Zbigniew Taranienko

 

Późne powieści Kazimierza Truchanowskiego

Notatnik krytyczny cz. 2

 

poprawianie masek     9 VII 2014

   Z listów pisanych do Ryszarda Chodźki wynika, że Kazimierz Truchanowski zabrał się na dobre do Młynów na jesieni, a może dopiero pod koniec 1977 roku. Druga ich część, trzytomowa, w zamyśle miała swoją roboczą, autorską nazwę „Mechanizmy”, po której miały następować jeszcze Projekcje. To, co właśnie na nowo pisał – brakujący czwarty tom – pierwotnie miało być nazwane „Skowyt nocy”. Nowa postać, pojawiająca się w tym tomie, Mohuczy, co do którego można było mieć początkowo mniemanie, że była projekcją Sądów powołaną do życia głównie po to, żeby pognębić Awariusza Wciśniętego, a może jeszcze w jakimś innym celu, obecna jest w utworze Truchanowskiego realnie: jest to – jak tłumaczy w innym liście pisarz, co zresztą jest zgodne z sugestiami zawartymi w tekście książki – nie podstawiona przez Sądy postać, a znienacka odwiedzający restaurację Sądową osobnik, który w pewnym momencie stoczył z obrońcą sądowym pojedynek jako skorpion. Pojedynkujący się z nim obrońca sam zamienił się podczas walki także w skorpiona...

 

   Kiedy Truchanowski ten czwarty tom naprawdę skończył? W późniejszym liście do Chodźki, z marca 1982, pisał, że siedzi jeszcze nad rozdziałem Równanie z dwiema niewiadomymi, a ma jeszcze kilka innych, z których nie jest do końca zadowolony. Czy oddanie książki do PIW-u w październiku tego roku zakończyło proces pisania?

 

     10 VII 2014

   Początek skończonego po kilkunastu latach czwartego obszernego tomu, podzielonego na dwa woluminy o tytule „Anatomia i mechanizmy Nocy”, zaczyna się od podobnej niejasności, jaka kończy poprzedni tom Młynów. Ale tłumaczy ją także ogólna sytuacja: Adam, który przychodząc do Miasta przybrał sobie pseudonim Awariusz Wciśnięty, od czasu przywłaszczenia jego mieszkania przez dotychczasową gospodynię już nie ma gdzie mieszkać. Stracił też pracę, którą mu dano, błąka się więc po Mieście. Przedtem w masce, w pozłacanej koronie na głowie, w purpurowym płaszczu i z błazeńskim kaduceuszem, przekładanym w chwilach niepewności z ręki do ręki, którymi to atrybutami obdarzyły go wszechmocne Sądy, później już bez korony i płaszcza, gdyż zostały nieco wcześniej zniszczone przez uliczników.

 

     11 VII 2014

    (Sen czeka u progu): Adam nie może zasnąć i rozważa naturę niekończącej się Nocy. Czy rzeczywistość to sen, w który wchodzimy po przebudzeniu się z poprzedniego snu? Przypomina sobie obrazy domu rodzinnego, kuchnię, spory usługujących dziewcząt i Matki, stołowy, postać Ojca. I nagle zaskakuje go pytanie: Kto dokonał tego fałszerstwa, kto zadbał w nim o najmniejsze szczegóły tak, żeby zmiany nie rzucały się w oczy? Tego oczywiście nie wiem, lecz jestem przekonany, że fałszerstwa dokonano, a kto tego dokonał, postaram się dowiedzieć i fałszerzy zdemaskuję. – jakby Adam już znajdował się w późniejszej imitacji mieszkania, wbrew normalnemu biegowi akcji.

   Adam w fałszywym mieszkaniu znajdzie się dopiero w połowie tomu, jeszcze go tam nie zawleczono... Niespodziewane zdanie można więc najprościej wyjaśnić, przyjmując koncepcję, że w zamyśle Truchanowskiego pytanie Adama miało być pisarskim sygnałem, iż przedstawiane dalej, acz wcześniej przebiegające sytuacje i sprawy, należy ujmować jako jego wspomnienia czy też sprawozdanie, napisane później. Ale kiedy miałby to pisać? I gdzie? W zafałszowanym domu, skoro „sprawozdania” prowadzone są także później, już po wyjściu z niego? W sądowych korytarzach, na ulicach podczas błąkania się po nich? Tam pisać się nie daje.

   Potem – w pierwszym rozdziale – Adam wspomina zdarzenia w kuchni, złośliwości Dominiki, przypominające zaloty anioła i reakcje Melanii, wizytę ogrodnika w buciorach, przynoszącego anielskie skrzydła; przyjęcie pełne ucztujących, rozbuchanych alkoholem masek, i znów ogrodnika Tomasza, opowiadającego o podpatrywaniu rozbierającej się byłej właścicielki podmiejskiego domu, w którym mieszka obecnie rodzina Adama, i o swoim pozowaniu do obrazów z instrumentami zdobiącymi salę balową. I raz jeszcze naczelnik Ay żartobliwie dopytuje o ćwierkanie...

   Można by zapytać, czy te powtórzenia, nawiązujące wyraźnie do końcówki poprzedniego tomu, to powracające po raz kolejny natręctwa Truchanowskiego, terapeutycznie sycące tekst, czy jedynie techniczny zabieg pisarza, przywołujący dla nowego czytelnika motywy-obrazy z poprzednich tomów? A może jest to próba oddania zaburzonego stanu ludzkiej świadomości ze względu na długotrwałe niewyspanie? Wykorzystywano je przecież celowo i systematycznie jako udręczenie ułatwiające śledztwo, równie jak nocne przesłuchania w więzieniach. Ludzkiego przemęczenia z niewyspania nie bagatelizowano nawet w koncentracyjnych obozach. Niektórzy więźniowie Auschwitz wspominali, że najgorszy był tam dla nich właśnie stały i mętny stan półjawy i półsnu, nawet nie otaczająca groza, lęk czy głód, do których po jakimś czasie człowiek – ze swojej natury – trochę się przyzwyczaja. Wskutek permanentnego niewyspania cała rzeczywistość stawała się także na poły snem, traciła swoją realność.

   Euforia pijanych masek, piszcząca małpka, zadumany żebrak, w kuchni anioł pożera kotlety. I nagła zmiana sytuacji: w nocy jakiś petent rozmawia z Adamem w korytarzu sądowym, siedząc obok na ławie, wśród innych, śpiących petentów, namawia do solidarności z nimi. Nie są sami: znienacka z bliska atakuje Adama korowód dziarsko, wręcz prowokacyjnie tańczących petentów, których nagle przegania Nocny, bodaj najważniejszy z sądowych woźnych. I trwa dalsze namawianie Adama przez upartego rozmówcę do solidarności z nimi. Wtedy w myśli Adama rodzi się idea, by zamienić niezrozumiały dla większości napis „Lasciate ogni speranza voi ch’entrate”, umieszczony na gmachach Sądów, na obraz Sądu Ostatecznego jako lepiej czytelną przestrogę przed nimi. Ten wątek będzie się dalej rozrastać. I pojawia się od razu drugi lejtmotyw tomu: petent pyta Adama, czy to nie on przypadkiem jest tym, który właśnie przybył do Miasta po zachodzie słońca (choć ciągle trwa Noc!) i wzbudza niepokój wszystkich, a Adam z uporem powtarza, że nie jest wcale petentem... Jego rozmówca wyrywa ze snu innych i zachęca ich do rozpoczęcia ulubionej zabawy: trzeba Adama, krnąbrnego petenta, który się nie przyznaje do swego stanu, parę razy podrzucić pod sufit, by spadając boleśnie się potłukł, a przez to czegoś nauczył. I znowu, zapalając światła nad drzwiami urzędniczych pokojów, Nocny odciąga petentów od tego rodzaju zabawy. To pierwszy, jakże gęsty rozdział Młynów bożych.

   (Głosy z daleka): Adam już za Sądami na trójkątnym placyku, na który wyprowadził go Nocny, znowu wspomina o domu i odwiedzającym go żebraku, który przyczynił się do jego wyjścia z domu do Miasta, a także o pięknej kobiecie, którą spotkał na schodach stojącej nieopodal kamienicy, zamykającej niedaleko położoną ulicę. Nagle, obok niego, pojawia się znowu ten sam osobnik, który nękał go w korytarzach i proponuje wzięcie udziału w nocnym teatrze petentów – w charakterze petenta ze sznurem na szyi, którego się osądza i bije harapami. Adam już brał udział w podobnym „przedstawieniu”, tyle że w roli Najwyższej Władzy, więc odmawia. Petent rezygnuje. Adam okrężną drogą idzie na plac Ciemnych Nocy.

   (Zamknięty we fladrach): Idąc na plac Ciemnych Nocy Adam rozważa relacje miedzy Prawdą, Kłamstwem i Złem. Czując, że jest otoczony fladrami, jak osznurowany nimi wilk, na którego się właśnie poluje, przypomina i rozsądza różne spotkania w Sądowej z obrońcą, wpływ, jaki wywarł na niego ojciec i dom, spory dziewcząt – Melanii i Dominiki – najczęściej przebiegające w kuchni, a także opowieści Tomasza o przystojnej dziedziczce, cesarzu i polowaniach.

   (Krzyki – skowyty – chichoty): Miasto w Nocy, brak światła, ciągły pośpiech późnych przechodniów i otulający sen, serie gwałtownych, przejmujących, ostrych i naturalnych dźwięków, nie pozwalają na trafne zobaczenie tego, co się naprawdę w nim dzieje. Nawet malowidło oślego łba w restauracji Sądowej wykrzykuje jakieś zarzuty i polecenia; rechoczą strażnicy w Skrzydle Uspokojenia; z katedry dochodzi mrukliwy śpiew gregoriański, mieszający się z piskiem dzieci i z głosami karciarzy z przylegającej do niej kamienicy położonej za trójkątnym placykiem z tyłu Sądów, z której można dostać się do wnętrza zamurowanej katedry; chichoczą rzeźby Mojr, czyli Parek, umieszczone w Fotelu Łysych Ofiar; metalicznie zgrzyta i hałasuje niski wózek beznogiego posłańca Sądów, poruszanego rękami dotykającymi chodnika; Melania i Dominika, a także Matka – żywe Parki przecież – spierając się, komentują nowe malowidła w zafałszowanym, szykowanym już dla Adama mieszkaniu. Matka instruuje Dominikę, że ma się tak zachowywać w tym staro-nowym mieszkaniu, by Adam jej nie rozpoznał – i całkowicie się jej podporządkował... Musi też być w nim ciągle zimno, dla Adama ma to być swego rodzaju memento. Wszystkie głosy pogrążają się i toną w odgłosach wichury, zrodzonej z Nocy, która otacza Miasto, choć przebijają się przez nie dźwięki wiatru. Miasto, pełne jest fantomów, nierozpoznanych i zaskakująco bliskich.

    12 VII 2014

   (Wpędzanie w niebezpieczeństwo): Wędrując przez Miasto wśród jego odgłosów, bez celu, Adam zastanawia się nad pogłoską o tajemniczym nowo przybyłym. Natyka się na beznogiego posłańca Sądów, poruszającego się po Mieście na hałaśliwym wózku, a dowiedziawszy się, że z niecierpliwością gdzieś tam go oczekują, wdaje się w rozmowę, dowodząc, że skoro nie jest sądowym petentem, od jego własnej woli zależy, co uczyni. W końcu jednak zgadza się przybyć do tych, którzy go zapraszają, i wchodzi do pobliskiej bramy: do jakiejkolwiek by bowiem bramy nie trafił, wszędzie na niego czekają. W zwykłym mieszkaniu, do którego dociera, otwierająca drzwi kobieta wzbrania się go wpuścić, nie wiedząc, kto go wezwał. Ale podskakująca dziewczynka o białych jak len włosach, widząc Adama rozpoznaje go. Adam znalazł się więc szybko w jakimś pokoju wśród kilku interesantów. Po chwili zaproszono go do następnego, a stosunkowo młody mężczyzna, urzędnik, zachłystując się, zaczął mu coś szybko i niewyraźnie czytać, czego Adam nie mógł zupełnie zrozumieć. Podejmując nieszczerą konwersację i wychwalając czytającego za dobrą dykcję i wspaniałą interpretację tekstu, Adam jednocześnie powiada, że cała sprawa zupełnie go nie obchodzi. Urzędnika cieszą pochlebstwa, ale dziwi się, że siedzący przed nim petent nie jest Modestem Abem, którego dotyczył odczytywany wyrok, lecz Awariuszem Wciśniętym. Poleca więc czekać nadal w korytarzu, aż będzie przyjmować interesantów, których nazwiska zaczynają się na literę „w”. Trochę to potrwa, gdyż teraz wzywa się petentów na literę „a”.

   (Przygotowywanie do odgrywania innej roli): Rozmowa na korytarzu z natarczywym, oczekującym w kolejce petentem. Adam, nadal bez trudu kłamiąc, powiada, że nazywa się na literę „m”. Więc może pan jest tym Mohuczym? – słyszy w odpowiedzi. Z opresji ratuje go mała dziewczynka o jasnych włosach, pomaga mu wydostać się z zamkniętego na klucz pomieszczenia. Tylnymi schodami Adam schodzi w dół i trafia do kuchni restauracji Sądowej. Chce umknąć, ale nie wiedząc nawet dlaczego, zajmuje miejsce przy stoliku, przy którym zwykle przesiaduje z obrońcą sądowym. Chce wyjść, ale powstrzymuje go kelnerka, mówiąc, że tu ktoś na niego czeka. I rzeczywiście, po chwili wchodzi zwalisty obrońca, zamawia butelkę wódki, zmuszając Adama do ostrego picia i wyłuszcza mu nowe zadanie: chcą nałożyć mu nową maskę i ukoronować, gdyż Mohuczy, który przybył do Miasta, podaje się właśnie za niego. Dzięki tej zmianie Adam stanie się bezpieczny, nawet będzie mógł wrócić do swego domu za Miastem, choć i tak będzie musiał w końcu zostać tym Mohuczym... Taki jest projekt Sądu. Podczas rozmowy obrońca także wtrąca, że nie miało większego znaczenia, dla kogo był przeznaczony odczytywany mu wyrok: jego wyrok byłby taki sam. I posyła uliczników do teatru Komedia po rekwizyty.

   (Małe kłamstwo jest wygodniejsze niż wielka prawda): Umęczony długotrwałą wędrówką i coraz bardziej pijany, Adam porusza z obrońcą narzucane przez niego rozmaite tematy. Między innymi pojawia się kwestia dwuznaczności jego stosunku do Ziemi, zarazem przez niego uwielbianej i porażonej Złem. Obrońca mówi też o jego lęku wobec świata, właściwie podczas całej rozmowy ujawnia jego idealizm i opaczne rozumienie rzeczywistości z punktu widzenia Miasta. Argumentuje, że Adam powinien przyjąć takie warunki przebywania w nim, jakie są mu proponowane. Usilnie go na to namawia. Adam ma pewne trudności z wypowiadaniem się – dokucza mu cały czas gonitwa myśli.

   Ten, co wyciska łzy i rozśmiesza do łez): W restauracji pełnej już gości, początkowo w ciszy obserwujących całą ceremonię, przybyły z teatru Komedia charakteryzator nakłada nową maskę Adamowi, siedzącemu na ozdobnym fotelu – charakteryzuje się ona niezwykle szerokimi, zasznurowanymi ustami i ostrym wyrazem oczu. Maska jest przerażająca, nie do zapomnienia. Po jakimś czasie lokal rozbrzmiewa gwałtownymi uwagami i prymitywnymi reakcjami obserwatorów, w tym Gabinetu Cieni, czterech wiecznych towarzyszy obrońcy. Po skończeniu ceremonii goście wychodzą, a obrońca sądowy – teraz już przy zajmowanym przez nich zwykle stoliku – tłumaczy Adamowi, że stał się już nową osobą, Mohuczym. I przyszedł czas, by wrócić do rodzinnego domu.

(Piekło uzupełnione niebem): Obrońca sądowy, postanawiając uhonorować Adama jako nowego człowieka, zamawia kolejną butelkę wyjątkowo smakowitej wódki i upija go. Przez sale przechodzą – już nie wiadomo po raz który obok Adama – śpiewający psalm żałobnicy o bardzo niewielkim wzroście. Ulicznicy pod wodzą Artura-jąkały przynoszą płaszcz, koronę i kaduceusz z teatru. Odbywa się pozbawiona ceremonii i świadków druga koronacja Adama. Malowany na ścianie ośli łeb śmieje się, jakby miał zapłakać... Adam podtrzymywany przez obrońcę wychodzi z nim z restauracji.

   (Jeżeli idzie się do nieba): Adam wleczony jest gdzieś przez obrońcę, który się rozdwaja na dwie identyczne postacie, więc podtrzymywany z obu stron, przez główny hall sądowy rozpoczyna długą wędrówkę niekończącymi się korytarzami schodzącymi w dół i na przemian wznoszącymi się do góry. Obrońcy obchodzą się z nim brutalnie – popychając, szturchając i ciągnąc – spierają się przy tym między sobą i bez przerwy kłócą. Jeden z nich przybiera postawę anioła, a drugi diabła, po jakimś czasie wymieniają się rolami. Wmawiają Adamowi, że udają się do jego domu rodzinnego za miastem. Przed nimi przez cały czas biegnie ktoś jeszcze, co chwila śmiejąc się z Adama i plącząc się przed nim, utrudnia mu poruszanie się. Miejsca, przez które szybko przechodzą obrońcy, wlokący bohatera Młynów, nie są do końca określone, choć jeden z nich w pewnym momencie wskazuje na wschodzący księżyc, a później – na dwuwymiarowe sylwetki drzew podobne do plam, wsiąkających w szarą bibułę zmierzchu. Obrońcy zarzucają sobie wzajemnie oszustwo. Przed jakimiś drzwiami jeden z nich przekręca klucz w zamku, wpuszcza do środka Adama i na powrót je zatrzaskuje. Adam, zagubiony w jakimś ciemnym korytarzu, długo słyszy za drzwiami chichot obu obrońców, krztuszących się ze śmiechu.

   (Moje wielkie zdziwienie): W korytarzu Adam dostrzega wiele drzwi, jak w korytarzach sądowych, w jednym z pokojów stoi równie wielka kanapa jak w domu rodzinnym. Adam pada na nią i zasypia kamiennym snem. Po bliżej nieokreślonym czasie, po obudzeniu, z trudem dochodzi do siebie przetrawiając niedawne zdarzenia. Leżąc, dostrzega lampę, taką samą jak w stołowym za Miastem, ale nie rzuca ona takiego światła na sufit, które przeistaczało go w niebo... Dostrzega też olbrzymi kredens, jaki był w pokoju rodzinnego domu. Całe pomieszczenie jest pozornie takie samo, ale jednak inne, sztuczne. Brak w nim było czegoś nieuchwytnego, co tworzyło specyficzny klimat. Podobnie w kuchni, była wyczyszczona, ale wystygła, pozbawiona życia. Zmieniono malowane na ścianach obrazy, w sali balowej zamiast sielskiej sceny na środku jeziora stał na łódce Charon z wiosłem. Wszystko było jakimś naśladownictwem, gwałtem i oszustwem nie do zaakceptowania. Adam wrócił do pokoju. Ból rozsadzał mu głowę. Usłyszał, że ktoś przekręca klucz w zamku.

   (Erynia): W drzwiach stanęła stara, okutana w chusty kobieta, wyglądająca jak Erynia; Adamowi przypomniała się opowieść o starych Mojrach, które odwiedziły ich dom, kiedy mieszkali jeszcze blisko placu Ciemnych Nocy przed przeprowadzką za Miasto. Wydawało mu się, że ją kiedyś widział. Początkowo nie rozmawiali ze sobą: w tym nowym pomieszczeniu pełniła funkcję gospodyni, przygotowywała posiłki, sprzątała i wychodziła na zakupy, zawsze zamykając drzwi na klucz. Wychodziła wielokrotnie, nawet w nocy. Później Adam wybuchał pretensjami do niej, chciał, by powiedziała, w jakiej części Miasta został umieszczony w tym swego rodzaju karcerze, pytał też o to, co się w Mieście dzieje. Kiedyś powiedziała, że panuje niezrozumiałe zamieszanie: tłum poszukuje tego, kto tu ostatnio przybył. Sama namawiała jednak Adama do przyzwyczajenia się do sytuacji, w jakiej obecnie się znalazł.

   (Trafiony w locie): Adam zastanawiał się nad postępowaniem Erynii-strażnika: mogła pójść na skargę do Sądów, bo ostatnio wykrzyczał, że jak mu nie da klucza, to ją zabije. Pewnego dnia, wpatrując się w jakiś nowy portret starego mężczyzny, który nagle pojawił się na ścianie, dojrzał w jego głębi kolorowe światła jak w korytarzach sądowych. Poszedł w tym kierunku i po kilku krokach właśnie w nich się znalazł. Wszyscy petenci na korytarzach spali. Postanowił wejść do jednego z pokojów i trafił do gabinetu naczelnika Aya. Zarzucał mu zafałszowanie jego rodzinnego domu i wprawienie go w tę sytuację; Ay odrzucał jego wszelkie skargi, jakby nic o tym nie wiedział. Później Adam skarżył się podobnie Nocnemu. W odpowiedzi woźny umożliwił mu podpatrzenie sceny w innym pokoju, podczas której jego nowa gospodyni dokarmiała Franza, inicjatora dawnych przedstawień petentów, urzędującego obecnie przy prezydialnym stole w Sądzie: gospodyni podnosiła rękę, jakby składała przysięgę... Wydało mu się, że się nagle zbudził, a jego wyjście z falsyfikatu mieszkania było senną wizją.

   Zamknięty w tym dziwnym pomieszczeniu, Adam coraz lepiej je poznawał. Dostrzegł też, że gabinet Ojca wyglądał, jakby przed chwilą ktoś go opuścił.

   (Metamorfoza Erynii i wdeptywanie piekła pod kamienie bruku): Niespodziewanie weszła do mieszkania gospodyni, anonsując z daleka, że zaraz przyjdzie. Po chwili Adam zobaczył młodą, piękną kobietę, która – po wyrażeniu zachwytu, jakie sprawiła na nim jej uroda – chciała mu się od razu oddać. Adam, choć przypominała mu ona kobietę, w której był zakochany, a później czekał na nią w zamurowanej katedrze, odmówił. Podejrzewał podstęp, nie domyślając się, że jest to zazwyczaj omotana chustą jego obecna gospodyni. Tak jednak było. Od tego momentu zmienił się ton rozmowy między nimi. Rozgrzana powrotem, już piękna gospodyni, powiedziała mu, że tańczyła w Mieście na placu Ciemnych Nocy. Zarządził to Sąd, by uspokoić tłum, gwałtownie poszukujący na ulicach tego nowego przybysza o wielkich ustach. I kiedy Artur-jąkała wykrzykiwał z drzwi Sądowej: Mmm... o huu-u-czy, chcąc powiedzieć Miasto huczy, tłum zaczął skandować: Mohuczy – i wdeptywać piekło w bruk, realnie miażdżąc niewielkich pątników, wyprowadzonych w tym czasie przez Nocnego i śpiewających w procesji swoje Dies irae. Roztańczony tłum później wdzierał się nawet gwałtownie do Sądów. Gospodyni szybko wróciła, chcąc sprawdzić, co się z Adamem dzieje.

   Nagle ktoś załomotał do drzwi, gospodyni wyszła, a po chwili, szybko wybiegając, opuściła mieszkanie. Nawet nie zdążyła przekręcić klucza w zamku.

   (Ptaszysko przyleciało): Adam w danym mu przez Sądy już po raz wtóry uniformie błazna – w czerwonym płaszczu, w koronie i z kaduceuszem w ręce – wychodzi z mieszkania na ulicę, która, jak się okazało, była położona daleko od placu Ciemnych Nocy i Sądów, czyli od centrum Miasta. (Inaczej była ona zlokalizowana w napisanym już piątym tomie cyklu: tam każdy pokój sąsiadował z Sądami, w których pracowali urzędnicy, podsłuchujący Adama). Idąc w kierunku placu Ciemnych Nocy Adam dostrzegł kamienicę, w której kiedyś mieszkał. Wszedł tam; jego była gospodyni, która podstępnie zagarnęła mieszkania, przywitała go stekiem inwektyw, dotyczących jego nowego wyglądu, charakteru i postępowania. I wyrzuciła po raz drugi z domu to „czarne ptaszysko z zawiązanym dziobem”. Do dawnego mieszkania trafia w tym samym czasie wysłannik od obrońcy, który powiadamia, że czeka na Adama w Sądowej.

   (Ostrzeżenie): W drodze do restauracji ktoś nieznajomy ostrzega go przed spotkaniem. Adam miał zamiar powiedzieć obrońcy, co sądzi o sfałszowanym mieszkaniu, ale obrońca oddalił ten temat i podjął inny: poinformował, że jego obecne wyjście z nowego domu pokrzyżowało dotychczasowe plany, a ponadto do Miasta rzeczywiście przybył ktoś nowy i nieznany, podobny do Adama, i teraz (nie wyjaśniając, z jakiego powodu) sam Adam musi go zdemaskować.

   (Naprowadzanie na niewidoczny cel): Adam znowu krąży po Mieście, ale właściwie po to, by samemu sobie rozświetlić zamiary obrońcy, prowadzi więc z nim wyimaginowane rozmowy. Powraca do Sądowej. Przywołana przez obrońcę kelnerka potwierdza, że niedawno w restauracji był ktoś, kto bardzo przypominał Adama, a obrońca powtarza, że tylko Adam musi go wytropić i poznać jego plany. I w tym przypadku zaoferował Adamowi porcję ryby (co symbolicznie przecież oznacza, że traktuje go znowu jak pracownika Sądów).

   (Empuzy): Po wyjściu z restauracji Adam wędruje po Mieście aż do jego granic – co prawda zostaje tam zapędzony przez grupę uliczników, jego starych prześladowców, straszących go mogącymi w każdej chwili nastąpić uderzeniami świńskich pęcherzy w głowę, które właściwie nie sprawiają bólu, niezmiernie jednak dokuczają – i w końcu wychodzi poza Miasto. Dociera nad rzekę, pochyla się nad kwiatem rosnącym na jej brzegu i zrywa go. W tym momencie odzywa się do Adama nieznany mu człowiek, którego przed chwilą widział, jak stał na mostku i z zadumą patrzył w wodę. W rozmowie okazuje się, że nie tylko całą rzeczywistość Miasta oceniają podobnie, ale w taki sam sposób ją określają, a nawet używają tych samych przenośni i metafor. Nieznajomy jest także nazywany „czarnym ptaszyskiem z zawiązanym dziobem” przez byłą gospodynię Adama, u której obecnie mieszka.

   Pojawienie się Mohuczego w Mieście, tak bardzo podobnego do Adama, właśnie w momencie, kiedy bohater Młynów został przygotowany, by odgrywać jego rolę, można tłumaczyć jako niewyjaśniony bliżej w książce, tajemniczy splot okoliczności, albo – jednak – jako realizowany z premedytacją scenariusz wydarzeń, przygotowany wcześniej przez Sądy. W powieści nie ma żadnych danych, które mogłyby rzeczowo podważyć którąkolwiek z wymienionych możliwości.

   Po jakimś czasie obaj – Adam i spotkany nieznajomy – osobno wracają do Miasta, niebawem znajdują się już na jego ulicach. Przybliża się hałaśliwy wózek beznogiego – Adamowi wydało się, że przez chwilę jego właściciel rozmawiał właśnie z nieznajomym spotkanym nad rzeką... Po chwili zapytany o drogę jakiś starszy człowiek, powiedział mu, jak dostać się do ulic-korytarzy, gdzie Adam chciał dotrzeć, by obdarować trzymanym w ręku kwiatem dziewczynkę o białych jak len włosach, która pomogła mu wcześniej wydostać się z sądowej kamienicy. Droga prowadząca stąd do podziemnej części Miasta była ulicą zamieniającą się w pochylnię, wiodącą wprost w dół. Adam dość łatwo trafił do przejścia: prawie od razu zobaczył tłum, a w nim idącą w jego kierunku dawniej poszukiwaną piękną kobietę. Po chwili jednak zawróciła i poszła w drugą stronę, a on stosunkowo łatwo – myląc się tylko raz i wchodząc do pokoju umierającej staruszki – odnalazł drogę do pokoju dziewczynki. Mała zachowywała się niespodziewanie prowokująco, eksponowała swoje niedojrzałe wdzięki jak doświadczona kokietka, więc Adam zrezygnował z podarunku – zmiął kwiat, włożył go do kieszeni i wyszedł. Ledwie ruszył, zastąpiła mu drogę w tunelu inna młoda kobieta – kiedyś ją przypadkowo odwiedził – oferując mu ponownie swoje dojrzałe ciało. Wabiła go znowu do siebie, Adam wywinął się z tej wizyty wymówką, że ma umówione spotkanie z malarzem Segantinim. Poszedł i do niego, nie zastał go jednak. Malarz mieszkał już w Mieście, o czym powiedział jego gospodarz, którego nie sposób było ominąć, staruszek leżący w łóżku w poprzednim pokoju i cierpiący na gastryczne dolegliwości. Dowiedział się od niego przy okazji, jak ostatnio o nim głośno: od plotek o nim Miasto aż huczy. Adam zerknął do pokoju Segantiniego – nie było w nim nikogo. W tej sekundzie staruszek nagle zasnął, a Adam mógł wyjść spokojnie.

     15 VII 2014

   Druga część (tom) Anatomii i mechanizmów Nocy.

   (Lasciate ogni speranza voi ch’entrate): Aby wytłumaczyć, jak doszło do pomysłu zastąpienia malowidłem Sądu Ostatecznego wersetu z Boskiej komedii Dantego, Adam zauważa, że cały Teatr Miasta wziął swój początek z niekończącej się Nocy, jednej z jej odmian, która nad nim zaległa. Wspomina, że po wpędzeniu go dzięki pomocy małej dziewczynki do restauracji Sądowej i dalszego ciągu wydarzeń, w tym nałożenia nowej maski, a także koronacji, wszyscy, poza odbiorcą i nim, wyszli z sali, a obrońca zasnął.

   I tu pojawia się nieco inna wersja opowiedzianych już wydarzeń.

   Po obudzeniu się obrońcy Adam powiedział mu, że zmieniłby chętnie wzięty z Dantego napis na Sądach na namalowany obraz Sądu Ostatecznego. Obrońca odkłada rozmowę na ten temat i obaj wychodzą z restauracji na przechadzkę. Nagle otwierają się drzwi Sądów i ciągle obecny w nich Nocny powiadamia obrońcę, że wzywa go do siebie naczelnik Ay. Woźny zaprasza także Adama, by wszedł do środka. Pokazuje mu zniszczenia dokonane przez petentów po próbie teatralnej, urządzonej przez Franza. Adam obiecuje naprawienie połamanego Fotela Łysych Ofiar, od którego, po bijatyce petentów, odpadły figury Mojr. Jednocześnie upewnia się w podjętym przez siebie zamyśle: nikt nie czyta tekstu umieszczonego w języku oryginału na Sądach, a jeżeli nawet czyta, to nie rozumie wcale, co znaczy.

   (Burzenie wieży Babel): Adam w drodze do ulic-korytarzy odwiedza kamienice przy Ciemnych Składach, w których mógłby się dowiedzieć, gdzie się obecnie znajduje Mojra brakująca w oparciu Fotela Łysych Ofiar, ukazana jako wdzięczna tancerka i podobająca się bardzo Nocnemu. Wspomina także wcześniejsze swoje wędrówki – do Skrzydła Uspokojenia czy nieznane mu wcześniej wejście do ulic-korytarzy przez kuchnię, w której kobieta obierała ziemniaki.

   Po wyjęciu fragmentów z konstrukcji pierwotnej, czyli z powieści Piekło nie zna snu, i wykorzystaniu w drugiej części czwartego tomu, nowy tekst został tak zbudowany, że czas wspomnień zaczął mieszać się z czasem biegnących obecnie zdarzeń. Można więc też sądzić, że Adam do ulic-korytarzy wchodzi po raz kolejny, niedługo po pobycie w tym miejscu, który został przedstawiony zaledwie dwa rozdziały wstecz. Te niepokojące różnice być może zostały przeoczone podczas ostatecznej redakcji czwartego tomu albo zostały pośpiesznie wprowadzone jakieś zmiany podczas późniejszej autorskiej korekty. Trzeba dodać, że Truchanowski przyznał w dawnej rozmowie, że przy pisaniu pierwszych tomów Młynów nie miał jasnej koncepcji przestrzeni, choć fascynował go czas, na temat którego miał wiele przemyśleń.

   Do podziemnego kręgu Miasta prowadzi Adama tym razem Matheo, zawołany przez kobietę obierającą ziemniaki w jakiejś kuchni. Adam dość szybko trafia do pokoju dziewczynki o włosach jasnych jak len (jak się okazuje, córki Modesta Aba); dowiaduje się od niej, że przyszedł niepotrzebnie, gdyż lalka Małgosia, która była chora – miał ją wyleczyć król Adam noszący koronę – już umarła. Po niedługim czasie Adam znowu trafia do powabnej prostytutki, która go tym razem mniej emabluje, wreszcie do staruszka cierpiącego na niestrawność, któremu mówi, po co przyszedł, w końcu także do Segantiniego, by namalował Sąd Ostateczny, nadal mieszkającego w pokoju obok.

   A więc został przekształcony wcześniejszy, logicznie ułożony ciąg spotkań Adama z dziewczynką, a ponadto niedawna uwaga gospodarza Segantiniego, że malarz już się wyprowadził, pomieszczona we wspomnianym ostatnim rozdziale poprzedniego tomu, czyli dwa rozdziały wstecz, znalazła się w niewłaściwym miejscu książki. Ojciec później wyjaśnia Adamowi, że po namalowaniu nowych wersji obrazów na ścianach sfałszowanego mieszkania, wysoko ocenionych przez Sądy, Segantini odzyskał wcześniej stracone prawa i zamieszkał w Mieście.

   W dalszej partii rozdziału Burzenie wieży Babel Segantini odmawia Adamowi namalowania Sądu Ostatecznego według Rubensa, informując, że wykonany przez niego Bal Manekinów, w istocie jest przedstawieniem Sądu Ostatecznego i mieści się już w katedrze – właśnie z tego powodu zamurowanej. Od tego czasu zaczęły się osobiste trudności malarza... Poleca więc Adamowi namówienie na namalowanie obrazu malarza szyldów.

   (Piekła nie trzeba szukać – Piekło jest wszędzie): Adam powraca na wyższy poziom Miasta, aby się napić – w dolnych karcerach nigdy go niczym nie częstowano. Po szybkim wyjściu na górę pije herbatę w przypadkowym barze i znowu wraca tam, skąd przyszedł. W znanej już mu kamienicy Matheo wskazuje drogę przez kuchnię. Tym razem Adam budzi na dole wyjątkową sensację: na ulicach-korytarzach nagle wyśmiewa się z niego tłum przechodniów. Ale po chwili ludzie równie niespodziewanie poważnieją. Adam odszukuje pokój malarza szyldów Maurycego, do którego skierował go Segantini. Maurycy, rozgadany niewielki osobnik, którego przez cały czas temperuje olbrzymia żona, prezentuje swoje werystyczne malarstwo, wykonywane przy pomocy mechanicznego przeskalowywania proporcji z fotografii. Malarz nie chce namalować na wielkim murze Sądu Ostatecznego z katedry ze względu na to, że słabo jest oświetlony, a także na jego wielkość, a więc na liczne trudności przy kratkowaniu wzoru. Namawia natomiast Adama, by zamówił u niego swój portret. Adam odwleka odpowiedź i wychodzi.

   (Labirynty i karcery): W niskich betonowych korytarzach, opatrzonych mdłym światłem nieosłoniętych żarówek, Adam zastanawia się raz jeszcze nad swoim pomysłem: jak mu mówiono, spadające w dół rubensowskie ciała kobiece w Sądzie Ostatecznym kierowałyby uwagę petentów w niewłaściwą stronę. Zastanawia się przy tym, kto właściwie jest autorem tego, co nas otacza, i czym ma być nadzieja, jeżeli to wszystko, co jest nam dane, nie stanowi dzieła Przedwiecznego, ale pochodzi od boga Zła, i jeżeli on nie tylko stworzył świat materialny, ale i tchnął weń ducha, to do kogo zasyłamy nasze modły, kogo błagamy o zbawienie? Od czego pragniemy zbawienia? Od istnienia? Od naszych przeżyć i myśli? Od naszych radości i smutków? Od czego, na miłość boską? Wybaw nas od złego, błagamy Cię, Panie! Kogo o to prosimy? Tego, który zasiał Zło i w nas je tchnął? Skąd się w takim razie wzięło pragnienie dobra i szczęścia? Skąd wzięła się moralność i sprawiedliwość?

   Utwierdza się w przekonaniu, że istnieje dwóch Stwórców – ten, który stworzył materię, i ten, który tchnął ducha w martwą Materię.

   Podobnych rozważań i konstatacji nie ma jeszcze w wydanej w 1967 roku powieści Piekło nie zna snu, choć aby odpowiedzialnie to stwierdzić, należałoby dokonać podobnie rozwiniętego przeglądu akcji wcześniejszej wersji tomu czwartego, jaki jest obecnie wykonywany w stosunku do jego ostatecznego kształtu. Koncepcja relacji między Przedwiecznym a Szatanem jest natomiast taka sama jak w przytaczanych fragmentach Dzwonów Piekieł i Totenhornu. W Dzwonach Piekieł Truchanowski upewnił się w swoim manicheizmie i chyba nie ma potrzeby, by zależności te głębiej tutaj analizować.

   (Umykające ślady): Adam zrezygnował z pomysłu wprowadzenia obrazu Sądu Ostatecznego do gmachu Sądów i postanowił zająć się zdobyciem brakującej i zaginionej figury Parki. Wrócił więc do gmachu Sądów, by porozmawiać z Nocnym, gdzie, jego zadaniem, można by ją odnaleźć. Ów ucieszył się z przybycia Adama, gdyż sam powinien mu przekazać, iż poszukiwał go naczelnik Ay, w którego gabinecie należy szybko się pojawić, a ponadto trzeba zająć się naprawieniem Fotela Łysych Ofiar, który ma zostać wykorzystany podczas zamierzonej wielkiej rozprawy przeciw Mohuczemu. Obaj rozmawiają o tym, jaki typ figury Atropos, brakującej Mojry, ma zostać umieszczony w fotelu: ten, który został zrobiony z jednego kloca i był wcześniej zamocowany w oparciu, czy posąg zgrabnej tanecznicy, który później ją zastąpił.

W trakcie tej rozmowy Nocny przy okazji sprawdzał, czy Adam był w Sądach po zachodzie słońca. Choć zaprzeczali temu donosiciele, rozchodziły się pogłoski, że go w nich widziano. Na koniec Nocny bez zahamowań wpycha Adama do gabinetu naczelnika Aya.

   (Równanie z dwiema niewiadomymi i kwiat dla Ewy): Ay najpierw insynuuje, że to właśnie Adam udaje Mohuczego, żeby zakpić z Sądów, a później namawia go, by przybrał sobie nowy pseudonim – właśnie „Mohuczy” – a nawet nim został, skoro postać ta wzbudza tak duże zainteresowanie w Mieście. Powiada, że będzie to wygodne także dla Sądów.

   Można by z tego wnioskować, że Sądy nie podstawiły jakiegoś urzędnika jako figurę Mohuczego, tylko przewidziały przyjście do Miasta nowego buntownika, bardziej zdecydowanego od Adama.

   Ponadto, mówił dalej Ay, Adam ma przybyć na wieczorną ucztę w Sądowej i przynieść pani Ewie piękny kwiat, skoro potrafi je zrywać i byle komu dawać. Adam wspomina o Fotelu Łysych Ofiar, który, co potwierdza Ay, rzeczywiście ma być potrzebny, i opuszcza gabinet, natykając się znowu na Nocnego. Woźny zwraca uwagę, że całą tę sprawę należy brać poważnie. Ostrzega też Adama, opowiadając anegdotę o tym, że zdarza się Sądom oskarżyć zamiast sprawcy kogoś zupełnie innego. Wkrótce Adam rozmawia z obrońcą w Sądowej, ów radzi mu, by wrócił do mieszkania, które opuścił. Adam, nie chcąc znaleźć się w mieszkaniu, którego pilnuje podejrzana, choć piękna Erynia, ponownie idzie do wymarłych Sądów, by odpocząć trochę w jakimś kącie. Po chwili budzi go hałas i nagłe zamieszanie: petenci i woźni pośpiesznie poszukują Mohuczego albo Wciśniętego. Adam sam się ujawnia – i na powrót zostaje wezwany do naczelnika. Ay, tym razem oburzony, zarzuca mu, że opuścił przydzielone mu mieszkanie i zamierza wybrać się za Miasto, a także dopytuje, kto zerwał nad rzeką kwiat: on sam czy ten drugi, który z nim był... Przypomina, że Adam ma przybyć na ucztę, przynieść piękny kwiat i wręczyć go pani Ewie.

   (Poza wszelkim wyobrażeniem i zrozumieniem): Idąc do restauracji Adam nie spodziewał się świątecznego wystroju wnętrza i wykwintu strojów tłumnie zebranych gości. A byli tam wszyscy ważniejsi urzędnicy z Sądów, wystrojone urzędniczki, wcale nie przypominające siebie samych w czasie pracy, a także spotkany nad brzegiem rzeki nieznajomy, rzeczywiście niezwykle podobny do Adama. Odczuwało się wyraźne napięcie między obrońcą a towarzyszącym mu ciągle Gabinetem Cieni, który zazwyczaj był mu posłuszny, a nie na tyle opozycyjnie nastawiony, by jawnie walczyć z nim o władzę, a także jakiegoś utajonego konfliktu między zarządzającą biurem Aya, piękną panią Ewą, a Adamem, niegdyś prowokującą go bez zahamowań, a obecnie pełną niechęci i złośliwości. Nawet kelnerka Flora, wcześniej związana z Adamem, określała go obecnie jako przyjaciela namalowanego na ścianie osła. W sali panowało ogólne napięcie i oczekiwanie na to, co winno było się zdarzyć. Po głośnym zamówieniu przez nieznajomego ryby, zainterweniował obrońca sądowy. Sprzeczkę między nimi zakończyło wyzwanie na pojedynek, skutkujące zaciekłą i bezlitosną walką, prowadzoną przez nich obu, znienacka przemienionych w dwa skorpiony. Trudno było odróżnić, które z tych stworzeń kim jest, w skupianiu się nad rozróżnieniem skorpionów podczas zaciekłej walki dodatkowo przeszkadzało gadanie jakiegoś uporczywego wykładowcy-kaznodziei. Była to ostra walka o wszystko, pełna niebezpiecznych ciosów z obu stron... Podczas trwania pojedynku Adam miał odczucie, że w pewien sposób sam się rozdwoił, i że to właśnie on prowadził walkę z obrońcą... Po walce nieznajomy wyszedł z Sądowej o własnych siłach, w sali pozostał poturbowany obrońca. Pozostał tylko z Adamem, wszyscy bowiem, zbulwersowani niezwykłym wydarzeniem, opuścili restaurację.

   (Upadek obrońcy): Twarz obrońcy pozbawiona maski, którą zdjął przed pojedynkiem, była straszna i trudna do opisania. Rozmowa między nim a Adamem była w jeszcze większym stopniu pobudzana alkoholem niż bywało wcześniej. Obrońca mówił, że wszystko potoczyło się inaczej niż przewidywał – wyłącznie z powodu opuszczeniu przez Adama mieszkania otrzymanego od Sądów. Dodał przy tym, że Adam jest petentem, czemu on, jak zwykle, zaprzeczał, a przy poleceniu powtórzenia zaprzeczenia, danym przez obrońcę, w odpowiedzi uderzył go silnie w twarz. Obrońca, nie reagując na cios, namawiał nadal Adama, by ujawnił się jako Mohuczy – dzięki temu można będzie jeszcze wszystko uporządkować. Albo też, by Adam pojechał do domu za Miastem, pozwolił tam sobie zmienić w tajemnicy maskę i za jakiś czas powrócił do Miasta już jako Mohuczy...

 

16 VII 2014

  Kilka ostatnich zwrotów akcji wskazuje na zmianę stosunku Sądów do Adama, a nawet pewne przekształcenie jego statusu. W jakiś sposób stał się on – może mimo woli – kimś w rodzaju pracownika Sądów, przynajmniej ich realnego pomocnika, w dużej części wykonywał bowiem polecenia urzędników sądowych: Nocnego i sądowego obrońcy. O obecnej w nim zgodności jego cech osobistych z wymogami Sądów wspominał wcześniej w rozmowie z Adamem nieznajomy znad rzeki. I w istocie w ostatnich rozdziałach Adam często wybierał się, by spotkać się z obrońcą wcale nie dlatego, że był przez niego przymuszany i wzywany, ale z własnej chęci: aby się w jakiejś sprawie poradzić albo coś wybadać. Wobec Sądów Adam zaczął więc realizować jakąś własną politykę, która stawała się zgodna z zamierzeniami Sądów.

   W ostatniej rozmowie z obrońcą, zresztą podobnie jak w innych, pojawiają się informacje różniące się nieco wobec podawanych wcześniej, na przykład taka, że Adam ofiarował narzucającej się mu prostytutce kwiat, bądź, że położył go przed jej aktem jako hołd złożony kunsztowi artysty. Nie muszą być one autorskimi przeoczeniami przy redagowaniu tekstu jak wyraźnie odmienne informacje o obecnym miejscu zamieszkania Segantiniego, tylko swego rodzaju rejestracją zmiany treści w czasie rozchodzenia się informacji między ludźmi, jak w zabawie towarzyskiej w głuchy telefon, albo jako zapis przekształcania się ludzkiej pamięci.

   (Insynuacje): Obrońca sądowy zasnął na dobre. Adam wybrał się do niecodziennie opustoszałych Sądów, by spotkać się z Nocnym, ale skoro go nie zastał, poszedł do archiwum, by podstępnie dostać się do akt Mohuczego. Dzięki udawaniu, że pozwolił mu na to Ay, udało mu się je otrzymać: odkrył, że akta Mohuczego, Desperatiego i jego własne zostały przez Sądy połączone w jedną teczkę. W tymże gabinecie znalazł go Nocny, mówiąc, że stało się coś ważnego. I szybko przeprowadził do jakiegoś pomieszczenia, w którym leżał na podłodze zdemolowany Fotel Łysych Ofiar.

   (Repetycja przed próbą generalną): Rozmowa z Nocnym o naprawianiu fotela i miejscu, w którym może być to zrobione, jest wielowątkowa i wyjątkowo żartobliwa. Wspomina się w niej o wielu sprawach: o dawnym mieszkaniu czy o rozmowie z Hansem w restauracji dla strażników w Skrzydle Uspokojenia, które Adam ironicznie wymienił jako miejsce, w którym mógłby zamieszkać. Nocny w którymś momencie zauważa, że już wie, jak z Adamem dojść do porozumienia, to znaczy, kiedy może się on na coś zgodzić... Namawia Adama, by wrócił do mieszkania, które opuścił, a jeżeli nie chce tego zrobić, to może powrócić do domu za Miastem. W ostatnich rozdziałach prawie wszyscy mu to powtarzają. Adam chce jednak wybrać się do ulic-korytarzy, by kontynuować zajmowanie się sprawą namalowania Sądu Ostatecznego (mimo wcześniejszej rezygnacji). W końcu głównym tematem spotkania staje się przyszła wizyta Adama w magazynie Pod Uschniętą Palmą, by dostać się do położonych pod Miastem karcerów i sprawdzić, czy nie znalazła się tam zaginiona figura Atropos, a w jeszcze większym stopniu sam sposób prowadzenia przez Adama rozmowy z jego właścicielem, by zechciał pokazać mu inną drogę niż ta, która wiedzie przez Skrzydło Uspokojenia.

   Odbywa się przygotowanie do niej, przypominające prawdziwą próbę teatralną. Okazuje się, że Nocny – najbardziej przyjaźnie nastawiony do Adama spośród sądowych pracowników (trudno określić, jaką funkcję spełnia Nocny naprawdę) – odgrywając przyszłą rozmowę z właścicielem magazynu Pod Uschniętą Palmą i naśladując przyszłe zachowanie Adama, staje się wytrawnym aktorem, choć za chwilę potrafi być równie sprawnym śledczym o wysokiej umiejętności przesłuchiwania i stawiania pytań. Adam rusza w drogę raczej z postanowieniem odnalezienia brakującej Parki niż odszukania właściwego malarza.

   (Te, które wodzą na pokuszenie): Już na placu Ciemnych Nocy Adam, zastanawiając się, gdzie ma się właściwie udać, spostrzegł biegnącą ku niemu zaaferowaną Florę, kelnerkę z Sądowej: musiała mu opowiedzieć, jak bardzo narzeka na jego niewdzięczność pobity i osamotniony obrońca, który nie ma nawet ochoty na picie wódki, a ponadto o wizycie, jaką złożyła ponętna panienka w obcisłej spódnicy – Beata Maria – dopytując o niego. Adam, choć właśnie ją darzył prawdziwym uczuciem, mimo że nie pojawiła się w zamurowanej katedrze, gdzie na nią czekał, a w zamian został zmuszony do przysięgania wierności śmierci, poirytowany tymi rewelacjami, udał się na ulicę Ciemnych Składów (po raz wtóry!), poszukując brakującej figury Atropos. Na niekończących się korytarzach tego gmachu-karceru natknął się niespodziewanie na Beatę, która płacząc, oświadczając mu się i tłumacząc z nieobecności w katedrze, namawiała go do wspólnej ucieczki z Miasta. Powiedziała także, że to właśnie ona była tą tancerką, której poszukuje. Adam, mimo swego niewygasłego uczucia, odszedł.

   (Atropos): Adam, zamyślony, układając to, co powie właścicielowi magazynu Pod Uschniętą Palmą, który wcześniej sprowokował jego znalezienie się wewnątrz Skrzydła Uspokojenia, wędrując ulicami Miasta, nawet nie spostrzegł, jak stał już pod jego sklepem. Zza okna kiwał na niego on sam. Kiedy Adam wszedł do środka, przywitał go wylewnie, oferując swoje usługi, częstując herbatą i pokazując obrazy. Wiedział, czego szukał Adam – posąg trzeciej Mojry, znacznie różniącej się od pozostałych, o topornej figurze, jakby wyrzeźbionej z jednego kloca, i niezwykłych, przenikliwych oczach, był rzeczywiście w magazynie – i choć właściciel przed dokonaniem transakcji zaproponował swego rodzaju grę, miała ona charakter czysto towarzyski. Właściciel magazynu także uważał, że właśnie ta dawna figura Atropos powinna się znaleźć w oparciu Fotela Łysych Ofiar. Adam zdecydował, że ją zabierze, jeśli to samo poradzi mu „osoba najbardziej kompetentna”.

   (Wpędzanie w maliny): Wstąpiwszy na chwilę do Sądowej, by się dowiedzieć nowin, Adam zauważył we flakonie piękny kwiat. Był przeznaczony właśnie dla niego, a przyniosła go Beata Maria, zaświadczając o swej miłości. Kelnerka Flora podważała wtedy jej nadzieję, opowiadając o silnym zainteresowaniu Adama wszystkimi pięknymi kobietami. Adam z zabranym z wazonu kwiatem udał się do Nocnego, który zgodził się na jego wybór brakującego posągu w Fotelu Łysych Ofiar – nie musiała więc to być tanecznica. Udał się po raz drugi Pod Uschniętą Palmę wraz z ulicznikami, złożył kwiat od Beaty pod posągiem Atropos, a Artur-jąkała i jego koledzy zaczęli przenosić posąg do Sądów, opowiadając po drodze o konflikcie między Beatą a kelnerką Florą, a także o utracie władzy przez obrońcę na rzecz szefa Gabinetu Cieni. Bez oszczędzania się dowieźli posąg do pakamery Nocnego, mieszczącej się w Sądach. Nocny całą sprawę skwitował słowami, że ta figura z jednego kloca w oparciu Fotela Łysych Ofiar może doprowadzić jedynie do skandalu.

   (Tych mroków nic nie może rozjaśnić): Nawet nie wiedząc, jak to się stało, Adam znalazł się w ulicach-korytarzach i został zagarnięty przez wielki tłum ludzi, podążający dość wolno w nieznanym mu kierunku i celu. Z konieczności dostosował się do tempa marszu, rozmawiał z tymi, którzy dostali jakieś zaproszenia i wezwania, by dowiedzieć się „jednej Wielkiej Prawdy”. Ktoś nieznany poradził mu, by zdjął koronę. Po dojściu do placu, podobnego do placu Ciemnych Nocy, na którym stał budynek równie olbrzymi jak gmach Sądów, tłum znalazł się w wielkiej sali zastawionej sądowymi ławami, z podwyższeniem w środku, na którym umieszczono stół prezydialny i trzy fotele: środkowy był Fotelem Łysych Ofiar z umieszczonymi już nad oparciem trzema postaciami Mojr (Parek). Adam, wepchnięty przez tłoczących się ludzi do środka, usiadł obok przypadkowego znajomego, z którym po drodze rozmawiał. Długo czekano na rozpoczęcie ważnej rozprawy. Początkowo spokojny tłum w sali zaczął zachowywać się coraz bardziej agresywnie. Adam prowadził rozmowę z filozofem Gniadym, choć ten ostatni coraz częściej tak stawiał pytania, jakby Adama przesłuchiwał, sprawdzając, czy przypadkiem nie jest on „tym, który niedawno przybył do Miasta”. Gniady i siedzący obok mieli bowiem co do tego poważne wątpliwości. Oczekiwanie na rozpoczęcie zapowiadanego wydarzenia przeciągało się. Profesor Gniady indagował, Adam powiedział, jak brzmi jego pseudonim, sala wrzeszczała i zachowywała się agresywnie, zarysowywały się grupowe konflikty: nie trzeba było długo czekać, by uczestnicy spotkania chcieli bić agnostyków, manichejczyków bądź defetystów – albo wszystkich razem, włącznie z wierzącymi... Wreszcie się zaczęło. Przewodniczył dotychczasowy przywódca Gabinetu Cieni, towarzyszyli mu dawni pomocnicy Franza, grający w teatrze petentów – Konieczność i Przeznaczenie. Ogłoszono sprawę przeciw Mohuczemu. Przewodniczący wezwał go przed Komisję, skoro jednak nikt się nie stawiał, wezwał Wciśniętego. Adam się nie ujawniał, siedzący obok nieznajomy nie wydawał go. Być może rozpoznał go przewodniczący, dobrze go przecież znając, nie nakazał wszakże wywlekać go z ławy. Zgromadzeni, poirytowani brakiem jakiegokolwiek skutku zebrania, zaczęli tłumnie opuszczać salę. Adam, drogą przez znajomą mu kuchnię, szybko znalazł się na górnym poziomie Miasta.

   (Rekapitulacja i zdziwienia): We wstępnych rozważaniach ostatniego rozdziału, jakich Truchanowski w tym dziele nie szczędzi, on sam powiada, że reżyserem tej komedii, której poświęciliśmy tyle czasu, śledząc uważnie grę aktorów występujących na naszej scenie – i do której końca zmierzamy, jest długa Noc panująca nad Miastem. Tu wylicza różne odmiany Nocy, co czynił począwszy od pierwszych rozdziałów powieści. Jedną z nich, obecnie przedstawianą, jest Noc Proteuszowa, rozpoczynająca się wyjściem Adama z podmiejskiego domu. Teraz – wracając z awanturniczego zgromadzenia – Adam postanawia mimo wszystko powrócić do imitacji swego mieszkania, przemienionego w swego rodzaju karcer w Ciemnych Składach. Trafia tam bez wielkiego trudu i wchodzi, gdyż drzwi są otwarte. W środku spotyka zmęczonego sądowego obrońcę, a także zauważa stojący w pokoju Fotel Łysych Ofiar z trzema Mojrami czy też Parkami, który zdążył już zostać dla niego przetransportowany przez pomocników Nocnego. Obrońca, jak zwykle, pije i punktuje kolejne poczynania Adama: pomysł dotyczący namalowania Sądu Ostatecznego w Sądach określa jako bezsensowny i niefortunny. Dość szybko tym razem wychodzi.

   Adam głęboko zasypia w Fotelu Łysych Ofiar. Teraz rzeczywistość imitacji mieszkania miesza mu się ze snem, wspomnieniami z prawdziwego domu, głosy Melanii i Dominiki łączą się z rozmowami mitycznych Parek, z odgłosami natury, z opowieściami ogrodnika Tomasza, narzekaniami ogrodnikowej, zachowaniami domowych gości z Sądów, wymieszanymi z postaciami przedstawionymi na malowidłach. Majaczenie i półjawa – czasem tekst rozdziału nie pozwala na jednoznaczną kwalifikację miejsca i rodzaju przebiegającej akcji.

   Rozpoznając na nowo – nie po raz pierwszy przecież – ten dom-imitację, Adam trafia do gabinetu. Ojciec siedzi przy biurku, jak zwykle na swoim miejscu i coś pisze. Jego wielowątkowa rozmowa z Adamem – mimo pewnego bezładu – została oddana w tekście jako dość zracjonalizowana rekapitulacja. Zajmuje obszerną część rozdziału, wyjaśnia wiele spraw, choć niewiele mówi o samej strukturze władzy w Sądach i o prawdziwej funkcji, jaką on sam w nich spełnia. Z wiersza, który cytuje, można wnioskować, że tworzy prawa w Teatrze, a może i w Mieście. Ojciec podczas rozmowy pragnie Adamowi powiedzieć, że wszyscy – razem ze śpiącą obecnie Matką – znaleźli się w zamurowanej kamienicy, ale nie może dojść do sedna sprawy, szczególnie, że Adam jest tak zmęczony, jakby go dopiero przed chwilą dwaj obrońcy przywlekli po niedawnej koronacji. W końcu jednak dochodzi do wypowiedzenia tej wiadomości: mieszkają Pod Złotą Koroną, wszystkie bowiem domy przy ulicy Ciemnych Składów mają ten sam herb.

 

   17 VII 2014

   Mamy więc pełny, nowy wariant tej samej opowieści. Adam wspominał o imitacji mieszkania już na początku Anatomii i mechanizmów Nocy. W połowie pierwszego woluminu zawleczono go tam, i szybko dostrzegł, że mieszkanie jest kopią wnętrza domu za Miastem. Spotkał w nim swoją nową gospodynię, jak mówił – Erynię. Z grubsza poznał rozkład wnętrza, był także w gabinecie Ojca. Później z pseudomieszkania realnie wyszedł.

   Wcześniejsze podglądanie „starej Erynii”, karmiącej Franza i innych petentów siedzących za stołem prezydialnym – przez okienko umieszczone w górze jednej z sal – po wyjściu na korytarz sądowy przez nowy portret, być może pozornie umieszczony na ścianie w imitacji mieszkania, wypada uznać za zwid senny, choć naturę tego fragmentu można różnie tłumaczyć.

   Adam powrócił więc obecnie do imitacji mieszkania nie zastając już Erynii, przemienionej w piękną kobietę, bardzo przypominającej Beatę Marię, tylko czekającego tam właśnie na niego obrońcę. A później spotkał Ojca i usłyszał dziewczęta – Melanię i Dominikę. I dalej rozważa tę zmianę, choć wszystko już wie, gdyż cała sytuacja została dostatecznie rozpoznana. Ale w końcowej rozmowie z Ojcem potrafił powiedzieć, że znienawidził naczelnika Aya przed kilkoma godzinami (zaledwie!), kiedy ten po nałożeniu nowej maski, przyniósł mu koronę wielką jak chomąto.

   Ten inny, szerzej potraktowany wariant koronacji, znikł w całości z Anatomii i mechanizmów Nocy, był natomiast umieszczony w książce Piekło nie zna snu.

   Czy Truchanowski chciał przybliżyć w ten sposób zaburzenia pamięci przy pamiętaniu o bardziej odległej przeszłości? Albo podkreślić znaczenie przekształcającego ją wspomnienia? A może cały tekst książki jest, jak już sygnalizowałem, jeszcze czymś innym: sprawozdaniem pisanym dla Sądów po latach, podobnym do relacji, do jakich wcześniej – w Zdejmowaniu masek, trzecim tomie Młynów – zmuszano Desperatiego? Być może także relacja, jaką jest Noc [Anatomia i mechanizmy Nocy], pisana jest przez Adama dla siebie, by uwolnić się od obsesji, pozbyć się skazy, pewnego kalectwa, poprzez skonstruowanie uporządkowanego obrazu?

Nie można wszystkich powtórzeń Nocy wyjaśnić zmęczeniem, zapewne odczuwanym podczas długiego jej powstawania, czy podeszłym wiekiem pisarza. Tym bardziej, że powiększa się liczba powtórzeń dostrzeganych bez trudu przy lekturze kolejnego, piątego tomu – Zatrzaśnięcia bram, zamykającego cały cykl, ale napisanego w końcu lat sześćdziesiątych i wydanego bez dalszych przeróbek – o nich nic nie wiadomo. Truchanowski musiał na elementy tej książki zwracać przecież uwagę podczas pisania brakującego tomu, dbając choćby o względną zgodność całości, nad którą tak długo pracował. A są tam kolejne powtórzenia: obsesyjne stykanie się z tymi samymi, nierozwiązanymi problemami, a jednocześnie z pewnymi kliszami pamięci, którymi od Wielopola, Wielopola, zrealizowanego po Umarłej klasie, intensywnie zajmował się w swoim teatrze (także pod koniec lat siedemdziesiątych!) Tadeusz Kantor, i tak właśnie je nazwał.

   (Rekapitulacje i zdziwienia – finał): W długiej rozmowie z Ojcem Adam dowiaduje się, że rodzice wiedzieli przez cały czas, co się z nim działo. Informatorzy krążyli nieustannie między Sądami a domem za Miastem. Adam popełniał coraz większe błędy, co przyjmowane było przez nich jako cena zdobywania doświadczenia. Ojciec po kolei je wylicza. Jego zdaniem wynikają one z trwałego nieprzystosowania Adama, nie posiadającego jednocześnie charakteru człowieka aktywnego, obdarzonego w zamian nadmierną skłonnością do rozczulania się i zachwytu. Przy obecnym w nim uporze i nieustępliwości. Umyślnie czy też bezmyślnie, Adam wchodził ciągle w konflikty z Sądami, którym chciał ustalać normy, jakie sam uważał za słuszne. W końcu został oskarżony o naruszenie Praw Sądu, a także Teatru Ludzkiego, co równa się podpisaniu wyroku na samego siebie. Ojciec zgodził się więc na zamurowaną kamienicę. I cała rodzina znalazła się w całkowicie nowej sytuacji.

 

   30 VIII 2014

   Anatomia i mechanizmy Nocy została skomponowana zupełnie inaczej niż pierwsze tomy Młynów bożych, Zatrzaśnięcie bram czy późny Totenhorn – książka nie jest do końca jasna i można ją różnie interpretować, nic dziwnego, że określano ją jako „obłędną” albo łatwo przyznawano się do tego, że nie ogarnia się jej w całości. Truchanowski zastosował inne sposoby konstruowania od tych, których używał we wcześniejszych powieściach: skomplikował prowadzenie narracji. Jednocześnie w Nocy nie pojawia się zbyt wiele nowych metamorfoz i symboli, choć się zdarzają, na przykład nie było wcześniej przemiany polegającej na rozdwajaniu się jakiejś postaci. Powtarzają się w niej natomiast nie tylko liczne przypomnienia wątków, co Truchanowski stosował w znacznie mniejszej skali już w pierwszych tomach cyklu i w nieco większej w Zatrzaśnięciu bram, podkreślając śladem Prousta zmianę znaczenia wydarzeń przy ich trwałym pozostawaniu w pamięci. W Nocy budowane są na nowo ich sekwencje ustanawiające sensy, a ich bieg bywa przekształcany poprzez nieobecne wcześniej fakty. Zdarzają się także wtrącane, prawie niedostrzegalne wyprzedzenia czasowe, zaburzające ujmowanie przedstawianych akcji. Tego typu przekształcenia tłumaczyć by mogła autorska chęć skomponowania maksymalnie zagęszczonej atmosfery powieści czy też wytworzenia swoistej aury przedstawianej rzeczywistości, właśnie poprzez przekreślanie następstwa czasu, a nawet doprowadzanie do swego rodzaju zawieszania go w ogóle. Niewystarczające bowiem – choć trzeba je uwzględnić – wydaje się tłumaczenie samego autora, kiedy mówił, że tego rodzaju powtórzenia zdarzeń pojawiają się przy pisaniu każdej książki cyklu, gdyż sam musi przeżywać przeszłe wydarzenia powieści na nowo. W tym przypadku w powstający utwór – ze względu na samą technikę pisania – włączone by było także ukazywanie własnego czasu pisarza, niekiedy może w większym stopniu niż oddawanie czasu konstruującego rzeczywistość przedstawioną. A chyba nie było to celem Truchanowskiego, nawet jeżeli narracja prowadzona jest poprzez Adama, będącego także alter ego autora.

   Z wypowiedzianych wówczas słów wynika jednocześnie, że konstrukcja czasu przedstawionego nie została uprzednio rozplanowana w całości, a powstawała ze względu na przyjęty sposób pracy, bez poprzedzającego go roboczego wypracowania projektu, który miał być później w miarę konsekwentnie realizowany. Można by – ze względu na odsłoniętą tu perspektywę – określić Truchanowskiego ze względu na sposób pracy jako intuicjonistę, korzystającego przede wszystkim z symbolistycznie ukierunkowanej wyobraźni bądź coraz intensywniej eksplorującego głębiny podświadomości, jak wcześniej postulowali surrealiści. Podobnie było przy opisywaniu topografii Miasta – przekształcania kategorii przestrzeni Truchanowski dokonywał raczej w trakcie budowania rozwijających się sytuacji i rozwiązywania konkretnych sposobów wiązania ich w większe całości: przestrzeń opisywana w Młynach także powstała bez uprzedniego jasnego zamysłu.

   Treści konkretnego tomu przy przyjęciu zasady, że ma być on jednocześnie samodzielnie istniejącą powieścią, poza koniecznością utrzymania jednolitego tonu, także konstytuowały obecną w nim przestrzeń poprzez narzucany lejtmotyw (noc – dźwięk zatrzaskiwania bram), który miał książkę scalać. W całym cyklu obie podstawowe kategorie komplikowały się z latami pisania, stąd ich zróżnicowania, a zarazem ujawniające się niekiedy niekonsekwencje, wpływające na odbiór, a później na rozrzut krytycznych interpretacji.

 

    31 VIII 2014

   Interpretacja oparta na tezie, że Młyny boże, a szczególnie Anatomia i mechanizmy Nocy, to obsesyjna próba ekspozycji bolesnej podświadomości, powstała poprzez tak skuteczne wgłębienie się w nią, że doprowadziło to ją do wieloletniej erupcji obrazów, metamorfoz i symboli – byłaby nietrafna.

   Pozostawianie przez Truchanowskiego znacznej liczby przekształceń świata, uznawanego powszechnie za realny, które w oczywisty sposób wpływają na treści całości, pozwala na utrzymanie przypuszczenia, że we wstępnym procesie twórczym musiały istnieć zalążki konstrukcyjnego zamysłu, choć być może aprobowane na poły intuicyjnie. Truchanowski prawdopodobnie pragnął maksymalnie do siebie zbliżyć dwie różne sfery – realności i snu. Sam sposób jego pisania mógł wynikać z takiego celu, ale moim zdaniem to raczej praktyka wpływała w większym stopniu na cel i zrealizowany obraz niż odwrotnie. To właśnie akt pisania, zmieniany istotnie po raz trzeci wraz z konwencjami uprawianych form, więc po niezadowalającym rezultacie realistycznej Tais z biedronką, czyli drodze do nieba i przy pewnym powrocie do fantastyki wcześniejszej trylogii Zatrute studnie – stawał się przyczyną utrzymywania się takich idei, jak ukazywanie ontologicznej niejasności rzeczywistości, a w trakcie pisania do stymulowania wielu możliwości kształtowania formalnych rozwiązań. Można też z tym łączyć wielokrotne powroty do tej samej materii powieści i rozciągnięte na lata powstawanie całości. Ze sposobów pisania wyłaniały się rozwiązania i pisarskie zabiegi, których zastosowanie budowało Anatomię i mechanizmy Nocy. W rezultacie pracy nad wiązaniem na nowo sekwencji słów, ukazujących głównie znane już fakty, zmieniała się materia i treść powieści; dochodziło przy tym do otwierania podświadomości – autora, a później czytelnika – i odsłaniania tkwiących w człowieku, jeszcze nie odkrytych znaczeń. Wzmacniał to jeszcze wybór sposobu tworzenia całego tekstu przy zaniechaniu stosowania przejrzystej, prostej konstrukcji, a w zamian budowania układów dość sztywnych, powtarzających się symbolicznych obrazów i nie do końca jasnych, acz dynamicznych akcji, wreszcie wiązania ich w luźne konstrukcje przypominające kolaże. W dużym stopniu neutralizowało to obecny ciągle tradycjonalizm pisarstwa Truchanowskiego, pozostający w ramach zasadniczych struktur dziewiętnastowiecznej dawnej narracji.

   Można powiedzieć w innej perspektywie, że autorowi Młynów patronował cel wytworzenia rzeczywistości ontologicznie odmiennej od tego, co percypuje i czego doświadcza w życiu przeciętny człowiek. Takie powiązania rzeczy istnieją, na przykład we śnie. Aby to zrealizować, pisarz używał jednak nieawangardowych sposobów konstrukcji, ratując się tylko jednym z nich: przetwarzaniem sposobu wiązania już wcześniej zbudowanego pisarsko obrazu. Podobny był on zresztą do sposobów wiązania narracji w utworach ekspresjonistycznych czy symbolistycznych, dbających o wyrazistą obecność zastanych albo wytworzonych trwałych znaków bądź symboli. W prozie Truchanowskiego – obok dynamiki akcji – głównie ten nowo wytworzony symbol i zmieniony kontekst miały właśnie przenosić inne treści.

   Truchanowski przy ambitnie postawionym celu ukazania w pełni egzystencjalnej nędzy człowieka zniewolonego przez społeczność, którą mógłby uznawać za własną, nie podjął równie podstawowego zadania, jak praca nad łączącym i dzielącym ją słowem. Przy swoim tradycyjnym symbolistycznym nastawieniu i skutecznym wprowadzaniu zdramatyzowanej ekspresji do prozy, starał się utrzymać podstawowe struktury narracyjne dawnej powieści. W jej ramy wbudowywał wieloznaczne, zwykle nie do końca skonstruowane symbole, które wiązał dynamicznymi scenami akcji i sui generis filozoficznymi, choć cokolwiek seminaryjnymi dialogami i długimi rozważaniami. Wplatał w to jeszcze język potoczny, dokumentujący sposób wyrażania się przeciętnych, a nawet prymitywnych ludzi, z jakimi się stykał, a także oficjalny styl administracyjno-urzędowy. Okazało się, że było to zbyt mało, by wykształcić zawiłą formę, ku której dążył, choć czerpanie z codzienności spełniało świetnie swoje zadania w innej formie literackiej, w opowiadaniach, napisanych w konwencji realistycznej, w której był mistrzem.

 

     2 IX 2014

   Truchanowski budował swoje powieści poprzez konstruowanie dynamicznych obrazów sytuacji na krawędzi rzeczywistości i fantastyki, a także zamkniętych, żywych akcji jako odrębnych fragmentów – wiązał je w większe całości metodą kolażu, zlepiania, stosując w tym celu tradycyjną narrację powieściową. Później wielokrotnie je powtarzał bądź odwoływał się do nich, jednocześnie je przekształcając. Ze względu na częstotliwość powtórzeń funkcjonowały one podobnie jak muzyczne refreny, kilkakrotnie jako przykłady analogicznych rozwiązań przywoływał właśnie kompozycje muzyczne. Podobnego charakteru nabierały nawet jego obsesyjnie natarczywe rozważania, przez które prześwitywała sytuacja człowieka istniejącego w świecie między dobrem i złem, Bogiem i diabłem. Wprowadzał do swojej prozy na stałe symbolizację, tworząc symbole głównie przez transformacje obiektów, przenoszenie cech jakiegoś obiektu na inny bądź dodawanie ich do obecnego w obiekcie rudymentarnego zestawu, a także poprzez obdarzanie jakiegoś zjawiska czy rzeczy możliwościami działań, z którymi, z racji swej natury, nie były wcześniej w ten sposób złączone. Raczej starał się nie używać gotowych symboli kulturowych, nie stosował też w całym, potencjalnie możliwym zakresie sposobów animizacji i antropomorfizacji. Szczególnie chętnie eksploatował w ten sposób świat zwierzęcy i miejską architekturę. Być może pragnął budować symbole trwałe, ale w toku pisania zalążki swoich symboli nieraz porzucał, pomijał je w dalszym biegu akcji – i pozostawiał w formie niedokończonej. Podobnie zresztą nie określał do końca wielu sytuacji i osób, które, nieraz obdarzane natarczywie przypominaną, jedną cechą, prezentowały się jako jednowymiarowe, płaskie, zmarionetyzowane. Być może to nieukształtowanie do końca symbolu, pozbawione wyrazistego wykończenia, a także niepełne wykorzystywanie własnej metafory, miało nawet czemuś służyć – zwiększało otwartość odbioru i szerokie możliwości interpretacyjne. Analogicznie traktował częściej przez siebie wskazywane działania i sytuacje, stające się dzięki temu znaczącymi wyznacznikami sensów, a nawet spełniające funkcje schematów konstrukcyjnych. Kilka takich sytuacji, jak przesłuchiwanie, dwuznaczne biesiadowanie, prowadzenie rozmów, ponawiające się kuszenie kobiecym ciałem czy ustawiczne wędrowanie bohatera, automatycznie wytwarzały kanwę służącą do zbudowania konkretnej scenki – cząstki większej całości. Scenek tych nie wiązał jednak ciąg logicznych konsekwencji, także przyczynowo-skutkowych, a ze względu na intensywność zawartych w nich przekształceń zaczynały one funkcjonować jako osobne całości. Nawet ze względów formalnych zawierająca się w nich jakaś wspominana przyczyna obecnej sytuacji czy cel, ku któremu dana sytuacja zmierzała, nabierały dzięki temu pewnej niejasności, która sama stawała się dobrym podłożem dalszego konstruowania tajemniczego symbolizmu całego cyklu. Tym bardziej, że typowe sytuacje były otoczone różnego rodzaju symbolami, ukształtowanymi bądź ukazanymi zaledwie migawkowo, czytelnymi więc w różnym stopniu.

 

   3 IX 2014

   Postacie Nocy są na ogół jednowymiarowe, podległe totalnemu mechanizmowi władzy, a przez to moralnie obojętne, jałowe – dość szybko ujawniają się ich złe charaktery. Nic dziwnego, to w większości pracownicy Sądów o różnych funkcjach, którzy na szczycie swej hierarchii wartości umieścili ustalone właśnie przez nie zasady postępowania i obowiązujące normy. Prawo niczym więcej w tym świecie nie było. Może jednak znaczyło coś jeszcze: w prawo wpisana została konieczność i nieuchronność kary, która spotykała wszystkich, gdyż każdy, kto wkraczał sam do Miasta, stawał się sądowym petentem i zgadzał się ze swoim statusem potencjalnego przestępcy, poza zaproszonymi – przyszłymi pracownikami Sądu, których status był nieco wyższy, choć obowiązywało ich nieprzekraczanie zasad właściwych dla pracy w tym organizmie. W Mieście Truchanowskiego obowiązują reguły już wcześniej obecne w niedostępnym Zamku Franza Kafki, w świecie obsługujących go urzędników, mniejszych rangą funkcjonariuszy sądowych, posłańców czy nawet uzależnionych od nich mieszkańców wsi – na rodzinę Barabasa za znieważenie posłańca zamkowego spada kara nie wyznaczona uprzednio przez Zamek, egzekwują ją sami wieśniacy. Tyle tylko, że wszyscy zamieszkujący w hrabstwie nie czują się ex definitione przestępcami i brak im poczucia swej osobowej żywej obecności w ziemskim piekle.

    W świecie urzędników w Mieście Truchanowskiego tylko Sądy wyznaczają karę, lecz dla nich samych ważna jest też sfera życia, choć jest także kontrolowana przez Sądy: uderza w niej prymitywizm emocji, ograniczenie i umysłowa płaskość, intelekt używany jest jedynie przy pragmatycznych kombinacjach. Dominuje agresja jako sposób bycia i skłonność do uprawiania ciągłej gry o miejsce w hierarchii. Osobowości są spłaszczone, wyzbyte duchowości. W tym miejscu Truchanowski znów korzysta z obrazów sytuacji i relacji między ich elementami zarysowanymi przez Kafką.

   Adam ma rację, że nie obdarza nikogo zaufaniem, włącznie z Ojcem organizującym w końcu, w pewnej części, sferę życia urzędników sądowych. Różni go od urzędników brak zgody na przyjęcie obowiązujących w Sądach zasad.

 

   4 IX 2014

   Truchanowski mówił, że jego celem jest ukazywanie losu człowieka w świecie, co przez kilku krytyków zostało uogólnione: stwierdzili, że pisarz w sposób poważny podjął problematykę egzystencjalną. I w pewnym stopniu pisarz nią się zajmuje, ale została ona poruszona cząstkowo i dotyczy wyraźnie skonkretyzowanej sytuacji: ukazuje relację między dość nietypową postacią a społecznością – zróżnicowaną, ale w silny sposób dostosowaną do praw zmitologizowanego Miasta. Charakter tych związków określa sama postać bohatera cyklu. Adam nie jest Jedermannem, reprezentantem gatunku, człowiekiem bez właściwości. To młody buntownik w okresie dojrzewania o specyficznych cechach i charakterze, uparty neurotyk, wędrujący z pojawiającym się w różnych sytuacjach histerycznym „kłębkiem waty” w gardle, kandydat na artystę, być może także chory, o czym wzmiankuje się kilkakrotnie w tekście. A przy tym walczy o swoją suwerenność i niezależność, co jest warunkiem koniecznym, aby stwierdzić, że broni własnej, ludzkiej egzystencji, ale niewystarczającym do tego, by uznać, że jego możliwości jako konkretnie skonstruowanej osoby są odpowiednie, żeby zogniskować zasadnicze problemy egzystencjalne. Adam nie jest „Każdym”, tylko przekształcanym z książki na książkę pisarskim alter ego Truchanowskiego, którym zajmował się on od początków swej twórczości jako ciągle zmieniającym się narratorem i bohaterem zarazem – w takiej skali, że pisarzowi trudno było się od niego wyzwolić... Udało mu się to dopiero przy końcu życia: dojrzałym Adamem stał się profesor Lerche, dążący bez paraliżujących go wątpliwości do swojego niebezpiecznego celu, choć był równie jak bohater Młynów mało przewidujący, niecierpliwy – i zafascynowany pięknymi kobietami... Adam nie pragnie dokonywać rewolucyjnych zmian, nie ma na to siły i odpowiedniego temperamentu, woli się sam prezentować jako obiekt miejskiego pseudoteatru: pociąga go ulica jako teatr. Dążenia Adama nie są jeszcze sprecyzowane, choć z pewnością chce on nieco poprawić Miasto, choćby lepiej ostrzegając mieszkańców przed tym, czym Sądy są. Z pewnością nie tylko bawi, zaciekawia, budzi współczucie, a czasem podziw, ale także wywołuje niepokój, co zarzucają mu Sądy. Oczywiście walczy przede wszystkim przez cały czas o swą wolność, ale jest ona przez niego dość wąsko pojmowana: jako możliwość podejmowania własnych decyzji, nawet wtedy, gdy są niewyważone albo nie chcą się liczyć z otaczającą go rzeczywistością. Także i w takim przypadku problem wolności – i jej zniewalania – istnieje. Ale ma już inną skalę: bywa więc problemem wolności niedojrzałej albo wolności bez ograniczeń, utożsamianej często z samowolą, wolnością, która samej siebie nie chce racjonalnie okiełznać.

 

Zbigniew Taranienko

 

Szkic z książki  Poprwianie masek,.Wokól pisarstwa Kazimierza Truchanowskiego, wydanej pod redakcją Zbigniewa Chlewińskiego, Płock, 2017.

 

Pin It