Andrzej Wołosewicz

 

O poezji ple-ple

 

wolosewicz            Przypominam cytat z Krynickiego sprzed kilku tygodni: „Podróż może być poszukiwaniem samego siebie, może być ucieczką przed sobą, może mieć charakter pokuty i kary”. Te uwagi dotyczą, by tak rzec, całokształtu naszego „podróżowania”, ale pamiętajmy, że Krynicki czyni je przy okazji poezji, a nie filozofowania w ogóle. Czy wymiary takie jak poszukiwanie samego siebie, ucieczka przed sobą a wreszcie pokuta czy kara, a dodajmy od siebie - i wina (bo czyż może być kara bez winy?, poza, rzecz jasna, ewidentnymi pomyłkami skazania niewinnego, które jednak przecież tylko łamią schemat i kalają prawo nie będąc jego rękojmią i kręgosłupem) przynależą jedynie do życia?. Zatem wina, kara i pokuta. Ale czyż to są kategorie pojawiające się w naszym myśleniu o poezji? (Nie będę się bawił w klasyfikowanie co tu mogłoby być czym, bo od razu dopadają mnie frywolne uwagi zainspirowane powtórzonym – który to już raz? – przy okazji tegorocznej matury z języka polskiego statystycznym wyliczeniem, że wybór analizy wiersza, jeśli takowy jest możliwy, dokonywany jest przez młodzież w procencie zbliżonym do błędu statystycznego, czyli – jak najdalej od poezji! Ona, można powiedzieć, tylko za karę, tylko jako pokuta.

    Ale Krynicki mówi poważnie, tak samo poważnie jak Kazimierz Wyka, który przy okazji omawiania dorobku krytycznego Ostapa Ortwina domagał się już w latach trzydziestych minionego wieku, by krytyka mierzyła się z tematyką egzystencjalną, bo ona, tak jak literatura, ma opowiadać o człowieku i warunkach w jakich rozgrywa się jego życie a nie o kwiatkach i bławatkach. Oczywiście nasza egzystencja ma też – niezbywalnie – wymiary i aspekty lżejsze, rozrywkowe, dające relaks i odpoczynek; być cały czas skupionym, ważnym i poważnym przecież nie sposób, a ci, którym się to udaje (udaje?) są nadzwyczaj nudni (nie mówię, że mniej wartościowi, broń Boże!). Toteż i w poezji doświadczamy żartu, dowcipu, kpiny, frywolności, lekkości (spójrzmy choćby na naszych stronach na „Seks w pewnym mieście. Antologia limeryków kosmatych”), ale czy to nas chroni przed wagą i powagą spraw zasadniczych, na których budujemy siebie także w literaturze? Przecież nie, przecież dom budujemy na fundamentach a nie na piasku i nie od komina! Dlatego to (z)wiązanie literatury, poezji z tym, co stanowi o naszym życiu podoba mi się i u Krynickiego i u Wyki, bo to są i moje kierunkowe wybory tak w lekturach jak i w nastawieniu krytyczno-literackim.

    Dlatego też nie lekceważąc ani twórczości lekkiej, łatwej i przyjemnej, ani – tym bardziej – nie lekceważąc jej autorów, nie gustuję w niej i nazywam ją krótko poezją ple-ple.  Wiem, że ona często wypływa z serca (ale nie zawsze, czasami wyraźnie jest robiona na siłę), z czystości serca, a takich odruchów lekceważyć nie wypada, więc i nie lekceważę, ale trzeba – w sztuce, literaturze, poezji – wyraźnie oddzielić szlachetność intencji, zamiarów, ich czystość i krystaliczność od efektów. Tu trzeba podchodzić dokładnie tak jak Bóg podszedł do malującego go Styki prosząc: ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze! Otóż żadna szczerość owego „na kolanach”, szczerość i autentyczność naszych uczuć, naszych ochów i achów, szlochów i łkań, zakochań i zachwytów, same z siebie nie czynią dobrymi owoców tych wszystkich impulsów! A niestety często odnoszę wrażenie, że autorom tak się wydaje. Autorom wolno, ale czytelnik, widz? Ten przecież nie siedzi w ich skórze, ma swoją duszę, swoje oczy, swoje doświadczenie. Nazywam to, na swój prywatny użytek, mechanizmem ślepoty: poeci nie widzą swego potencjalnego odbiorcy. A przecież dla kogo piszą? Dla niego! Jeżeli Brzechwa, Tuwim czy Konopnicka pisali dla dzieci, to uwzględniali dla kogo piszą. Jeżeli – z innej beczki – producent produkuje i do spółki z działem marketingu opracowuje „uderzenie marketingowe” dla swego produktu , to mówi się zupełnie zasadnie o tzw. targecie, docelowym kliencie, sprofilowanym jakoś odbiorcy.  A w poezji? A w literaturze? Nie sądzę, aby sprawdzało się tu bardzo ogólnikowe: człowiekiem jestem i nic co ludzkie itd. Wtedy, według mnie, idziemy na łatwiznę, na płaskie usprawiedliwienie własnej słabej pisaniny, gdy mówimy/myślimy: przecież wszyscy  są ludźmi i to jest ta płaszczyzna, która decyduje, że cokolwiek napiszę – ja, człowiek jak inni – jest wspólne, powszechne, więc inni też powinni się tym zachwycać. Ale wtedy od razu wychyla się gombrowiczowska gęba z dialogiem profesora Bladaczki i Gałkiewicza z Ferdydurke, przypomnę:

profesor Bladaczka:

… co to mamy na dzisiaj? (..) Aha! Wytłumaczyć i wyjaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? (…) Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? Dlaczego, Gałkiewicz?

Gałkiewicz:

Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca.

Bladaczka:

Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca.

Itd.

    Jesteśmy nauczycielami dla naszych czytelników, ale nie naśladujmy profesora Bladaczki. On pewnie był już zblazowany powtarzaniem w kółko, rokrocznie, tych samych tematów dla kolejnych roczników (autentycznie współczuję polonistom![1]), ale my? W podróży do samego siebie na pewno każdy ma wiele wartościowych lądów do odkrycia (dlaczego nie?), trzeba tylko zadbać o równie wartościowy sposób napisania o tych lądach. Miałem jakiś czas temu bardzo ciekawą przygodę na komisji kwalifikacyjnej Związku Literatów Polskich, gdy musieliśmy odrzucić (z powodów formalnych) aplikację….  człowieka odsiadującego dożywocie za morderstwo. Jego poezja co prawda była słaba, pełna bogobojnych nawróceń, wsparta opinią psychologa, która to opinia pokazała jedynie, że akurat ten psycholog na literaturze zna się jeszcze gorzej niż nasz podsądny pisze, ale zasadniczo to, co mnie ujęło, to jego niekwestionowany zapał do pisania. Chętnie poczytałbym jego prozę a nie wiersze, bo doświadczenie ten były nauczyciel akademicki miał nieliche i zmysł do pisania (i ów zapał!) – tylko trzeba by go spróbować przekierować, bo  w poezji wyraźnie sobie nie radził. Chyba zbyt pochlebnymi uwagami (ważnymi z punktu widzenia psychoterapeutycznego, nie przeczę) psycholog wyrządził mu krzywdę, literacką krzywdę…

            Podsumowując: nie namawiam poetów do żadnej rejterady z siebie, bynajmniej. Piszmy sobą i o sobie, jak najbardziej, pamiętajmy tylko o tym, co tak pięknie powiedział Renoir 130 lat temu malując kobietę karmiącą, obraz „Macierzyństwo”: „To fajnie, że Newton odkrył prawo ciążenia. Ale każda matka dokonuje odkrycia, jak należy trzymać niemowlę.”

            Wszystkim piszącym życzę abyście karmili mnie, nas, tylko cudownymi wierszami. Jak to zrobić? Wystarczy pamiętać o tym, co lapidarnie określiła Wisława Szymborska mówiąc, że najlepszym przyjacielem poety jest… kosz.

 

[1] Znalazłem nawet stosowny wiersz Józefa Barana (z tomiku „Pacierz Szwejka”. Wydawnictwo, Kraków 1992):

 

Nauczyciel

 

patrzą na mnie przez szkła powiększające

a ja na nich przez lunetę

i przesuwam jak pionki

z ławki do ławki

z klasy do klasy

jestem najbardziej krzykliwy w klasie

najbardziej przerośnięty wśród reprezentantów

już tyle lat chodzę do szkoły

i nie czynię postępów

 

krnąbrny megaloman

nikogo w klasie nie chce słuchać

muszę udawać co ja to nie wiem

choć dobrze „wiem że nic nie wiem”

 

dlatego inni uczniowie

kończą szkołe

i idą do nowej

a ja za karę

chodzę i chodzę do tej samej

i wciąż od nowa odkrywam

odkrytą amerykę

i wciąż na nowo

wymyślony proch

 

 

Pin It