Janusz Termer

 

Pisarze i Niepodległość

 

Stanisław Rembek

 

                              Dziś  upływa trzy miesiące, jak jestem  w czwartej baterii. Ciągle jeszcze siedzimy w szarych niskich chatach białoruskich. Noc miałem nieszczególną, bo przy dotkliwym zimnie spałem na gołej prawie ławce. Za to dziś nic nie robimy, tylko czyścimy karabiny. Niektórzy grają w karty, palą papierosy, śpiewają. Ja nie mam co robić, bo przeczytałem już "Króla Ducha" Słowackiego.

 

Dzienniki. Rok 1920 i okolice

 

Stanislaw Rembek

foto archiwum

 

 

 

 

 

Zdzisław Antolski - Złote lata kieleckiej literatury (1)

 

 

antolski zdzislaw

 

1.

Kielce epoki gierkowskiej miały swój dziennik „Słowo Ludu”, który był organem partyjnym, a także własną popołudniówkę, czyli „Echo Dnia” oraz miesięcznik społeczno-kulturalny „Przemiany”. We wszystkich tych pismach było miejsce na twórczość miejscowych literatów. Dziennik „Słowo Ludu” miał sobotni dodatek, w którym publikowano wiersze, opowiadania, felietony i recenzje, to samo w popołudniówce „Echo Dnia”. W miesięczniku „Przemiany” ukazywały się fragmenty prozy, wiersze, a Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy wykupił (za pieniądze opiekuna, czyli ZMS) kolorowe wkładki, na których prezentowano poszczególnych autorów.

 

 

 

Krystyna Konecka

ZOFIA KOSSAK I JEJ DZIEDZICTWO (cz. 3)

 

 

Zofia Kossak i jej dziedzictwo 1

Zofia Kossak Szatkowska. Dania,1946. Fot. Holt - Madsen

 

     Zofia Kossak w roku 1945 „wyjechała do Anglii”. Ten skrót informacyjny z biogramu autorki „Krzyżowców” w „Małym słowniku pisarzy polskich na obczyźnie 1939 – 1980” prowokuje do stawiania pytań. Zbędnych, od czasu pojawienia się w 2006 roku wspomnień Anny Szatkowskiej pt. „Był dom…”. Córka pisarki przywołuje w nich okoliczności w jakich trzeba było bezdyskusyjnie podjąć decyzję o opuszczeniu kraju.

 

Oleksa Kazakow - Bruno Schulz

 

Oleksa Kazakow Bruno Schulz1

 

   Na zachodzie Ukrainy, w obwodzie lwowskim, jest małe miasteczko Drohobycz. Kiedyś było znane z przemysłu naftowego, którego obecnie, niestety, prawie, nie ma. Natomiast w mieście jest Uniwersytet Pedagogiczny, gdzie, m.in. studiują przyszli nauczyciele języka polskiego, w tym i autor niniejszej relacji. Ale dla każdego wykształconego Polaka to miasto kojarzy się z życiem i twórczością Brunona Schulza – znanego w całym świecie polskiego literata i artysty.

Mikołaj Melanowicz

 

MUNAKATA

 

melanowicz     Munakata – to nazwisko japońskiego artysty grafika, które tkwi w mojej pamięci od roku 1961. Ostatnio nabrało realności, gdy rozpocząłem przygotowania do wznowienia Dziennika szalonego starca Tanizakiego. Przypomniałem sobie, że japońskie pierwsze wydanie tego dziennika ilustrował Munakata w1962 roku dla wydawnictwa Chūōkōronsha w Tokio, podobnie jak dwa inne tytuły, tzn. Kagi (Klucz,1956) i Yume no ukihashi (Ulotny most snów, 1960). Poszukując materiałów na temat Munakaty do ilustracji nowego wydania Dziennika, znalazłem program wystawy, który rozbudził wspomnienia.

   Przed wystawą w Zachęcie, dwa lata wcześniej skończyłem studia japonistyczne i przygotowywałem się do stażu naukowego w Japonii. Dlatego dokładnie oglądałem wystawę (zorganizowaną przy współpracy Polskiego Komitetu do Spraw UNESCO), która okazała się wielkim wydarzeniem, zwłaszcza że związki Polski z Japonią były jeszcze wątle, chociaż stosunki dyplomatyczne wznowiono w 1957 roku. Miałem nawet przyjemność – jako student japonistyki - powitać pierwszego po wojnie ambasadora Japonii w Polsce, pana Ōtę Saburō w hotelu „Bristol”, chyba w styczniu. Ponadto na początku lat sześćdziesiątych słyszałem o występach zespołu „Mazowsze” w Japonii. Do dziś pamiętam dyrektora Bogusława Płazę z Ministerstwa Kultury i Sztuki, który bardzo aktywnie zajmował się promowaniem polskiej kultury w Japonii. Od czasu do czasu tłumaczyłem rozmowy podczas jego spotkań z Japończykami.

To właśnie wtedy otwarto w Zachęcie wystawę Munakaty, który w 1956 roku otrzymał Wielką Nagrodę na Biennale w Wenecji, a wcześniej wystawiano jego drzeworyty w Sao Paulo (1952) i w Lugano. Zapewne był już znany polskim artystom. Z tej wystawy zapamiętałem dobrze postaci „Dziesięciu wielkich uczniów Buddy” (1939) i „Bramę Demonów” (1937).

Minęły lata. Dopiero w czasie wykładów na Uniwersytecie Żeńskim Miyagi w Sendai w 1998 roku nadarzyła się okazja wyjazdu do miasta Aomori, położonego na północnym cyplu głównej wyspy Honsiu. Zaprosiła mnie poetka Shiraishi Kazuko, która miała uczestniczyć w programie festynu upamiętniającego odkrycie osady sprzed pięciu tysięcy lat, tzn. z neolitycznego okresu jōmon. Nadarzyła się więc dobra okazja do zwiedzenia tego stanowiska archeologicznego w Sannai Maruyamie, gdzie już w 17 wieku wiedziano, że mieszkał tam jakiś lud, po którym przetrwała charakterystyczna ceramika i figurki dogū, przestawiające głównie kobiety i zwierzęta. Jednak dopiero w 1992 roku zainteresowano się tym miejscem, kiedy dokonywano badań przed budową boiska i drogi. Boiska tam nie zbudowano, ponieważ odkrycie okazało się wyjątkowej wagi. Dziś jest to obszar chroniony przez państwo jako ważny zabytek kultury (jūyō bunnkazai). Ale w początkowym okresie odkryć można było zrozumieć, jak zaawansowany cywilizacyjnie mieszkał tam lud nie mający (potwierdzonych) związków z centrum Yamato, tzn. z miejscem narodzin Japonii.

Ale nim spotkałem się w hotelu z poetką, a następnie uczestniczyłem w zwiedzaniu Maruyamy, najpierw pojechałem do Muzeum Munakaty. Prosto z dworca, taksówką, której kierowca zwrócił się do mnie w jakimś niezrozumiałym narzeczu. Okazało się, że po prostu mówił dialektem prowincji Tsugaru, pewnie takim samym, jakim posługiwał się Munakata, który urodził się w 1903 roku i wychował w tej okolicy. Kilka tygodni temu przekonałem się, jak odmienny jest to język od standardowego japońskiego, gdy oglądałem film na temat życia artysty.

Budynek Muzeum przypomina styl świątynnych spichlerzy z 7-8 wieku. Ufundowały go władze miasta i prefektury Aomori w 1975 roku dla artysty, który został odznaczony Orderem Kultury przez Cesarza Japonii.

Po obejrzeniu wystawy drzeworytów, wśród których był również cykl „Dziesięciu wielkich uczniów Buddy”, zapamiętany z wystawy warszawskiej, kupiłem plik zdjęć drzeworytów, przeszedłem się po ogrodzie w stylu sprzed kilku wieków (chisen kaiyūshiki teien) i udałem się do hotelu na spotkanie z artystami, którzy później uświetnili festyn poświęcony epoce neolitycznej, zwanej przez Japończyków jōmon.

Teraz krajobraz przed Muzeum Munakaty wygląda inaczej. Na pewno wiele się zmieniło w czasie rewitalizacji tego dawniej ubogiego miasta. Odnotuję tylko, że obecnie w pobliżu jest Park Pokoju, liceum, szkoła podstawowa, lokalna telewizja NHK i Centrum Obywatelskie miasta. Dawniej była tu jeszcze biblioteka, którą przeniesiono w okolice dworca, gdzie powstało bardzo atrakcyjne „miasteczko festiwalowe” o tajemniczej nazwie AUGA. Jak objaśnia japońska Wkipedia, AUGA to akronim sugerujący znaczenie „spotkajmy się” w lokalnym dialekcie Tsugaru. Natomiast duże litery sugerują następujący sens: A to Au – spotykać się, U – to Ureshii – radosny, G to Genki –zdrowy, A – to Atatakai – ciepły. A wszystkie te zalety możemy poznać, wchodząc do centralnego budynku, to znaczy do domu towarowego (mall). Do atrakcji sierpniowych w tej okolicy należy również nebuta, czyli jedno z najbarwniejszych festiwali w północnej Japonii. Teraz naukowym i turystycznym obiektem stały się również stanowiska archeologiczne w Sannai Maruyamie.

Ale nawet przed dziewiętnastu laty miałem co podziwiać Sannai Maruyamie, dlatego Muzeum Munakaty szybko poszło w zapomnienie na wiele lat.

Dopiero w związku z poszukiwaniem ilustracji do Dziennika szalonego starca, próbuję przyjrzeć się temu artyście z Aomori, który wychowywał się w licznej rodzinie ubogiego kowala. Mimo słabego wzroku Munakata rzeźbił w deskach z dużą precyzją – często bez wstępnych szkiców i planów. I tworzył zadziwiające obrazy z szalonej wyobraźni, to sylwetki ludzi, to znów jakieś pokrętne wizje otaczającego świata. Chyba nie naśladował nikogo, zwłaszcza drzeworytu ukiyoe. Może tylko sięgał do starszych pokładów wyobraźni japońskiej, raczej średniowiecznej, a przede wszystkim buddyjskiej.

Munakata o imieniu Shikō (1903-1975), z powodu biedy skończył tylko szkołę podstawową, ale od wczesnych lat ilustrował latawce dla kolegów. A kiedy ujrzał w czasopiśmie reprodukcję słoneczników w wazonie Van Gogha, postanowił nim zostać, wołając często „ Ware wa Gohho ni naru!” (Zostanę Van Goghiem!). I o tym mówi dramat telewizyjny pt.Ware wa Gohho ni naru! – Ai o hotta otoko – Munakata Shikō to sono tsuma (Zostanę Van Goghiem! – Munakata Shikō, mężczyzna, który rzeźbił miłość i jego żona, 2008 ).

Dramat, emitowany przez Telewizję Fuji, ukazuje mężczyznę raczej drobnego, niespokojnego, ceniącego swobodę i działającego bez wahania. Na pewno kierującego się raczej instynktem niż przemyślanym planem. Towarzyszy mu piękna żona, opiekuje się nim jak niesfornym dzieckiem (dzieci też się pojawiają).

Kiedy Munakata opuścił strony rodzinne (1924 r.) i udał się do Tokio, jego obrazy zaczęły budzić szersze zainteresowanie. Poznał innych artystów, należących do ruchu sztuki ludowej: ceramików Kawai Kanjirō (1890-1966) i Hamadę Shōji (1894-1978). Zaprzyjaźnił się również z Yanagim Muneyoshim (Sōetsu, 1889-1961). filozofem i inicjatorem ruchu sztuki ludowej lat 1920-1930, który docenił twórczość Munakaty i na pewno przyczynił się do popularyzacji jego dzieł.

Ale nim skończyła się wojna, Munakata Shikō przeżył jeszcze dramat utraty większości prac zgromadzonych w mieszkaniu, które spłonęło w czasie amerykańskiego bombardowania Tokio. Jednak nie poddał się, rzeźbił w deskach i malował bez przerwy. A w latach pięćdziesiątych zaczął odnosić sukcesy międzynarodowe. Ale o tym już wspomniałem…