  obecny  w  krajobrazie –  czy  nie  odkrył  go  Iwaszkiewicz  w  przestrzeni  wszystkich  czasów ?                         

              Dobrze, że  tu, w  ogrodzie  pomarańczowym, ujawnił  się  krzyk  protestu. Że  nasilił  się  głos  uwagi  wobec  zbrodni. Że  pomieszane  zostały  plany  człowiecze  i  plany  zwierząt. Że  cienie  wymierne  spotkały  się  z  cieniami  metafizycznymi.

              Czy  Perseusz  musi  nieść  głowę  Meduzy ? Dlaczego  ciało  Meduzy  musi  być  takie  piękne ? Dlaczego  z  tyłu  florenckiej  rzeźby  Celliniego  mieszczą  się  jakby  kapliczki, a  w jednej  z  nich  tkwi  śliczna  figurka kobieca ?  Perseusz  ma  skrzydełka  przy  kostce  nogi. Podobnie  jak  Ikaria  Mitoraja. By  morderstwo  czy  samobójstwo  było  skrzydlate. Tuwim  napisał Skrzydlatego  mordercę, ale  tytuł  pochodzi  bodajże  od  Mickiewicza.

              Muszę  tu  jakoś  wpleść  psa  z  fresku  Benozza  Gozzoli  z  kościoła  augustianów  w  San  Gimignano. Jak  zachowuje  się  filozof  wobec  psa. ? I  pies  wobec  filozofa. Teraz  trzeba  uciułać  odpowiednie  szczegóły, zebrać  różne  frazy, sięgnąć  do  dawnych  moich  dzienników. Każdego  lata  mnożyłem  notatki  o  ogrodzie  pomarańczowym.

              Ogród  był  kiedyś  obszarem  ciszy, zamieszkałym  jedynie  przez  cykady. Było  w  nim  więcej  alej  z  drobnymi  kamykami. Teraz  jest  więcej  trawników, starannie  podlewanych, stąd  nader  egzotyczne  w  Rzymie  doznanie  wilgoci  i  świeżości. Za  to  zbudowano  jakieś  estrady  i  ustawiono  potężne  głośniki. Wyobrażam  sobie, jaki  ryk  unosi  się  tutaj  nad  całym  Awentynem  i  biegnie  w  stronę  Circo  Massimo, w  stronę  Palatynu  i  Kapitolu, w  stronę  bliskiego  Bocca  di  Verita  ?

              Kiedyś  chodzili  po  tym  ogrodzie  filozofowie  i  poeci. Dzisiaj  poeci  stronią  od  ogrodów, pielęgnując  własne, osobne  ogrody  rozpaczy. Chciałbym  kiedyś  opisać, jakie  drzewa  rosną  i  dojrzewają  w  takim  ogrodzie. Opisać, jak  wyglądają  i  jak  smakują  owoce  rozpaczy. 

               

         Florencja, lipiec  2008                                    

                                                       Andrzej  Gronczewski

 

Pin It