Janusz Termer

W 10 rocznicę śmierci

 

Pisarstwo Piotra Kuncewicza w kontekście europejskim

 

kuncewicz    9 kwietnia 2007 roku Piotr Kuncewicz (urodzony 19 marca 1936 w Warszawie) odszedł na zawsze z tego „najlepszego ze światów”. Znana to prawda, że pamięć o ludziach trwa tak długo, jak długo trwa pamięć o ich dziele. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że pamięć o Piotrze Kuncewiczu pozostanie tak długo żywa, póki literatura i jej problemy będą nadal czymś ważnym dla ludzi „nie samym chlebem (czy internetową papką) żyjących”. Piotr Kuncewicz gospodarował na wielu nader rozmaitych poletkach literackich; bywał poetą („Przez kilka lat - pisał przed laty - drukowałem wiersze, ale nie żałuję tego, ale i nie żałuję, że ostatecznie przestałem”), pozostał do końca wierny prozie, jak też krytyce literackiej, felietonistyce i eseistyce - wszędzie odciskając swój wyrazisty ślad, niezatarte piętno nietuzinkowej osobowości, erudycji i bogatego życiowego doświadczenia.

   I.

   Najbardziej znany jest jego dorobek krytycznoliteracki. Debiutował jako nastoletni recenzent na łamach „Tygodnika Powszechnego”, do którego było mu wówczas najbliżej, jako przyszłemu absolwentowi polonistyki na KUL. W latach 1959-1967 był pracownikiem Instytutu Badań Literackich (IBL) PAN, obronił pracę doktorską o twórczości Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Drukował swoje opinie o książkach, szkice i artykuły na łamach wielu pism, takich m.in. jak dwutygodnik „Współczesność”, gdzie współtworzył legendę pokoleniową polskich „młodych gniewnych” pisarzy tamtego przełomowego, popaździernikowego czasu (m. in. Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Marek Hłasko, Władysław Lech Terlecki, Eugeniusz Kabatc...) - a następnie, po wielu, wielu latach, w „Przeglądzie Tygodniowym”, drukował w odcinkach fragmenty swojego opus magnum, czyli sylwetki pisarzy polskich, wydane potem w pięciu obszernych tomach pod wspólnym tytułem. Agonia i nadzieja. Literatura polska 1918-1986 (1991-1994) oraz popularną jego wersję Leksykon polskich pisarzy współczesnych (t. 1-2, 1995). Byłoby to już wystarczającym powodem sławy i chwały, lecz, nie tylko dla porządku, dodać trzeba, że opublikował także kilka innych ważnych zbiorów szkiców krytycznych o poezji i prozie polskiej, jak Cień ręki (1977) i W poszukiwaniu niecodzienności (1979) oraz polemiczne i mocno sceptyczne w swej wymowie szkice o tzw. filozofii ponowoczesności - Nowa era dinozaurów, New Age (1994). A wszystko to - nie sposób o tym od razu nie wspomnieć - na szerokim tle porównawczym, kontekście europejskim, czego dobitnym świadectwem są zwłaszcza szkice krytycznoliterackie zebrane w tomach: Samotni wobec historii z 1967 (rzecz o współczesnych przejawach katastrofizmu w literaturze europejskiej) oraz kierowane nie tylko do młodego czytelnika szkice historyczne - Antyk zmęczonej Europy z 1982 i 1988 (o doświadczeniach płynących z dziedzictwa kulturowych tradycji grecko-rzymskich).

    Do podobnych tematów i motywów: odległych w czasie i zarazem jak najbardziej teraźniejszych, sięgał Piotr Kuncewicz także w swojej w prozie. W powieści Dęby kapitolińskie (1971, wyd. II 1983) tłem przeżyć bohaterów uczynił konfrontację świata pogańskiego i chrześcijańskiego w Galii z przełomu V i VI wieku. Nie stronił także od gorących problemów teraźniejszości, jak w powieści Szumy (1967), gdzie brał się za bary z problematyką psychologiczno-obyczajową na przykładzie przeżyć i losów postaci ze środowisk twórczych z lat 60. minionego stulecia! Do prozy wrócił, acz w zupełnie innej tonacji i konwencji w ostatnich latach życia, pozostawiając - w rękopisie - na poły autobiograficzne i eseistyczne, o wątkach faustycznych - niedokończone dzieło pt. Brama.

W ostatnich latach życia Piotr Kuncewicz, choć nie porzucił całkowicie profesji recenzenta literackiego i felietonisty, poświęcił się niemal bez reszty eseistyce i publicystyce literackiej, kiedy to powstały największe jego - sumujące cały dorobek intelektualny - obszerne księgi: Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność (2000) oraz nie mniej aktualna Legenda Europy (2006). Dzieła myślowo niezmiernie istotne, szczególnie w kontekście tak dziś po ignorancku rozedrganej politycznie rzeczywistości, a przy tym literacko i poznawczo wybitne, choć stanowczo za mało znane i spopularyzowane.

    Ale kto znał, choć trochę, Piotra Kuncewicza ten wiedział, iż działalność twórcza nie wyczerpywała całej Jego energii i aktywności, wielkich pokładów życzliwości i „spolegliwości” w kontaktach z innymi. Tak jak w pisarstwie, tak i w życiu „grywał” na wielu instrumentach. Był między innymi, od 1990 przez kilka kadencji, prezesem Związku Literatów Polskich (ostatnio honorowym, gdy zmagał się już z nie-litościwym choróbskiem), działał też w różnych innych organizacjach i stowarzyszeniach, jak polski oddział Stowarzyszenia Kultury Europejskiej - SEC, z ramienia którego odbyliśmy w 2000 roku wspólną podróż na kongres do Wenecji, a ślady tego wojażu, jak i wielu innych eskapad zagranicznych, odnaleźć można m. in. w jego Legendzie Europy. Zajmowały go jednakże nie tylko dzieje i meandry historii myśli ludzkiej, antropologii czy metafizyki, problemy sztuki i literatury, ale i sprawy tak wydawałoby się „przyziemne” (nie dla niego), jak np. kulinaria, których był znawcą wybitnym (gurmandzistą), jak przystało na prawdziwego humanistę. Żył pełnią życia - stanowczo za krótko!

   II.

   Już same wymienione wyżej tytuły jego książek wskazują wyraźnie na otwarty wobec świata myśli, kultury i literatury europejskiej charakter ich autora. To nie puste deklaracje na wyrost, ani jakieś snobistyczne „podpórki” czy kompleksy przedstawiciela peryferii tego świata (tak przecież skądinąd uzasadnione złożonością naszych losów historycznych ostatnich stuleci). To nie erudycyjne ozdobniki i intelektualne popisy. To rzeczywistość pracy codziennej krytyka literackiego, dla którego ów szeroki kontekst myśli filozoficznej, kultury i literatury europejskiej jest zawsze czymś najzupełniej naturalnym, o czym nie ma on nawet potrzeby wspominać inaczej niż tylko w konkretnym uwikłaniu problemowym, bo jest on tutaj czymś całkowicie oczywistym i zwyczajnym jako cząstka własnego świata, do którego po prostu się należy. I to należy nie tylko indywidualnie:  jako konkretna osoba, ale jako przedstawiciel własnej narodowej kultury, która od wieków - od swych historycznych początków, i kolejnych epok - jest także nieodłączną cząstką kultury europejskiej, tej wyrastającej z korzeni antycznych, judeochrześcijańskich i grecko-rzymskich, czyli ogólnie mówiąc, śródziemnomorskich tradycji myśli filozoficznej i społecznej, sztuki i literatury...

Piotr Kuncewicz miał jednak, i to już od czasu wydania przed czterdziestu paru laty wspomnianego zbioru szkiców Samotni wobec historii, ostro wyczuloną świadomość dokonujących się tutaj nieuchronnie ewolucyjnych, niekiedy rewolucyjnych przemienności kodów kulturowych i istnienia wewnętrznych sprzeczności fundujących je podstawowych idei... Ba, obnosił się ze zrozumieniem, może jakby z lekka tylko ukrywanym żalem, wobec całego tego bagażu narastającej erozji owych fundamentów; erozji jaka się tutaj dokonywała przez wieki i nadal dokonuje już w naszych czasach i na naszych oczach... Pisał np. w tytułowym szkicu tej książki, polemizując z zapałem zarówno z dawniejszymi jak i nowszymi piewcami arkadyjskiego mitu śródziemnomorskiego: „Godność i wielkość człowieka, jako norma obiektywna, harmonia świata i zasada wyłączonego środka między dobrem i złem, oto prawdziwa treść ideologii śródziemnomorskiej, której nie należy utożsamiać z rzeczywistością basenu Maris Nostri. Ani nie należy, ani nie wolno. Bo w samej rzeczywistości tkwiły przesłanki ideologii odmiennych, całkiem sprzecznych nawet... Na ogół jednak nawet ci, którzy dostrzegli zwodniczość rozjarzonych słońcem marmurów Winckelmanna i wszystkiego, co za nimi stało, składali im ostatecznie hołdy nie ośmielając się dotknąć fundamentalnych prawd humanizmu. Trudno o zabawniejszą niekonsekwencję niż ta, której dopuścił się Przybyszewski, wychwalając, w mało znanym, ulotnym druczku, Tyrteuszu, wojnę za to, że oczyszcza moralnie. Chwalił zło, on, etatowy chwalca szatana, ale ciągle pragnął w nim widzieć tradycyjne, śródziemnomorskie dobro”. I pisze Piotr Kuncewicz dalej, że „nikt inny dotąd nie oderwał się bez reszty od mirażu śródziemnomorza. Nawet prorocy zagłady - Spengler, Keysserling, Gobineau, Witkiewicz nie umieli powiedzieć nic więcej ponad to, że temu, co dobre i piękne, grozi unicestwienie... Katastrofistą można być o tyle, o ile uznaje się wartości”.

    To oczywiście tylko próbka stylu i myślenia Piotra Kuncewicza. Pierwsze z brzegu przykłady owych „naturalnych” związków z kontekstem europejskiego dziedzictwa kulturowego i literackiego, w jakim widział i sytuował swoją działalność krytycznoliteracką, rozumianą szeroko, według najlepszych polskich wzorców w tej dziedzinie (Maurycy Mochnacki, Stanisław Brzozowski, Kazimierz Wyka czy Artur Sandauer), jako nie tylko biernie towarzyszącą twórczości artystycznej, ale i dopingującą ją, stojącą „na straży”, walczącą o wartości estetyczne i etyczne, oddalającą z kwitkiem ową mnożącą się obecnie - dodajmy na marginesie - w zatrważającym tempie zaściankową bylejakość. Z jakim zażenowaniem i smutkiem patrzył Piotr Kuncewicz na owe dyskusje lat ostatnich o naszym polskim „wchodzeniu do Europy”, w której byliśmy przecież - i to nie tylko w sferze wielkiej kultury - byliśmy „od zawsze”: z niej czerpaliśmy, ale coś też zawsze do niej wnosiliśmy i nadal wnosimy. Chociaż świadomość tego i znajomość naszego dorobku na Zachodzie jest nadal - może i z naszej winy - praktycznie żadna. Czytałem niedawno w prasie polskiej wywiad z wybitnym angielskim filmowcem Peterem Greenewayem, który kręcąc film o Rembrandcie w Krakowie, na pytanie dziennikarza o kulturę polską odparł z rozbrajającą - i znamienną dla ludzi kultury na Zachodzie - szczerością, że nie wie o niej nic; no, słyszał tylko coś tam o Chopinie...

   III.

   Obecne właściwie w każdym publicystycznym i krytycznoliterackim dziele Piotra Kuncewicza przykłady owego wieloaspektowego, „intertekstualnego” odbioru twórczości literackiej można by mnożyć, bo są szczególnym wyróżnikiem jego postawy pisarskiej, a na dodatek są warte i godne tego same w sobie, a i też jako dowodne przypomnienie - czym bywała kiedyś i czym powinna być nadal krytyka literacka nie zamykająca się w opłotkach prowincjonalnego myślenia, nie pozbawiona szerszych horyzontów i kontekstów...

    Zasadniczą domeną działalności Piotra Kuncewicza jako krytyka literackiego była jak wiadomo literatura polska, zwłaszcza literatura wieku XX, a szczególnie drugiej jego połowy. Towarzyszył jej wiernie, cierpliwie i dociekliwie przez całe owe półwiecze. W pojedynkę budował przez lata jej konterfekt, w swej pięciotomowej Agonii i nadziei Ale przecież od samego początku patrzył na kulturę i literaturę polską przez pryzmat związków z szerokim kontekstem europejskim (a właściwie to już i światowym); jej kontynuacji i analogii, ale też i specyficznej odmienności zasadniczych tematów filozoficzno-społecznych i obyczajowo-psychologicznych motywów...

Oto w najbardziej pod tym względem charakterystycznych esejach z tomu Samotni wobec historii znaleźć można kilka szkiców tym zagadnieniom poświęconych niemal bez reszty, a opartych na przykładach dotyczących twórczości takich między innymi autorów, bardzo przecież, czasami wręcz krańcowo, odmiennych, często już jakże niesłusznie zapominanych, jak prozaicy: Juliusz Kaden-Bandrowski, Tadeusz Breza, Stanisław Maria Saliński, Stanisław Lem, Teodor Parnicki czy poeci: Arnold Słucki, Tadeusz Różewicz, Stanisław Swen-Czachorowski, Jerzy Harasymowicz, Zbigniew Herbert, Jerzy Sito, Jarosław Marek Rymkiewicz, Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll... Każde z tych nazwisk to wstęp do kolejnych światów osobnych, każde domagałoby się osobnego komentarza i dopowiedzenia, zwłaszcza dziś, po latach, gdy znamy owe „dalsze ciągi” ich twórczości... Ale ja nie o tym, bo to rzeczywiście temat osobny i rozległy... Chcę tylko pokrótce zwrócić uwagę na pewien wspólny rys w podejściu do tych twórców, rys mniej lub bardziej czasami zaskakujący swą oryginalnością i erudycyjnością, naszego młodego wtedy jeszcze, około trzydziestoletniego wówczas krytyka. Bo to, że czyta on prozę autora Czarnych skrzydeł, czyli Kadena-Bandrowskiego poprzez zestawienie z naturalistycznym wzorcem francuskim, czyli słynną swego czasu powieścią Germinal Emila Zoli, to rzecz zupełnie „naturalna” i na miejscu. To, że sytuuje prozę marynistyczną Stanisława Marii Salińskiego w kontekście motywów pisarstwa Josepha Conrada, to również nie dziwota; może trochę tylko zaskakiwać wpisywanie w tę twórczość filiacji z Podróżą do kresu nocy Celine’a, jak i przywoływanie z tej okazji Jesieni średniowiecza Johana Huizingi. Ale już to, że prozę Stanisława Lema, autora Powrotu z gwiazd, którą Kuncewicz nazywa budowaniem „świata-koszmaru i świata-kpiny, świata-niepojętej, bezsensownej nieskończoności”, można widzieć w kontekście dramatu Powrót Odysa Stanisława Wyspiańskiego, a także prozy Franza Kafki i Witolda Gombrowicza, atmosfery świata dramatów Jeana Giraudoux, Friedricha Dürrenmatta, Eugene Ionesco czy Sławomira Mrożka, to rzeczywiście dla niejednego czytelnika, może być wielka nawet niespodzianka. Tak zresztą, jak i widzenie prozy naszego największego pisarza historycznego, Teodora Parnickiego przez okulary poezji T.S. Eliota, poprzez prozę autora Obcego, autora Ferdydurke i Transatlantyku, autora twórcy pojęcia i postawy Outsidera (Colina Wilsona) czy też poprzez paralele z historiozoficznymi koncepcjami Arnolda Toynbe’ego...

    Ale też i odwrotnie: gdy Piotr Kuncewicz czyta i analizuje dzieła słynnych, dawnych i nowych mistrzów literatury zachodniej, jak dramaty Szekspira, Dżumę Alberta Camusa, wspomnienia Andre Gide’a Jeżeli nie umiera ziarno, prozę autora Lochów Watykanu i słynnej jego symbolicznej dla literatury europejskiej „demonicznej” postaci Lafcadia („l’act gratuit” - „czyn bezinteresowny”) czy też z innej beczki - prozę Tolkiena, autora Władcy pierścieni, twórcy „mitologii północy” i „mitologii mitologii”, jak i prozę amerykańskiego noblisty Williama Faulknera (Absalomie, Absalomie) - to zawsze widzi ich utwory nie tylko w naturalnym w takim przypadku kontekście współczesnej literatury europejskiej (światowej), koncepcji filozoficzno-literackich takich twórców, jak Tomasz Mann, Franz Kafka, J. P. Sartre, Andre Malraux, Maksym Gorki, Ernest Hemingway czy bulwersujących wówczas opinię modnych niezmiernie wtedy twórców tzw. „antypowieści” - Michela Butora i Alaina Robbe-Grilleta, to też i wcale przy tym nierzadko odwołuje się do dzieł, nurtów literackich i krytycznoliterackich opinii polskich autorów!

    Podobnie zaskakuje Piotr Kuncewicz nie tylko jako analityk twórczości wyżej wspominanych poetów polskich, ale i problemów ogólniejszej natury - np. sporów „klasyków” z „awangardystami” i tych ostatnich (Julian Przyboś) z „turpistami”. Niech szczegóły, zapewne istotne i ciekawe dla specjalistów, zastąpi tutaj taki oto charakterystyczny dla sposobu czytania przez Kuncewicza dzieł literackich, cytat ze szkicu o poezji polskiej lat 60. pt. Człowiek, natura, demony. Fragment dotyczący pewnych, jego zdaniem, niekonsekwencji postawy „filozofii poetyckiej” słynnego i popularnego przed laty poety Jerzego Harasymowicza, twórcy przeciwstawianego tutaj innemu z głośnych ówczesnych poetów - Stanisławowi Swenowi-Czachorowskiemu: „Jedno jest pewne: kryzys strukturalny fałszywego nieba, filozofii poetyckiej szukającej azylu od ludzkiej, psychospołecznej, kulturowej rzeczywistości; od ludzkiego losu i jego tragicznych spełnień i sprzeczności. Czachorowski jedynie za cenę wielkich rygorów i niesłychanie dalekiego cofnięcia się historię utrzymał swój świat w ryzach. Nie mógł tego zrobić Harasymowicz. Zabrakło mu skonsolidowanej, konsekwentnej i niesprzecznej koncepcji filozoficznej. Zabrakło jakiegokolwiek oparcia. Szalony, przeciw komu wystąpił? Przeciwko niemu był Hobbes, Mandeville, Hegel, cała historia współczesna. Z nim? Może Rousseau? Ale chyba jednak tylko brat wilk i siostra woda świętego Franciszka. I jakże mógłby się ostać Kraj Łagodności, jeśli za każdą jego rogatką czaiła się zgraja demonów”.

   IV.

   Literatura polska według Piotra Kuncewicza to przede wszystkim pięć obszernych tomów jego Agonii i nadziei (t. 1 Literatura polska od 1918, s. 342. t. 2 Literatura polska od 1939, s. 484, t. 3 Poezja polska od 1956, s. 572, t. 4 Proza polska od 1956, s. 408, t. 5 Proza polska od 1956, s. 344, Warszawa 1993-1994). Wydarzenie edytorskie i literackie nadal wielkiej miary, jak na nasze obecne w tej materii stosunki. Zwłaszcza na tle obserwowanej obecnie mizerii w zakresie opracowań krytycznoliterackich, monograficznych czy eseistycznych, dotyczących twórczości poszczególnych pisarzy, szczegółowych interpretacji ich dzieł, zagadnień teoretycznych czy problemów metodologicznych. Prace tego rodzaju z trudem przebijają się obecnie przez gęste sita niemożności wydawniczych i finansowe możliwości sponsorów. Najbardziej jednak brakuje ciągle u nas ujęć całościowych; syntetycznych opisów i interpretacji dwudziestowiecznej współczesnej sztuki, w tym literatury polskiej. Przeglądu i podsumowania dorobku prozy, poezji i dramatopisarstwa - historii literatury polskiej XX w.: Agonia i nadzieja była pisana parę lat wcześniej i znana częściowo z publikacji w „Przeglądzie Tygodniowym” i „Życiu Literackim” w drugiej połowie lat 80., ale długo nie mogła znaleźć swego, nie bojącego się finansowego ryzyka wydawcy.

    Dzieło to powstało nie w efekcie pracy zespołu akademickich specjalistów i uczonych badaczy literatury, a dzięki wysiłkowi i kompetencji jednej tylko osoby, towarzyszącego literaturze polskiej przez parę dziesiątek lat - Piotra Kuncewicza. Nawiasem mówiąc, już widzę te miny owych „uczonych”, kręcących nosem i wybrzydzających na „metodologiczną” stronę Agonii i nadziei, na jej uchybienia względem rozmaitych polonistycznych „manier”, na jej braki i niedostatki rzeczowe tej pracy (a zapewne, są i takie). Nie dość jednak będzie słów pochwały i podziwu dla autora, który podjął się odważnie tego wymagającego ogromnego wysiłku i pracy. Nie dość też - co jeszcze o niebo ważniejsze - słów uznania, za coś, co sam Piotr Kuncewicz mocno wyakcentował, a co nazwać można intelektualną niepodległością wobec koniunktur i fluktuacji politycznych, brakiem uległości wobec obowiązujących tutaj schematów i podziałów, fobii i środowiskowych pretensji. Rzecz to w Polsce, nie od dzisiaj, rzadko spotykana, by krytyk i historyk literatury najnowszej pozostawiał swoją legitymację polityczną „w szatni”, gdy wkracza na pokoje literatury, i potrafił zdobyć się na obiektywizm w swym dialogu z reprezentantami poszczególnych, często odmiennych od jego własnych racji czy opcji światopoglądowych i politycznych. By zajmowały go nie same życiorysy i aktualne postawy, a głównie dzieła i teksty; by sam człowiek i tzw. społeczna osoba pisarza (jego wybory „słuszne” lub „niesłuszne”) nie przytłaczały w jego myśleniu o literaturze tego, co tu najważniejsze, czyli dzieła, a czasem nawet - jak wiemy to dobrze - przekreślały go całkowicie w imię jakichś tam racji pozaliterackich! By nie liczyła się przynależność organizacyjno-stowarzyszeniowa, taka czy inna, a przede wszystkim dorobek. Bo nie ważne, z tego punktu widzenia, w imię czego krytyk przybiera postawę katońską: w imię samego Pana Boga (jakby go rzeczywiście o to prosił), w imię abstrakcyjnie pojmowanego pojęcia Narodu, w imię określonego wyboru politycznego (wiemy nie od dzisiaj coś w Polsce na ten temat, wiemy) - rezultat jego działania krytycznego będzie (choć czasem głośny) zdecydowanie miałki i wręcz po latach żałosny.

     Być może dlatego przez ponad pół wieku nie doczekaliśmy się podręcznikowej, z prawdziwego zdarzenia, sine irae et studio pisanej syntezy dziejów literatury współczesnej. Dlatego, że upolityczniona w XX stuleciu do monstrualnych rozmiarów polska rzeczywistość literacka nie dopuszczała - i nie dopuszcza właściwie nadal, mimo wszystkie zmiany ostatniego transformacyjnego czasu - do istnienia i funkcjonowania pewnego typu postaw: obiektywizujących, dążących od stawiania na pierwszym planie wartości artystycznych i poznawczych literatury... Jakże często krytyk miał, i ma nadal, związane ręce. Jakże często zależny był (i bywa nadal) od jakiegoś obozu czy koterii politycznej: nie mógł być ani naprawdę obiektywny ani krytyczny nadmiernie wobec „swoich”, których dorobek niespecjalnie cenił, bo jakoś tak nie bardzo wypadało łamać lojalności grupowej, ani też i, o dziwo, wobec tzw. „obcych”, bo to czasem, w okresie jeszcze „realsocjalizmu” mogło wyglądać wręcz na zwykły krytyczny „donos”, a to mogło też mieć praktyczne skutki, jak choćby zakaz druku czy wznowień (dziś zdaje się nikt tymi problemami nie przejmować, bo nad wszystkim i tak ciąży widmo mniej lub bardziej ukrytego protekcjonizmu lub zwyczajnej komercji!). Ale też, trzeba to powiedzieć jasno i bez ogródek, że tak jak istniała (i nadal istnieje, choć w innych barwach występuje) kategoria partyjnych pisarzy - grafomanów (czy też oscylujących w jej pobliżu), tak też istniała (i nadal istnieje) kategoria opozycyjnych pisarzy - grafomanów, równie krytycznie „nietykalnych”, jak ta grupa pierwsza, a często tylko z racji swej opozycyjności uchodzących za pisarzy wybitnych (przykładów nie podam, ani jednych ani drugich, sam wiesz, kotku najlepiej, jakby powiedział Kisiel, o kim może być mowa).

    Agonia i nadzieja Piotra Kuncewicza, rzecz praktycznie wolna od tego typu idiosynkrazji, założonych świadomych uprzedzeń politycznych czy innych „układów”, należy do chwalebnych wyjątków. Wartość tego pięcioksięgu i na tym m.in. polega, że jego autor uwydatnia i pokazuje, że współczesna literatura polska (zwłaszcza ta z powojennego czterdziestoparolecia), mimo wszystkie realnie istniejące różnice dzielące pisarzy, jak światopoglądy i polityczne wybory, bariery pokoleniowe i artystyczna wartość ich dorobku, po pierwsze w ogóle istnieje (co nie dla wszystkich zacietrzewionych „znawców” przedmiotu i teoretyków „czarnych dziur” jest to takie oczywiste), i na dodatek może się poszczycić niebagatelnym dorobkiem (nie tylko w okresie międzywojennym ale i po wojnie). A po drugie, że należą do niej utwory wszystkich pisarzy, niezależnie od tego, gdzie zdarzyło się im „przynależeć” organizacyjnie, mieszkać (w Kołobrzegu, Lublinie, Warszawie czy w Londynie albo i w samym Nowym Jorku), robić coś poza pisaniem książek, mówić czy działać (co było i jest dla wielu jeszcze mniej oczywiste). Należą do literatury polskiej – mniej czy bardziej uwikłane w kontekst swojej epoki - zarówno na przykład książki Jana Lechonia, jak i Jarosława Iwaszkiewicza, Czesława Miłosza i Jerzego Putramenta, Władysława Broniewskiego i Zbigniewa Herberta, Stefana Kisielewskiego i Romana Bratnego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Wojciecha Żukrowskiego, Witolda Gombrowicza i Leopolda Buczkowskiego, Zofii Romanowiczowej i Haliny Auderskiej, Antoniego Gołubiewa i Teodora Parnickiego, Andrzeja Brauna i Andrzeja Wydrzyńskiego, Józefa Mackiewicza i Andrzeja Kuśniewicza, Mirona Białoszewskiego i Bohdana Drozdowskiego, Ireneusza Iredyńskiego i Helmuta Kajzara, Stanisława Grochowiaka i Ernesta Brylla, Marka Hłaski i Andrzeja Brychta, Marka Nowakowskiego i Romana Samsela, Henryka Grynberga i Jerzego Grzymkowskiego, Julii Hartwig i Andrzeja K. Waśkiewicza, Wiesława Myśliwskiego i Edwarda Redlińskiego, Stanisława Barańczaka i Zbigniewa Jerzyny, Ryszarda Krynickiego i Krzysztofa Gąsiorowskiego, Janusza Andermana i Jana Drzeżdżona, Józefa Łozińskiego i Stanisława Srokowskiego, Marka Słyka i Andrzeja Łuczeńczyka...

 

     Listę tę, ułożoną tu tak ad hoc i na chybił trafił, można by naturalnie ciągnąć długo, tak długo... jak ciągnie się ona przez pięć tomów dzieła Kuncewicza (kto ciekaw niech przejrzy chociaż spis treści). Stanowisko to - jako wstępne założenie o równoprawności różnych poglądów na świat, przekonań i zachowań politycznych autorów oraz form ich literackiej wypowiedzi, fundujące grunt rzeczowy przedmiotu krytycznego zainteresowania autora - rzecz jasna nie prowadzi Kuncewicza wcale, jak można by sądzić, do beznamiętnego opisu i rezygnacji z wszelkich prób wartościowania i ocen. Przeciwnie, Piotr Kuncewicz, mimo iż z natury swej i krytycznego temperamentu jest tutaj na ogół człowiekiem na ogół łagodnym i szalenie „spolegliwym” mediatorem, to przecież bezbłędnie na ogół odróżnia literackie ziarna od plew grafomanii. Można by nawet powiedzieć, że jest w tym względzie przeciwieństwem znanego ze swej ostrości poglądów krytycznych Artura Sandauera, który jak wiadomo - i jak dobrze to pamiętamy - miał na ogół głownie, zgodnie z tytułem jednego ze swoich zbiorów krytycznych, „dla każdego coś przykrego”. Autor Agonii i nadziei - przeciwnie. Stara się w każdym dziele odnaleźć „coś pozytywnego”, mimo iż nazbyt pobłażliwy bywa rzadko. Owszem, zdarza się Piotrowi Kuncewiczowi pochylać z nadmierną, jak na mój gust, troską i uwagą nad zjawiskami czasem drugo- i trzeciorzędnymi. Ale w kontekście całości jego obszernego dzieła jest to margines całkowicie dopuszczalny i często zahaczający o rzeczywiście kwestię gustu, a po wtóre - w kontekście szkicowanych wyżej postaw inkwizytorsko-katońskich oraz tendencji do niesłychanego upolitycznienia naszej krytyki literackiej, jest to zjawisko tyleż pozytywnie symptomatyczne dla autora Agonii i nadziei, co i wielce sympatyczne dla czytelnika (jak i dla samych zainteresowanych autorów tym bardziej!). A poza tym, nie pisze on tutaj wyłącznie swojej prywatnej historii literatury polskiej, jednej z wielu tzw. „osobistych” ksiąg tego rodzaju (popularnych w wielu krajach, a których u nas przecież nie ma nawet na lekarstwo), lecz próbuje - i za to należy mu się wielkie uznanie - objąć zasięgiem swoich zainteresowań, jeśli nie całość, to przynajmniej możliwie szeroką część dorobku piśmiennictwa literackiego w Polsce od 1918 roku do końca lat 80.!

    Jaka jest więc zatem literatura polska według Piotra Kuncewicza? Jest - z czym się najzupełniej zgadzam - literaturą wielką, bogatą w talenty i dokonania, niedocenianą i mało znaną, tak we własnym kraju jak i w świecie. Najpierw dwa cytaty. Pierwszy z fragmentu autorskiego podsumowania dotyczącego znaczenia dorobku literatury okresu międzywojennego dwudziestolecia: „Wiemy już, że wyrasta w większej mierze z polskiej tradycji literackiej, przede wszystkim z wyklinanego modernizmu. Miał stanowczo za mało elementów metafizycznych i uniwersalnych w porównaniu z innymi literaturami światowymi z radziecką włącznie. Ale jest ta nieszczęsna polska zdawkowość i powierzchowność ciężko i fatalnie ciążąca nad naszą kulturą. Lecz nawet wtedy miała ta literatura swego Rostworowskiego, Szaniawskiego, Witkiewicza, Micińskiego, Irzykowskiego, Lieberta, Leśmiana, Czechowicza, Wittlina czy Gombrowicza. Miała reformatorów i wirtuozów języka takich jak Tuwim, Przyboś, Peiper, Pawlikowska, Jasieński i Miłosz czy w najzupełniejszym przeciwieństwie Choynowski i Kaden-Bandrowski. Byli znakomici znawcy psychologii jak Nałkowska, Kuncewiczowa, Breza, malarze stosunków społecznych na miarę Dąbrowskiej, Gojawiczyńskiej, Kruczkowskiego, Struga i kapitalni kpiarze jak Słonimski i Nowaczyński. A przecież to cząstka, bo naprawdę dobrych autorów było przecież grubo, grubo więcej. Najlepszym dowodem nośności tej literatury było to, że gdy sztucznie odsunięto ją w cień, to co miało rozkwitnąć blaskiem niebywałej piękności, w ogóle nie chciało rosnąć ani kiełkować. Tak się, co prawda, mści wszelkie sztuczne przerywanie tradycji, ale tym razem efekty były wyjątkowo drastyczne. I po latach przerwy trzeba było mozolnie supłać poprzerywane nici. Nie wszystko już udało się uratować. Szczególnie też, że nie udało się nawiązać do epok wcześniejszych, dokładniej mówiąc do pozytywizmu, który owszem, mógł być brany pod uwagę, ale tylko przez pryzmat całości dziejów literatury polskiej. I trudno byłoby wskazać w literaturze powojennej zjawiska, które by całkiem nie miały precedensów w dwudziestoleciu”.

    I cytat drugi, dotyczący problemów periodyzacji poezji po 1956 roku: „Spore trudności sprawia problem klasyfikacji. Wyraźny jest nurt klasycyzujący, da się też wyodrębnić szkoła lingwistyczna. Lecz na tle całości są to tylko epizody. Podobnie jest z turpizmem, nadrealizmem, awangardą, kontestacją - wszystko to miesza się ze sobą, łączy, wchodzi w związki wielorakie. Istnieją próby klasyfikacji, choćby Balcerzanowa, ale przyznam, że w praktyce okazują się mało przydatne. Może więc nie bez przyczyny motyw pokoleniowy powraca niestrudzenie, mimo że różnice jakościowe bywają wątpliwe - jak między „Współczesnością” a „Hybrydami”. Za dużo tych pokoleń, za często się rodzą i być może cala ta siekanina okaże się z dalszej perspektywy nieprawdziwa. Wedle opinii samych zainteresowanych, trzeba wymienić „Współczesność” w 1956, „Hybrydy” w 1960, „Nową Falę” w 1968, „Nową Prywatność” w 1975. Wszystkie te daty skądinąd bardzo względne. Na dodatek podział komplikuje istnienie twórców emigracyjnych... Niezależnie od mizernego społecznego rezonansu, okres rozpoczęty w 1956 należy do najpłodniejszych epok rozwojowych liryki polskiej. Na ogół nie orientujemy się nawet w jego bogactwie. Tom trzeci Agonii i nadziei - Poezja polska od 1956 jest pierwszą i daleką od kompletności próbą szerokiego przeglądu. Mimo że od kilkudziesięciu lat interesuję się poezją, nie spodziewałem się, że jest to dziedzina tak ogromnie bogata”.

    Za kluczowe w tym krytycznym stanowisku autorskim Piotra Kuncewicza wobec problemów, jakie wyłaniają się przed nim w tym obszernym pięcioksięgu, nazywanym przezeń skromnie próbą „przeglądu”, uznać należy deklaracje o potrzebie uwzględnienia ciągłości polskiej tradycji literackiej, konieczności dostrzeżenia i spenetrowania wszystkich zjawisk i dokonań pisarskich oraz ulokowania ich w jakiejś jednej pojemnej i spójnej dla poszczególnych zjawisk indywidualnych formule porządkującej (klasyfikującej), ale i znaczeniowo nośnej. I tu, w tej ostatniej sprawie, można by wejść w długi, nie kończący się spór z autorem. Oczywiście trudno nie przyklasnąć idei ogarnięcia całości dorobku pisarskiego, poszczególnych jego nurtów, kierunków poszukiwań, dorobku literackiego poszczególnych pisarzy: poetów, prozaików, dramaturgów (częściowo także i krytyków literackich). Lecz już same problemy klasyfikacji, jakie tu zostały przyjęte - według krzyżujących się czasem niespodziewanie, według dość tradycyjnie tematycznych, gatunkowych czy pokoleniowych kryteriów - i zastosowane dość kapryśnie czasami i nie zawsze konsekwentnie, budzić mogą opory. Szczególnie w dwu ostatnich tomach Agonii i nadziei, tych dotyczących czasów nam najbliższych, gdzie te podziały mają już rzeczywiście znaczenie tylko i wyłącznie porządkujące zebrany materiał, a tworzone bywają, jak się zdaje z bardzo prozaicznej przyczyny, po to, aby umieścić gdzieś sylwetki pisarzy nie mieszczących się we wcześniejszych podziałach, przyporządkowaniach i „klasyfikacjach”. Na przykład w tomie czwartym można ostatecznie zgodzić się na takie rozwiązania, jakie niosą już same np. nazwy rozdziałów, jak np. Seniorzy w kraju i na emigracji, Pogranicza literatury czy Pryszczaci Kolumbowie, to jednak już rozdział zatytułowany Morze i przymorze (gdzie omawiany jest dorobek tak różnych autorów jak Jerzy Bohdan Rychliński, Stanisław Maria Saliński, Jan Papuga, Stanisław Fleszarowa-Muskat, Ewa Szumańska, Leszek Prorok, Piotr Bednarski, Leonid Teliga, Jerzy Pertek, Wacław Korabiewicz czy Zbigniew Flisowski) wydaje się, mówiąc delikatnie, nie do końca adekwatny wobec swej zawartości. W tomie piątym miałbym zastrzeżenia do np. nazwy rozdziału Prozaicy poza nurtami; krytycy i dziennikarze, bo nie ma tu żadnej koniunkcji, a wręcz przeciwnie (a poza tym na liście krytyków zabrakło wielu nazwisk, jak np. Jan Pieszczachowicz czy Leszek Bugajski, a i wielu spośród tych, co są na niej też pewnie nie będzie zachwyconych sposobem ich bardzo „oszczędnej” prezentacji). W tymże tomie jest też pięknie nazywający się, obszerny rozdział - Długi zmierzch dekady, tylko trudno na dobrą sprawę pojąć, dlaczego znaleźli się obok siebie tacy pisarze, jak np. Janina Wieczerska, Zyta Oryszyn, Janusz Głowacki, Zbigniew Żakiewicz, Tadeusz Zawierucha, Ryszard Frelek, Jacek Kolbuszewski, Marek Harny, Janusz Domagalik, Krystyna Boglar, Lech Borski, Małgorzata Musierowicz czy Adam Janusz Bień! Najwięcej dyskusji wywoła zapewne wśród samych zainteresowanych i krytyków rozdział pt. Zbereźnicy, który wbrew swemu tytułowi, nawiązującemu z życzliwą i dobrotliwą ironią do nazwiska promotora nowej młodej prozy - Henryka Berezy, rzecznika tzw. rewolucji artystycznej w prozie polskiej (z wielkimi notabene oporami wchodzącej w świadomość nie tylko czytelników, ale też i wielu krytyków z różnych generacji), stał się w praktyce przeglądem dokonań prozatorskich młodego pokolenia debiutującego po 1975 roku, pisarzy bardzo różnej rangi, tak jeśli chodzi o tematykę, jak i czysto literacki poziom ich książek. I bardzo dobrze, bo im więcej przywołanych nazwisk i książek, tym lepiej dla całości obrazu, ale trzeba by było to jakoś rozdzielić albo inaczej nazwać. Bowiem jest tu wielu autorów, których rzeczywiście wylansował i wypromował „guru” Henryk Bereza (np. Jan Drzeżdżon, Józef Łoziński, Ryszard Schubert, Donat Kirsch, Marek Słyk, Krystyna Sakowicz, Janusz Węgielek, Andrzej Łuczeńczyk czy Andrzej Tuziak) ale też jest i bardzo wielu, którzy z Berezą i lansowaną przez niego literaturą nie mają wiele lub nic zgoła wspólnego, jak Maria Nurowska, Krystyna Kofta, Anna Bojarska, Matylda Wełna, Michał Jagiełło, Anatol Ulman, Ryszard Sadaj, Jacek Natanson, Henryk Lothamer, Helmut Kajzar, Andrzej Lenartowski, Eustachy Rylski, Paweł Huelle i wielu innych często już dobrze znanych śledzącym twórczość przedstawicieli młodszych (dziś już raczej średnich i starszych) generacji pisarskich.

     Ale wszystko to nie zmienia generalnej opinii o tym pięcioksięgu Kuncewicza, bo przecież nie ma tutaj właściwie żadnych przesłanek ani sugestii, by traktować całą Agonię i nadzieję jako opracowanie podręcznikowe, jako akademicki wykład dziejów XX-wiecznej literatury polskiej. Wkłada natomiast autor wiele wysiłku w to, by była to księga nie tyle do studiowania, co przede wszystkim do czytania! I to mu się rzeczywiście udaje. Posługuje się tu, bowiem nie suchym i szkolarskim językiem polonistycznego wykładowcy, lecz jędrnym i soczystym, obrazowym językiem eseisty i gawędziarza, wytrawnego znawcy przedmiotu poruszającego się z równą swobodą pośród tekstów olimpijczyków i literackich tuzów, jak i tych mniej powszechnie znanych. Językiem kogoś, kto potrafi dokonać zgrabnej i błyskotliwej analizy wiersza Leśmiana czy Pawlikowskiej, ale i potrafi też posłużyć się zręczną anegdotą, nasuwającym się osobistym wspomnieniem, aluzją czy smacznym cytatem - i nie po to by się wykpić, lecz by dodać barw i życia swej mającej przecież tysiące różnej klasy bohaterów opowieści o przygodach i „awanturach” związanych z losami literatury polskiej w tym wyjątkowo burzliwym dla niej stuleciu.

    I ostatni już cytat. We wstępie do zbioru szkiców o poezji Cień ręki z 1977 roku, można przeczytać, odwołujące się do tradycji norwidowskiej ironii, pełne, gorzkiej i bolesnej autoironii, charakterystyczne dla jego poznawczego sceptycyzmu, i zarazem jakże aktualnie i dziś także nadal brzmiące zdania:

     „Poezja jest, jeśli nie błyskiem, to z pewnością cieniem ręki... Nie potrafię powiedzieć przed czym ten cień może nas ochronić... Dobry czy zły cień się utrwala, sprawia, że możemy rozmawiać z potomnymi, że możemy im pomóc swoją radą, swoim błędem, że domagamy się od nich kontynuacji naszego wysiłku. Nie wiem, czy nie wystawiamy się na śmieszność i pogardę, nie wiem czy pisanie poezji, a także krytyki, jest dalej komukolwiek potrzebne i w ogóle możliwe. Jest przecież jednak jakaś szansa, że rozwój ludzkości nie przekreśli wszystkiego, co było dotąd. Szansa to niezbyt wielka, bo żyjemy w czasie, gdy zarówno metafory, jak i teorematy starzeją się z szybkością zawrotną. W kręgu humanistyki nawet krowa odmienia swoje poglądy... lub też może odmienia się same krowy”.

J.T.

 

Pin It