Krystyna Konecka

 

Andrzej K. Waśkiewicz – literat od kuchni

 

     Tytuł poniższego tekstu może być interpretowany przez czytelnika jako próba ukazania Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza, znakomitego poety i krytyka, od drugiej, mniej merytorycznej strony. I jest tak w rzeczywistości, tyle że nie o metodę pracy literackiej tu chodzi, lecz o „prywatniejszą” pasję nieżyjącego od pięciu lat twórcy. Zatem, od kuchni i – o kuchni. Bo tak zaskakującej tematyki dotyczy publikacja zatytułowana „Jedzenie jest niezdrowe. Ale przyjemne…”

 

Andrzej K. Waśkiewicz z przyjacielem Eugeniuszem Kurzawą podczas XXX Zjazdu ZLP. Warszawa 11.05.2011. Fot. Krystyna Konecka
Andrzej K. Waśkiewicz z przyjacielem Eugeniuszem Kurzawą podczas XXX Zjazdu ZLP.
Warszawa 11.05.2011. Fot. Krystyna Konecka

 

     Literaci odchodzą. Jak zwykli śmiertelnicy. Nic na to nie można poradzić. Ale można zachować i utrwalać pamięć po każdym, czyj dorobek i postać na to zasługują.  Gdyby wszyscy z nas, nad których osiągnięciami lub twórczymi próbami pochylał się Andrzej Krzysztof Waśkiewicz, zechcieli podzielić się swoimi refleksjami, powstałaby księga o objętości Sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Dopiero w komentarzach po odejściu tego najbardziej chyba przyjaznego, otwartego i wnikliwego krytyka, znakomitego poety, zobaczyliśmy jak ogromne grono piszących ogarniał profesjonalnym zainteresowaniem. I jak wielki wkład wniósł Andrzej do historii literatury polskiej XX wieku za sprawą  swojego talentu, sumiennego zaangażowania, badawczej pasji oraz twórczej pracy w przeciągu półwiecza.

     O schedę po Andrzeju K. Waśkiewiczu dba przede wszystkim jego wspaniała żona, Ania Sobecka, i po raz kolejny rezultat jej benedyktyńskich działań dostaniemy do rąk w tym roku – że uprzedzę fakt – w postaci nowej książki poświęconej pamięci pisarza. Z uporem, konsekwencją i sercem chroni też jego pamięć najbliższy przyjaciel, prezes zielonogórskiego oddziału Związku Literatów Polskich, poeta Eugeniusz Kurzawa. W ramach zainicjowanego niegdyś „Projektu Waśkiewicz” zaaranżował retrospektywną trasę zwiedzania wszystkich śladów jego pobytu na Ziemi Lubuskiej od dzieciństwa. Przemierzyli ją wspólnie, w towarzystwie najbliższej rodziny i przyjaciół, razem też dopracowywali szczegóły przygotowywanej do druku publikacji z ciekawym materiałem ikonograficznym. Autor opracowania wzbogacił go o publikowane krótkie teksty Waśkiewicza i miniatury biograficzne oraz rozmowy. Książka „Andrzej K. Waśkiewicz – miejsca opuszczone” ukazała się w roku 2012, niestety – po śmierci tego niezapomnianego twórcy.     

     Na fotografiach i w dygresjach tej „wędrującej” publikacji odkrywamy liczne akcenty prywatnego życia Andrzeja, ukazujące go w przyjaznych relacjach z bliskimi. Dlatego osobiście odbieram najnowszą, kulinarną książeczkę pt. „Jedzenie jest niezdrowe. Ale przyjemne…” jako swoistą kontynuację tamtej, jeszcze mocniej akcentującą rodzinne więzi. Chociaż – być może - intencją jej redaktora, Eugeniusza  Kurzawy było przede wszystkim pokazanie czytelnikowi zupełnie nieznanej pasji bardzo poważnego skądinąd krytyka i analityka literatury polskiej. Miał zresztą swój udział w „odkryciu dla świata” jego wiedzy o tajemnicach kuchni. Oto we wstępie pisze o tym jak Andrzej K. Waśkiewicz, za jego pośrednictwem, został zaproszony w roku 2004 do publikowania comiesięcznych felietonów kulinarnych na łamach  czasopisma pt. „Zaradna i romantyczna” (!), wydawanego podówczas w… Ochli na Ziemi Lubuskiej. Przeważyły argumenty Eugeniusza, że mieszkający już wtedy w Gdańsku jego przyjaciel „…ma ciekawe, nieortodoksyjne poglądy na temat jedzenia, różnych dań i przygotowywania potraw”. I to właśnie jest celna definicja zawartości najnowszej publikacji. Zarówno barwnie „podanych”, popartych profesjonalną wiedzą oraz anegdotą przepisów na porządne, staropolskie i uwspółcześnione dania jak i ciepłych wspomnień żony Anny oraz czworga dawno dorosłych dzieci, które zachowały w serdecznej pamięci celebrowanie posiłków przy wspólnym stole i codzienne relacje z troskliwym, zaprzyjaźnionym z nimi tatą.

     Sam autor publikowanych przepisów o bardzo smakowitych tytułach („Cepeliny”, „Kluchy kamienne, prażuchy straszliwe”, „Świnia mała i duża”, „Świński łeb” czy „Strudel”) pisał o swoim hobby, poprzedzając przepis na „litewską zupę drwali”: „Lubię jeść. Lubię też czytywać stare i nowe książki kucharskie. Co prawda, gdy przeczyta się ich wiele – widać, że przepisy się powtarzają, że podstawowych dań jest niewiele, wariacji zaś – ilość nieprzeliczona”. Kiedy miał czas na te lektury i praktykowanie w kuchni, on, wiecznie i czujnie pochylony nad każdą nową książką poetycką, nad nurtami i prądami literackimi, analizujący je i piszący niezliczone rozprawy… Ale – jesteśmy przy stole i wspomnieniach, a te poparte są fotografiami Andrzeja z dziećmi i wnukami oraz przyjaciółmi, którzy często gościli w otwartym domu Waśkiewiczów.

     „Andrzej lubił gości – wspomina żona, Anna Sobecka – lubił wtedy przygotowywać coś specjalnego. Cieszył się, gdy zaskoczył przyjaciół czy bliskich, a gdy im coś zasmakowało, powtarzał to przy kolejnej okazji… Na co dzień podział zadań w kuchni był oczywisty: Andrzej gotował, smażył, dusił, a ja sprzątałam i zmywałam … Przy większych okazjach dzieliliśmy się przygotowywaniem potraw: jedne robił Andrzej, inne – ja. Z czasem włączały się coraz aktywniej dzieci”. Ot, taka partnerska, mało popularna podówczas, rodzina. Najstarszy syn Krzysztof pamięta upieczone przez ojca „…paszteciki z ciasta drożdżowego posypane czarnuszką” i kupione wraz z nim „całe, niepatroszone kalmary, żeby zobaczyć jak są zbudowane”. „Ojciec miał w kuchni prawdziwie ułańską  fantazję – zwierza się jedynaczka Olena, dzisiaj weganka. – Nie lubił sztywno trzymać się przepisów, kochał eksperymenty i kuchenne improwizacje… miał też w sobie niezwykłą, dziecięcą otwartość na świat. Był ciekawy życia, kolekcjonował zaskakujące fakty, anegdoty, cytaty. W kuchni była taki sam”.

     Jeden z dwójki bliźniaków, Adam: „…mam wrażenie, że jedzenie, akt konsumpcji sam w sobie niespecjalnie go interesował… Cieszyło go przygotowywanie potraw dla bliskich, wspólne celebrowanie posiłków – czy to wigilia, czy Wielkanoc nieodmiennie były okazją do przygotowywania całego zestawy dań, ciast, a także przywożenia z piwnicy win i nalewek leżakujących latami”. I jeszcze: „W wielu sytuacjach, kiedy nie jestem pewien, co zrobić, zastanawiam się, co zrobiłby Ojciec – i w kuchni zazwyczaj to działa”. I drugi bliźniak, Marcin w podsumowaniu najobszerniejszego, barwnego wspomnienia: „Brakuje mi Taty. Gdy zrobię, ugotuję coś fajnego, z czego sam się cieszę – mam ochotę zadzwonić do Taty i mu o tym powiedzieć…”.

     I my, grono dawnych przyjaciół i znajomych Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza, celebrujący ubiegłoroczne, listopadowe, piąte już Andrzejki Waśkiewiczowskie w zakątku wilkanowskiej „hacjendy” Lidki i Gienka Kurzawów, zwanej Ogrodem Sztuk. Tu, gdzie zapala się rocznicową świeczkę przed głazem w kształcie litery A. Eugeniusz prezentujący pierwszą edycję kulinarnej publikacji „Jedzenie jest niezdrowe. Ale przyjemne…” w nakładzie pięciu egzemplarzy. Format A-4, celuloidowe okładki. I teraz wydanie II na podstawie pierwodruku, poszerzone, nakładem Związku Literatów Polskich Oddział w Zielonej Górze. Opracowanie graficzne, projekt okładki, skład Kazimierz Sobecki. Druk Oficyna Wydawnicza Uniwersytetu Zielonogórskiego. Dzieło bliskich i przyjaciół. Inny Andrzej K. Waśkiewicz. Sprywatyzowany.

Tekst i fot.:

Krystyna Konecka   

Pin It