Waldemar Michalski

 

Andrzej Krzysztof Waśkiewicz – jakiego spotykałem…

(Wspomnienie w piątą rocznicy śmierci)

 

waskiewicz bwZ Andrzejem rozumieliśmy się bez słów. Widocznie istnieją jakieś fluidy, które czynią różnych ludzi duchowymi bliźniakami. Łączyło nas wiele podobnych zainteresowań i  przypadkowych sytuacji, które układały się w równoległe życiowe koleiny. Mogę śmiało powiedzieć, że pod tym względem byliśmy sobie bardzo bliscy. Studia polonistyczne, praca w bibliotece, poetyckie i publicystyczne debiuty w podobnym czasie, redakcyjne pasje – on „naczelny” m.in. w  „Gdańskim Roczniku Kulturalnym” i prowadzonym do ostatnich dni życia  gdańskim  „Autografie”, ja przez blisko 30.lat sekretarzowałem lubelskiemu „Akcentowi” i wiele tekstów poświęciłem sprawom współczesnego życia literackiego. Przez kilka kadencji byliśmy członkami Komisji Kwalifikacyjnej Zarządu Głównego ZLP. Tu Andrzej dawał piękne świadectwo swojej rozległej znajomości współczesnej poezji ale także niezwykłej wrażliwości i empatii dla każdego kandydata starającego się o przyjęcie do Związku Literatów. Potrafił być krytyczny, ale sprawiedliwy, nawet wtedy gdy Komisja w głosowaniu odmawiała przyjęcia, polecał by w odpowiedzi dla kandydata znalazła się uwaga nie przekreślająca jego nadziei na przyszłość jako literata in spe, który  po wydaniu kolejnych książek może ponowić swój wniosek o przyjęcie do związkowej wspólnoty.

Andrzej był człowiekiem delikatnym, wrażliwym, koleżeńskim, często bardziej pamiętającym o sprawach innych osób, niż o własnych. Cieszył się rodziną i dwoma dorodnymi synami, którzy kontynuowali rodzinne warszawskie tradycje. Przedstawił mi ich podczas jednej z ostatnich  Warszawskiej Jesieni Poezji. Podobnie jak mój syn, tak i oni Warszawę traktowali jako swoje miasto od zawsze.  Andrzej urodził się przecież w Warszawie (1941), ojciec zginął w Powstaniu Warszawskim. Po Powstaniu w kolumnie ludności cywilnej  prowadzonej przez Niemców do obozu w Pruszkowie był wraz z matką. Zastanawialiśmy się z Andrzejem czy w wówczas spotkali się z moją  przyszłą żoną, która wraz z matką również była prowadzona w tej kolumnie (ojciec mojej przyszłej żony, wówczas pięcioletniej dziewczynki, zamordowany został w 1941 r. w Auschwitz). Los doświadczył także i moją rodzinę. Gdy w 1943 i 1944 r. za sprawą banderowców i bulbowców płonął i spłynął krwią Wołyń ja z rodzicami przeżyłem dzięki polskiej samoobronie najpierw w Bielinie a później w Kupiczowie (tu skutecznie broniła się przed bandytami samoobrona czesko-polska). Andrzej po 1946 r. pod opieką matki  szukał dachu nad głową na Ziemi Lubuskiej, by następnie  po latach osiąść w Gdańsku, ale stale był aktywnym w Warszawie. Mój życiorys był podobnie pełny różnych „peregrynacji”. Urodziłem się na Wołyniu,  ożeniłem w Warszawie, by ostatecznie zamieszkać w Lublinie, ale Warszawa była i jest miastem rodzinnym mojej żony a więc także i moim.

W 1974 r. Andrzej, być może za pośrednictwem redaktora Macieja Podgórskiego z „Kameny”,  nawiązał. ze mną kontakt i zaproponował napisanie artykułu o lubelskich czasopismach studenckich. Razem z Jerzym Leszinem-Koperskim, przy udziale Anny Sobeckiej (przyszłej żony Andrzeja) prowadzili wówczas ożywioną działalność redakcyjno-wydawniczą firmowaną oficjalnie przez Zarząd Główny Zrzeszenia Studentów Polskich a później Zarząd Główny Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (takie były czasy i nie miało to nic wspólnego z polityką!). Ku zdumieniu Andrzeja odnotowałem ponad siedemdziesiąt tytułów czasopism lubelskich studentów, w których publikowali m.in. Elżbieta Cichla-Czarniawska, Jerzy Kołątaj, Jerzy Krzysztoń, Anka Kowalska, Zdzisław Jastrzębski,  Tadeusz Kłak, Zdzisław Łączkowski, Ireneusz Opacki, Marian Maciejewski, Wacław Tkaczuk, Henryk Pająk, Zbigniew Strzałkowski a także gościnnie ks. Jan Twardowski i Bolesław Taborski (z Londynu).  Tekst i bibliografia ukazały się w dwóch obszernych tomach dokumentujących ogólnopolską prasę studencką: „Czasopisma studenckie 1945-1970” (Warszawa 1970) i „Czasopisma studenckie 1971-1976 (Warszawa 1977). Andrzej był pomysłodawcą i redaktorem tych publikacji. Okazał się znakomitym bibliografem i dokumentalistą, to niewątpliwie  efekt doświadczeń nabytych podczas kilkuletnie pracy w zawodzie bibliotekarza w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zielonej Górze.

Andrzej przede wszystkim czuł się jednak  poetą – tak przynajmniej w rozmowach go odbierałem i widziałem. U początku swojej autorskiej drogi współtworzył Orientacją Poetycką „Hybrydy” (1960) -  pozostał wierny założeniom jej „nowofalowej” poetyki, w której wizyjność, obrazowy konkret i odpowiedzialność także w wymiarze słowa stanowiły fundament poetyckich dokonań. Nigdy nie wyzbył się odniesień do czasów powstańczej „spełnionej apokalipsy”. W jednym z wierszy pisał:

 

pomyśl – zaprawdę jesteś dzieckiem szczęścia

dzieciństwo -  pod bombami – lecz jednak przeżyłeś

wyszedłeś z płonącego miasta nie zginąłeś

w kolumnach idących do obozu przeżyłeś

wielką wędrówkę ludów głód i inne przypadłości

kraju wstępującego z jednej w drugą ciemność

                 (fragment wiersza bez tytułu, druk w „Autograf” nr 5/6, 2010, s. 3).

 

 Drukowaliśmy jego wiersze i szkice w naszym „Akcencie” (m.in. nr 4/1985, 2/1989, 3/1993). Andrzej poświęcił także mojej poezji bardzo wnikliwy esej pt. „Pamięć, doświadczenie, przesłanie” (nr 2/1994). Na łamach „Akcentu” ukazywały się liczne omówienia jego twórczości, pisali  m.in.  Józef Fert, Jacek Łukasiewicz, Elżbieta Cichla-Czarniawska, Krystyna Szlaga, Zbigniew Zakiewicz. W kręgu autorów „Akcentu” Andrzej Krzysztof Waśkiewicz był autorytetem najwyższej rangi.

To, co nas bardzo zbliżało, to wspólne zainteresowanie poezją Józefa Czechowicza. Andrzej stawiał Czechowicza w szeregu najwybitniejszych twórców poetyckiej awangardy międzywojnia, widział jego poezję także w kontekście sztuki poetyckiej Norwida, Odczytywał przez pryzmat własnych doświadczeń czechowiczowski katastrofizm.  Poecie z Lublina poświęcił niewielką, ale ważną książeczkę: „Józef Czechowicz” (1991).  Sięgam często po jego książki: „Rygor i marzenie. Szkice o poetach trzech pokoleń” (1973) i „Historia, poezja, los. O nowej poezji polskiej” (2005). Jest tu  także mowa o Norwidzie i Czechowiczu. Książki te stanowią klucz do rozpoznania wielorakich  propozycji poetyckich XX wieku. I to co charakterystyczne dla jego wypowiedzi: zawierają akcent dydaktyczny, bo Andrzej powołanie pisarza traktował jako spełnianie konkretnej misji.

Jego historycznoliterackie zainteresowania owocowały również zaskakującymi odkryciami. Wydobył z zapomnienia    wiersze  młodej poetki, Mili Elin, która najprawdopodobniej  zginęła w warszawski getcie. Elin jako szesnastoletnia dziewczyna publikowała swoje wiersze w czasopismach krakowskiej awangardy: „Zwrotnicy” i „Linii”. Związana była z łódzko-warszawską grupą „Meteor”. Z uznaniem komentowali nadzwyczaj dojrzałe i oryginalne utwory poetki m.in. Tadeusz Peiper, Jalu Kurek oraz Jarosław Iwaszkiewicz. Andrzejowi udało się zebrać i opracować garść jej rozproszonych wierszy (m.in. z  zachowanych w archiwach listów  różnych   redaktorów i  pisarzy). Tomik nosi tytuł „Szesnaście wierszy” i został wydany w 1999 r  przez Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki.  Nasuwa mi się tu pewna analogia także do wydobytych z zapomnienia  wierszy młodego poety z wołyńskiego Krzemieńca - Zygmunta Jana Rumla. Tom jego ocalonych w rękopisach  i sporadycznie drukowanych wierszy   ukazał  jako „Poezje wybrane” z inicjatywy  w opracowaniu Anny Kamieńskiej. W 1978 wydała go Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.  Rumel wysłany przez dowództwo AK do wołyńskiego dowództwa UPA, celem nawiązania pokojowych kontaktów, został bestialsko zamordowany przez morderców z UPA dnia 10 lipca 1943 r. – miał wówczas 28 lat. Domniemany obraz jego śmierci znalazł się w filmie Wojciecha Smarzowskiego pt. „Wołyń”.  Żaden słownik pisarzy polskich nie uwzględnia biogramów, ani Mili Elen ani Zygmunta Jana Rumla.

Andrzej jako dokumentalista i bibliograf współczesnego życia literackiego nie miał sobie równych. Potrafił „z ręki” korygować błędne daty, fakty, tytuły. Odwołam się tu do konkretnego przykładu „z mojego podwórka”.  Obydwaj byliśmy zaangażowani w działalność ogólnopolskiego Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy (istniał w latach sześćdziesiątych  i siedemdziesiątych  pod patronatem Związku Młodzieży Wiejskiej). Obecni w nim byli m.in. Leszek Bakuła, Marianna Bocian, Jan Z. Brudnicki,  Dorota Chróścielewska, Nikos Chadzinikolau, Tadeusz Chudy, Sokrat Janowicz, Teresa Ferenc, Jacek Kajtoch,  Czesław Kuriata, Ryszard Milczewski-Bruno, Stanisław Misakowski, Stanisław Nyczaj, Alicja Patey-Grabowska, Edmund Pietryk, Marian Pilot, Edmund Puzdrowski,  Edward Redliński,  Czesław Sobkowiak, Zbigniew Strzałkowski, Janusz Styczeń, Zygmunt Trziszka, Zygmunt Wójcik, Józef W. Zięba, Edward Zyman, (dziś aktywny jako poeta polski w Kanadzie),   Stanisław Żurek, Bogusław Żurakowski i wielu innych. Sympatyzowali z KKMP m.in. Maria Szypowska, Tadeusz Nowak, Ernest Bryll i Wiesław Myśliwski. W 1974 ukazał się opracowany przez Renatę Marciniak i Władysława Wągiela  „Informator bibliograficzny KKMP 1959-1974”. Andrzej, trzymając w ręku „Informator” zagadnął mnie: „Widziałeś jak cię urządzili, dobrze, że przynajmniej nazwisko się zgadza. Masz tu błędną datę urodzenia, jesteś absolwentem nie tej uczelni, którą ukończyłeś, a na dokładkę przypisano ci powieść, której nigdy nie napisałeś”. Rzeczywiście w „Informatorze”  przypisano mi powieść   pt. „Najpierw żyć” (1967), której rzeczywistym autorem jest Ryszard Michalski. Andrzej charakterystycznym gestem  machnął ręką i powiedział: „…nie martw się, takie konfabulacje tworzą literacką legendę”… Nota bene: podobnie Lesław Bartelski w swoim słowniku „Polscy pisarze współcześni 1939-1991” (wydanie z roku 1995) uczynił mnie autorem książeczki dla dzieci pt. „Żeby kózka nie skakała” (1987), której autorem jest Wiesław Michalski. Andrzej żartował: „jak się miewa twoja kózka…”

W 1989 roku wracałem z sanatorium w Kołobrzegu, a może nawet był to powrót z Kątów Rybackich, gdzie Bohdan Wrocławski podejmował grupkę literatów dyskutujących nad  profilem „Poezji dzisiaj” – miesięcznika, którego właśnie rozpoczął redagowanie i wydawanie w Warszawie Aleksander Nawrocki (z tego spotkania najbardziej zapamiętałem Romana Śliwonika, który był jeszcze w dobrej formie i zazwyczaj  miał ostateczny głos w dyskusji). Właśnie wtedy będąc w Gdańsku i mając do dyspozycji kilka godzin przed odjazdem mojego pociągu  do Lublina, zadzwoniłem do Andrzeja.  „Pokażę  ci Gdańsk jakiego turyści zwykle nie widzą” – i tak za sprawą Andrzeja  miałem przed sobą miasto pełne poezji, tradycji i   zmagań o jego polskość. Andrzej znając moje kresowe korzenie i fakt, że w 1957 r. debiutowałem reportażami z Wołynia i Lwowa („Tygodnik Społeczno-Kulturalny Katolików”, Lublin, 1957 nr 36, 41, 42, 43) podprowadził  mnie pod wyjątkowej urody pomnik konny Jana III Sobieskiego.   Ze Lwowa, poprzez Warszawę, ostatecznie znalazł on  swoje godne miejsce w Gdańsku, z perspektywą na  miejskie bramy, przez które niegdyś także Sobieski wjeżdżał do królewskiego miasta nad Bałtykiem. Nie ukrywałem, że ten akcent lwowski w Gdańsku bardzo mnie wzruszył…

Gdy mówię tu o wędrowaniu po wyjątkowym mieście, muszę odnotować też spacer z Andrzejem i jego żoną panią Anną po Wilnie w 2008 r. podczas XV międzynarodowego spotkania poetyckiego „Maj nad Wilią”. My chłonęliśmy Wilno wszystkimi zmysłami, Pani Anna skrupulatnie gromadziła materiały do literackiego radiowego reportażu. Przewodnikiem naszym i organizatorem poetyckich spotkań polskich poetów pn. „Maj nad Wilią” był   Romuald Mieczkowski – poeta, prozaik i redaktor wydawanego od 1989 r. w Wilnie kwartalnika pod   tytułem „Znad Wilii”. Czytaliśmy wówczas swoje wiersze na dziedzińcu domu, w którym mieszkał Adam Mickiewicz (dziś Muzeum Adama Mickiewicza) i w surowych murach odbudowywanego wówczas kościoła oo. Franciszkanów.

Gdy myślę o Andrzeju dziś, chcę mu także  nieustannie dziękować za jego „Autograf” – to    jego autentyczne „redakcyjne dziecko”. Jeżeli tytuł będzie nadal kontynuowany, proponuję dopisać w stopce redakcyjnej: „Czasopismo powstałe w 1988 r. z inicjatywy Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza”. Z numeru na numer dopieszczał swój „Autograf”, który za sprawą Andrzeja stał się czasopismem literackim dla autorów i czytelników  różnych środowisk twórczych w kraju. Otwartość i umiejętność dostrzegania bogactwa w różnorodności, była też cechą jego charakteru. Stąd w „Autografie” znaleźć można wiersze Krzysztofa Gąsiorowskiego obok tekstu Jana Kurowickiego o sacrum w naturze, wiersze Michała Błażejewskiego z cyklu „Śpiewnik czasu przejściowego” obok rozważań Alicji Rybałko pt. „Czy polska poezja w Wilnie żyje?” (nr 2 z 2010 r.), wiersze Zbigniewa Jerzyny obok tekstu sztuki w trzech aktach Eugeniusza Kabatca pt. „Biblioteka”, wiersze Edmunda Pietryka obok eseju Leszka Żulińskiego pt. „Andrzej Krzysztof Waśkiewicz – twórca i stwórca” - rzecz o trzech wcieleniach Andrzeja: poety, krytyka i historyka literatury (nr 5/6 z 2010 r.).

To co pozostawił po sobie Andrzej, wydaje się przerastać możliwości dokonań jednej osoby. Prawda jest i taka, że pracując ponad wytrzymałość swojego raczej kruchego organizmu spalał się na naszych oczach.  Gdy męczyły lub drażniły go zachowania innych, nie unosił się, nie tragizował, sięgał wtedy po swoje drewniane koraliki (początkowo myślałem, że to różaniec) i przesuwał je z miejsca na miejsce. Takiego widziałem często podczas ostrych dyskusji prowadzonych w ramach posiedzeń Komisji Kwalifikacyjnych Zarządu Głównego ZLP, gdy ważyły się nadzieje i oczekiwania wielu kandydatów niekoniecznie jednomyślnie i pozytywnie ocenianych… 

Dziś staram się zrozumieć treść słów, które znalazły się w  jego wierszu pt. „na przykład sala jana berdyszaka”:

aż tak wspólny,

że nieobecny…

Drogi Andrzeju, cóżeś nam uczynił tym odejściem swoim?

 

Waldemar Michalski

 

Pin It