STANISŁAW GRABOWSKI

 

 

ERWIN KRUK. NAZYWAŁ SIĘ „OSTATNIM MAZUREM”

Erwin Kruk            Erwina Kruka poznałem jesienią, w 1967 roku, w Olsztynie. Cóż to była za literacka paczka, którą poza nim tworzyli: Stefan Połom, Bohdan Dzitko, Jerzy Adam Sokołowski, Zenon Złakowski, Józef Jacek Rojek i inni… Co się z nimi stało? Józef Jacek Rojek zmarł w ubiegłym roku, jako ceniony poeta i pisarz, nadto animator ruchu literackiego i kronikarz  olsztyńskiej kultury. Połom przed laty dostał ponoć w spadku po krewnym młyn, który sprzedał  i… jakoś później mniej publikował. Jest w Olsztynie mecenas Bohdan Dzitko, ale czyżby to był autor Krańców pamięci (1967)? Nie dociekam… Ale wróćmy do 1967 roku.

 

            W Olsztynie działał wówczas Klub Literacki przy ZW ZMS. Takie były czasy. Inaczej być nie mogło. Młodzi olsztyńscy literaci wydawali pismo „Przemiany”, które pilnie czytałem. Jedno z tych pism efemeryd, o którym dziś zapewne mało kto pamięta. To była ich literacka trybuna. A największe wrażenie zrobiły na mnie ogłoszone tam wówczas wiersze początkującego poety felczera Bohdana Chorążuka.

            Ponadto młodzi twórcy mogli liczyć na łamy „Głosu Olsztyńskiego”, na jego sobotnio-niedzielne wydanie. Kulturą w tej gazecie codziennej  zarządzał bodaj bardzo aktywny Janusz Segiet, choć może się mylę. W każdym razie płody młodych mieszały się na łamach tej gazety z płodami tych starszych lub zgoła starych, przecież w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku do ZLP przyjęto sporą grupę tzw. pisarzy ludowych  i oni też chcieli gdzieś publikować, poza miesięcznikiem „Warmia i Mazury”, oraz tygodniowym dodatkiem do „Słowa Powszechnego” – „Słowo na Warmii i Mazurach”, do którego często zaglądałem.

            No i istniało wydawnictwo „Pojezierze”, które co roku mogło opublikować jeden lub dwa tomiki, bo przecież do wydawania książek poetyckich na ogół dokładano. To w tej oficynie  debiutował tomem wierszy np. Józef Jacek Rojek, którego utwory czytywałem wcześniej w „Tygodniku Kulturalnym”. Jacek był poetą, który na spotkania w Klubie Literackim dojeżdżał wówczas z Bartoszyc. Jakoś tak się złożyło, że byłem członkiem tego Klubu (nie pisze o nim  dr Głębicka w swym sławnym

Leksykonie…). Z nim najczęściej się spotykałem. Erwin spotykał się z nami rzadziej, to znaczy z tymi, którzy  bodaj raz w miesiącu, jako tzw. adepci pióra, z całego województwa zjeżdżali do Olsztyna, by dzięki mecenatowi ZW ZMS zawzięcie dyskutować, choć niekoniecznie o poezji.

            Do dziś pamiętam spotkanie z Erwinem w jednej z olsztyńskich kawiarni, choć z jakiej przyczyny tego nie pomnę. W każdym razie Erwin Kruk robił wrażenie nie tylko na mnie. Szczupły, bez charakterystycznej później dla niego brody. Zaimponował nam inteligencją i dowcipem, jakąś dojrzałością, charyzmą, charakterem tzw. nieformalnego przywódcy. Uchodził za bardzo utalentowanego literacko. Chciało się go słuchać. Był już po studiach na UMK w Toruniu. Opublikował pierwsze książki. Miał ukochaną kobietę. Zdawał się być pewny swojej twórczej drogi. Ja nie byłem wówczas przekonany, że będę pisał, iż stanie się to w jakiś sposób moim zawodem. Opublikowałem w prasie zaledwie kilka wierszy, także kilka artykułów, właściwie artykulików. Inwestowanie w literaturę  wydawało mi się mglistym zajęciem lub zupełnie tego nie widziałem. Co pisać, o czym pisać, jak pisać? Nie próbowałem pytać o to Erwina. W każdym razie zapamiętałem, że mówił, żeby pisać po swojemu i na nikogo się nie oglądać. Tak też starałem się czynić, ale do sukcesów było daleko. Bardzo daleko. Jakichkolwiek. Ponadto nie wiem dlaczego, ale próbowałem się wówczas realizować głównie w poezji, jakby nie zdając sobie sprawy z olbrzymiej konkurencji na tym polu. No, ale skoro Erwinowi publikowano wiersze!

            Przyszłość była mglista, ale to nie znaczyło, iż nie czytałem książek Erwina. A był to autor regularnie publikujący wówczas poetyckie i prozatorskie tomy. Zwłaszcza jego proza miała wpływ na mnie: Drogami o  świcie (1967), Na uboczu święta (1967), a później Rondo, Pusta noc, Łaknienie, Kronika z Mazur… To wszystko się pilnie czytało, skrzętnie gromadziło na domowej półce. Najkrócej, były to powieści naznaczone indywidualnym stylem i własnym oglądem świata, ale także w jakiś sposób pamięcią i cierpieniem. 
            Kruk dużo widział i dużo przeżył. Nie zwierzał się nam z tego. Z pewnością jednak wątki autobiograficzne są bardzo istotne w jego twórczości. Dopiero z czasem, kto ciekawy, mógł zajrzeć do jego biografii. Poznać niełatwy żywot chłopca, który stracił w czasie wojny rodziców i wychowywał się w domu dziecka. A jednak nie skończył na zawodówce, zrobił maturę, ukończył studia polonistyczne, ożenił się z ukochaną Świetłaną. I pisał, dużo pisał. Co tu mówić. Imponował mi. I chociaż w 1969 roku na miejsce zamieszkania ostatecznie wybrałem Warszawę to olsztyńskimi pisarzami nie przestałem się interesować. Było ich jeszcze kilku innych, ale nazwiska tych najbardziej zapamiętanych wymieniłem wyżej.  

            Pamiętam też, z jaką radością czytałem niewielką książeczkę Erwina o Teofilu Ruczyńskim, pisarzu i poecie ludowym z Ziemi Lubawskiej, Ziemi Nowomiejskiej, a więc mojej rodzinnej, którego osobiście znałem i podziwiałem. A jak nie docenić słów najwybitniejszego ze współczesnych  olsztyńskich pisarzy o Michale Kajce, poecie, który ponoć wiersze zapisywał ciesielskim ołówkiem na desce? Nie to było jednak najważniejsze. Ważniejszy był mazurski rodowód  poety, i jego niełatwe życie przed wojną i w czasie wojny. Jego „umiłowanie ludu mazurskiego i jego spraw”. Swego czasu zawędrowałem nawet do m. Ogródek koło Ełku, gdzie długie lata mieszkał Michał Kajka. Było to bodaj w 1973 roku i pamiętam, że ówcześni gospodarze przyjęli mnie dość chłodno, czego nie mogłem zrozumieć. Ja tylko chciałem dotknąć węgła domu, w którym mieszkał. Zajrzeć do izby pamięci mu poświęconej. Więc skąd ich nieufność? Dopiero po latach zrozumiałem, że przyczyną była… polityka. Polityka, realizowana na życzenie władz z Warszawy, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, która rugowała jego pobratymców z ojcowizny, wręcz przymuszała ich do wyjazdu, do RFN. Bolesne to sprawy, do dziś mało się o nich mówi.  

            Napisałem, że w stolicy dalej interesowałem się olsztyńskim środowiskiem literackim. Korespondowałem np. z Jerzym Adamem Sokołowskim. Napisałem o nim duży artykuł. Podobnie jak i o Jacku Rojku, który niewątpliwie po przeprowadzce do Olsztyna stał się jego znaczącą postacią.

            Stan wojenny, podobnie jak gdzie indziej, miał duży wpływ na postawy olsztyńskich twórców. Coś pękło, coś się nie chciało zabliźnić. Zmieniła się polityka wydawnicza wobec wielu z nich. Nie wiem, np. jak długo jeszcze Erwin pracował w „Głosie Olsztyńskim”, organie KW PZPR. Z pewnością lata po 1981 roku dla wielu pisarzy należały do „chudych”. Kto nie był pewny pisarskiego powołania z pewnością musiał zmienić zawód.

            Erwin należał tych, którzy nigdy nie złożyli broni, zwłaszcza na froncie przywracania mazurskości, sam siebie nazywał „Ostatnim Mazurem”. Pisał o sobie: „Należę do ostatniego pokolenia, które na swym grzbiecie dźwiga garbate mazurskie brzemię”. Tu był nieugięty. Tej sprawie poświęcił wiele sił i zdrowia.

            Pamiętam taką jego strofę z wiersza: „Dopóki dymi nasz pamięć”. To mogłoby być motto Jego twórczości. Przecież w debiutanckim tomie poezji Rysowane z pamięci (1963) ta pamięć uwypuklona jest już w tytule.

            Po 1989 roku nareszcie mógł rozwinąć skrzydła, za co został uhonorowany tytułem senatora RP. Był to tylko jeden z wielu tytułów, którymi Go obdarzano: wiceprezes ZG SPP, członek Polskiego PEN Clubu, członek Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, współtwórca Mazurskiego Zrzeszenia Kulturalnego... A do tego dochodziły dziesiątki ważnych nagród literackich i innych, odznaczenia, także doktorat honoris causa UWM w Olsztynie… Najwybitniejsi krytycy poświęcili mu swoje eseje, powstały monografie o jego twórczości. 

            A w 2016 roku należałem do tych, którzy gorąco optowali, by warszawska Kapituła Nagrody Literackiej im. ks. Jana Twardowskiego, której członkami są m.in. Tomasz Burek i ks. Janusz A. Kobierski, przyznała Mu medal im. ks. Jana Twardowskiego za zasługi dla poezji.

            Było to w 75 rocznicę Jego urodzin, i przy okazji wydania tomu wierszy Nieobecność, po 10 latach milczenia. Podobno pisarza ucieszył przyznany

Mu medal, choć osobiście go nie odebrał, gdyż już wówczas chorował.

            Erwin Kruk urodził się w 1941 roku, we wsi Gutfeld, obecnie Dobrzyń k. Nidzicy.

            Zmarł 31 marca 2017 roku w szpitalu w Olsztynie. Napisano bardzo dużo, choć nie wszystko o Jego autorytecie, talencie, niezłomnym charakterze, że był „mazurskim sumieniem”. Księga Jego dokonań i księga wspomnień o Nim są dopiero do napisania. 

            Zaglądam do wierszy Erwina, by ostatecznie zakończyć to krótkie i chaotyczne wspomnienie fragmentem wiersza z tomu Rysowane z pamięci:

 

                        […] Tu we mnie osadza się Dobrzyń – pamięcią,
                        która przerosła płomienie i śmierć,
                        miłość moja najpierwsza,
                        najwierniejsza bólem i grobami.
                        Tu krzyże mazurskich krajobrazów
                        kości matki znaczą, spękane w drzewie dłonie ojca.
                        A ja nigdy nie znałem ich twarzy,
                        tylko wojnę, czołgi sterczące ze stawu, pamięć,
                        gdzie wyrwy pamięci uzupełnia zmyślenie.
                        Na pola wracam wolno – jak wracają lasy.
                        O, jakże inne od sosnowych pieśni,
                        które na deskach cieśla Kajka śpiewał!
                        Tak miłość doświadczyła mnie zbyt wielka –
                        i najpiękniej pokochałem śmierć,
                        krajobrazy z popiołem, ze zwęglonym słońcem:
                        i chyba osypią się na rzekę, która zwiędnie
                        po korzenie ryb. Może spełnię się ziemią?


Pin It