Andrzej Wołosewicz

 

Ile literatury w literaturze?

 

wolosewicz            Poprzednim razem pisałem o etosie podróży w poezji. Chciałbym te krótko wyrażone tezy nieco rozwinąć zatrzymując się na początek przy pierwszej.

            Tak naprawdę podróż – co jednoznacznie wynika z wszystkich przytoczonych cytatów – jest tu rozumiana najszerzej jak tylko można, więc mamy otwarte pole do dowolnych a interesujących nas dywagacji. Mnie w słowach Krynickiego najbardziej niepokoi, intryguje a jednocześnie bardzo mi pasuje wątek niedopasowania, nieprzylegania języka do tego, co chcemy wyrazić, jego ułomność w tym zakresie. Dwa powody podaje tu Krynicki: kłopoty doświadczenia z wydobyciem się na powierzchnię języka i niedomiar specyficznie ludzkiego, humanistycznego pierwiastka w języku. Zauważmy, że z jednej strony to język jest bodaj najbardziej uniwersalnym wehikułem ludzkiej podróży przez życie i historię całej naszej cywilizacji, co daje mu uprzywilejowaną pozycję a z drugiej strony stawia przed użytkownikami określone wymagania odsłaniając ich samych w trakcie praktyki językowej zaświadczając o mówiącym: można być sprytnym i bogatym, silnym i pięknym a gdy otworzy się usta, to coś tam z butów wyłazi. Nie lubię sformułowania o wystającej z butów słomie, bom sam ze wsi i jestem ostatnim, który wiejskość by postponował, ale używam tego sformułowania ze względu na jego poręczność jako wymownego, bardzo czytelnego skrótu myślowego. Na marginesie, to też zaświadcza o mocy języka, o jego zdolności do przymuszania, w tym wypadku do przymuszana mnie, abym użył określonego sformułowania, którego wolałbym unikać, ale które ma moc komunikacyjną niezależną zupełnie od mojego wolałbym lub nie wolałbym. Można by – za Heideggerem – powiedzieć, że w tym wypadku to język mną mówi. Ale wróćmy do Krynickiego, do tego co się – moim zdaniem – za jego uwagami kryje, a przynajmniej co ja  wyczytuję.

 

            W rozpoznaniu Krynickiego, rozpoznaniu przemieszczającym się między doświadczeniem z trudem przedostającym się do języka a niedostatkiem humanistycznego pierwiastka w zmitologizowanym i zreifikowanym języku, mogę doszukać się i przestrogi przed oddaniem się języka w pacht jakiejś ideologii. W tamtym czasie Krynickiemu i Nowej Fali chodziło  - choć „Pęd pogoni. Pęd ucieczki” to bardzo wczesny, wstępny Krynicki – a w każdym razie za chwilę, za lat kilka będzie chodzić o socjalistyczną nowomowę, o sprzeciw wobec niej. Ale – i to pierwsza lekcja jaką odbieram od Krynickiego – nie dajmy się zwieść historii, temu, że to zawłaszczanie języka poetyckiego przez ideologię było domeną tamtej epoki i wraz z nią przeminęło. Niekoniecznie, warto o tym pamiętać. To nie jest tak, że Nowa  Fala wykonała za nas jakąkolwiek robotę. Ona tylko rozbroiła socjalistyczny językowy bełkot, co nie działa z automatu po wsze czasy. Nie, my sami musimy sobie radzić i z (właściwym) przełożeniem doświadczenia na nasz poetycki język i z niedomiarem pierwiastka humanistycznego w tym języku. Upraszczając nieco – na potrzeby krótkiego tekstu – można ten problem wyrazić tytułowym: ile literatury w literaturze? Od strony odbiorcy, czytelnika, jest to problem uznania czegoś, co czytamy w poetyckich tomikach, uznania zawartych tam wierszy za… poezję. Myślę, że nie muszę tłumaczyć często pojawiających się w naszych lekturach kłopotów uznania autorskiej licentia poetica. By pozostać przy owym słynnym już sformułowaniu Darka Foksa, że poezja – w przeciwieństwie do prozy – jest wtedy, gdy z lewej jest równo a z prawej nie równo, można rzec, że i owszem, to dobra wskazówka ale nie zawsze wystarczająca byśmy się nie buntowali: jak to i to ma być wiersz?, tylko dlatego, że autor w nieprozatorską formę zorganizował swą wypowiedź?

            Ale to nie wszystko. Czasami z poetyckością wiersza nie mamy problemu, ale mamy problem z jego poetycką miałkością. Myślę tu o tej poezji, która – mimo dorosłości jej autorów – przypomina raczej „poetyckie przedszkole”. I wcale – żeby była jasność – nie decyduje o tym waga tematu, a coś pomiędzy, coś, co pozwala jednym z banalnych zda się ujęć, obrazów, migawek rzeczywistości czy przebłysków świadomości uczynić poetycką perełkę, jak Ezra Pound w wierszu Sprzedawczyni:

W przelocie oparła się o mnie,

Jak jaskółka o ścianę w podmuchu wiatru;

A oni mówią o kobietach Swinburne’a,

O spotkaniu pasterki z Guidonem

O kokotach Baudelaire’a

A więc jednym pozwala na takie perełki a innych, gdy takie próby podejmują, zatrzymuje na poetyckim poziomie ludowych makatek ze scenami rodzajowymi. Nie sądzę, abym musiał podawać przykłady (i tak mam wystraczająco dużo literackich wrogów).

Mamy więc do dyspozycji język, niewyczerpane morze języka z jego zasobami, ale wcale nie mamy łatwego mostu do czytelnika! Wcale nie mamy takiego łatwego mostu tylko dlatego, ze jesteśmy użytkownikami tego samego języka – zbyt proste to by było alibi. Można by rzec, niestety nie mamy. Warto o tym pamiętać i wtedy, gdy mamy kłopot z akceptacją czyichś tekstów jako dobrej poezji i gdy sami piszemy poezję. Czasami - kiedyś już to postulowałem – warto zdać się na (wcale nie łatwą) umiejętność wsłuchania się w swój wiersz, albo w to, co wydaje nam się być wierszem, (a tym łatwiej nam się wydaje, gdy jest nasz) obcymi uszami. Na prywatny użytek dobrym sprawdzianem jest czytanie takich tekstów komuś, do kogo mamy literackie zaufanie (i nie obawiamy się, że będzie nam kadził z grzeczności) i kto nie ma wglądu w wersyfikację, kto tylko słyszy, więc nie będzie mógł zastosować „testu Foksa” i powie nam, co tak naprawdę usłyszał: jakiś kawałek czegoś?, wiersz?, czy fragment prozy może?

            Nie ma więc łatwego mostu między przekazem a jego sensem, między nami a czytelnikiem. Sytuacja z językiem poezji jest więc dość kłopotliwa. Zbyszek Jerzyna w jednym z wierszy pięknie o tym napisał:

Nie ma mostu

Jest tylko molo na przymorzu mowy

Tylko molo. Często używam jego słów właśnie jako przestrogi dla samego siebie, abym zbyt łatwo i zbyt szybko nie dostrzegał mostu tam, gdzie tylko molo: nie dajmy się zwieść iluzjom, poetyckim omamom. Na molo, w przeciwieństwie do mostu, możemy jedynie stać i patrzeć w dal…

            Niestety nie mam recept, choć chciałbym. Jedyną podpowiedzią jaka mi przychodzi do głowy są słowa z „Małego księcia” Antoine’a de Saint-Exupery.ego:

„Jeżeli chcesz zbudować okręt, nie zwołuj mężczyzn, by zebrać drewno, przygotować narzędzia, rozdzielić pracę lub przydzielić zadania, lecz naucz ich tęsknoty za bezkresnym, ogromnym morzem”

Piszmy więc wiersze tak, jakbyśmy budowali okręt wedle powyższej recepty. Mądrzejszej rady nie mam. I myślę, że tylko taka poezja warta jest zachodu, tylko tak warta jest pisania i czytania, która budzi tęsknotę za „morzem”, Twoim morzem, czymkolwiek by ono dla ciebie było. Ale to już Ty wiesz najlepiej, nikt inny. Spójrz tylko wokół siebie a potem w siebie jak doradzałem w wierszu „Drzewo wiadomości”:

słowo jest światem

świat jest ogrodem

jesteś jak drzewo

pośrodku ogrodu

weź owoc z drzewa

i przełam na połowy

Innej recepty nie mam, choć prywatnie posługuję się kategorią realizmu tak opisywanego przez Czesława Miłosza, gdy – prezentując amerykańskiemu czytelnikowi wiersze Anny Świrszczyńskiej - tłumaczył, dlaczego wybiera wiersze „krótkie, jasne, czytelne, oraz – że użyję niesłusznie skompromitowanej nazwy – realistyczne (podkreślenie moje), to znaczy lojalne wobec rzeczywistości i starające się opisać ją jak najzwięźlej”. (Miłosz, „Wypisy z ksiąg użytecznych”, Kraków 1994, s. 6).

I żeby dokonać kompletnego już zapętlenia w naszych przygodach z językiem powiem, że krótkość o którą mi chodzi bywa paradoksalna, czasami wyraża się lepiej w wierszu zapisowo znacznie dłuższym. Ale o tym piszę osobno, w tekście „Przypadkowa lekcja poezji” na https://zlpwarszawa.wordpress.com/. Osobno, bo niejaki Bohdan W (czytaj Wrocławski) kategorycznie nie zgodził się na jego opublikowanie tutaj. Dlaczego? A to już musicie sprawdzić sami.

Pin It