Dariusz Tomasz Lebioda

 

 

LEKTURY PO LATACH

 

Dostojewski – Faulkner

 

William Faulkner 001

CIENIE TWERU

 

Wróciłem po trzech dziesięcioleciach do Biesów Fiodora Dostojewskiego, słynnej powieści napisanej w Dreźnie, w latach 1871-1872. W pamięci miałem mglisty zarys zdarzeń i postaci z młodzieńczej lektury, ale gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, zgubiłem podstawy tematyczne, głębię problematyki i główny cel, jakim było stworzenie interwencyjnego utworu antynihilistycznego. Teraz odsłoniły się przede mną ogromy, a lektura kolejnych rozdziałów potwierdziła, że rosyjski powieściopisarz należy do wąskiego grona kilku najwybitniejszych literackich twórców świata. Czytelnicy dziewiętnastowieczni zapoznawali się z kolejnymi odcinkami tego dzieła na łamach czasopisma „Russkij Wiestnik”, choć redaktorzy nie zgodzili się na publikację drastycznego rozdziału pt. U Tichona, obecnie publikowanego jako aneks do powieści. Według Dostojewskiego – czarty (biesy), wypędzane z ludzi i pętające się po świecie, znalazły sobie nowe miejsce – niczym w przypowieści z Ewangelii wg św. Łukasza – w „ześwinionych” bytach, w różnorakich nihilistach, organizatorach bezprawia i chaosu w Rosji.  Przywódcą takich opętanych rewolucjonistów jest Piotr Wierchowieński, syn innego dziwaka – Stiepana Trochimowicza, który przez dwadzieścia lat nie potrafił wyznać miłości bogatej wdowie, Barbarze Pietrownie Stawrogin, swojej opiekunce i mentorce.

Szereg intryg głównego prowokatora prowadzi do rozkładu życia publicznego w mieście, wyraźnie przypominającym Twer, w którym pisarz spędził ostatnie lata swojego zesłania. Stale spotykamy w naszym życiu błaznów i czasami wpadamy w sieć ich intryg, ale tutaj wszystko zostało „zgęszczone” i obserwujemy działania prawdziwych ludzkich biesów. Nic ich nie powstrzyma, wykorzystają niewinnych nadwrażliwców, zniszczą każdą inicjatywę, a wszystko w imię idei, która okaże się lewacką ułudą, nie mającą podbudowy filozoficznej, ani nawet sensownych ram ideowych. Bojowa piątka, którą zawiązał i moderował Piotr Wierchowieński zostanie przez niego zakażona absurdalną chorobą nienawiści i – jak świnie pędzące w otchłań wodną – weźmie udział w ohydnym morderstwie studenta Iwana Pawłowicza Szatowa. Dostojewski pokazuje jak różnego rodzaju kanalie lgną do siebie, jak zawiązują tajne stowarzyszenie, a potem – w obliczu realnej zbrodni – jak załamują się, denuncjują jeden drugiego, na kolanach błagają o litość oficerów prowadzących dochodzenie. W każdym okresie przejściowym – pisze autor – wypływają na wierzch kanalie, które istnieją przecież w każdym społeczeństwie. Wypływają na wierzch i już zupełnie bezcelowo, nawet bezmyślnie ujawniają i krzewią niepokój i zniecierpliwienie. I te kanalie, może nieświadomie, trafiają pod komendę małej garstki ludzi jutra, którzy działają celowo i kierują tamtymi, jak chcą, o ile zresztą nie są skończonymi idiotami, co także nieraz się zdarza.[1]  Wielki talent narracyjny pozwolił pisarzowi ukazać na wielu stronicach ową bezcelowość działań i marazm myślowy niedoszłych rewolucjonistów, co niestety było zapowiedzią pojawienia się takich gigantów zła i upodlenia jak Lenin, Stalin, Beria.

 

Prowokator Wierchowieński umyka za granicę i zostawia po sobie same zgliszcza, a destrukcja byłaby jeszcze większa gdyby nie trafił na okres skruchy Mikołaja Stawrogina, kanalii nad kanaliami, który wraca do majątku matki z nikłą nadzieją, że jakoś wyprostuje swoje zdeformowane życie. Skala jego wynaturzeń była jednak tak wielka, że nie poradził sobie z nimi, a gdy dopadły go ostatecznie demony przeszłości, powiesił się na strychu swojego domu. Jak zostało to już wyżej wskazane, redaktorzy prenumerowanego szeroko periodyku nie zgodzili się na publikację tzw. spowiedzi Stawrogina (U Tichona), w której pojawiły się elementy pedofilii i okrucieństwa w stosunku do dziecka. Umawiający się z kochanką w pokoju należącym do ubogich ludzi, obserwuje jak właścicielka często bije i łaje córkę – zaledwie dziesięcioletnią Matrioszę. Znajduje też jakąś specjalną przyjemność w przyglądaniu się jak dziecko jest ćwiczone rózgami, a nawet sam prowokuje takie zdarzenia. Ostatecznie pozwala sobie na czyny lubieżne wobec dziewczynki, a potem interesuje się tylko, czy aby nie wyjawi ona tego rodzicom. Skala tego przewinienia i strach przed karą, powodują, że Matriosza wchodzi do wąskiej komórki i wiesza się w niej. Lubieżnik może odetchnąć, ale raz ukąszony przez zło, zaczyna snuć nici nowej intrygi – pijąc na umór z Wierchowieńskim i kapitanem Lebiadkinem, postanawia poślubić siostrę tego ostatniego – kulawą i psychicznie niezrównoważoną Marią Timofijewną, sycąc się aurą absurdu i traktując ten mezalians jako zemstę na matce i całym jej otoczeniu „wyższych sfer”. To nie koniec – wykorzystując Wierchowieńskiego, doprowadza po czasie do zamordowania żony i jej brata, a potem umyka jak tchórz do Petersburga. Demony przeszłości, biesy pojawiające się w jego wizjach jako skrzywdzone osoby, stale mu towarzyszą, więc podejmuje ostatnią próbę ułożenia życia z Lizawietą Nikołajewną Tuszyn, spotkaną w Szwajcarii piękną damą, która tyleż go kocha, co nienawidzi. Nie można jednak bezkarnie eksperymentować na swoim życiu i na ludziach ze swojego kręgu towarzyskiego – nihilizm Stawrogina „skrapla” się w brudnej retorcie Piotra Wierchowieńskiego i generuje coraz więcej złych zdarzeń.

 

Realnie przelewana krew, choroby psychiczne i rozpad więzi ludzkich jest efektem działania tej na pół obłąkanej kanalii. Pragnienie epitymii jest tyleż realne, co wypływa z przekonania, że tacy ludzie jak on zdołają oszukać cały świat i nawet najprzenikliwsi jego obserwatorzy nie doszukają się w tym treści szatańskich, nihilistycznych i absurdalnych. Postawa Stawrogina jest charakterystyczna – pisze Borys Bursow. Co prawda napisał „Oświadczenie” i zapoznał z jego treścią żyjącego w klasztorze biskupa Tichona, którego darzył szacunkiem. Czy jednak w rzeczywistości można to wyznanie nazwać spowiedzią? Po pierwsze, Stawrogin, jak sam mówi, poddał ja cenzurze, nie wręczył Tichonowi kartki z opisem szczegółów; po drugie, brak pewności, czy jego wizyta u Tichona nie jest swoistą przechwałką. Ukazał mu się duch Matrioszy, dziewczynki, którą bestialsko zamęczył (…) Stawrogin nie odważył się odczytać spowiedzi publicznie. Biskup Tichon tłumaczy to tym, że „istnieją również zbrodnie hańbiące, wstydliwe mimo całej potworności, jeśli znów można się tak wyrazić, wręcz mało eleganckie”. W słowach Tichona tkwi bez wątpienia wiele prawdy; bohaterowie Dostojewskiego istotnie często są estetami, nie tylko dlatego, że miotają się między pięknem a szpetotą i tracą rozeznanie, co je od siebie różni.[2] W powieściach Dostojewskiego roi się od kanalii, ale każda z nich operuje w innym spektrum zła, czy to będzie Smierdiakow, czy Iwan Karamazow, czy Fiedka Katorżny. Ich czyny wykraczać będą poza ramy człowieczeństwa, a elementy ekspiacji pojawią tylko jako ozdobniki, chwilowe fanaberie i tak nie prowadzące do konkretnych zadośćuczynień. Mechanizm zła jest taki, że rozprzestrzeniają je tchórze, marionetki, osoby nadwrażliwe lub zgoła chore psychicznie, które w obliczu realnej kary uciekają do innego miasta, do odległej guberni, za granicę albo w żałosną śmierć – najmniej generującą fizycznego bólu, najczęściej przez powieszenie. U Dostojewskiego – pisze Lew Szestow – żaden z bohaterów nie rozmyśla według prawideł logiki: wszędzie jest tam wściekłość, furia, płacz i zgrzytanie zębów.[3] To świat wynaturzony, tak jak zdegenerowana była Rosja w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, to piekło na ziemi, pośród którego istoty szlachetne i kierujące się dobrem są niszczone, zastraszane i często tracą zmysły.

 

Dostojewski nie pozostawia wątpliwości i przenosi patologiczne zachowania swoich bohaterów na cały naród: Jakkolwiek niejeden stroił się w maskę pochmurną i dyplomatyczną, przyznać należy, że na ogół wszelki skandal i zamęt publiczny niezwykle cieszy serce Rosjanina.[4] Dostojewski sam prowadził niezwykle zagmatwaną egzystencję, ale trafnie też diagnozował rosyjskie uwikłania, tworząc galerię kanalii i marzycieli, choć czasem stawiał znak równości pomiędzy nimi. A wiecie, moi państwo, co to jest marzyciel? – pytał w swoim dzienniku. Jest to koszmar petersburski, jest to wcielony grzech, jest to tragedia, milcząca, tajemnicza, ponura, dzika, z wszelkimi niesamowitymi okropnościami, z wszelkimi katastrofami, perypetiami, zawiązkami i rozwiązaniami – mówiąc to wcale nie żartujemy. (…) Marzyciel jest zawsze uciążliwy, bo skrajnie nierówny: to zbyt wesół, to zbyt ponury, to grubiański, to znów uważający i czuły, to egoista, to znów zdolny do najszlachetniejszych uczuć. (…) Osiedlają się najczęściej  na największym odludziu, w niedostępnych kątach, jakby się kryjąc w nich przed ludźmi i światem, i w ogóle zaraz przy pierwszym na nich spojrzeniu rzuca się w oczy coś wręcz melodramatycznego. Są ponurzy i nierozmowni w domu, zagłębieni w sobie, ale bardzo lubią wszystko, co leniwe, lekkie, kontemplacyjne, wszystko co tkliwie działa na uczucie albo podnieca zmysły.[5] Po drugiej stronie tych „marzeń” są straszliwe wynaturzenia, prowadzące do nihilizmu i takiego rozpadu więzi międzyludzkich jak w otoczeniu Stawrogina I Piotra Wierchowieńskiego. Mrzonki o wielkości i rządzie dusz, o możliwości manipulowania kliką, grupą społeczną i całym narodem, obecne były u wielu rosyjskich myślicieli, żeby wspomnieć tylko Michała Bakunina, Michała Łunina, Mikołaja Spieszniewa, czy nawet Aleksandra Hercena. Dostojewski pokazuje w Biesach i w innych swoich wielkich powieściach jak marzenie przemienia się w obsesję i przy chwiejności charakterów prowadzi do destrukcji o ogromnej skali. Tytułowe biesy to tyleż duchy upadłe, co ludzie przewijający się przez karty tej powieści – nie potrafiący sobie poradzić z własnymi uwikłaniami charakterologicznymi i stale generujący, rozprzestrzeniający zło wokół siebie, a przy lada próbie weryfikacji, oceny, osądu z boku, uciekający tchórzliwie od odpowiedzialności jak Wierchowieński, jak Stawrogin.    

 

KOSZMAR PETERSBURGA

 

Książę Myszkin jest ekscentrykiem, dziwnie zachowującym się młodym mężczyzną, raz po raz doświadczanym przez gwałtowne ataki epileptyczne. Odziedziczona fortuna pozwala mu czuć się niezależnym, snuć niegroźne intrygi, odwiedzać domy, w których powinno się bywać i słuchać opowieści o Rosji, milionerach, bankrutach, mordercach i wspaniałomyślnych donatorach. Otoczenie zrazu ma go za idiotę, ale wiele osób zmienia z czasem nastawienie do niego i zaczyna dostrzegać w nim wiele pozytywów, ciekawych reakcji, do wielu docierają też wypowiedzi, poparte rzeczowymi argumentami i znakomicie lokujące się w dyskusjach. Właściwie Lew Nikołajewicz Myszkin sam dla siebie jest zagadką, a jego skłonność do zakochiwania się w biegunowo różnych kobietach, staje się prawdziwym przekleństwem. Dostojewski chciał w powieści Idiota stworzyć portret człowieka doskonałego, ale nieopatrznie skarykaturował go i ukazał liczne jego zależności od nieoczekiwanych zdarzeń, chwilowych zgapień, nieustannej presji osób z kręgu towarzyskiego. Pisał w jednym z listów: Chodzi mianowicie o przedstawienie absolutnie doskonałego człowieka. Moim zdaniem nie może być nic trudniejszego, zwłaszcza w naszych czasach. (...) Już dawniej idea ta pojawiała mi się w głowie jako pewien przebłysk obrazu artystycznego, nie chciałem jednak, aby stanowiła tylko część czegoś, potrzebowałem jej jako całości. Powieść powstała pomiędzy wrześniem 1867 a styczniem 1869 roku i publikowana najpierw w odcinkach w prasie, spotkała się z żywym odbiorem czytelników. W świecie upiorów ludzkich, karciarzy i pijaków, oszustów sądowych i złodziei ktoś taki jak Myszkin musiał jawić się jako idiota, tym bardziej, że był szarmancki, godził się na fanaberie towarzystwa i nie obrażał się za obelgi. Podczas lektury doskonale widać, że jego postawa, czyny i działania stają się prowokacją dla różnorakich oponentów, a Dostojewski używa Myszkina by ukazać wokół niego skłębienie i skarlenie społeczeństwa rosyjskiego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Całe nieszczęście ludzkości – wskazuje autor powieści – polega na tym, że zbyt pochopnie i powierzchownie ocenia innych ludzi, rwie się do wydawania opinii, a największą przyjemność sprawia jej wyrządzenie komuś krzywdy. Ludzie chełpią się tym wtedy jak wielka zasługą, nie zauważając – lub nie chcąc zauważyć – jakich spustoszeń dokonali i ile zła, w postępie geometrycznym, zaczęło mnożyć się za ich sprawą.

 

Myszkin może rzeczywiście odstręczać od siebie ludzi, ale najcenniejsze w powieści są portrety postaci z jego otoczenia, najczęściej kanalii, choć zdarzają się też prawdziwi nieszczęśnicy (Hipolit) albo minoderyjne dziewczęta, mające w głowie tylko dobry ożenek i czekające na bogatego kandydata. Wyzwanie, jakim jest dobroć i postawa życiowa księcia, nieustannie wystawiane są na próbę, a kolejni oponenci, dyskutanci, osoby oceniające go, sami stają się podmiotem ocen Dostojewskiego. Jako epileptyk, Myszkin żyje stale w obliczu nieoczekiwanych zdarzeń, pośród których nagłe ataki mogą zburzyć wszelkie jego intelektualne konstrukcje i próby zaprowadzenia ładu. Łagodnie i delikatnie próbuje zbudować swój związek z przepiękną Agłają Iwanowną Jepanczyn, czym naraża się na drwiny jej rodziców, sióstr i całego swojego otoczenia. Dziewczyna dostrzega w nim jednak wyraźny potencjał myślowy i egzystencjalny i zaczyna przyzwyczajać się do myśli, że może stać się jej życiowym partnerem. To, co jedni uznają za idiotyzm, ona zaczyna interpretować jako interesujący profil psychologiczny, a sama będąc niezwykle rozchwiana duchowo i emocjonalnie, szuka pokrewnej duszy, powiernika dla jej romantycznych tęsknot. Wszystko wszakże otacza jakiś dziwny mrok – Dostojewski nie umiał – pisze Szestow – zupełnie nie umiał posługiwać się jasnymi barwami. Sądził, że wystarczy wymyślić pobożną nazwę dla obrazu, a jego temat będzie usprawiedliwiony.[6] Może dlatego wokół Myszkina gromadzi się sporo wykolejeńców i nieudaczników życiowych, cała rzesza pijaków i miernot, przecież każdy może u niego liczyć na rozmowę i wysłuchanie żalów. Dochodzi nawet do tak wynaturzonej sytuacji, że całe towarzystwo wysłuchuje u niego spisanej spowiedzi Hipolita Tierentiewa, a potem jest świadkiem jego pozorowanego (lub nieudolnie przygotowanego) samobójstwa. A wszystko za sprawą łagodności księcia i jego pragnienia zaprowadzania ładu we wszelkich sferach społecznych, w których się znalazł.  Trzeba być idiotą – mówią zdegradowani bohaterowie powieści – żeby wychodzić z sercem na dłoni do prawdziwych ludzkich bestii, trzeba nie mieć oleju w głowie, żeby próbować łagodzić wieloletnie spory, albo okiełznać taką zdeprawowaną istotę jak Nastazja Filipowna. A jednak – świadomie lub nieświadomie – Myszkin podejmuje stale te próby, wciąż chce tworzyć unie pomiędzy wrogami i ludźmi, którzy by nigdy nie podali sobie ręki. Jakoś w jego obecności pękają lody, a to, co wydawać by się mogło nierealne, zyskuje nowy wymiar i staje się rzeczywistością. 

 

Postawa księcia prowadzi do nieuzasadnionych komplikacji, zerwania z Agłają i kolejnej szaleńczej próby poślubienia Nastazji Filipownej. Tutaj akcja powieści wyraźnie przyspiesza, niektórzy bohaterowie umierają, inni popadają w szaleństwo, a najbardziej zaskakująca jest ucieczka Nastazji sprzed ołtarza i ponowne połączenie z Rogożynem. Nieszczęsna kobieta nie zauważa, że doprowadziła już swoich adoratorów do kresu wytrzymałości i może stać się coś naprawdę złego. Książę jedzie do Petersburga i szuka jej w dawnych miejscach zamieszkania, odwiedza też kilkakrotnie dom Rogożyna, ale tam nie mówią prawdy, że przebywa w nim ukochana. Jego stan psychiczny ulega wyraźnemu pogorszeniu, a miotając się pomiędzy Agłają a Nastazją, powoli traci grunt pod nogami i coraz mniej ma pomysłów, co robić, jak przeciwstawić się coraz to straszniejszym zdarzeniom. W pewnym momencie pojawia się obok niego Rogożyn i prosi, by poszedł razem z nim do jego domu, gdyż jest tam potrzebny. Okazuje się, że tego samego dnia zamordował Nastazję Filipowną, a sprowadzenie na miejsce zbrodni Myszkina miało mieć dla niego jakieś znaczenie terapeutyczne. Rację ma Miłosz, gdy wskazuje, że U Dostojewskiego wola każdej jednostki (miłość własna) i samo-wola jest siłą niszczącą i lubuje się w okrucieństwie wobec innych.[7]  Tak wszystko się rozpada, wszystko traci sens – Rogożyn zostaje skazany na wiele lat katorgi syberyjskiej, książę wraca do kliniki w Szwajcarii, gdzie coraz bardziej popada w obłęd, Agłaja wychodzi za mąż za polskiego rewolucjonistę i popada w biedę. Miało się zacząć wspaniałe życie, ale zachowanie „idioty” doprowadziło do ciągu fatalnych rozstrzygnięć, bolesnych zawirowań, których nie można już było opanować. Złą rolę odegrała tutaj też intrygancka natura Nastazji, ale przecież każdy z bohaterów powieści dokładał swoją cząstkę chaosu, dezorientował Myszkina i wpływał na jego dziwaczne decyzje. Powieść Dostojewskiego miała ukazać człowieka nieskończenie dobrego, wspaniałomyślnego i spolegliwego, a udokumentowała rozchwianie rosyjskich charakterów, kłótliwość i pijaństwo, degrengoladę moralną i zawiść, a nade wszystko brak akceptacji dla dobrych uczynków i podchodzenie do nich jak do skrajnych fanaberii.

 

            Po nowej lekturze powieści znalazłem u Maurice’a Merleau-Ponty’ego informację i jakże ważki komentarz: W pierwszym szkicu „Idioty” Dostojewskiego mordercą był książę Myszkin. W końcu został nim Rogożyn. Ale to zastąpienie nie jest dowolne, opiera się na systemie równoważności czy raczej na zasadzie selekcji i regule ekspresji, która formuje tę powieść, aby przekazywała nam określone rzeczy.[8] Rzeczywiście, gdyby Myszkin zabił Nastazję, cała konstrukcja jego postaci ległaby gruzach i okazałoby się, że wszystko jest tylko absurdem. I tak absurdalność życia pojawia się w ostatnich częściach dzieła z ogromną mocą, ale czytelnikowi łatwiej jest znieść nawrót choroby księcia, niż morderstwo Rogożyna. Nie wolno igrać z życiem, a zabawy pionkami, które prowadziła Nastazja Filipowna często prowadzą do tragicznych rozstrzygnięć. Kto wchodzi na drogę zła, zbiera zło, kto niszczy związki międzyludzkie, niszczy samego siebie, kto igra z Bogiem i Szatanem, ten wpisuje swoje losy w odwieczny, kosmiczny konflikt. I nie ma tutaj znaczenia fakt, że Nastazja jest kobietą upadłą, a jej gierki mają wymiar w mikro skali, możliwe są tylko w ściśle określonym środowisku, wąskiej grupie adoratorów i komentatorów jej poczynań. Dlaczego takim, stojącym nad grobem nadwrażliwcom jak Hipolit, śnią się jakieś szatańskie gady, które czyhają na ludzi, dlaczego ataki epileptyczne dotykają człowieka, który pragnie łączyć ludzi i potrafi wybaczyć nawet zamach na własne życie, dlaczego wreszcie dochodzi do tej ohydnej zbrodni? Odpowiedzi może być kilka – stan umysłów ludzi w Rosji pogorszył się, a groza nakazów i kar religijnych przestała działać, do czego przyczyniło się też uzależnienie kleru od mamony. Zanikły bariery pomiędzy szlachetnie urodzonymi, a zwykłą hołotą, która nie waha się wkraczać na spotkanie, w którym bierze udział arystokratyczna rodzina generała Jepanczyna. I wreszcie odwieczna przywara Rosjan – pijaństwo doprowadzone do skrajności i nieustanne poszukiwanie funduszy na nie, wydobywanie spod ziemi fundatorów i tych, którzy dadzą się naciągnąć na zakup kolejnych butelek. Myszkin nieświadomie uczestniczy w tej degrengoladzie i jego postawa odbierana jest opacznie, łatwo go można nazwać „idiotą”, łatwo też można wychwalać go pod niebiosa i prowadzić gierki w jego otoczeniu. Naiwność księcia odbierana jest przez Agłaję jako dobroć, a Nastazję podnieca i rodzi pożądanie, patologiczne marzenie o przyszłych upojnych nocach z tak kruchą istotą. Nieszczęście kumuluje się coraz bardziej, ale główni bohaterowie powieści tego nie dostrzegają, zdają się naiwnie wierzyć, że wszystko poukłada się zgodnie z ich planami. Finał jest bezlitosny i główną rolę odgrywa w nim Rogożyn – zdawać by się mogło najsilniejszy z nich, psychicznie i fizycznie, najbogatszy i mający największe perspektywy rozwoju. To on wbija kuchenny nóż w serce Nastazji i pragnąc dodatkowo zgnębić swojego rywala – prowadzi Myszkina do pokoju, gdzie leży jej ciało okryte płótnem. Tego już wiotka psychika księcia nie jest w stanie wytrzymać…     

 

YOKNAPATAWPHA

 

Czytam partiami Koniokrady, powieść napisaną przez Williama Faulknera u końca życia. Dozuję sobie poszczególne części, bo nie chcę niczego uronić, niczego pominąć w procesie podążania do przodu, stymulowanym dynamiką lektury. To historia dorastania narratora – Luciusa Priesta – i jego uczestnictwa w społeczności miasteczka Jefferson, jakże ważnego dla wyobraźniowego okręgu Yoknapatawpha, który pisarz stworzył, by odzwierciedlić kontrasty, z jakimi miał do czynienia na południu Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim w Georgii, Marylandzie, obu Karolinach i Wirginii.  Fabuła powieści jest niezwykle rozbudowana, pełna nagłych zwrotów akcji i jak zwykle u tego pisarza nieustannie wiruje wokół głównych wątków. Jest rok 1905 i możemy się domyślać, że opowieść Luciusa czerpie swoje soki z dzieciństwa Faulknera, a główni bohaterowie – biały pomocnik ojca Boon Hogganbeck i czarny stangret Ned McCaslin mają swoje osobowe odpowiedniki. Chłopak ma jedenaście lat, imponuje mu towarzystwo starszych o dziesięć lat towarzyszy i dlatego pewnie zgadza się na wszystkie ich fanaberie. Życie płynie leniwie w Jefferson, od jednego Malo istotnego zdarzenie do innego incydentu, aż wreszcie technika dwudziestego wieku wkracza do miasta. Wielkim marzeniem chłopaków w tamtym czasie było posiadanie konia i przemierzanie nim wertepów (Faulkner fascynował się takimi przejażdżkami do końca życia i zmarł w wyniku obrażeń po upadku z wierzchowca), a tu nagle, na tej głębokiej prowincji, za sprawą dziadka Luciusa, pojawia się lśniący niklem i lakierem samochód, który wszakże był dość archaiczny: Zapuszczało się motor ręcznie, stojąc przed samochodem, ryzykując najwyżej skomplikowane złamanie ręki, jeśli się nie zapomniało wyłączyć uprzednio biegów. Miał naftowe latarnie do nocnej jazdy, a kiedy zaczynało padać, pięciu lub sześciu ludzi mogło w kwadrans naciągnąć budę i boczne zasłony. Bohaterowie podróżując tym wehikułem ubierali się w dziwaczne pilotki, gogle, kapuzy i rękawice z mankietami i przejeżdżając przez miasto płoszyli wszystkie konie. Jak się okaże, automobil stanie się powodem licznych kłopotów i zejścia bohaterów na drogę bezprawia. Ich wyprawa do burdelu w Memphis, gdzie Boon zapragnął odwiedzić jedną z zaprzyjaźnionych z nim dziwek, a przy okazji „uświadomić” Luciusa, zakończy się dramatycznie. Przyjaciele stracą samochód, będą musieli ukraść konia i tylko dzięki szczęściu podczas wyścigu uda się wszystko wyprostować. Będzie to przyspieszona szkoła życia dla Luciusa, który wróci do Jefferson odmieniony i zaakceptowany przez klan mężczyzn dojrzałych. Zdumiewająco rzadko pisano o inicjacyjnym charakterze powieści Faulknera, skupiając się przede wszystkim na obyczajowości początku dwudziestego wieku, typach ludzkich i dość prostej intrydze. Choć jest to podróż konkretnego bohatera, który dojrzewał w przyspieszonym tempie i odebrał bolesną lekcję od życia, to podsumowanie czarnoskórego Neda i samego Faulknera: Dużo się nauczyłeś o ludziach w tej podróży – odnosi się do każdego z nas.  

 

Polifoniczna proza Williama Faulknera jest gęsta i pulsująca, nieustannie krążąca wokół wątków, wciąż dorzucająca coś do tego, co już zostało powiedziane. To nieustająca czujność autora i chęć pogłębiania konstrukcji psychologicznych poszczególnych bohaterów. To tak, jakby jakiś głos wewnętrzny stale dopytywał Faulknera o inne elementy charakterystyki, o dopowiedzenia istotnych treści, o dopełnienie całości nowymi elementami. To rodzaj układanki, w której mamy na początku do czynienia z kilkoma zaledwie elementami, ale w miarę lektury pojawiają się następne cząstki, tak, że odkładając powieść na końcu lektury, mamy już pełne wyobrażenie o postaciach najważniejszych i tych z drugiej i trzeciej linii. Czytelnik nie znający metody twórczej autora Wściekłości i wrzasku może czuć się zaskoczony, albo wręcz obezwładniony przez strumień świadomości, stale generujący nowe fakty, zdarzenia, opisy osób i zdarzeń. To krążenie wokół wyrazistych punktów narracyjnych daje zdumiewające efekty, a przede wszystkim wymusza na czytelniku niezwykłą wprost uwagę, stan gotowości, by analizować kolejne cząstki i dopasowywać je do całości. Wystarczy chwila nieuwagi by jakiś ważny fragment struktury został pominięty i wakował przy dalszej lekturze. Faulkner ma przez cały czas świadomość tego, co wyartykułował wcześniej, a zataczając małe kręgi narracyjne, często zatacza też wielkie koła i wraca do samego początku opowieści. Tysiące słów i określników zdając się tutaj mienić wyraziście w swoich sensach i korespondencjach, a jednocześnie nikną najdoskonalej w gęstej materii językowej. Czytając, mamy wrażenie, że mieszkańcy okręgu Yoknapatawpha są bardziej skomplikowani od innych ludzi i mają problemy, które wymagają specjalnego potraktowania przez pisarza. A przecież chodzi tutaj tylko o przypomnienie, że każdy człowiek jest przepaścią samą w sobie, każdy byt ma trudne do ogarnięcia przestrzenie wewnętrzne, ciągnące się od początków jego świadomości i rekonstruowane nieustannie przez wyobraźnie, biografię i doświadczenia kolejnych dni. W powieści Koniokrady narratorem jest dziecko, co dodatkowo komplikuje odbiór i każe odnosić jego doświadczenia do dziecinnych przeżyć pisarza. Dzięki temu Faulkner może nieustannie nakładać nowe warstwy narracyjne i zaskakiwać czytelnika informacjami o bohaterach, których czytelnik się nie spodziewał. Oczywiści w tle tych przybliżeń pojawiają się wielkie pytania o prawdziwą naturę człowieka, o elementy budulcowe jego świadomości, a nade wszystko o jego znaczenie  w obliczu niewyobrażalnych wielkości. Ludzie z powieści Faulknera żyją swoim życiem, ale też stają się cząstkami wielkiej maszynerii dziejowej, nieustannego rodzenia się i umierania, bycia kimś i nikim, wzrastania i szybkiej erozji.   

 

MISSISIPI

 

Choć moje lektury kolejnych powieści Williama Faulknera zawsze były pełne pasji i sięgały do korzeni tej prozy, czyli do klimatu amerykańskiego Południa, licznych przemian natury obywatelskiej i krwawej historii wojny secesyjnej (1861–1865), to prawdziwie płonąłem wewnętrznie podczas czytania opowiadań. Zaczęło się od niewielkiej książeczki w serii Koliber, zatytułowanej jak główne opowiadanie – Róża dla Emilii, a kupionej pod koniec lat sześćdziesiątych w jakimś osiedlowym kiosku. Łączył je znakomicie odtwarzany język, ludzi żyjących we fikcyjnej krainie Yoknapatawpha, będącej niemal lustrzanym odbiciem Lafayette, rodzinnego hrabstwa Faulknera, leżącego w stanie Missisipi. Pisarz odtwarza dzieje tych ziem od czasów wojny secesyjnej do początku dwudziestego wieku i karty swoich utworów zapełnia wieloma opisami typów ludzkich, charakterystycznych dla Południa, uwikłanych w lokalne konflikty, zdziwaczałych i noszących znamię jakiejś mniejszej lub większej tragedii. Taka jest bohaterka opowiadania tytułowego, Emilia Grierson z miasta Jefferson, należąca niegdyś do elity społecznej, ale po śmierci ojca coraz bardziej się alienująca, zamykająca się stale w wielkim, niszczejącym domu. Towarzyszy jej milczący, powolnie wykonujący jej polecenia Murzyn Tobe i jest to jej jedyny kontakt ze światem, do którego wcale nie tęskni, przebywając najczęściej w swojej sypialni. Gdy obowiązki radnych i burmistrzów objęło młodsze pokolenie, wzywano Emilię do płacenia podatków, ale ta za każdym razem odsyłała listy i nic sobie nie robiła z nakazów. Żyła w swoim świecie, odgrodzona od zmieniającego się gwałtownie Południa. Tylko raz zaczęła znowu przypominać żywiołową dziewczynę, jaką była w czasach młodości, a to za sprawą jej związku z Homerem Barronem,  majstrem z Północy Stanów Zjednoczonych, wynajętym przez miasto do kładzenia chodników. Był to bardzo przedsiębiorczy jankes, otoczony zawsze gromadą wielbicieli, rozbawiający towarzystwo i pokrzykujący stale na czarnych robotników. Wydawać by się mogło, że Emilia jest ostatnią osobą, którą się zainteresuje, adorowany przez wiele panien i zachęcany do odwiedzania licznych domów, ale przecież była ona dla niego rodzajem trudnego wyzwania: miała krótko przycięte włosy jak dziewczynka, trochę przypominała nawet anioły z kolorowych witraży – beztroskie i jednocześnie tragiczne. (Przeł. J. Zakrzewski) Może dlatego Barron zaczyna właśnie z nią jeździć żółtym powozikiem za miasto i rozkochuje ją w sobie, wzbudzając jednocześnie lęk przed starością i ewentualnym porzuceniem. Kobieta do tego stopnia pragnie z nim być, że zabezpiecza tę bliskość w okrutny sposób – kupuje arszenik i dodaje go do jakiegoś posiłku Homera. Ludzie początkowo żywo komentują jego zniknięcie i wyczuwają, że mogła go otruć, ale służący Tobe milczy, a nikt obcy nie ma wstępu do starego domu. Dopiero w chwili śmierci bohaterki opowiadania drzwi się otwierają i grupa kobiet wchodzi do  salonu, zagląda do pozostałych pokoi. Murzyn bez słowa oddala się, a przybyłe z Alabamy kuzynki i jacyś gapie otwierają pokój na piętrze i ich oczom  jawi się zdumiewający widok: Delikatny, drażniący nozdrza grobowy osad leżał na wszystkim, co znajdowało się w tym pokoju urządzonym jak sypialnia małżonków . (…) Mężczyzna leżał na łóżku. (…) Najwidoczniej niegdyś to ciało znajdowało się w miłosnym uścisku, ale teraz długi sen, który potrafi przetrwać miłość, a nawet i wyraz miłości, zdradził je i zmazał przeszłość. To, co pozostało z mężczyzny, zgniło pod resztkami nocnej koszuli, połączyło się w jedną całość z łóżkiem, na którym spoczywało.  (Przeł. J. Zakrzewski) Odcisk na poduszce obok wskazywał na to, że Emilia kładła się regularnie obok trupa i spędzała z nim  wiele czasu. Faulkner zastosował w tym opowiadaniu motyw starego, tajemniczego domu, dobrze znany w literaturze amerykańskiej, ale przetworzył go jednocześnie w studium psychologiczne zdziwaczałej, starej kobiety, której choroby przekształciły się w skrajny rodzaj nekrofilii i samoudręczenia.

 

Opowiadanie pt. That Evening Sun (Tamto wieczorne słońce) swój tytuł wzięło z popularnej murzyńskiej pieśni gospel, która była skargą na kończący się dzień, na zachodzące słońce i na nadciągającą noc. To podczas niej czyhały na ludzi upiory, a w udręczonych murzyńskich świadomościach pojawiały się lęki przed tym, co może się wydarzyć. W społeczności czarnoskórych ludzi Faulkner obserwował wiele zachowań dziwnych, mężczyzn i kobiety o zwichniętych osobowościach, utalentowanych budowniczych i morderców, artystów i gwałcicieli. W jego hipotetycznym mieście Jefferson mieszka nadwrażliwa Murzynka Nancy, która pracuje u białych ludzi jako praczka i opiekunka dzieci. A przy tym jest niezwykłą dziwaczką, stale bojącą się o swoje życie, na które czyha ukryty w ciemnościach jej były mąż Juba. Dziewczyna zachodzi w ciążę z białym  człowiekiem, najprawdopodobniej kasjerem i starszym gminy Babtystów,  a potem traci resztki równowagi psychicznej. Wykrzykuje ku niemu, że ma zapłacić jej za ostatnie trzy stosunki seksualne, za co zostaje ciężko pobita, traci zęby i trafia do więzienia. Tam próbuje odebrać sobie życie, wieszając się na kracie okiennej, ale ratuje ją strażnik i bije ją znowu „na kwaśne jabłko”. Alkohol i kokaina demolują świadomość Murzynki i pojawiają się u niej schizofreniczne lęki, a także potrzeba przebywania w towarzystwie innych osób, które – według niej – powstrzymają ewentualny atak Juby. Historia dość konwencjonalna, ale urok tego opowiadania polega na tym, że narratorem jest dziecko, prawdopodobnie sam autor z czasów, gdy miał kilka lat i bystro patrzył na świat. Kreśląc niezwykle wyrazisty wizerunek Nancy, tworzy zarazem portrety pamięciowe grupki dzieci, ich zachowań i lęków, związanych z odprowadzaniem Murzynki do domu. Malcy mają zróżnicowane osobowości, ale decydują się na te ryzykowne wyprawy, nie bacząc na to, że może w mroku, w jakimś rowie czyha Juba, który zapowiedział kiedyś, że potnie „arbuz” (ciążę) Nancy na kawałki. Dzieci nie rozumieją, że jest ona narkomanką, a jej zachowania są często wynikiem głodu, rozpaczliwą próbą znalezienia kokainy i oddalenia lęków. Jakże wyraziście opisuje Faulkner taki stan: Nancy znów zaczęła wydawać te dźwięki, wcale nie głośne, siedziała nad ogniem, długie ręce zwisały jej między kolanami. I nagle zaczęły jej występować na twarz duże krople potu, ściekały po policzkach, każda z nich niosła światło ognia, póki nie ściekła na brodę.  Murzynka boi się zachodu słońca i stale prosi gromadkę dzieci o towarzystwo, nawet za cenę porzucenia ich chorej matki i przeciwstawienia się nakazom ojca. Dialogi w tym opowiadaniu są prawdziwym majstersztykiem prozatorskim autora, który swobodnie zmienia punkty widzenia, próbuje wniknąć w świadomość dziecka lub wyłowić jej elementarne cząstki z mroków pamięci. Udanie oddaje przekomarzanie się i wymądrzanie, a przy tym nie traci niczego z powagi problemu, jakim jest w tym opowiadaniu coraz bardziej wynaturzająca się osobowość człowieka korzystającego z używek i popadającego coraz bardziej w schizofrenię. Ostatnie zawłaszczenie dzieci kończy się dla Nancy fatalnie, ojciec zabiera je, ostatecznie demitologizuje mroki i dzieci są już pewne, że to koniec ich znajomości z nią: Wyszliśmy z rowu, opuszczając życie Nancy. Jej życie siedziało przy otwartych drzwiach i zapalonej lampie, czekało, między nim a nami był rów, i myśmy wracali do domu, biali ludzie wracali do domu, oddzielaliśmy nasze życie od życia Nancy. (Przeł. J. Zakrzewski) Nie wiadomo jakie były dalsze losy tej kobiety, którą dzieci słyszą jeszcze długo, jak rozpaczliwie zawodzi w ciemnościach. Może naprawdę zemścił się na niej zdradzony mąż, a może przedawkowała kokainę, może też z biegiem lat pogodziła się z tragizmem swojej egzystencji i odrzucając dawne życie, dotrwała jakoś do starości i śmierci. Opowiadanie Faulknera jest otwarte i czytelnik sam musi dopowiedzieć sobie zakończenie dramatu, jednego z tysięcy, jakie rozgrywały się po wojnie secesyjnej na południu Stanów Zjednoczonych Ameryki.           

 

Broszka to opowieść o matce i synu, ale też o patologii związków międzyludzkich w obliczu nieuleczalnej choroby i wieloletniego, całkowitego zamknięcia w domu. Howard Boyd był synem kobiety porzuconej przez męża i jego życie mogłoby potoczyć się innym torem, gdyby matka nie została przykuta do łóżka przez chorobę. Miał wszelkie cechy, które mogłyby się spodobać interesującej wybrance, ale stał się niemal bezwolną ofiarą swojej rodzicielki. Był zbyt kruchy, za delikatny, stale zapatrzony w głębie ludzkiej psychiki, a przy tym: wyglądał jak postać z Dantego, kiedy z wyrazem twarzy młodego mnicha czy anioła z legend średniowiecznych, zawsze w pospiechu, z głową odwróconą, nawet w nieobecności matki, mijał dziewczęta na ulicach nie tylko w Charlottesville, ale i w małej zapadłej mieścinie w stanie Missisipi, do której powrócili po jego studiach. (Przeł. Z. Kierszys) Wydawać by się mogło, że taki chłopak nie znajdzie dziewczyny, a jego dziwactwo odstręczy wszystkie ewentualne kandydatki na żonę. Matka leży we łóżku i pokrzykuje na niego, stara się też realizować w domu purytański kodeks, oparty głownie na zakazach i zjadliwych komentarzach działań syna. Nie rezygnuje z niego też w nowej sytuacji, gdy w rezydencji pojawia się najpierw przyjaciółka, a potem żona Howarda, zadręczając ich  swoimi docinkami. Ofiarowana dziewczynie staroświecka broszka staje się symbolem uwięzienia i tandety życia  w domu pani Boyd i trudno się dziwić, że po jakimś czasie młoda żona zaczyna szukać rozrywek w mieście. Matka staje się dla niej rodzajem złego ducha, który nieustannie się w nią wpatruje, widzi wszelkie „wykroczenia” i komentuje je bez litości. W końcu, po jednej nocy poza domem, matka nakazuje jej niezwłoczne opuszczenie go, bez możliwości powrotu. Obwieszcza to synowi, który spełnia wszelkie jej zachcianki, ale w głębi duszy nienawidzi jej, jak największego wroga. Nie potrafi się jednak przeciwstawić i kierując się filozofia przetrwania, próbuje dotrwać do jej śmierci. Nie rozumie jak wielkie spustoszenia w jego psychice czyni,  jak rozkłada od środka jego małżeństwo i intymność z Amy. Kobieta pierwsza nie wytrzymuje tego i przenosi się do pokoju hotelowego, a syn trwa nadal przy matce, choć stale kłębią się w nim złe myśli. W finalnej scenie opowiadania przenosi na piętro grubą kołdrę, owija się w nią, odgradzając się w ten sposób od świata, w którym żył i strzela sobie w głowę. W zdumiewający sposób, z wykorzystaniem zdawkowych dialogów i komentarzy, udało się tutaj Faulknerowi ukazać wielką ludzką bezradność – słabość w obliczu terroru psychicznego. Większość ludzi w Ameryce mieszkała i mieszka w małych lub większych domach, odgrodzonych od świata dużymi połaciami ziemi, zarośli, drzew, a populacje żyjące w centrach wielkich miast, opisywane prze Dreisera, stanowią ledwie niewielki procent wszystkich obywateli. W tych samotnych domach, które tak dogłębnie poznał pisarz, rozgrywały się od dawna liczne konflikty i tragedie, o których wiedziały tylko lokalne społeczności. Dopiero książki takich twórców jak Faulkner, Caldwell, Steinbeck, a potem nowoczesne media audiowizualne, odsłoniły ogrom wynaturzeń i wydobyły na światło dzienne to, co pozostawało przez lata w ukryciu. A więc seryjnych morderców, zakopujących ciała swoich ofiar w piwnicach, kanibali żywiących się ludzkimi szczątkami, dewiantów seksualnych, więziących kobiety w uwłaczających warunkach i dokonujących na nich nieustannych gwałtów. W jednym z takich patologicznych domów mieszkała biedna pani Boyd ze swoim synem, z którego uczyniła  element swojej dziwacznej terapii, sama nie wytrzymując tego, co przyniosło jej życie. Tak spowodowała, świadomie i nieświadomie zarazem, rozkład jego osobowości, zabiła go najprawdziwiej, siedząc w łóżku i drąc się ciągle na cały dom.

 

Dostoevsky 1879W prozie Faulknera zawsze połyskuje jego niezwykła bystrość i przenikliwość, a przy tym ogromna wiedza o człowieku i jego zachowaniach. To są diagnozy charakterystyczne dla amerykańskiego Południa, ale też ogólnoludzkie werdykty, szerokie rozstrzygnięcia, wielowarstwowe opisy typów i charakterów, chorych dewiantów i postaci naprawdę wielkich, wykraczających swoim działaniem i kolejnymi kreacjami, daleko poza schematy zachowań lokalnych struktur. To jest przyglądanie się ludziom w ich zewnętrzności, ale też przenikanie ich wnętrz i sondowanie umysłów, rozpatrywanie ich zachowań z wielu punktów, dookolnie i zarazem z góry, z wnętrza ludzkiej biedy, upadku i z wyżyn wzniosłości. Wiele napisano na temat stylu i wartości artystycznych prozy Faulknera, który dosłownie wykuwał swoje postaci ze słów, ale warto raz jeszcze podkreślić plastyczność jego opisów, genialne naśladownictwo slangowych dialogów i ciągłe psychologiczne drążenie, nie stroniące od psychoanalizy i udanie wykorzystujące strumień świadomości. Pisarstwo Faulknera stawia wielkie wymagania czytelnikowi, ale jeśli zada on sobie sporo trudu i udźwignie migotliwość, iluzoryczność i wielowarstwowość tej prozy, dotrze do samej istoty prawdy o człowieku, nauczy się analizować świat w jego kolejnych odsłonach. Wtedy też, to co mogło wydawać się komplikacją, stanie się istotną wartością, a kolejne karty powieści czy opowiadań będą zapowiedzią nowych ważkich odkryć. Twórca ten kierował się zasadą maksymalizmu i mawiał, że pisanie, to dopracowanie się w sobie wielkich elementarnych prawd, a potem kierowanie swego dzieła ku jednej z nich albo ku wszystkim naraz. Widać to wyraźnie w kolejnych powieściach i opowiadaniach,  a także w wypowiedziach eseistycznych, czy nawet we wczesnej poezji  tego autora. To było myślenie literackie i zarazem ludzkie, to były za każdym razem próby znalezienia najpojemniejszej formy, która dźwignęłaby esencjonalne treści, a przy tym stałaby się znakiem rozpoznawczym tej sztuki. Często nadużywa się w krytyce literackiej słowa fresk, szczególnie w odniesieniu do wielkich pisarzy, ale dzieło Faulknera – oglądane całościowo i w poszczególnych cząstkowych realizacjach – zasługuje na takie określenie. To doprawdy wielki fresk, prezentujący ludzkość w konkretnym przedziale czasowym i w ściśle określonej rzeczywistości amerykańskiego Południa. To ciąg postaci i zdarzeń, które uznać należy za centralne dla przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku – ciąg układający się w szeroką panoramę, nie fałszującą niczego, ukazującą ludzi takimi, jakimi zawsze byli i jakimi są. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, że natura człowieka bywa chybotliwa i skłonna do wynaturzeń, powinien zagłębić się w utworach Faulknera, ale jeśli ktoś szuka potwierdzenia, że człowiek bywa wielki, wspaniałomyślny i poświęcający się dla wielkiej sprawy, także powinien zagłębić się w tej lekturze.

 

 

Wielki huragan „Gustav” dociera do Nowego Orleanu. Dopiero co mieszkańcy tego miasta przeżyli wielki kataklizm, związany z uderzeniem „Katriny”, a tu zbliża się nieszczęście o jeszcze większej skali. Huragan przywędrował znad Karaibów i teraz szaleje nad Zatoką Meksykańską. Byłem tam w marcu 2008 roku, co prawda od strony Florydy, ale nawet wtedy, w spokojnym miesiącu, obserwowałem niezwykłą huśtawkę atmosferyczną. Nagle napływające mgły, wymiana deszczu i słońca, a nade wszystko silny wiatr, który naginał pnie palm i powodował, że amerykańskie flagi pięknie łopotały, wydając charakterystyczny dźwięk. Wiadomości związane z „Gustawem” przypomniały mi długie opowiadanie Williama Faulknera (1897-1962), zatytułowane „Stary”, które przeczytałem trzy tygodnie temu,  już po raz drugi. To jeszcze jedna książeczka z serii z kolibrem, którą wraz z innymi wydobyłem z mroków piwnicy. Faulkner jest laureatem Nagrody Nobla z 1949 roku i jednym z największych prozaików w historii ludzkości. Należy też do panteonu moich największych mistrzów literackich. Był cyrkowym akrobatą, lotnikiem i farmerem, stykał się z wieloma środowiskami i ludźmi różnych stanów. Ukochał amerykańskie Południe i tam umieścił akcję większości powieści i opowiadań. Ta moja lektura w jakiś przedziwny sposób zbiegła się z telewizyjnymi i internetowymi komunikatami z okolic Nowego Orleanu i z Zatoki Meksykańskiej. Przypominane zdjęcia sprzed trzech lat, zniszczone domy, zalane podwórka i ulice, martwe zwierzęta i zabici ludzie, wszystko to pojawiło się już wcześniej w opowiadaniu Faulknera. Byłem pod wielkim wrażeniem przemówienia gubernatora stanu, który zorganizował pomoc i nawoływał mieszkańców do opuszczania domów i do ucieczki ku północnym regionom USA.

Tytuł może być mylący dla tych, którzy nie przeczytali utworu, bo The Old Man, to zwyczajowe na południu Stanów, określenie rzeki Mississippi. Faulkner opowiada tutaj historię więźnia, którego określa tylko jako chudego i wysokiego, a tylko czasem kontrapunktuje to określenie z drugim – „mały i gruby więzień”. Podobnie jak przy uderzeniu ostatnich huraganów, tak i w 1927 roku, kiedy to toczy się akcja utworu, Mississippi wystąpiła z brzegów i rozlała się po polach bawełny, zniosła domy i kurniki, porwała zwierzęta domowe i ludzi. Powódź była tak wielka, że wezwana na pomoc armia, nie sprostała wyzwaniu. Poproszono zatem o wsparcie więźniów, którzy w tamtych czasach pracowali w koloniach karnych na polach Południa. Główny bohater – ów wysoki więzień – otrzymuje wraz z kolegą specjalne zadanie. Ma popłynąć łodzią po jakąś kobietę, siedzącą na drzewie, i po jakiegoś starca, którego dostrzeżono na dachu prawie całkowicie zatopionego domu. Więźniowie ruszają i w pewnym miejscu trafiają na wartki nurt, jakiś zdradliwy wir, bystrzynę, która przewraca ich łódź. Grubas chwyta się gałęzi drzewa i wczołguje się na jego wierzchołek, skąd zostaje po jakimś czasie uratowany. Wydaje mu się, że towarzysz utonął  i taką wiadomość zanosi władzom więziennym. Tymczasem wysoki mężczyzna tylko na chwilę znika pod wodą, a potem czepia się przewróconej łodzi i płynie z nią w dół rzeki. Po kilku milach udaje mu się przewrócić łódź i wdrapuje się do niej ostatkiem sił. Płynie tak wiele godzin i widzi ogrom zniszczeń, wszędzie pełno jest martwych zwierząt domowych, które stają się łupem drapieżników wodnych i powietrznych, płyną też całe domostwa i zagrody, miliony desek i szmat, jakichś kawałków budowli, sprzętów domowych, żerdzi od płotów i pojemników; słowem wszystkiego, co wiąże się z ludzką egzystencją. Po wielu próbach przybicia do jakichś łach lub chybotliwych brzegów, bohater dociera wreszcie do drzewa na którym siedzi poszukiwana kobieta. Okazuje się, że jest ona w zaawansowanej ciąży i teraz więzień musi zadbać o życie jej i nienarodzonego jeszcze dziecka. Płyną po wielkim wodnym bezmiarze, podążają odnogami i kanałami Starego (w języku angielskim zmienia się rodzaj gramatyczny) i co chwilę stawiają czoła jakimś zagrożeniem. Węże i krokodyle, drapieżne ptaki i ostre fragmenty domostw lub drzew, powodują, że ich podążanie do przodu staje się drogą przez mękę. W końcu – na niewielkim wzniesieniu  – kobieta rodzi dziecko i jej towarzysz odcina pępowinę krawędzią ostrej blachy z jakiejś puszki. Po narodzinach dziecka muszą płynąć dalej i w końcu trafiają na parowiec, który transportuje ich w bezpieczne miejsce. Tam, w domu na palach, spędzają kolejnych kilka dni z nowym towarzyszem i więzień poluje wraz z nim na krokodyle. Niestety spokojne dni kończą się, gdy pojawia się motorówka i zabiera ich w inne regiony. Więzień postanawia oddać się w ręce policji i opisuje szczegółowo co mu się przytrafiło. Po jakimś czasie wraca do więzienia, gdzie czeka go niemiła niespodzianka. Urzędnicy więzienni wcześniej zgłosili Gubernatorowi jego śmierć i boją się reakcji władz. Przysłany wizytator postanawia, że wysokiego więźnia uzna się za uciekiniera i dołoży mu się jeszcze dziesięć lat odsiadki. Ten przyjmuje to bez szemrania, bo więzienie jest jego azylem, miejscem, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a on czuje się bezpieczny.

Proza Faulknera jest symultaniczna, pełna nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych point. Stale pojawiają się w niej nowe określniki, nowe ujęcia i oryginalne strategie narracyjne. Czytając utwory tego pisarza mamy wrażenie, że jesteśmy w samym centrum zdarzeń, a kreowany świat mieni się różnymi barwami i ich odcieniami, pełen jest głosów, szeptów, okrzyków, słychać ptaki i większe zwierzęta, z łomotem przejeżdżają pociągi i samochody – wszystko pulsuje i tętni życiem.  Te teksty trzeba czytać wolno, by niczego nie uronić z gęstości i niezwykłości opisów, ale także dialogi są niezwykle funkcjonalne, znakomicie wpasowane w tok opowieści. Dając tylko minimalne informacje o prezentowanej postaci, pisarz odwołuje się do wyobraźni czytelnika i jego umiejętności rekonstruowania światów. Wszystko tutaj jest harmonijnie zestrojone z biegiem wydarzeń i umiejętnie oświetlone z wielu stron. Starczy przywołać ten krótki fragment, by zauważyć w nim charakterystyczne cechy pisarstwa Faulknera: Deszcz padał nieustannie, ale ciągle jeszcze nie ulewny, bez furii; niebo, światło dzienne, rozpływały się gdzieś w przestrzeni łagodnie, bez bólu. Łódź płynęła w aureoli szarej mgiełki, która stapiała się z wodą bez jakiejkolwiek wyraźnej linii rozgraniczającej. Często w opowiadaniach i powieściach tego pisarza świat realny jakby traci swoje podstawy, zaczyna się chwiać, przechodzi w ułudę, jakiś dziwny miraż. Ludzie także tracą sens egzystencji, albo godzą się na życie dziwaczne, zdeformowane, pełne utajonych niebezpieczeństw i nieoczekiwanych rozwiązań.  Słyszę, że „Gustav” stracił swój impet i tylko Mississippi wylała się szeroko, jak w 1927 roku, kiedy to za dobroć i bohaterstwo skazano wysokiego więźnia na dodatkowe dziesięć lat więzienia.

 

            NAJWIĘKSZY PISARZ ŚWIATA

 

Według mnie umarł dzisiaj największy pisarz świata. Jego pełne oddziaływanie na literaturę da się określić tylko w przyszłości – pisał Friedrich Dürrenmatt po zgonie autora Światłości w sierpniu, który nastąpił 6 lipca 1962 roku. Jakże trafny był ten sąd możemy się przekonać pięćdziesiąt lat po tym zdarzeniu, kiedy to co i rusz William Faulkner jest wymieniany jednym tchem – obok takich autorów jak Hemingway, Steinbeck, Fizgerald – jako ojciec powieści amerykańskiej i nowoczesnej literatury w ogóle.  Pomiędzy lekturą Koniokradów a Wściekłości i wrzasku sięgnąłem raz jeszcze po wybór listów, dokonany z czterdziestoletniej korespondencji największego pisarza Południa[9]. Listy, mimo, że nie są traktowane jako literatura czystej wody, bywają często jedynym przyczynkiem do poznania osobowości twórcy, do wniknięcia w świat jego myśli i uczuć. Są one także – szczególnie dla różnego rodzaju literackich „detektywów” – szansą na obnażenia wielkiego artysty i chwilowego wykreowania własnego nazwiska w powszechnym tumulcie skandalu. Tym bardziej odnosi się to do Faulknera, który świadomie unikał wszelkiego rozgłosu i reklamiarstwa, który nie pozwalał wścibskim dziennikarzom „wtykać nosa” w swoje prywatne sprawy. Zbiór wydany w 1982 roku przez „Czytelnika” obejmuje listy napisane pomiędzy 20 czerwca 1923 roku a 2 lipca 1962 roku, czyli jest odbiciem całego niemal dojrzałego życia autora Intruza – wszystkich jego okresów i najważniejszych przełomów. W korespondencji swej jawi się nam Faulkner jako człowiek niezwykle silny, stawiający czoło piętrzącym się trudnościom. Szczególnie kłopoty finansowe dawały mu się we znaki i czytelnik ze zdziwieniem musi stwierdzić, że większość jego wielkich powieści powstała na zamówienie wydawnictwa, a raczej jako spłata wcześniej zaciągniętego długu. Ale przecież – jak pisał autor Dzikich palm 3 listopada 1950 roku do początkującej pisarki Joan Williams: Kłopoty, irytacja, trochę frustracji potrzebne są ludziom dla wyostrzenia ducha, zahartowania go. Nie mówię że trzeba żyć w jakiejś szczurzej norze czy rynsztoku, ale trzeba się nauczyć odporności, wytrwałości, tylko warzywa są szczęśliwe. Nieustanna walka z przeciwnościami losu pojawia się jak refren w tym wyborze korespondencji, dokonanym przez J. Blotnera. Zbiór – uzupełniony komentarzami wyżej wymienionego wydawcy – czyta się nieomal jak powieść, a jego atrakcyjności dopełniają uznane osobistości literackie, do których listy były kierowane: Ernest Hemingway, Richard Wright, Gaston Gallimard i Malcolm Cowley. Oprócz tego przewija się przez tę książkę cała plejada innych postaci – od najbliższej rodziny pisarza począwszy, poprzez wydawców, początkujących autorów, aż do działaczy murzyńskich i bojowników o zniesienie dyskryminacji rasowej. Właśnie do jednego z tych ostatnich pisał Faulkner 8 marca 1956 roku: Smutny to komentarz do ludzkiej natury, że dużo łatwiej i prościej, dużo weselej i ciekawiej jest być  p r z e c i w k o  czemuś, co widoczne, jak czarna skóra, niż być z a czymś, w co tylko można wierzyć jako zasadę, jak sprawiedliwość i uczciwość, i kontynuację swobód i wolności jednostki. W sprawę ludności kolorowej zaangażował Faulkner cały swój potencjał intelektualny, opowiadając się zdecydowanie za zniesieniem podziałów rasowych. Postawa ta znalazła swój wyraz także w 1960 roku, kiedy to powstała fundacja im. Williama Faulknera w Charlottesville, a której zadaniem było między innymi wspieranie zasługujących na to studentów murzyńskich ze stanu Missisipi. Uważny czytelnik dostrzeże także w korespondencji autora Starego jeden polski akcent. Oto w liście z pierwszego listopada 1948 roku, kierowanym do Malcolma Cowleya, znajdujemy wzmiankę o Sienkiewiczu. Faulkner czytał kiedyś jego powieść Pan Michael (Pan Wołodyjowski) i utkwiło mu w pamięci zamykające całość trylogii zdanie: Na tym kończy się szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie – dla pokrzepienia serc. Jak się okazuje, dla Faulknera jest to jedyny godny cel każdej książki. Twórczość Williama Faulknera jest jednym z tych fenomenów dwudziestego wieku, które na zawsze pozostaną fascynującą zagadką. Ukoronowaniem tej drogi i tego pisarstwa stała się Literacka Nagroda Nobla, przyznana w 1949 roku, a potem uznanie na całym świecie. Dzisiaj – snując refleksje na temat zycia i twórczości, związków biografii z watkami literackimi – warto sięgnąć po Listy Williama Faulknera, warto jeszcze raz prześledzić drogę, jaką musiał odbyć pisarz nim dotarł na szczyty sławy.


[1] F. Dostojewski, Biesy, przeł. T. Zagórski i Z. Podgórzec, Warszawa 1984, s. 460.

[2] B. Bursow, Osobowość Dostojewskiego, przeł. A. Wołodźko, Warszawa 1983, s. 148-149.

[3] L. Szestow, Dostojewski i Nietzsche Filozofia tragedii, przeł.  C. Wodziński, Warszawa 1987, s. 210.

[4] Biesy, dz. cyt., s. 459.

[5] F. Dostojewski, Kronika petersburska [w:] Dziennik pisarza 1847-1874, t. I, przeł. M. Leśniewska, Warszawa 1982, s. 40–41.

[6] L. Szestow, Dostojewski i Nietsche Filozofia tragedii, przeł. C. Wodziński, Warszawa 1987, s. 95.

[7] Cz. Miłosz, Dostojewski i zachodnia wyobraźnia religijna [w:] tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 84.

[8] M. Merleau-Ponty, Proza świata Eseje o mowie, przeł. E. Bieńkowska, Warszawa, s. 196.

[9] William Faulkner, Listy, Czytelnik, Warszawa 1983, przełożyła Ewa Życieńska.

Pin It