Andrzej Wołosewicz

 

Poezja „łechtaczki zużytych nerwów” i agenci FBI

 

wolosewiczOd razu wyjaśniam – to nie ja, to Stefan Napierski, poeta, prozaik, aforysta, tłumacz i krytyk literacki (1899-1940) a sięgnąłem po niego, bo to krytyk wybitny choć wybitnie zapomniany, który ledwie rozwinął swoje skrzydła gdy zginął ma początku wojny (prawdopodobnie rozstrzelany przez Niemców w Palmirach po aresztowaniu jesienią 1939 roku). Ale nie o Napierskim będę pisał a o sposobach oceniania i czytania poezji, które są mi najbliższe a z Napierskiego korzystam, by pokazać w jakiej temperaturze można o poezji rozmawiać. Oto stosowny fragment, z którego cytat zaczerpnąłem: „Styl bez interwałów (a po pauzach poznać można wielkiego pisarza, po „powietrzu, które faluje pomiędzy zdaniami”), natłoczony, pękający, wypuczony. Gnany pośpiechem, zziajany, podekscytowany łykanymi stymulatorami wrażeń z całej kuli ziemskiej, styl bezcelowego, wyczerpanego pośpiechu – ta łechtaczka zużytych nerwów”.

To pisał Napierski o twórczości Paula Moranda, ale czy tak trudno odnieść to do głównego nurtu naszej współczesnej poezji polskiej? Do tych wszystkich wierszy, którym brakuje oddechu, które zdominowane są przez dziwny wewnętrzny pośpiech? Przez owo dążenie, by każdy wers zawierał nowa metaforę, porównanie, metonimię, elipsę itd., choć wielu zapewne miałoby kłopot z porządnym zdefiniowaniem tych pojęć? Natłok, przepełnienie każdego wersu przy kompletnym rozjeżdżaniu się całego tych wersów zestawu, czyli całego wiersza! Jakiś dziwny wyścig na ilość zastosowanych środków przy – często – bezradności wobec całości wiersza, przy jego (wiersza) wewnętrznym rozpadzie, kompletnej niespójności. Takie puzzle, które same w sobie, każdy ich element bywają zaskakujące a często (to zapewne kwestia wprawy) są zaskakująco dobre, ale nie tworzą całości, nie dają czytelnikowi możliwości uchwycenia całego obrazka, które owe puzzle jakoby tworzą. A chciałem przypomnieć, czynię to przy każdej okazji, że o skuteczności przekazu, także przekazu poetyckiego decyduje…. odbiorca: „komunikacja to proces, którego skuteczność i treść określa adresat”. I w niczym nam nie pomogą utyskiwania na brak wykształcenia u odbiorców, na wąskie i nieliczne ścieżki, jakie kultura przez swój bark należytego szacunku do poezji (a właściwie jej ignorowanie) tej ostatniej jeszcze zostawiła, ani milion innych powodów, które jesteśmy w stanie wymyśleć. Najbardziej rzeczowe z nich, najbardziej zasadne są funta kłaków warte, jeśli zapomnimy, że to adresat, odbiorca naszej poezji decyduje o tym, co z niej w jego uchu a poprzez nie w jego głowie i trzewiach zostaje. Wydaje mi się, że Napierski dobrze uchwycił pewien problem, choć zapewne nazwał go dla niektórych zbyt „ekstrawagancko”. Ja podejrzewam, że stoi za tym wszystkim pewna pustota przekazu, że to ją zasłaniamy owym natłokiem poetyckich wodotrysków. Żeby odwołać się do obrazowego porównania: ilu we współczesnej kulturze jest artystów z krwi i kości a ilu pustych celebrytów, pustych, bo nic za nimi nie stoi, jak to się mówi, są znani z tego, że są znani. Owszem wyścig o popularność spowodował, że i artyści stają się celebrytami, inaczej odeszliby w niebyt, ale to już inna bajka, gdy znany aktor, znany z tego, że był/jest właśnie dobrym lub bardzo dobrym aktorem zaczyna celebrycić. Może nam to się nie podobać, możemy się zżymać, możemy nawet przestać chodzić na jego filmy, ale nie jesteśmy w stanie ująć mu profesjonalizmu, bo taki status sobie wcześniej wypracował. Możemy co najwyżej uznać, ze teraz rozmienia się na drobne. (Tyle o Napierskim, o agentach jeszcze będzie.)

A ilu wśród nas poetów-celebrytów, czyli poetów owego gejzera środków stosowanych bez widocznego i rozpoznawanego w wierszu (bo o to tutaj chodzi) celu? I – dla jasności – mówiąc o poetach-celebrytach mówię o prawdziwych poetach a nie o celebrytach, którzy dla kaprysu swego celebrycenia postanowili sobie dopisać i tę, poetycką sprawność, czyli nie mówię o celebrytach-poetach. My, gdy obsadzamy się w roli poetów-celebrytów po prostu nie widzimy naszego adresata! Widzimy, i owszem, jury konkursów, na który za chwilę wyślemy ten nasz bardzo dobrze napisany wiersz (piszę to bez cienia ironii, bo to te wiersze wygrywają konkursy), bo przecież trudno żeby widział krytyków. Gdyby któryś z poetów pisał widząc na horyzoncie sytuację, że jego wiersze poddane zostaną rzetelnej i wszechstronnej oraz zróżnicowanej analizie krytyczno-literackiej, to należałoby go zakuć w kaftan bezpieczeństwa, gdyż byłby – a przynajmniej miałby zadatki – na kompletnego wariata w świecie zdychających  najlepszych nawet pism (ile ich, jedno czy dwa?), jadących już na bezdechu witryn literackich Ile ich, jedna czy trzy?). Widzimy więc cokolwiek lub kogokolwiek, ale na pewno nie adresata. A to, jak się już rzekło, właśnie on określa itd.

Nie widzimy naszego adresata, bo… nie chcemy go widzieć. Poniekąd jest to zachowani racjonalnie: skoro nie ma rynku literackiego (pisma, periodyki, audycje, kawiarniane rozmowy o literaturze, zwyczaj  sięgania po coś więcej niż wyciąg z rachunku bankowego), to szukamy dojścia do tego, co jest, do jakichś koterii nominujących i nagradzających w kółko tych samych. Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy w ostatnich latach czytałem kilka naprawdę wybitnych tomików autorów młodych, młodszych i zupełnie dojrzałych czy już podstarzałych, a widzę kolejną nominację dla tego samego poety! Zaczynam podejrzewać, że on nawet kupę robi poetycką, że robi ją wierszem (cokolwiek miałoby to znaczyć, jak dajmy na to zrobił kilkadziesiąt lat temu Piero Manzoni „uartystyczniając” swoje ekskrementy). Oczywiście tym wszystkim klanom nagradzającym wolno to robić, bo robią za swoje pieniądze, ale cały fałsz, który mnie w tym drażni polega na tym właśnie, że przybierają szaty typu: najważniejsza nagroda literacka, polska książka roku,  udając tym samym, że są obiektywni tzn. zadali sobie trud spenetrowania całego rynku. Nie zadali, bo rynku jako całego nie ma! Piszemy więc na tym nie istniejącym rynku swoją literacką krwawicą i właśnie dlatego, że krwawicą uważamy, że to wystarczające alibi by pisać. A jeśli nas „nie rozumieją”, to usprawiedliwiamy się tym, że rzucamy perły przed wieprze. W ten sposób nasza literacka próżność przesłania nam rzeczywisty obraz świata. Doświadczam tego na co dzień podczas rozmów literackich. Akceptuję, że każdy piszący jest pępkiem świata, to dość naturalne, bo dotyczy nie tylko piszących, także nie-poetów, dla zdrowia psychicznego nie jest to najgorsze, trzeba tylko uwzględnić – jeśli już z czymkolwiek pchamy się na afisz – że świat składa się z samych takich pępków! A to już bardzo komplikuje sytuację, o czym wiedzą psychologowie, socjologowie i zwykli zjadacze chleba.

Kiedy poruszam się, językowo, w bezpiecznym rejonie rodziny i najbliższych albo w mniej bezpiecznych ale znanych rejonach uprawianego zawodu, to wszystko (językowo, powtarzam) jest pod kontrolą, nawet w sytuacjach konfliktów, zadrażnień i nieporozumień, ale kiedy wychodzę z tych „językowych kokonów” świata prywatnego i zawodowego by pożeglować po oceanie języka w ogóle, by po-poezjować sobie, to diametralnie zmienia postać rzeczy, a przynajmniej zmienia dwa bardzo ważne parametry, a mianowicie parametr kontekstów komunikacyjnych, w jakich będzie się obracać moja wypowiedź (poezja) i związanej z tym odpowiedzialności za słowo, także w wymiarze etycznym, moralnym. W obu wymiarach nie mogę wymagać więcej od odbiorcy niż od siebie. Mogę domagać się rozumienia i zrozumienia w stopniu nie większym niż mój wysiłek, który – jako osoba, która coś chce powiedzieć – podejmuję. Jeśli wymagam znacznie więcej od odbiorcy niż od siebie-nadawcy serwując temu pierwszemu językowe szarady, to ryzyko, pełne ryzyko jest po mojej stronie. Nie jestem przeciwko ryzyku, warto je podejmować, ale pamiętajmy, że ono – tak jak kij – ma dwa końce: jeden to kompletne niezrozumienie serwowanych szarad a drugi to ich ewentualna banalność (myślowa, językowa, obrazowa).

Jak to bywa, gdy nasza oczywista dla nas poezja, jej „oczywista oczywistość” ignoruje kontekst, czyniąc go – przez ową oczywistość – przeźroczystym, zmierzy się z inną oczywistością, oczywistością odbiorcy? Najlepiej obrazuje poniższa przygoda (którą przytaczam za miesięcznikiem „Charaktery”):

„FBI przeprowadziło nalot na szpital psychiatryczny w San Diego, w którym –jak podejrzewali agenci biura – doszło do poważnych nadużyć związanych z ubezpieczeniami medycznymi. Po wielu godzinach przeglądania tysięcy protokołów kilkudziesięciu agentów po prostu zgłodniało. Ich szef zadzwonił do pobliskiej pizzerii, żeby zamówić szybki posiłek dla swoich kolegów. Poniższa rozmowa jest autentyczna i została nagrana przez FBI.

Agent: Dzień dobry. Poproszę o 19 dużych pizz i 67 puszek czegoś do picia.

Sprzedawca: Oczywiście. Gdzie mam to dostarczyć?

Agent: Do szpitala psychiatrycznego.

Sprzedawca: Do szpitala psychiatrycznego?

Agent: Tak. Jestem agentem FBI.

Sprzedawca: Jest pan agentem FBI?

Agent: Właśnie. Wszyscy tutaj jesteśmy agentami FBI.

Sprzedawca: I jesteście w szpitalu psychiatrycznym?

Agent: Tak. I proszę nie próbować wchodzić przez frontowe drzwi. Zamknęliśmy je. Musi pan wejść od podwórka.

Sprzedawca: I mówi pan, że wszyscy jesteście agentami FBI?

Agent: Tak. Kiedy pan nam to przywiezie?

Sprzedawca: I wszyscy w szpitalu jesteście agentami FBI?

Agent: Tak. Siedzimy tu cały dzień i bardzo zgłodnieliśmy.

Sprzedawca: jak pan chce za to zapłacić?

Agent: Mam czeki.

Sprzedawca: I jest pan agentem FBI?

Tak. Wszyscy tu to agenci FBI. Pamięta pan, żeby przynieść pizzę i picie przez tylne wejście?

Zamknęliśmy frontowe drzwi.

Sprzedawca: No cóż, chyba jednak nie przyjadę.”

 

 

Czy były w tym dialogu jakieś niezrozumiałe słowa? Nie. Obaj rozmówcy nie mieli wątpliwości, że chodzi o pizzę, coś do picia i gdzie trzeba to dostarczyć. A mimo to sprzedaż się nie powiodła, chociaż sprzedawca, trzeba mu to przyznać, łatwo się nie poddawał. Nie „sprzedawajcie” tak swoich wierszy, proszę. Nie piszcie poezji tak, że Napierski albo ktokolwiek innych powie o niej, że to „łechtaczka zużytych nerwów”.

 

Pin It