Rafał Skąpski

 

Rok 1914 w Brzeznej

        Pierwsze miesiące I wojny światowej w korespondencji Jana Skąpskiego do Adama Stadnickiego  oraz w pamiętnikach Zofii  -  cz. 2

                           

Jacek Durski
Jacek Durski

Oddajmy znów głos wspomnieniom Zofii Skąpskiej. Czas pierwszej wojny obejmuje dobrze ponad pięćdziesiąt stron maszynopisu, poniżej - z konieczności - wybór najciekawszych fragmentów dotyczących listopada i grudnia 1914 roku.

 

     „W dniu 13/XI o godzinie 5-tej rano „Szpital koński” opuszcza Brzeznę. Część jedzie koleją, część udaje się pieszo na Piwniczną, nad Poprad, na Węgry. Do ostatniej chwili konie ze stodoły z owsem cofnięte nie były. Za 7 tygodni kwatery koni, wojska, oficerów zapłacono 178 koron, zaś słomy spasiono za 6 tysięcy koron. Prócz tego szkody otaksowano bardzo nisko: 52 kopy owsa, 6 fur grochu, 5 przęseł płotu (100 koron) i 3 kopy pszenicy na 2762 korony. Gdy Mąż przedłożył ten rachunek Majorowi, oznajmił, że nie ma pieniędzy, aby rachunek podać do Starostwa. Tymczasem Starostwo wyjeżdżało, więc szkód nie podano. Gdy wojsko wymaszerowało, chłopcy znaleźli na gumnach 2 karabiny, naboje i tornistry, choć wojsko od dwóch dni wiedziało o wyjeździe i czekało tylko na rozkaz. Znalezione rzeczy chłopcy odnieśli do majora, a ten zirytowany powiedział: „to nie są soldaty tylko świnie”. Zanieczyszczony ogród jest też dowodem, że Pan Major ma rację, poza tym w pokojach, mimo że było 5 ordynansów pozostał nieporządek, pełno papierów, śmieci. Podłogi tak zniszczone, że nawet nie znać, że kiedyś były froterowane.”

                                                                  

 „Dowiadujemy się, że dn. 19/XI wkroczyli Rosjanie do Nowego Sącza. Wyszła do nich Rada Miejska i duchowieństwo i prosili o opiekę. Generał Dragomirow[1] wydał surowe rozporządzenia, by nie rabowano. Nazajutrz, dn. 20/XI poszłyśmy z Janką[2] ku Podrzeczowi, by się coś bliższego dowiedzieć, towarzyszy nam Pan Białowąs. W Wyglanowicach jest jeszcze patrol austriacka, która podjeżdża do Podrzecza, zaś od chłopów dowiadujemy się, że patrol rosyjska złożona z 6 kozaków była o 6-tej rano w Świniarsku, byli u wójta Potoczka, u chłopa Gargasa, dopominali się o wódkę i jedzenie. Patrzyli na mapę i zaznaczyli sobie Brzeznę. Chłopi wraz z chłopcami 15-16-letnimi w obawie by ich Moskale nie zabrali do wojska, pouciekali w góry, zostały tylko kobiety i dzieci. Ziemia wygląda cudnie, gdyż wczoraj spadł pierwszy śnieg, obserwujemy, że na chatach powywieszane są święte obrazy. Ciszę przerywają salwy karabinowe gdzieś od gór nawojowskich. Idące kobiety informują nas, że ta patrol rozstawała się z „ruskimi” bardzo grzecznie. Kobiety ze Świniarska poszły z mlekiem do Nowego Sącza, ale stamtąd puścić ich nie chcieli, dopiero po interwencji w Magistracie nasi przewoźnicy przewieźli je [przez rzekę] koło Małej Wsi.

Dzień 21 listopada 1914 był cudownie pięknym dniem. Śnieg biały okrył okoliczne góry, objął ziemię całą. Słońce zachodzące rzuciło różowe tony na Tatry, jakby wyrzezane z alabastru. Kładło się na szafirowe wstęgi lasów. Na ziemię tę tak strojną i piękną, nieprzypuszczającą, że kiedyś na jej polach padnie wiele ciał ludzkich. Cała sotnia kozacka w milczeniu mijała wsi okoliczne nie śmiejąc świsnąć nahajką i zamącić harmonię otoczenia. Była to chwila ułudna, chwila ciszy przed srogą burzą… chwila uśpienia obaw. Pierwsza patrol do Brzeznej dotarła 23/XI o 4-tej godzinie po obiedzie. Byli 3 Kozacy dońscy z pikami, jeden z nahajką, inni z karabinami szablami i rewolwerami. Nasze dzieci przyglądają im się ciekawie. Patrol prosi o owies, siano, wódkę i papierosy. Dostali chleba ze słoniną. Zapytali się, kiedy u nas ostatni raz było wojsko austriackie, pytają czy dzieci uczą się po rusku. W tym samym dniu w Podegrodziu obrabowano Szkołę Gospodyń Wiejskich, poodbijano zamki od strychów, zabrano 10 schowanych koców. […] Teraz już codziennie przyjeżdżają patrole i po obiedzie, to znów rano. Na nasze zapytanie, czy można jechać do Sącza mówią nam, że naturalnie, więc też z Janką wybieramy się by zasięgnąć informacji co do wyjazdu Janki do Radomyśla. W dniu 24/XI przed ósmą rano, pojechała patrol, gdy już konie kasztany zaprzężone były do powoziku. Za nami miał jechać wozem Wróbel. Chciałyśmy zakupić węgla, gdyż podobno je sprzedają w magistracie. Patrol kozacka, która nadjechała, radziła nam byśmy szybko jechały gościńcem, aby nam koni nie zabrano. Naturalnie na wyjazd zaopatrzyłyśmy się w legitymacje wydane przez wójta. Wywołujemy mocne zdziwienie. Ludzie po drodze wychodzą z domów i odradzają nam jazdę. Żadne wozy nie jadą i kobiety mimo, ze to targ do miasta nie idą. W Świniarsku wyszedł ku nam Potoczek i odradza byśmy jechały. Zabiorą konie i wóz. W Chełmcu straszą nas, że do Sącza wjedziemy, ale nas z niego nie wypuszczą. Na podpisanie legitymacji trzeba czekać u komendanta trzy dni. Pan Wittig[3] z Chełmca, z Nowego Sącza nie może się wydostać. Nie zważając na to jedziemy, zaś Wróbel wraca się, bo jest bardzo przestraszony. Przejeżdżamy most na Helenie (mimo warty) bez żadnych trudności. Kobiety sprzedają swe wiktuały koło mostu nie wchodząc do miasta. Przy Ratuszu pełnią Polacy straż obywatelską, ci informują nas, że nasze legitymacje trzeba dać potwierdzić u komendanta i że te legitymacje są ważne tylko na 24 godzin. Od straży obywatelskiej dowiadujemy się, że linią bojową jest Zakliczyn, Ujanowice, że coś się zaczyna psuć, że może nastąpi odwrót, że jest mniej wojska w Sączu. W magistracie, gdzie wydają kwitki na węgiel (1 tona z odstawą do domu za 30 koron, a bez 25 koron), pełno ludzi, dostajemy żądane kwity. Teraz idziemy do komendanta, tenże kwateruje na poczcie. W kancelarii zarządcy poczty urzęduje rotmistrz i dwóch oficerów. Gdy między włościanami i mieszczanami zobaczyli nas Kozacy zrobili nam miejsce „puszczajcie damy do pana komendanta”. W pokoju porządek niedbały, łóżka i kanapy nie posłane, lichtarze z wypalonymi świecami, ot jak na wojnie. Oficerowie, a raczej rotmistrz w pierwszej chwili powiedział nam, że nas do domu nie puszczą, bo nie przepuszcza się na drugą stronę Dunajca. „Jak to – wybucham - przecież przyjechałyśmy po sprawunki i nie wróciłybyśmy do dzieci? Patrol była u nas i wczoraj i dzisiaj” Pan rotmistrz rozpatruje na mapce, gdzie leży Brzezna. W końcu słowo „małe dziecko... karmię je” kruszy jego upór, podpisuje nasze legitymacje, a po furmana Wojciecha Kostynę posyła Kozaka, aby i jemu podpisać legitymację. Tymczasem informujemy się o Radomyśl nad Sanem i siostra moja dowiaduje się, że może tam jechać, na jej obawę, żeby jej koni po drodze nie zabrano, rotmistrz dodaje pełen kurtuazji mówiąc z nami po francusku: „Jak dama będzie siedziała na wózku, to jej nigdy koni nie zabiorą”. Wychodzimy zadowolone, a Kozacy stoją przy koniach, poklepują je i wyrażają zdziwienie, że armia austriacka jeszcze nam tak pięknych koni nie zabrała. Przepustki nasze wywołują zdumienie, księgarz Pisz[4] opowiada nam, że od trzech dni na próżno chodzi do komendanta i dostać nie może legitymacji do Kaniny. W Sączu prawie wszystkie sklepy żydowskie pozamykane, prócz tego trafika, Przełom (wódka), Zagon (sklep Tow. Roln.) sklepy zamknięte nie są rozbijane. Z powrotem nie robiono nam żadnych trudności. Kozacy przy moście, gdy zobaczyli z daleka papier, czerwony podpis, wołali „jest pismo – jedźcie”. Po drodze nie spotkałyśmy nikogo, nasze konie były pierwsze z okolicy w mieście. Z urzędu pocztowego, gdzie urzędował komendant nie zdjęto jeszcze orła austriackiego. Oficerowie rosyjscy najczęściej kwaterują w chatach, toż samo na przedmieściach, a nie w mieście w prywatnych domach. Kozacy z patroli, gdy wchodzą do kuchni zdejmują czapki. Przed jedzeniem, zwracają się do świętych obrazków, żegnają się, to samo po jedzeniu. Państwo Stadniccy z dziećmi i Matką wyjechali na Morawy do swego majątku Frain, w pałacu w Nawojowej został tylko kasjer. Oficerowie zamieszkali tam i ze dworu biorą co chcą. Gdy Kozacy w dzień biorą u chłopów siano, owies, kury, gęsi, mówią wiejskie kobiety: „oni nie kradną, ino w dzień biorą”, nikt im nic nie mówi, gwałtów żadnych z kobietami nie robią.

     Dnia 27/XI przyjechał do nas porucznik z 19 Kozakami, był pod Krościenkiem. W Krościenku są jeszcze Austriacy. Porucznik zamieszkał w gościnnym pokoju. Sprawiali się zupełnie przyzwoicie, nie robili żadnych szkód. Nie pozwolono dzwonić w południe, [na wsi we dworze było w zwyczaju, by przerwać robotę] bano się czy to nie są sygnały. Sotnik utrzymywał, że idą do nas z sercem i że Polska będzie, mówi po polsku, choć jest Rosjaninem.

2 grudnia 1914 r. w Brzeznej na Jedlanem i koło Podegrodzia był ułan austriacki, przebrany za górala. Przyznał się ludziom, że przyszedł na przeszpiegi, opowiedział, że jest dużo wojska w Rytrze i na Węgrzech, a w Barcicach koło Starego Sącza 12 armat rosyjskich. Opowiadał o wielkiej bitwie pod Limanową, w której dość Rosjan wyginęło. „Te psiakrwie oficerowie myślą tylko o koniakach, szampanach, dobrym jedzeniu, a nas nie ma kto do bitwy prowadzić” – tak zakończył. Rozmawiała z nim Panna Gostkowska[5] i Żyd Lejba z Brzeznej. Nigdzie teraz nie można dostać drożdży, a Tatuś nie może jeść chleba, chciałam więc kupić drożdży. Dowiedziałam się, że drożdże są w Starym Sączu. Wybrałam się więc piechotą do Starego Sącza z Panną Gostkowską i Panem Białowąsem. Było to dnia 4 grudnia. Gdy o jedenastej rano wchodziliśmy do Starego Sącza, zauważyliśmy wielki popłoch. Właśnie do Sącza weszło 3 tysiące wojska i zażądano 1.100 funtów chleba. Na rynek nie wpuszczano, kilkuset Moskali maszerowało w stronę Barcic. Weszliśmy w uliczkę koło klasztoru, a blisko poczty spotkaliśmy Kozaków dońskich. Oficer zaczął mówić do nas po niemiecku, byśmy prędko szli do domu. „Czy będzie bitwa?” spytałam, „Zobaczycie”. Naturalnie nie zawróciliśmy, gdy byliśmy w mieście zza cmentarza dwa razy uderzyły ogromnie silnie armaty rosyjskie. Na wieży kościoła stał Kozak. Zawróciliśmy, a towarzyszyły nam ciągłe strzały karabinowe w lasach pod Starym Sączem, to znów od Biegonic, a między tym odzywały się silnie armaty. Wojska austriackie szło od Piwnicznej i Rytra. Za Gostwiczanką na drodze od dworu spotkaliśmy oddział Kozaków orenburskich. Prowadził ich sympatyczny oficer, który grzecznie pytał o Gostwicę i twierdził, że bitwa będzie zaraz. Za oficerem jechał kozak, który dnia poprzedniego porwał mi z podwórza kaczkę. Powiedziałam to oficerowi, kozak zawstydził się, a gdy spytałam się, czy kaczka była smaczna powiedział, że tak. Dalej spotkani trzej oficerowie zapytali, czy nie wiemy, gdzie jest wojsko austriackie. Oficer z 20 Kozakami pytał o drogę na Mokrą Wieś i do Świdnika. Wszyscy wyjeżdżali z Chochorowic i kryli się za wał. Na Glinkach stał Kozak na widecie. Drożdże w Starym Sączu zdobyłam ¼ kg za 3 korony. W domu niepokoili się ogromnie o nas, gdyż widzieli i słyszeli tę bitwę. Od godziny 3-ciej po południu w stronie Starego Sącza dudniły armaty i karabiny. Od czasu do czasu salwy karabinowe zbliżały się coraz bardziej. Lasy na górach oddawały tak wspaniałe echo, że zapominało się, że z tym potężnym zjawiskiem łączy się ból, cierpienie i że giną ludzie. Bliska bitwa toczyła się dalej, a od Limanowej słychać bezustannie głuche pomruki armat. Księżyc zaświecił, a dalekie pomruki armat od Limanowej nie ustały. Po podwieczorku patrole starły się tak blisko, że zdało się, że to na Litaczu. Już rano, gdy chłopcy wstali, tak wyraźnie słyszeli karabiny, że zdawało się, że potyczka toczy się za stodołami. 

Widać, że się zanosi na jakieś starcie, bo do Nowego Sącza już od południa nikogo nie wpuszczają. W dniu 3 grudnia o 3-ciej nad ranem zbudził mnie tak szalony huk armaty, od Starego Sącza, że aż na łóżku siadłam, w 10 minut nowe, trzy silne uderzenia. Mój Mąż się zbudził. Stróż nocny 5 razy słyszał silne armaty, a potem zaczęła się taka strzelanina karabinów, aż szyby we dworze dźwięczały. Las cały oddawał echem. Od lasów biegonickich bezustannie huczały armaty i karabiny – odpowiadają im armaty i karabiny z nawojowskich lasów. O 11 w nocy 20 infanterzystów (piechota) austriackich z oficerem koło naszych stodół zapytywało karbowego, gdzie są Kozacy i poszli ku Chochorowicom. Gdy rano staliśmy w ogrodzie pod lipami, od Wyglanowic gościńcem wyjechało ze 100 konnych, trudno poznać, czy to Austriacy czy Rosjanie, zbliżyli się do Świniarska, rozpoczęła się strzelanina karabinowa i salwy. Po chwili ucieczka i 5 konnych huzarów węgierskich podjechało pod ogród. Nie mogli się z nami rozmówić ani po niemiecku, ni też po polsku. Kryli się popod wał rzeki, w końcu ustawili się pod kuźnią nie wiedząc, że Kozacy w liczbie 20 uciekali wałem popod gumna. Austriackie wojsko strzelało do nich od Wyglanowic. Kozaków mój Mąż widział i pokazywał ręką w ich kierunku, lecz Austriacy, gdy usłyszeli strzały uciekli równią ku gościńcowi, a Kozacy cofnęli się ku Strzygańcowi i Chochorowicom. Jeden ranny Kozak biegł koło ogrodu, twarz miał z prawej strony przestrzeloną, zgubił dzidę (była potem u nas nawet na Pomorzu) konia schwycił mu drugi uciekający na Strzyganiec. Zrównali się, ranny dosiadł konia i pojechał. Zaledwie Kozacy zniknęli znowu kilku Węgrów zjechało przed dwór. Potyczki patroli są dzisiaj bezustanne, to w Gostwicy, to w Niskowej, armaty huczą od strony Rytra. Po obiedzie bitwa wzmogła się. Od drugiej godziny bije bardzo silnie 6 armat od Sącza, widać błysk tam, gdzie Dąbrówka, a granaty padają koło Winnej góry. Po błysku silny huk i pomruk pękających granatów. Austriacka armata bije od Podegrodzia, granat pękł na polu pszenicznym (naszym) na równi, a innym razem padają granaty koło Podrzecza, widać tam dymy. Za chwilę huczą od Podegrodzia 2 armaty, aż szyby trzęsą się. Huk szalony, walki karabinowe nie ustają w lasach koło Dąbrówki, Nawojowej i Winnej Góry. Na Strzygańcu przybywa huzarów węgierskich i rozsypuje się tyralierka. W krzakach chochorowskich zaczęła się walka karabinowa, poparta karabinami maszynowymi. Do późnego wieczoru biją armaty. Po obiedzie odwiedza nas patrol 5 huzarów Węgrów, zachowują się w okropny sposób, gdy Halszka[6] spytana o owies odpowiedziała im, że owsa nie ma, odezwali się na to: „No, no ty łotrejko”. Gdy im Marysia, pokojówka nie od razu wyniosła drugą herbatę, wyciągnęli na nią szablę. Do Antosia[7] wołają „jabłka, jabłka” i pokazują na drzewa. Na moje pytanie, gdzie są armaty odpowiadają „nie rozumiem”. Są dobrze pijani, drugie herbaty wylewają na podwórzu, częstują swe konie. Mimo, że wkoło huczały armaty i na Strzygańcu bez ustanku biły karabiny, dopiero po dobrej godzinie odjechali. Gdy armaty ucichły zjawił się elegancki oficer Węgier, huzar, prosił o szklankę wody i chleba z masłem. Poprosiłam go do pokoju. Jest tak zmarznięty, że bułki rozłamać nie może, herbatę pił bardzo prędko. Spieszył się bo na Strzygańcu jest „Schwarm linia”. Naturalnie pociesza nas, że jak Rosjanie będą z Węgier wyparci to przyjdzie więcej wojska. Pytał się czy Rosjanie rabowali. Opowiadał, że byli w Eperies [Preszów], że był już blisko swego domu na Węgrzech, a teraz musiał się oddalić. Zaledwie oficer odjechał, przybył huzar, oficerowie prawdopodobnie przyjdą na noc. Obejrzał gościnny pokój, trzeba jeszcze kancelarii, gdyż zamieszkałby Stabsmajor i adiutant.  Zagląda impertynencko do pokoju, zamieszkałego przez nas i twierdzi, że: „Oni sobie już tu sami poradzą i znajdą sobie więcej miejsca”.

O godzinie 7 wieczorem w salonie, w którym ustawiłam stół jadalny, aż się zaroiło. Mąż mój był na dole i zaprosił oficerów na herbatę. Przyszło ich 34. Podałam jakie tylko bułki miałam i te 50 ze Starego Sącza i pieczone w domu – chleb razowy, świeżą bułkę gorącą, dopiero z pieca wyjętą. Jaką tylko miałam w domu kawę, mleko, śmietankę, jabłka. Oficerowie przyszli niespodzianie. Mój Mąż poszedł na dół pod obóz, sądząc, że zobaczy tych, którzy mają nocować, tymczasem tych wcale nie było. Zgłodniali oficerowie po całodziennej walce podawali swe filiżanki i pili po kilka razy. Byli bardzo uprzejmi. Przedstawili się. Było miedzy nimi 3 Prusaków, pytali się czy już było pruskie wojsko u nasi zaręczali mi, że ich przyjdzie więcej. Jeden z nich zaczął do mnie po polsku, chwaląc się, że już się tutaj tego nauczył. Ja mu odpowiedziałam, że to bardzo ładnie, dlatego i my uczymy się po niemiecku. Węgrzy pytali się czy umiem po węgiersku. W końcu zabrali się do gotowanej słoniny i czy Węgrzy czy Prusacy to jedno umieli i powtarzali: „ale zrabowali”. Silili się nawet na komplementy, jeden mi powiedział, że tyle tylko umie, że potrafi po polsku pięknym paniom dziękować i rączki całować. Ja mu na to powiedziałam po niemiecku, by zrozumiał, że na bitwie to za mało, lepiej umieć dobrze strzelać do nieprzyjaciela, uśmiechnął się i odpowiedział: „ach tak, Rosjan umiem karabinem pozdrawiać”. Na moje pytanie czy Rosjanie są w Starym Sączu, odpowiedział: „Ich glaube dass schon nich”. „A dokąd wyparci?” „Do Rosji”. Chyba do Nowego Sącza. O Grybowie, nie wiedzą, gdzie leży. Tak zachwycają się chryzantemami, które mam w salonie, że muszę niejednemu dać kwiat na szczęście. Kilku oficerów, a miedzy nimi i jeden Prusak przyszło do kuchni pić kawę, bo się bardzo spieszyli na Strzyganiec. Zapewniali nas, że noc możemy spędzić spokojnie, gdyby zaś jutro szrapnele blisko pękały, radzili nam kłaść się pod łóżka. Żyd Lejba prosił nas, o pozwolenie ukrycia się w piwnicy, toż samo kowalka i żona pastucha. My jesteśmy na linii. Oficerowie mówią, że wszystkie góry obsadzone są wojskiem austriackim i że jest tutaj 10 armat. Dzień 6 grudnia był jeszcze gorętszy niż wczorajszy. Austriacy cofnęli się ze Strzygańca i Niskowej na Wysokie, zaś od Nowego Sącza, aż do Wysokiego są Rosjanie. Na Wysokim stoją armaty austriackie. W Biegonicach koło kościoła i w czystym polu są armaty rosyjskie. Nasze są za klasztorem w Starym Sączu. Szyby w domu formalnie trzęsą się. W Świniarsku jest infanteria (piechota) rosyjska, a Podrzecze jest w rękach austr. Od 10 rano huczą armaty rosyjskie, aeroplan rosyjski krąży nad Strzygańcem i Trzetrzewiną. Od pękających granatów zapaliły się stodoły w Starym Sączu. Wzbijają się dymy, łuny czerwienieją niebo. Stodół 54, stojących rzędem z cały dobytkiem biednych mieszkańców spaliło się. Mieszkańcy bronić nie mogą swego mienia, gdyż przed pociskami siedzieli ukryci w piwnicach. Krwawa niedziela, ludzie duszą całą, widząc to morze ognia, błagają: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”. Armaty grzmią bez końca, a szrapnele padają raz bliżej, to dalej, koło Starego Sącza, Gołkowic, Mostków i lasów miejskich. Lasy rozlegają się echem strzelaniny karabinowej, od Wysokiego dudnią armaty, a pojedyncze strzały karabinów słychać koło Chochorowic, Niskowej i Porzecza. Patrole ułańskie to konne, to piesze przebiegają, kryją się popod wały, pędzą ku Strzygańcowi lub Podegrodziu. Wojsko jest tak ukryte, że go nie widać.  Gdy o 2 po południu (o 14-tej) staliśmy z Mężem na stoku ogrodu, kulka karabinowa aż przeszyła powietrze na 3 metry może od nas. Usłyszeliśmy charakterystyczny świst, a dołem lucerną pod dworem uciekało co sił mieli 3 ułanów, widocznie Kozacy gdzieś ukryci strzelali z zasadzki. Koło 16-tej Kozacy byli na dole koło chałup, a huzarzy węgierscy na Glinkach i zaczęła się gęsta strzelanina poza naszymi stodołami. W południe koło wału, gdy kręciła się piechota austr. sądziliśmy, że nadeszła chwila krycia się do piwnic. Przygotowujemy się do tego. Okna zewnętrzne zastawiamy kocami, a do piwnicy zanosimy najkonieczniejsze rzeczy i prowianty. Są tam sienniki i piecyk żelazny, pudło cukru (5 kg) kostkowego, prócz tego cukier miałki, dwie faseczki 10 kg powidła, paczka świec, 16 pudełek zapałek, ryż, kasza, herbata z puszką, kawa, jaja, 3 bochenki chleba i mleko pasteryzowane w słojach, słoje z konserwami mięsnymi z rosołem, paczka soli. Jest primus i 1,1/2 l. spirytusu denaturowanego, kosz jabłek. Panna Gostkowska ma kilkanaście flaszek starego wina węgierskiego, chowa je w drugiej piwnicy między ułożone ziemniaki. W salonie przez okna zamknięte czuć zapach dymu i prochu, którym powietrze jest przesycone.

Przed wieczorem zjawił się huzar i kazał przygotować miejsce na 20 koni. Nikt na noc nie zjawił się widocznie zmieniono plan. Moskale są zbyt blisko. Tego samego dnia rano koło 9-tej nasi chłopcy widzieli dwóch jeńców rosyjskich, Polaków, poddali się sami, szli rozbrojeni w najlepszej komitywie z Austriakami, częstowali ich papierosami, pokazywali jaki czarny chleb dostają z otrębami, mówili głośno po polsku: ”bodajby diabli wzięli tych Mosk.”. Choć się ściemniało walka jeszcze nie ustaje, karabiny terkoczą i armaty od czasu do czasu huczą bardzo silnie.

Mówi nasz karbowy, że koło 20 wieczorem przejechało przez folwark 6-ciu żołnierzy rosyjskich Polaków i pytali o wojsko austriackie.

O 22 godzinie w nocy, gdy ja jeszcze przed snem karmię Wandunię, dobija się do drzwi wchodowych dwóch infanterzystów (z piechoty) ros. pułk. 15. Przychodzą pod pretekstem szukania „Magyarów”. Wyszła do nich Pani Wytrwałowa i mój Mąż. Dostają gorącej herbaty, słoniny i chleba. Mąż wraca o 24-tej i kładzie się w ubraniu. O 2-giej w nocy już dn. 7/XII budzi nas karbowy, że żołnierze chcą rozbijać piwnicę z jabłkami. Mąż dał mu klucze i polecił, by żołnierzom otworzył, by sobie wzięli jabłek. Mąż ubrał się i poszedł za nimi. Żołnierzy było koło 40, nabrali jabłek ile tylko mogli i z piwnicy pakowali się do dworu do korytarza, gdzie stała wielka skrzynia (sąsiek) z mąką. Mąż kazał im wyjść z korytarza, podchodzić pojedynczo do drzwi to dostaną słoninę i chleb. Wynosiłyśmy ze spiżarni z Panią Wytrwałową słoninę, mąż krajał kawały i rozdawał. Tak wyszły całe dwa połcie słoniny i chleb ile go tylko w domu było, pili herbatę, dopominali się o masło, o jabłka. I raz jeszcze wpadli, by im skrzynię otworzyć, że mąki nie wezmą, chcą tylko sprawdzić, czy nie ma Magyarów, chcą iść na strych. Po otwarciu skrzyni, chwycili zaraz za wór, a właśnie była najpiękniejsza mąka pszenna. Mąż odradził im, że tego worka nie uniosą, wzięli mniejszy z chlebową. Gdy mówiłam do męża, że są bardzo ordynarni i nieprzyjemni, spytał mi się jeden: „czego szumisz? No żywiej, żywiej dawaj mąkę”. Spieszyli się, no i my radzi byliśmy, że ta bardzo niemiła wizyta kończy się. Trudno usnąć, noc pełna wrażeń nie miała końca. Wpada karbowy, żołnierze uprowadzili nasze najlepsze konie, kasztany i siwkę. W dodatku dopadli do obory, pastucha Adama pobili kolbami i zabrali 2 jałowice i jedną cielną. Staszkowi, fornalowi ściągnęli buty, a karbowy stróżował boso, w obawie, by mu butów nie ściągnęli, zachował je w nawozie. Wtem rozlega się huk ogłuszający, godzina 3 po północy, drugi huk. Czyżby znowu armaty grały i zaczęły się nowe zmagania. Na niebie rozlała się szalona łuna. W pierwszej chwili sądzimy, że to Podegrodzie pada pastwą płomieni. Pod tym wrażeniem zabieram się do zabezpieczenia futer, bielizny, ubrań. Kto wie czy jutro szrapnele nie wywołają u nas pożaru? Pakuję w kufry rzeczy cenniejsze z tą myślą, by zaraz rano wniosła je służba do piwnic pod domem. Gdy dobrze dniało zorientowaliśmy się skąd pożar pochodził. To spalenie słynnego drewnianego mostu na Dunajcu pod Starym Sączem. Podrażniono nieprzyjaciela, klasyczny odwrót, spalenie za sobą mostów, a my zostawieni jesteśmy na zemstę. Przy znoszeniu rankiem kufrów do piwnic, nowe gorzkie rozczarowanie. Nocni goście, Moskale, piechota 15 pułku, których było przeszło 50, odbili kłódkę i wybrali wszystkie prowianty, nie zostawiając niczego. Pół flaszki spirytusu denaturowego wypili zaraz, flaszka porzucona. Zachowało się wino Panny Gostkowskiej, ukryte w ziemniakach. Gdy my jednych częstowaliśmy chlebem i słoniną, drudzy spełniali swe funkcje koło domu i stajen. Prócz tego ściany zewnętrzne dworu mają namacalne pamiątki, dziury od bagnetów, czegoś tam szukali. Koło stajen i gumien przeciągają dońscy Kozacy 30 pułku i kierują się na Wólkę brzezińską. Nad ranem pocieszył nas karbowy, że konie wydarły się Moskalom i powróciły do stajni. Krótka nasza radość, bo zaledwie skończyliśmy śniadanie odwołano nas, że Kozacy jadący z góry zabierają ze stajni konie. Nic nie pomogliśmy, ohydnie w naszych oczach wybierano i uprowadzano konie. Tak poszedł kasztan i ogier, para kopnych karych (za 1000 koron) i klacz źrebna siwka i gniada. Protestów naszych, młokos oficer słucha z ironicznym uśmiechem i na wszystko ma jeden niezbity argument: „To wszystko carskie, brać można a tym bardziej od austriackiego poddanego, gdyż wczoraj Austriak chciał nas kulką trafić” - zakończył komendą - „No żywiej czorty!” i pomknęli jak wicher w górę ze swoją wojenną zdobyczą. Patrzymy bezsilnie na marnowanie pracy życia naszego. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć, gdy od stajni wołają fornale, że żołnierze znów nam porywają koce, tną uprząż. Mój Mąż jest właśnie zajęty w piwnicy pod serkarnią obdzielaniem 2 żołnierzy jabłkami i odbieraniem im rzeczy czeladzi, na które mają ochotę. Idę więc sama do stajni. Tutaj na odmianę gospodarują sanitaci, jedna dera już przytroczona do siodła, drugą wynosi żołdak ze stajni. Narobiłam hałasu i stanowczo powiedziałam, że mają natychmiast oddać: „brać nie wolno”. „Kto zabronił?” „Komendant”. Było ich 6 roześmieli się w głos, lecz jeden mimo gradu ładnych epitetów, cisnął derę. Drugi stał nieporuszony. „Oddaj derkę!” „Nam nasz oficer pozwolił.” „To ładny co kraść pozwoli” – wybuchnęłam podrażniona. Na to właśnie podoficer wyjrzał zza stajni krowiej, a ci dwaj obdarowani jabłkami nadeszli. „To wasz znany system, jedni przychodzą do dworu, proszą o jedzenie, a drudzy rabują, kradną…” Na te słowa sanitat rzucił derę. A pan oficer ciągnął śpiewnym, słodkim głosem: „Moi żołnierze porządni, nic nie zabrali. Oddali”. Wszyscy zajadają jabłka, głos oficera łagodzi całą scenę. „Dziękuję za jabłka…” żołnierze dorzucają podchlebnie „prosimy o flaszkę wina dla naszego oficera”. Jeszcze te sylwetki nie zniknęły, gdy nadjechał podesauł Mironow. I ten ogląda konie. Jest z 30 pułku dońskich Kozaków. Wysłuchał naszych skarg, wypił herbatę i nawet napisał kartkę, że wzięto 6 koni i nic nie zapłacono, zdobył się nawet na dopisanie słowa „wstyd”, to ma być talizmanem zabezpieczającym od dalszej rekwizycji, czy też rabunku. On robi wyjątek dla nas, mógłby zażądać kupna kuca, przydałby się do wożenia żywności, ale to kuc syna państwa, więc go zostawi. 

A gościńcem ciągnie wojsko ku Podegrodziowi, jak twierdzą, „na Kraków”. Armaty biją za wojskiem austriackim, które górami umyka. W południe nowa grabież, ułani 10 pułku zaprzęgli konie do wozów (2) i zabierają owies w szopach, siano. Niechaj jedzie z nimi człowiek to zapłacą. Na gumnach jak na jarmarku, pełno wojska różnych formacyj, rabują co się da. Na moje powiedzenie, że rabują, prostują, że to tylko „rekwizycja” zresztą to carskie. Jeden z żołdaków dotyka się mej kurtki podbitej królikami: „gdybym chciał to bym zabrał ten kożuszek”. „To też carskie” mówię ironicznie. Jeden zaś zwraca mi uwagę „niech się dama nie zapomina, nie mówi że się kradnie, bo ja bym mógł damę aresztować”. Gdy się dowiedziałam, że do Nowego Sącza puszczają ludzi wybieram się o 3 po obiedzie do Świniarska z P. Gostkowską i Panem Białowąsem, by upomnieć się u pułkownika 30 pułku kozaków o konie zrabowane. Mijamy całe kolumny wojska, koni i kuchni polowych. Zimno jest więc na głowę założyłam baszłyk. Żołnierze wołają „dawaj baszłyk”. Nie zwracam na to uwagi. Budzą się we mnie obawy, że nie zastaniemy pułkownika. Rzeczywiście wyjechał do Nowego Sącza, nadaremny trud. Idziemy kawałek z oficerem Polakiem Zielińskim. Nie krępują się żołnierze, zachodzą mi drogę i bezczelnie zaglądają w oczy.  Od oficera dowiadujemy się, że Częstochowa i Kalisz są w pruskim ręku, że tutaj idzie 4 korpus wojska rosyjskiego. „Dobrze żeście nie wyjechali, bo byście nie mieli do czego wracać”. Milczę, wojna. W domu, po powrocie zastałam oficera I pułku kozaków orenburskich, ten radził, by jechać do Stadeł, gdzie stoi pułkownik 10 pułku ułanów i poskarżyć się, że właśnie ci ułani biorą furami owies, siano i nic nie płacą, toż samo zabrali 2 wozy nasze. W Podegrodziu stoi jenerał dywizji, można i do niego przejść, on zakaże zachowywać się tak grubiańsko. Zdecydowaliśmy się jechać. Konie niedobrane, bo już innych do wyjazdu nie mamy, oficer orenburski jechał na koniu obok nas, niestety przed Gostwicą (jechaliśmy rzeką) musieliśmy zrezygnować z jazdy. Konie skakały, mało nas nie wywróciły. Wysiedliśmy z faetonu, trzeba było nawracać Decydujemy się jutro rano pójść do pułkownika piechotą. Z ciężkim sercem wracamy i czekamy, co na znów noc przyniesie. Oficer obiecał, że nam przyśle kogoś do pomocy. Koło godziny 22 dobijanie do drzwi i pukanie coraz natarczywsze. Grożą nam, że jak nie otworzymy to nam drzwi wywalą. Antoś, ja i Pan Białowąs całą siłą trzymamy drzwi od wewnątrz. Po kwadransie słyszymy, że drzwi zaczynają przepiłowywać. Dowiadujemy się w końcu, że to kowale, że ich oficer orenburski przysłał, by nas strzegli. Otwieramy. Dość sympatyczni. Dajemy im herbatę, baranią pieczeń, rumu flaszeczkę, chcą by im dać drugą zapłaciliby rubla, jednak my pieniędzy nie chcemy, a rumu więcej nie mamy.  Oburzają się na rabunek. A tu znów dobijanie „owsa”. To nic, że noc. Jeden z naszych obrońców wychodzi i tłomaczy, że za późno. Układamy ich na noc w stancji dziewcząt, które bierzemy do pokoju. Sami kładziemy się ubraniach, by każdej chwili móc wyjść. Przed 4-tą raną obchodzimy stajnie, nie brakuje niczego. Możliwsze jeszcze konie wyprowadza się ze stajni i zamyka na gumnie na kłódkę. W Dzień Święta Matki Boskiej – 8/XII przed 6-tą rano idziemy z Mężem do Stadeł do pułkownika ułanów, a potem mieliśmy być w Podegrodziu u jenerała Markowa[8]. Nim wyszliśmy już nadeszło 7 ułanów 10 pułku i znad stajni krowiej zabierali siano dla swych koni, mieli też ochotę zabrać krowy. Niestety w Stadłach dowiadujemy się, że pułkownik odjechał, toż samo jenerał z Podegrodzia. Są w drodze powrotnej, spotykamy naszego znajomego oficera orenburskiego – powiedział nam, że pułkownik ułanów 10 pułku jest w Świniarsku, a jenerał nie wiadomo dokąd pojechał. Poszliśmy do Świniarska. Pułkownik przyjął nas bardzo grzecznie, rozmawiał z nami po niemiecku i po francusku. Wynotował sobie wszystko, miał 22 ruble za siano przysłać i wozy kazać oddać (nie spełnił tego). Słuchając o grabieży i rabunku dodał ubolewająco: „ … c`est une chose tres desagreable”[9], ale my jesteśmy bezsilni. Trzeba zapamiętać sobie pułk, zrobić doniesienie. Do domu mieszkalnego żołnierze nie mają prawa wchodzić. Za kradzież jest zawsze kara. Zapytany o pułkownika 30 pułku dońskich kozaków, nie wie dokąd wyjechał. Zapytany o pułkownika Żołtyńskiego oznajmił nam, że takiego nie ma, choć pułkownik 10 pułku ułanów podał nam to nazwisko i zapewniał, że to „człowiek bardzo światły … z Petersburga, to najlepsza rekomendacja”. Pan pułkownik od ułanów żegnając się z nami ubolewał, że musimy iść piechotą. Do domu wróciliśmy o w pół do 10-tej rano, i znowu na gumnie to samo co wczoraj. Najbezczelniejszy rabunek, żołdacy zaglądają wszędzie, porywają co się da - karmią swe konie. Dowiadujemy się od P. Białowąsa, że w nocy żołnierze odbili stodołę z sianem i owsem, fury zajeżdżały z drugiej strony i ładowano mimo naszych obrońców. Pan Białowąs dzielnie nam pomaga jedzie z furami po zapłatę, do „starszego”, czyli oficera, ale zanim on za jedną furę weźmie pieniądze to stąd kilkanaście zrabowanych odjeżdża. Tak i teraz jedzie do Chochorowic, do kogoś ze starszyzny, postanawiam również pójść, towarzyszy mi Panna Gostkowska. Droga straszna, pełna błota. Wrażenia niesamowite, zza każdego węgła domu ze stryszków wyglądają twarze żołdaków różnej formacji. Żal bierze patrzeć, na to marnowanie pracy i dobytku ludzkiego. Ludzie wiejscy stoją i w osłupieniu patrzą bezradnie na swą nędzę. Fury uginają się pod zrabowanym sianem, owies wsypują do wozów. Nie płacą i pytają o pozwolenie. Spotkani wojskowi powtarzają jedną piosenkę „wszystko to carskie, Galicja nasza, możemy wszystko zabrać”. Pytają o dwór i czy właściciel nie uciekł. „Mój mąż jest w domu.” „Acha, to >ona< gospodyni. A czasem wy nie uciekali … tak dobrze, bo car za wszystko płaci, a tych co uciekli to rabują.” Trzeba wielkiego zaparcia siebie, by im nie bluznąć całej prawdy w oczy, o codziennym rozdzieraniu naszych dusz. Na wieść, że idziemy do komendanta wybuchnęli ironicznym śmiechem. Chodzenie nasze było nadaremne. Pułkownik był w Niskowej. Do wieczora, tak mój mąż, jak i ja ruszyć się nie mogliśmy z gumna. Wpada z kuchni czeladniej Baśka: „Chcą kupować świnie”. Znamy tych kupców, kręcą się cały dzień – oglądają obiecują 5 rubli, obchodzą krowy i świnie, oglądają przyszłą zdobycz. Obiecują, że „pan” (oficer) przyjdzie i kupi. Jest już ciemno. W kuchni 3 dragonów z 10 dywizji, nie można ich z kuchni wyprosić. Dobijają się znowu do nas, próbują wywalić drzwi, proszą o świecę, którą Pani Wytrwałowa miała w rękach. Mój Mąż chcąc się ich pozbyć, kazał im dać świecę. Pani Wytrwałowa przełamała na pół, naturalnie, że nie omieszkali poczęstować Ją „staruchą”. Uciszyło się.  Obeszliśmy wszystkie budynki, pozamykaliśmy chlewnie, kurniki, dziewkom kazaliśmy zamknąć się wewnątrz. Powrócił Pan Białowąs, już czas na chwilę niezamąconego spokoju. W tym pada pytanie Pana Białowąsa: „a kto jeszcze nabiera na gumnie siano, czy owies, jadąc widziałem światło”. Zelektryzowani tym, wyruszyliśmy z Mężem i Panią Wytrwałową, tym więcej, że przed chwilą obchodząc wszystkie kąty, kazaliśmy cieśli zabić stodołę. Na podwórzu od kuchni czeladniej do serkowni rozstawionych 7 żołnierzy bez karabinów, z odwróconymi epoletami, by nie poznać formacji i każdy pyta: „kudy idiosz?” „To ja ci się mogę tak  spytać, bo jestem na swoim, a wy ładna patrol co przyszła kraść”. Ujrzeliśmy koło ogrodu snopy owsa – przy nich, kozacy orenburscy, w ogrodzie za płotem, koło stodoły cała banda na koniach. Zaczęliśmy spokojnie: „Wy owies kupujecie, wy nie rabujecie – wasz pan chwalił was żeście porządni”. „Tak kupujemy”. „A gdzie starszy?” „W stodole”. Poszliśmy za nimi do stodoły, było tam kilku Kozaków, przyświecali sobie lampką, wiązali gorączkowo siano i owies i przytraczali do koni. Cieśla tłumaczył się, że Kozacy wpadli na gumno, wyrwali cieśli siekierę, rzucili w owies a sami grabili. Pan Białowąs niby rachował snopy, choć wiedział, że to rabunek. Straszny kwik świni, rozległ się, tak że umknęliśmy ze stodół. Zanim dobiegliśmy już w chlewie nikogo nie było, a z dołu usłyszeliśmy turkot odjeżdżającego wozu.  Zabrali świnię i wieprza, a prócz tego jeden z wieprzków był z dwóch boków tak pokaleczony, że trzeba było go dobić. Przed chlewnią była krew, przed zabraniem sztuki zabito. Świeczka zabrana Pani Wytrwałowej posłużyła do świecenia w chlewni. Dużo było wrażeń na jeden dzień.

Chcąc choć trochę siana uratować, następnego dnia 9/XII idę o 4-tej rano z moimi dziewczętami do stodoły i napychamy sienniki (jest ich dość ze Szkoły Gospody Wiejskich). Zaledwie 5 sienników napchałyśmy, a żołnierze są już pod dworem. Zawołałam karbowego, który był przy doju, aby gumno zamknął. Ciemno jeszcze było, żołnierze po moim wołaniu powstrzymali konie pod górą. „Siano jest … owies? No żywiej, żywiej…” „Jest” „Fura jest?” „Jest, jest” „A kto zapłaci?” „Zapłaci, zapłaci… no żywiej…” „Mam czas jak przyjdzie pan” – odpowiadam z flegmą. „A gdzie pan?” – pada pytanie. „Wstaje”. Odwrócił się żołnierz, poszedł koło dworu, przez ogród na dół i fura z niczym odjechała. Zrozumieli, że we dworze jest oficer. Po pół godzinie zaczęło się to samo co wczoraj, widocznie chcą wybrać pasze do ostatniego źdźbła. Gdy w południe dragoni 10 dywizji Wilhelma brali siano i owies, znaleźli 5 paczek nabojów austriackich. Wytłumaczyliśmy oficerowi, że tutaj stało wojsko austr. Oficer przyszedł do dworu na wino i zapytał o broń i rewolwery. Mąż mój powiedział, że oddał w starostwie. Przed przyjściem Rosjan 2 strzelby, flobert, owinięte w mundur Drużyn Bartoszowych w pace, były zakopane w ogrodzie. Ktoś jednak wypatrzył to, bo już ich potem nie znaleźliśmy. W czasie obiadu Kozak orenburski tak się dobija do drzwi, że wyrwał zasuwkę, wszedł z nahajką, poszedł do kuchni. Drzwi od korytarza zamknęłam, a biorąc pękniętą zasuwę powiedziałam, że pójdę do komendanta. Twarz miał bardzo nieprzyjemną z płomieniem na policzku. Poprzedniego dnia kradł owies, wydał Panu Białowąsowi na 55 kóp fałszywy podpis i nikt należności nie wypłacił. Tenże sam skradł cieśli w domu derkę i chleb. Po obiedzie kowal dorobił silne haki do drzwi schodowych. Rabunek na gumnie trwa do nocy. I znowu noc w ubraniu. Dla mnie wytchnieniem jest karmienie Wanduni, gdy czuję Ją przy piersi, gdy patrzę w Jej niewinne oczęta i gdy w tej chwili czuję na sobie wzrok Madonny della Sedia Rafaela, co wisi nad naszymi łóżkami.

Nadszedł dzień 10/XII. Młóci się właśnie owies, ludzie są na boisku, stodoła zamknięta, ludzie przechodzą dziurą koło pasa - i tam żołnierze trafią, odcięli pas od młocarni. Karbowy odebrał im ten kawałek pasa „corpus delicti” Znowu gorączkowy popłoch, rabują żołnierze wszystkich formacji. Pan Białowąs nie może trafić po pieniądze. Widzimy od Stadła, Podegrodzia cofanie się. Żołnierze biorąc siano, odbijają drzwi od wozowni, zabierają latarnie od naszego powoziku. Chowamy więc uprząż i latarnie w pokoju. Wozy karbowy porozbierał i koła schował do nawozu. Z każdym dniem nabieramy nowego doświadczenia. Uprzejmy pułkownik od ułanów nie oddał ani pieniędzy za owies ni też wozów, wszystko tylko piękne słówka. Po obiedzie na nowo armaty biją od Wysokiego. Dzisiaj jednak nie robi to na nas wrażenia. Choć na chwilę opuścili nas Kozacy, szczęśliwi korzystamy z tego.  Służące nasze noszą słomę na stajnie końską, dzieci młynkują owies, który nosi się na strych nad dom i wpuszcza pod podłogę. W dawnym chlewie i drewutni pod dachem vis a vis dworu, biorą ludzie dół, chowamy tam skrzynię z pszenicą, żytem, z jabłkami, ze słojami z kompotami i mlekiem. To wszystko przykrywa się ziemią i nawozem.

Co za dziwny dzień – 11/XII nie widać patroli, lecz armaty nie przestają dudnić na Margoniu i w nawojowskich lasach. Aeroplany rano latają bardzo nisko, wszystko ponad dwór i nad polem bitwy. Dzieci nasze w dalszym ciągu wypychają sienniki sianem. Żołnierze rosyjscy dali się we znaki i naszej czeladzi, skradli ubranie pastucha, porwali mu surdut, ściągnęli buty, zostawili go tylko w ciepłej koszulce i spodniach, a przy uprowadzeniu jałówek w dniu 7/XII gdy powiedział „ależ Panowie, trzeba się Pana spytać czy pozwoli brać” tak go pobili kolbami, że leżał półtora tygodnia. Na szczęście, że przepełznął na inne miejsce i oni tego nie zauważyli i dalej kolbami i bagnetami bili po słomie. 

Tak jak wczoraj, tak i w dniu 12/XII w sobotę prawie nigdzie nie słychać patroli rosyjskich, a słychać straszny huk armat. Armaty austriackie biją od Krynicy, Łabowej i Barcic toż samo od Limanowej i od Grybowa. Wszystko drży, karabiny wtórują, a las echem powtarza. Rosyjskie armaty huczą do 11 przed południem, potem cichną. Koło Mokrej wsi terkoczą karabiny. Moskale uciekają z Nowego Sącza ku Przetakówce. Po obiedzie rozlega się silny huk, wysadzenie mostu na Helenie, lecz uszkodzono tylko jeden filar. O godzinie w pół do szesnastej po obiedzie od Gostwicy rzeczką przyjeżdżają ku nam ułani austriaccy. Jest ich 80. Jest z nimi rotmistrz Kubin[10], jednoroczniak ochotnik Józefczyk (siostrzeniec Pani Wytrwałowej) syn doktora wojskowego. Nadporucznik i porucznik ze Lwowa. Żołnierze przeważnie Polacy spod Bochni, Wiśnicza, Tarnowa. Oficerowie całe trzy tygodnie byli w Piwnicznej, potem górami cofnęli się za Łącko, w dniu 5/XII byli też w Starym Sączu, który tylko jeden dzień był w ręku austr. W kucharzu panów oficerów poznajemy górala, który chodził na przeszpiegi w Jedlowym w dniu 2/XII – był również w Nowym Sączu, w Starym Sączu, w Trzetrzewinie. Dostał złoty medal za przyniesione wiadomości, pochodzi spod Tarnowa, zwie się Maślanka. Ułani, wojsko dwa dni nic nie jedli, dajemy im ziemniaki, mleko, słoninę. Oficerowie, ułani i konie nocują we dworze. Kucharz oficerów, nie wiedząc, ze dostaną kolację wyciąga do odgrzania z południa kotlety z kapustą i jabłka obsmażane w cieście. W zapasach pp. Oficerów są i cukierki śmietankowe, stollwerck[11], ser szwajcarski, drożdże, bułki, musztarda. W korytarzu postawiono wartę. Cała noc pełna niepokoju, lecz już nie ciąży zmora rabunku. W nocy przyjechała kuchnia polowa.

Rano dnia 13/XII, w niedzielę odjechali, zostawili jednego konia karego, kulawego. 

I znowu nowe wrażenia, rano przez rzeczkę, dołem popod ogród przyjeżdża 300 legionistów. Co za radosne uczucie! Jadą ku Chochorowicom, są z pułku Piłsudskiego. Zatrzymał się Sroczyński z Mędrzechowa, któremu koń zakulał, rozmawiał z moim Mężem i opowiadał, że legioniści są zawsze na najniebezpieczniejszych pozycjach, za kawalerią kuchnia nie jeździ, rozkaz odwrotu dla nich zawsze się spóźnia, toteż Moskale ich prażą. Piechota legionistów I pułk jest 13/XII w Podegrodziu. Na plebanii u księdza Oleksika[12] mieszka Piłsudski z oficerami. II i III pułk Legionów jest na Węgrzech, a IV w Jabłonkowie na Śląsku. W I Pułku Legionów są trzy kobiety, jedna mężatka z mężem jest w kawalerii, dwie w piechocie. ”Kasia” nazywa się „Kazik”.

14/XII pojechaliśmy do Nowego Sącza, wart żadnych, w mieście dużo legionistów, sklepy prawie wszystkie pozamykane. Most na Helenie bardzo uszkodzony, ale przejechać można. Gdy wracamy wieczorem szalona łuna od Grybowa, palił się Mariampol rafineria nafty. Dnia 16/XII o 9 rano przejeżdżała popod dwór patrol 100 Legionistów I Pułku Piłsudskiego z oficerem i sanitatem na wyłapanie Moskali, którzy pozostali w górach. Pod drzewami zrobili sobie odpoczynek. Wyszłam ku nim z dziećmi. Wyniosło się i słodkie mleko, jakie tylko było w domu, 2 kosze jabłek i 2 pęki chryzantem. Chłopcy młodzi, niektórzy z nich poprosili tylko o kwiaty, rezygnując z jedzenia. Pojechali w stronę Gostwicy. Zapytywali pokojówki jak się nazywamy i odezwali się dowcipnie, że powinniśmy sobie zmienić nazwisko na „Szczodrowscy”, gdyż tak ich podjęliśmy. Za chwilę przypędził konny Legionista Horoszkiewicz[13] (w legionie „Wojnicz”) z oznajmieniem, że za 1/2 godziny przyjedzie komenda batalionu złożona z 2 kapitanów, 2 kapelanów. 2 oficerów, 2 podoficerów, 9 ordynansów. Objęli 3 pokoje, salon, gościnny i kancelarię. Trzeba było na gwałt przygotowywać dla nich obiad. Legioniści jechali z Jazowska. Zarządzamy od razu bicie kaczek i gęsi na kolację i na drugi dzień. Kapitan i oficerowie tworzą sztab, wszyscy bardzo mili, młodzi w usposobieniu doskonałym. Komendantem batalionu jest kapitan Fleszar[14], pseudonim „Satyr”, jest asystentem geologii na Uniwersytecie Lwowskim przy prof. Zuberze[15]. Wysoki, twarz stanowcza, wzrok bystry, kości policzkowe wystające. Doskonały organizator, ma wielki posłuch, zwracają się doń wszyscy z wielkim szacunkiem (po aresztowaniu legionistów i rozkazie wywiezienia do Szczypiorna odebrał sobie życie). Kapitan Kazimierz Herwin[16] skończony filozof, nazwisko Piątek (syn malarza pokojowego), spokojny, cichy, małomówny, nadzwyczajnie sympatyczny. Odznacza się wielką odwagą, oficerowie i podoficerowie nie mają dlań dość pochwał. Kapitan Fleszar opowiada, że musi Herwina usuwać z linii bojowej, gdyż wcale siebie nie oszczędza. Raz otrzymał pocisk szrapnela koło głowy, lecz go tylko ogłuszył. Herwin podczas bitwy stoi pod gradem kul, trzyma ręce w kieszeni. Malarz Janowski[17] zrobił jego szkic w takiej pozycji, pokazują nam czapkę Herwina przestrzeloną na wylot. Herwin jest bardzo subtelny, rozumie muzykę. Muszę Mu podczas Jego pobytu u nas grać Nokturny Chopina, Preludia i Sonaty Beethovena. Przepada za tymi samymi, co i ja Księżycową i Patetyczną. Przy jedzeniu wykonuje ciekawe ruchy nożem, jakby komenderował. W dniu 19 grudnia był u nas pułkownik sztabowy I pułku Kazimierz Sosnkowski[18], poprzywoził nowe nominacje: kapitan Herwin został komendantem 5 batalionu. Henryk Dobranicki[19] Sybirak, po VII gimnazjalnej w Łodzi za ruch socjalistyczny został skazany na Sybir na dożywocie, był na Syberii 2 lata i uciekł, młody bardzo sympatyczny. Horoszkiewicz, w Legionach Wojnar[20] - studiuje historię sztuki i archeologię, miły, inteligentny, wesoły, wszędzie go pełno, interesuje się naszymi dziećmi. Tadeusz Monasterski[21] – „Kordian” porucznik, mieszka w Szkole i u pp. Gadowskich, lecz u nas jada i bawi cały dzień, toż samo Rzecki[22]. Kordian dn. 23/XII ranny pod Łowczówkiem w ramię, a dn. 5/I 915 r. zmarł w szpitalu w Budapeszcie. Dzieduszycki Konstanty[23], prawnik, obywatel. Z fizjonomii, postawy i ruchów podobny do Napoleona. Rok 1863 potępia. Zasady demokratyczne, sąd zdrowy. Bezstronnie osądza postępowanie Cieńskiego[24] (N.K.N.[25]), chociaż to jego krewny. Na potwierdzenie słów żąda faktów. Gdy teraz rozżalony zarzuca, że II i III Pułk Legionów jest owiany duchem austriackim, że oficerowie mówią miedzy sobą po niemiecku, pyta: „czy to tylko prawda? czyście to słyszeli?” Urodzenie jego i wychowanie odgrywa pewną rolę w traktowaniu Go przez równych Mu. Podczas noclegu Horoszkiewicz, który stara się o kwatery prosi mnie, by dla Dzieduszyckiego dać drugie prześcieradło (tj. pod koc, reszcie tego nie dawałam). Prześcieradło otrzymane chowa pod bluzkę i daje osobno. Podobno mieli Legioniści zabawić tutaj 24 godziny, mówią jednak, że tak się Dzieduszyckiemu podoba tutaj, że zabawią 3 dni. Mają tutaj odpoczywać.

Leon Protasewicz Suszkowski[26], Litwin typowy, z nieodstępną gitarą wyśpiewuje przy akompaniamencie tejże pocieszne piosenki. Z zawodu inżynier, obywatel ziemski, kuzyn żony Piłsudskiego. Powszechnie lubiany, wielki gaduła, zabawia wszystkich. Twarz ma pociągłą ze zwisającymi wąsami i znakami po ospie. Lubi dzieci, bawi się z nimi i Halę nazywa swą narzeczoną. Ma doskonały zmysł obserwacyjny, dar plastycznego a dowcipnego ujęcia rzeczy. Porucznik, adiutant, dla żołnierzy wyrozumiały i kochający. Został u nas do 5 stycznia 1915 r. zżył się z nami bardzo prędko. W Kielcach po wkroczeniu Legionistów był Komisarzem narodowym. Ksiądz Kosma Lenczowski[27], kapucyn – kapelan I Pułku. Bardzo sympatyczny, wesoły, lubiany przez Legionistów. X. Stanisław Żytkiewicz[28], kapelan młody, sympatyczny. 20/XII odprawił Mszę Świętą na Strzygańcu, byli na niej Horoszkiewicz, Dzieduszycki i my z dziećmi.

W dniu 18/XII ksiądz kapelan Żytkiewicz i ksiądz kapucyn Kosma pojechali naszymi końmi i nowym powozikiem do Nowego Sącza. Konie czekały przed Składnicą, księża mieli w południe wracać, tymczasem oficer austriacki zarekwirował powozik, uprząż, koce, jedynie konie zostawił, bo już lepsze zabrali Moskale. Wojciechowi [woźnicy] dano kwit na 100 koron, zaś powozik przed dwoma laty kosztował 700 koron. Książa byli w rozpaczy, tłumaczyli, że to własność legionistów, nic nie pomogło, dopiero Dzieduszycki swoim tytułem „grafa” oddziałał na oficera austriackiego i powozik z uprzężą oddano.

Dnia 20/XII siedzieliśmy przy wspólnym obiedzie, gdy nadszedł rozkaz wymarszu. Rozkaz przyszedł o 1’40. a w Nowym Sączu mieli być o 2-giej 30 minut. Kapitan Fleszar nie zdradzał się dokąd idą, od tego, który przyjechał z rozkazem dowiedzieliśmy się przypadkowo, że w stronę Zakliczyna. Żegnamy się serdecznie i obdarzamy wszystkich chryzantemami ubierając kwieciem konie. Koń Henryka Dobranickiego zjadł chryzantemę bordo, którą stroiłyśmy jego pana. Mięsa w Sączu dostać nie mogliśmy, a więc w czasie pobytu Legionistów zabiliśmy cielę i 4 kaczki, 2 gęsi.

W Nowym Sączu powraca normalniejsze życie, jest już zarząd pocztowy, który podczas inwazji był w Austrii w Lundenburgu. Wiele sklepów jest jednak dotąd zamkniętych, nie można dostać mąki najładniejszej, cukru nie ma. Na wigilię ryb nigdzie nie dostanie. Toteż odstępując od tradycji, urządzamy wigilię skromną, wojenną. Jest nas razem z Wandunią osób 14. Na wigilię było: Barszcz z uszkami (uszka z bułeczki tartej usmażonej na maśle z cebulką, do tego surowe jajko),

Kapusta z fasolką,

Suszki kompot (śliwki, jabłka),

Strudel z jabłkami,

Dzieci drzewka żadnego nie mają, same wyszukały jakieś maleńkie, poubierały dla Ewusi bibułkami. Powiesiły kilka cukierków i jabłek i przeszłorocznych świeczek. Żadnych prezentów pod choinką nie ma. Jedynie Tadzio dla Ewuni zrobił z puszki z konserw studnię z żurawiem, a dla Nela domino ze znaczków pocztowych. Tak tym drzewkiem, jak i prezentami cieszyły się dzieci nadzwyczajnie.

Panna Gostkowska z nauczycielką Jadzią Daszkowską po ustąpieniu Rosjan powróciły do Podegrodzia. Panowie oficerowie mieli jednak wigilię z rybami. Tabor stoi u Xa Oleksika – von Fichtern i kadet Polak Niementowski[29] i inni. Na wigilię zaprosili księdza i ubolewali, że mogli mieć tylko karpia. A więc dania były następujące: zupa rybna z winem, karp w majonezie, karp smażony z kompotem, groszek zielony jako jarzyna i ciastka. Wina i szampan. Nie brakowało odpowiednich kieliszków. Gdy zaś urządzili przyjęcie w drugie święto, były homary, inne specjały i 5 flaszek szampana. Wieczór uprzyjemniała cygańska muzyka w przebraniu. Tak, to jednak umieją sobie poza frontem uprzyjemniać życie. Zaś Pan Suszkowski w dniu 28/XII po bytności w Etapenkommando w Sączu przywozi nową smutną wiadomość, że bitwa pod Łowczówkiem była 22/XII, że dzielny komendant 5 batalionu Kazimierz Herwin został ranny, że chodził po placu boju i zbierał naboje. 5 batalion Legionów wziął 600 jeńców rosyjskich, zaś 4 – 300. Monasterski „Kordian” ranny jest w rękę. Bojarski[30] dowódca 3 batalionu został zabity, od zbłąkanej kuli, bo nie był wtedy w boju, kula trafiła go w serce. W gazetach polskich i wiedeńskich podnosi się waleczność Legionistów pod Limanową, oni to zatrzymali korpus rosyjski.

Choć teren walki oddalił się, armaty dalej dudnią po całych nocach, które teraz są bardzo jasne. Bliższe wieści głoszą, że Rzecki oficer ranny jest w głowę, między rannymi jest kobieta Wierzbicka. Rannych 400 Legionistów, przewieziono z Nowego Sącza na Węgry. Herwin ciężko ranny w rękę i pierś.

Zbliża się Nowy Rok.

U nas po chwilowym odpoczynku zaczyna się ruch. Gdy w Nowy Rok 1915 byliśmy w kościele w Podegrodziu, a w domu zostały dzieci, przyjechał wachmistrz i feldfebel. Kazali sobie pokoje pokazywać, chcieli by dzieci otworzyły spiżarnię, jednak dzieci nie miały kluczy. Mimo głoszonej świetnej sytuacji, robią wszędzie w pobliżu szańce, a tak jak za czasów inwazji rozbiera się wozy i chowa do nawozu, gdyż wachmistrze chodzą za kołami i innymi częściami. Po siano jeżdżą żołnierze, aż z Nowego Sącza zapominając, że tyle już Rosjanie wybrali. Pan Białowąs po cukier dla nas jeździł aż do Szczawnicy, gdyż tam biorąc 10 kg, można dostać po 1 koronie 30 hal. za 1kg, w detalu po 1 koronie 40 hal. W Sączu cukru nie ma.

                                                                                       Rafał Skąpski                                                                                  

 

[1]

          39 Abram Michajłowicz Dragomirow, 1868- 1955 Francja, wysoki dowódca wojsk rosyjskich, w 1912 szef sztabu komendy twierdzy Kowno, od sierpnia 1916 dowódca 5 Armii, od kwietnia 1917 dowódca frontu północnego, w czerwcu 1919 gubernator wojskowy Charkowa, w czasie II wojny współpracował z Niemcami (popierał Własowa).

[2]

                         Janina Stanowska, 1874-1959, siostra Autorki wspomnień.

[3]

                         Bolesław Wittig.

[4]

                         Roman Pisz, posiadał węgierskie korzenie, jego ojciec Józef założył księgarnię w połowie XIX wieku, na ul Jagiellońskiej 5, gdzie funkcjonuje ona do dziś. Piszowie prowadzili także wydawnictwo (modlitewniki), a Roman prowadził prenumeratę tygodnika Ziemia Sądecka. Od 1897 Roman Pisz był radnym miejskim.

[5]

                         Maria Gostkowska zmarła 30. 05. 1959, pochowana w Podegrodziu, dyrektorką Szkoły Gospodyń Wiejskich w Podegrodziu była do roku 1930.

[6]

                         Elżbieta Skąpska, 1905-1993, córka Zofii Skąpskiej, po mężu Romanowa, pedagog, prof. Szkoły Baletowej w Warszawie.

[7]

                         Antoni Skąpski, 1900-1973, inż. rolnik, syn Zofii Skąpskiej.

[8]

          Siergiej Leonidowicz Markow, 1878-1918, generał, jego imieniem nazwano pociąg pancerny.

[9]

          To jest bardzo nieprzyjemne

[10]

          Jan Kubin, 1876-1927, generał brygady Wojska Polskiego,

[11]

                         Czekolada.

[12]

                         Ksiądz Jan Oleksik, proboszcz parafii św. Jakuba Starszego Apostoła w Podegrodziu w latach 1893-1928, wcześniej w latach 1889-1893 w Szczawnicy, zmarł w Podegrodziu.

[13]

          Roman Horoszkiewicz, pseudonim Woynicz, 1892-1962, porucznik w Legionach, dowódca w II Powstaniu Śląskim, archeolog, muzealnik, badacz dziejów Śląska Opolskiego, w Opolu jest ulica jego imienia

[14]

          Albin Fleszar, 1888-1916, ps Satyr, geolog, geograf, współpracownik Eugeniusza Romera, major, dowódca 7 pułku piechoty, po dymisji Piłsudskiego popełnił samobójstwo.

[15]

          Stanisław Zuber, 1883-1947, geolog, prof. Od 1935 mieszkał w Albanii gdzie prowadził badania geologiczne kraju. W czerwcu 1947 aresztowany pod zarzutem szpiegostwa. Zmarł podczas śledztwa w więzieniu w Tiranie.

[16]

          Kazimierz Jan Piątek, 1886-1915, ps Herwin, kapitan, dowódca (po Tadeuszu Kasprzyckim) 1 Kompanii  Kadrowej,

[17]

          Stanisław Janowski, 1866-1942, malarz, ilustrator, scenograf, drugi mąż Gabrieli Zapolskiej, brat malarki Bronisławy Rychter Janowskiej.

[18]

          Kazimierz Sosnkowski, 1885-1969, generał, dowódca wojskowy i polityk, minister spraw wojskowych, następca Prezydenta RP, dowódca Związku Walki Zbrojnej, Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych

[19]

          Henryk Dobranicki, 1892-1919, porucznik, obrońca Lwowa, poległ w walkach o Lwów.

[20]

          Błąd autorki powinno być Woynicz

[21]

          Tadeusz Monasterski, adiutant Józefa Piłsudskiego

[22]

          Prawdopodobnie – Stanisław Rzecki, pierwotnie Rzecznik, 1888-1972, absolwent krakowskiej ASP, artysta rzeźbiarz, autor popiersia Józefa Piłsudskiego

[23]

          Konstanty Dzieduszycki, 1884-1964, syn Edmunda, prawnik, poseł i senator RP

[24]

          Tadeusz Cieński, 1856 -1925, prawnik, właściciel majątków, hodowca koni, działacz społeczny i polityczny, senator. Ożeniony z Marią Dzieduszycką córką Włodzimierza.

[25]

          Naczelny Komitet Narodowy, powołany 16 sierpnia 1914 roku, zakończył działalność z chwilą powołania Rady Regencyjnej w roku 1917. Tadeusz Cieński stał na czele sekcji lwowskiej, szefem departamentu wojskowego był Władysław Sikorski.

[26]

          Leon Protasiewicz Suszkowski, porucznik,

[27]

          Kosma Lenczowski, właściwie Karol Marceli Lenczowski, 1881-1959, kapucyn, kapelan legionowy

[28]

          Stanisław Żytkiewicz, 1889-1956, kapelan legionowy, po wojnie kapelan w WP, podpułkownik

[29]

          Być może chodzi o Jerzego Niementowskiego, poległego w 1918 roku i pochowanego w Jaworowie na Ukrainie

[30]

           Kazimierz Bojarski, pseudonim Kuba, 1889-23.12.1914, pochowany w Zakliczynie

Pin It