JACEK  SOJAN

 

Pejzaż semiotyczny w poezji Jerzego Hajdugi na podstawie zbioru wierszy pt.: jeszcze

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Maria Wollenberg-Kluza

 

 

Tytuł eseju wziąłem ze znaczącego dzieła włoskiego filozofa, pisarza, semiotyka Umberto Eco. Sprowokowany poetyką tomu wierszy Jerzego Hajdugi, zapragnąłem, za Piotrem Abelardem (!) rozważyć naturę związków między terminami (słowami) w zdaniu. Problem jest wielopoziomowy, gdyż semiotyka po Arystotelesie i jego traktatach logicznych w Organonie, a zwłaszcza Poetyce, zmusza do osobnego potraktowania języka artystycznego, jakim posługuje się autor tomu jeszcze.  W ramach funkcji, które Roman Jakobson ustalił dla języka ( przedstawieniowa, emotywna, apelu, poetycka, kontaktowa, metajęzykowa) do odczytania komunikatu zawartego w utworach autora jeszcze wyeliminowałbym jedynie funkcję apelu, którą pozostawię sobie na koniec tej rozprawki.

Pozostałe łatwo rozpoznać;

- przedstawieniowa:

 

okna rozwieszone

jak światełka

na choince

 

z moich jeszcze

ciebie wyglądam

/BÓG  DZIECKIEM/

 

- emotywna:

 

łza w moim oku

nocą robi co może

pocieszamy się

/BĘDZIE DOBRZE/

 

- poetycka:

 

pokój oddycha uwolniony

od mebli od łóżka

z tobą

 

jeszcze w kącie

na czterech nogach

 

wierne jak pies

/NA SPRZEDAŻ/

 

- kontaktowa:

 

no trudno

 

i tak Cię

kocham

/ŚMIERĆ CI BYŁA BLIŻSZA/

 

- metajęzykowa:

 

już tylko wierszom

nie brakuje

wyobraźni

 

strach pomyśleć

co będzie

bez nich

/UDAWAĆ MŁODSZEGO/

 

wyciągam ci

wiersz z ust

 

jeszcze

nie ten

 

wiem

/JESZCZE NIE/

 

są poeci bez słów ba

wśród nich może ja

 

gdy wracasz

wystarczy

 

kącik ust

/CAŁA TAM RESZTA/

 

moje wiersze bez słów

coraz więcej mają

do powiedzenia

 

służę ramieniem

/KTOŚ ŻEGNA/

 

to nie ja

ja to nie to

 

co ten

ten co

/SAMOBÓJCA ŻYJE/

 

grób to nie dół

dół zdołowany

zdołowany

dół

 

głośniej

grób to nie dół

 

ciszej

dół zdołowany

 

szeptem

zdołowany

dół

/ĆWICZENIA MOWY POGRZEBNEJ/

 

W tym ostatnim zacytowanym tu utworze strukturalista F. de Sassure toczy wojnę z dekonstrukcjonistą  Jacques'em Derridą. Zaznaczmy, nie chodzi w języku poetyckim o poprawność myślenia (lingwistyka logiczna), choć wymagana jest jakaś ciągłość fraz podporządkowana sensownemu komunikatowi. Już samo rozłożenie akcentów na obligatoryjnej pauzie ustala metajęzykowy porządek w hierachii ważności terminów w zdaniu. Tutaj opozycja grób - dół odnosi się nie tylko do negacji czy rezygnacji, także do pozajęzykowego stosunku podmiotu do tego co materialne i eschatologiczne. Ciekawe, jak czytają taki tekst niewierzący i co dla nich taka opozycja znaczy poza pojęciem kulturowo-estetycznym, właśnie czysto językowym, bo cała metafizyka, transcendencja zawarta w tych wersach musi ateistom bezpowrotnie się ulotnić.

Trzeba zgodzić się z Arystotelem, język jako system znaków umownych ma dwie perspektywy: rzeczywistość i myślenie człowieka. Między strukturą języka a strukturą bytu i myślenia jest taka współzależność, jak między gramatyką, ontologią i logiką.

I tu podkreślę, zbiorcza lista wszystkich synonimów do słowa jeszcze to około setka wyrazów czy związków frazeologicznych ( dla przykładu: bez końca, ciągle, ustawicznie, do tej chwili, do tej pory, w nieskończoność...i.t.p.). Rozpatrując synonimy słowa jeszcze z podziałem na grupy znaczeniowe stwierdzimy, że tych najważniejszych grup jest ponad dwadzieścia:

jeszcze - np. w odniesieniu do określenia bezustannego czegoś

jeszcze - np. jako określenie czegoś co trwa do chwili obecnej

jeszcze - np. jako określenie czegoś dodatkowego

jeszcze - np. w kontekście ponownego zrobienia czegoś

jeszcze - np. w odniesieniu do określenia obecnego momentu

i.t.p....

Słownik Języka Polskiego PWN wyraz jeszcze opisuje jako partykułę podkreślającą, że cecha, o której mowa, przysługuje danemu obiektowi w większym stopniu niż innym obiektom i że mówiący nie spodziewał sie tego.

Słownik Języka Polskiego PL - Leksykon formułuje wyraz jeszcze jako 1)partykułę wyrażającą trwanie pewnego stanu rzeczy, choć można było spodziewać się jego zmiany; 2) jako partykułę wskazującą, że ma się na myśli nie tylko wyróżniony wyraz, ale także wspomniane wcześniej elementy; 3) jako partykułę ukazującą skutki czegoś...

Interesujący wpis znajdziemy w Wikipedii (wolnej encyklopedii): partykuła - niesamodzielny (nieposiadający samodzielnego znaczenia) wyraz lub morfem (wyrazek), nadający wypowiedzeniom zabarwienie, np.: coś, cóż, czy, czyż, czyżby, dokładnie, dopiero,doprawdy, gdzie, gdzież, hę, ino, istotnie, jakoby, jakoś, jedno, jedynie, jeszcze, już...

Migawkowe wiersze-zdarzenia Hajdugi mają wielokrotnie coś  właśnie z tego < hę >, nieco zdziwionego, zaskoczonego podmiotu, który sam siebie obserwując zapisuje rozchodzenie się opisywanej rzeczywistości z myślową reakcją  nad nią, budując refleksją tak charakterystyczną dla poetyki zbioru jeszcze  strukturę językową, zatrzymaną jakby wpół kroku pomiędzy utrwaloną wiedzą a doświadczaniem bytu, znosząc schematy, stawiając znak zapytania nad schematem myślowym wobec zagadek, jakie niesie sam byt, egzystencja.

Pomimo prób doprecyzowania przez semiologów definicji języka (języków), z poezji Hajdugi wyłania się jakiś system pozajęzykowy, który sam język traktuje nie prymarnie ale właśnie jako pretekst, od którego jak najszybciej należy uciec...Stąd porównywanie wierszy autora zbiorku jeszcze do haiku jako formy poetyckiej jest mylne i nieuprawnione, zważywszy na ustalony schemat kompozycyjny haiku, którego w twórczości Hajdugi nie sposób się dopatrzeć. Dla autora poezja jako wytwór kultury nie jest rzeczą nadrzędną, co w jego przypadku, autora niemal dwudziestu tytułów tomików jest paradoksem. Semiolog Pierre Guiraud wszystkie funkcje języka redukuje do dwóch podstawowych, opozycyjnych wobec siebie, do funkcji przedstawieniowej i emotywnej. Idąc w swoje rozważania tworzy swoistą filozofię semiologiczną, gdyż uważa on, że w człowieku działają dwie przeciwstawne kategorie: umysł i dusza, a każda z nich wyznacza odmienny sposób organizowania i postrzegania zjawisk. Umysł patronuje obiektywno-intelektualnym poczynaniom człowieka, natomiast dusza subiektywno-uczuciowym. Pierwszy poziom poznania to dziedzina rozumienia, drugi - odczuwania. Guiraud wyróżnia dwa typy znaku. Z rozumem wiąże się znak logiczny, któremu przysługują cechy takie jak umowność, arbitralność, homologia (wzajemna odpowiedniość elementów znaczących i znaczonych), obiektywizm, racjonalność, powszechność. Duszy odpowiada znak ekspresywny, mający cechy przeciwne niż znak logiczny, a więc: jest naturalny, umotywowany, analogiczny, subiektywny, uczuciowy, konkretny. Pierwszy znak to domen nauki, drugi - to sztuka.

Dlatego właśnie ta warstwa semiologii w odniesieniu do wierszy Jerzego Hajdugi robi wrażenie paradoksu, terminy dziwią się sobie, z jednej strony znak, komunikat, kod, denotacja - a z drugiej strony dusza , odczuwanie, wzruszenie, przeżycie.

Semiologia jako ogólna teoria języka rozumianego jako system znakowy, zajmujący się językiem w aspekcie jego racjonalności i sprawności poznania i komunikowania - nad systemem komunikacji poetyckiej, spożytkowanym do budowy wierszy zbioru jeszcze nie odniosła się do propozycji C.K. Norwida, który zaproponował nowe pojęcie gramatyczne: przemilczenie. Bo właśnie tam, w świecie metafizycznego przejścia z języka do przeczucia fenomenu bytu rodzi się współuczestnictwo i rozumienie. Na miarę poezji, która jest esencją bytu (określenie Heideggera).

I na koniec powrócę do pewnej funkcji języka którą przemilczałem, funkcji apelu (apelatywnej). Bo jeśli autor nie ma nic przeciwko temu ( w wierszu jest zachęta!) to jako usatysfakcjonowany czytelnik pozwolę sobie (i Ty sobie czytelniku pozwól) na pewien gest:

 

ŻÓŁWIK

-------------------------------------------

 

czekamy na siebie

od okna do drzwi

 

kto pierwszy

kto komu

 

wyciągnie rękę

z kieszeni

 

/Jerzy Hajduga - jeszcze - Tercja.com Poznań/Drezdenko 2018/ 

/Jerzy Hajduga (ur. 1952 w Krakowie, poeta, kanonik regularny laterański. Autor kilkunastu tomów wierszy i felietonów. Prowadzi bloga w.w.w.jerzyhajduga.pl. Mieszka w Drezdenku./

 

 

Donat Kirsch - Dyptyk Nasz Pierwszy Świat

 

Maria Wollenberg-Kluza

 

 

 

 

Donat Kirsch

 

DYPTYK

N a s z p i e r w s z y ś w i a t

 

Everybody’s a dreamer everybody’s a star

And everybody’s in movies, it doesn’t matter who you are.

Fragment piosenki grupy The Kinks, Celluloid Heroes

 

Pawłowi

 

Przed snem, który wszyscy śnimy, jakby nam za to płacono, jest nasza drwina: gdzie i kiedy — no, po prostu nigdzie. Jesteśmy bezsilni, mówiłem Jakubowi, gdy leżeliśmy na płytkiej mieliźnie Chechła, a wiatr rozniecał włosy dziewczyn, które czekały (niekoniecznie lub wyłącznie) na nas lub istnienie ruchomych fal ciepłej wody. Historia nie sięgała pamięci, a pamięć historii: w pojemności informacyjnej świata niektóre byty wykluczały się szczególnie: w końcu Boga uznawało się w postaci opiekuna, włochatego spojrzenia jak prehistoryczny miś — bo byliśmy (i jesteśmy) prehistorią prawdziwej ludzkości, nic czasem nie znaczymy poza tym, że musimy być. Chciałbym, żeby ten świat był taki, jakim zastaliśmy wtedy — inaczej pozostanie nam przypadkowa liturgia: wśród roślinności naszych oczu; byliśmy grupką piskląt na huśtawce — to tylko uparta pamięć robi coś za nas. W końcu każdy chciałby, jak mawiał Sebastian, aby pierwsza napotkana dziewczyna była tą, którą będziemy kochać: żebyśmy nigdy nikogo nie tracili i nie odnajdywali się później, żeby nikt nie wracał do nas zmęczony i pragnący naszej pomocy a tylko zdychał sobie i cicho — przez nas nie dostrzeżony, bo po co zawracać sobie głowę tymi, którzy i tak przegrają — kochamy ich przecież nie mniej niż siebie samych: to tylko widzenie niemożliwej do uzyskania plecionki nam przeszkadza — są to rośliny jak niedbałe nacięcia w powietrzu — te, które wydobywały wszechobecną zieleń. Sebastian, mój brat, koniecznie mówił o przewieszonej przez poręcz mostu arce, w czasie gdy opowieści o budowaniu arki właśnie zasypiały nam bezczelnie w oczach — chciałem po prostu pogodzić się z tym, że historia ludzkości zacznie się za tysiąclecia, gdy świat zamknie się w stwarzanym mrowiu tego, co pojedyncze nazywamy universum — będzie można spać spokojnie. Wszyscy będziemy rolnikami pojmowani już w sensie nawozu — tak jest teraz i tylko teraz przejmują nas teorie i mity kosmogeniczne, gdyby tak nic nas nie obchodziło inaczej. Jakub opowiadał mi, jak spokojni ludzie, pilnowani przez zakonnice, przychodzą co niedziela na mszę do kościoła w Borosławicach: parami i trzymając się za ręce. Rozmawialiśmy wtedy często o legendzie świadomości, i spieraliśmy się, co też warta jest muzyka, Moody Blues, nieomal przechylone złociski przybierały znaczenie błyśni: tylko i naokoło. Jakub marzył o momencie skoku w wodę jeziora (przypominałem mu to w czerwcu): toteż w nocy, gdy z Sebastianem wypłynęliśmy na oświetloną księżycem taflę, mokre włosy opierały się o nasze karki: widziałem punkciki gwiazd, na brzegu nikt nie czekał, tylko Jakub kiedyś powtarzał, że zmęczenie latem nigdy nikomu zaszkodzić nie może. Zasypiałem zmęczony kłótnią z nadmiarem słońca. Nocą, w czerwcu 1972 roku, w pękniętej latarni tłukły się chrabąszcze i rozdeptywaliśmy je, gdy spadały na ziemię, mówiliśmy o jasnowłosej Marii, chociaż nie wiedział nikt, co się z nami stanie. Wreszcie przyjechał autobus do Borosławic, wstaliśmy z krawężnika, gdzie siedzieliśmy rozmawiając, i wracałem do domu boso: ciepły asfalt łaskotał stopy a niedawne deszcze zmyły nieodpowiednie okruchy szkła. Czekał mnie dom i nie musiałem już podglądać ukryty w złotej forsycji sklecanej z desek chałupy ojca ludzi, nikt nie rzygał oparty o róg domu lub jak ja: klęcząc przed muszlą klozetową żegnałem się z boczkiem, śliwkami i wielką ilością jarzębiaku i czułem się później cudownie: Jakub i Józef zanurzyli się w pijackiej pogawędce o moich, między innymi świństwach: zdołałem im poradzić, by się nie opierdalali i mówili, co chcą — także o mnie, bo czułem się cudownie: firanka tańczyła i cicho krzyczała, okno było otwarte i słuchałem muzyki Moody Blues, i zasypiałem o pierwszym śladzie snu naszej cywilizacji: to tylko nieodległe leszczyny liściły się rozchlapane przy szarym murze, słodki sok na liściach klonów — to nie wystarczało, były trawy pełne zwierzęcego ruchu, wtedy w czerwcu już szarawe od kłosów. Rano doszliśmy z Józefem do wniosku, że Ulisses jest pierwszym znakiem, że nasza cywilizacja (jak przypuszczają niektórzy) zamknie się w sobie. W parne lub suche i ciepłe noce lipca chodziłem po chodnikach GT z różnymi dziewczynami.

 

Arkadiusz Frania

Iłłakowiczówna czytana

 

illakowiczowna rozlozona ksiazka

 

    Po co kupuję stare, podniszczone książki? Zadaję sobie to pytanie, by w trymiga odpowiedzieć: ponieważ lubię zapach steranych czasem woluminów. Zwieńczonych wiekiem drukowanych papirusów na pewno nie posiadam dla potrzeb zwykłej lektury. Przecież większość tekstów z nabytków-zabytków mam wyczytaną litera po literze ze współczesnych przedruków w lśniących, lakierowanych okładkach wartych tyle co nic dla miłośnika druku, choć pięknie prezentujących się za szybkami witryn w salonach mieszczańskich czy to w centrum, czy na przedmieściach.

 

Wiesław Łuka

 

Wiesław Łuka rozmawia z Olgą Tokarczuk, Czesławem Miłoszem i Mariuszem Szczygłem o podróżowaniu w poszukiwaniu PRAWDY.

 

luka wieslaw   Wierzy, że „ literatura jest stworzeniem, które rodzi się w jednym języku i może odrodzić się w innym” – wierzy Olga Tokarczuk, pierwsza z polskich twórców, laureatów najbardziej prestiżowej, brytyjskiej nagrody Man Booker International Prize za książkę Bieguni (honorowane są utwory w języku angielskim). Tę wiarę wyznała dopiero co, podczas gali wręczania nagród. Na nią wpięła w uszy pod dredami kolczyki nabyte przed trzydziestu laty w Londynie, gdzie pracowała wówczas w hotelowej obsłudze; traktuje je jako szczęśliwy talizman. Teraz, w blasku fleszy, roześmiana mówi o odrodzeniu w innym języku, więc natychmiast dodajmy: również w innym czasie, bo polska premiera Biegunów odbyła się przed jedenastu laty.

 

Michał Piętniewicz


Żabno jak świat.

Kilka uwag o pisarstwie Adama Tomczyka.


Pietniewicz Michal n     Adam Tomczyk to pisarz z Żabna i o Żabnie piszący, autor takich mi.in książek jak „Przed świtem”, „Zaraza” czy „Miejsce”.
Język tego autora jest sprężysty, barwny, czasem dosadny i krwisty.
Tomczyk przywiązuje dużą wagę do historycznego konkretu, jak np. w opowieści o zarazie cholery w Żabnie w XIX wieku, pt. „Zaraza”, do której to książki ciekawą przedmowę napisał Franciszek Ziejka (pochodzący z pobliskiego Radłowa).
     Tomczyk to swoisty kronikarz dziejów swojej małej ojczyzny i utrwalacz żywotów poszczególnych jej mieszkańców, których barwnie portretuje np. w zbiorze opowieści „Przed świtem”.