STANISŁAW GRABOWSKI

 

Kiedy umiera poeta, umiera cały świat

 

Marc Chagall

Marc Chagall

Minął kolejny rok. Odłożyłem na półkę jeszcze jeden kalendarz z notatkami. Strach do niego zaglądać, gdyż nietrudno zobaczyć  w nim, to co zapisałem sobie do wykonania, a z różnych przyczyn nie było to możliwe. Są jednak takie „tematy”, z którymi bezwzględnie muszę się zmierzyć. Takim „tematem” była piąta rocznica śmierci KONRADA MAŁKA, poety słabo znanego szerszej publiczności, co wynika m.in. z fatalnej dystrybucji jego ostatniego poetyckiego tomu wydanego w 2011 roku, jak i z tego, że opublikował niewiele książek. Wcześniej dał się poznać jako autor kilku ekologicznych bajek dla dzieci, z udanymi rysunkami córki Anny. Oto ich tytuły: Podaj mi rękę, Kwiatku; Podaj mi rękę, Kwiatku, cz. 2; Uśmiechy kwiatów; Gdy spogląda księżyc, gdyż nie wiem dlaczego, tych książek w swoich zbiorach nie posiada Biblioteka Narodowa?

Cezary Sikorski

 

 

Wacek Mejbaum  i   k a m i e ń   f i l o z o f i c z n y

 

 Marc Chagall

Marc Chagall

 

     24 listopada tego roku mija piętnaście lat od śmierci Wacława Mejbauma. Jest to na pewno  czas dość długi, by nabrać właściwego dystansu do tego, co po sobie pozostawił. W kulturze polskiej filozofom  mniej wyrafinowanym, jak i pisarzom niepomiernie nudniejszym, wystawiano — jeszcze za życia bądź tuż po śmierci — solidne pomniki ze spiżu lub brązu. Tymczasem — co napawa goryczą — o Mejbauma nikt się nie dopomina. Wprawdzie w żałobnym numerze „Nowej Krytyki” Jerzy Kochan pisał o postaci legendarnej w polskim środowisku filozoficznym, a Krystyna Zamiara wskazywała na mejbaumowe ścieżki, tworzące nowe trakty, inspirujące i pociągające innych [1/3 i 10],lecz  jak na razie trudno dostrzec  ślady takowych wpływów czy inspiracji.

      Jestem zapewne jedną z ostatnich osób, które wytykać mogą innym brak szacunku dla spuścizny autora Kłopotów z początkiem świata. Porzuciłem wszakże dawno zarówno Jego, jak i  warsztat oraz korporację filozofów. Nie mam więc ku temu podstaw merytorycznych ani  moralnych. Cóż jednak począć? Żałobnicy wypowiedzieli standardowe formuły o wyjątkowości Zmarłego, po czym rozeszli się każdy w swoją stronę. Pochłonęła ich mrówcza codzienność naukowego trudu, w którym sentymenty i resentymenty zastępuje cytat bądź odwołanie.

Andrzej Wołosewicz

 

Dłuższy cytat z Kazimierza Wyki, czyli o „pajączkach-debiutantach” i o literackim środowisku

wolosewicz            Z narzekań na poezję (żeby  mi to nie weszło w krew, psia krew!) przytoczę dłuższy cytat z Kazimierza Wyki („Notatki o zabieraniu głosu”, w: „Rzecz o wyobraźni”, PIW Warszawa 1977), bo obrazuje on to, co zawsze powtarzam: w poezji liczy się echo u czytelnika, a nie to, co poeta myśli o sobie i swojej poezji. Myślenie o sobie i swojej poezji, myślenie  o niej?, dobrze, jest ważne, dobre i potrzebne, ale tylko tak jak przekręcenie kluczyka w stacyjce podczas odpalania samochodu, potem jednak trzeba przejść na biegi i to na coraz wyższe. A to nie zależy - jak często  w swych narzekaniach na sytuację poety robimy - od tego, że teraz poeta jest „samotny” a kiedyś był wspierany przez nadzorowaną i dozowaną przez państwo kulturę, bo przecież w czasach cytowanego przez Wykę Norwida wspierany nie był, tak jak i teraz! Przeczytajmy więc:

 Andrzej Wołosewicz - Przeciw sobie

 

Max Klinger

 Max Klinger

 

            Tak, ten tekst pisze przeciwko… samemu sobie. Uważni Czytelnicy mojego pisania już się po latach zorientowali, że za pewnym rodzajem poezji nie przepadam. A może nie tyle za rodzajem, co za sposobem pisania. Otóż nie gustuję w sposobie, który na swój prywatny użytek nazywam bełkotliwym i mam na myśli dokładnie to, co w tym słowie słychać. Mam na myśli sytuację, w której normalnie rozgarnięty czytelnik, władający naszą polszczyzną swobodnie, orientujący się w tym i owym, co się w kulturze dzieje lub działo, słowem czytelnik naprawdę normalny głupieje na widok i głos wiersza. A nie głupieje przy Różewiczu, Grochowiaku, Staffie, Miłoszu, Kawińskim, Jerzynie, Małgosi Lebdzie, Annie Musz, Agnieszce Marek, Jacku Karolaku (ciekaw jestem, co się z nim poetycko dziej, bo zamilkł a nie widzieliśmy się dawno), Cezarym Sikorskim, mógłbym tę listę ciągnąć, ale już wystarczy. Chodziło  mi tylko o przykłady owego nie głupienia. Pisząc nie głupieje, mam na myśli, że nasz czytelniczy wysiłek, jakiś trening we wczytaniu się w ten lub inny, indywidualny przecież głos poetycki daje satysfakcję spotkania; mówiąc w tym samym języku dochodzimy do porozumienia: on coś poetycko nam komunikuje a my coś z tego słyszymy, mamy poczucie jakiejś fundamentalnej satysfakcji, że chwytamy, rozumiemy, odbieramy, odczuwamy a nie, że poeta mówiąc do nas w naszym ojczystym języku mówi w sposób tak sprywatyzowany, hermetyczny, że niekomunikatywny w ogóle. Od strony autorskiej określam tę sytuację, że poeta „nie widzi” czytelnika, nie uwzględnia go w swym pisaniu, nie potrafi choćby na moment – a moment ten jest ważny i możliwy!, bo dotyczy właśnie tego minimalnego choćby residuum wspólnoty językowej i ludzkiej – stać się uszami czytelnika, usłyszeć siebie „z zewnątrz”.

Maciej A. Zarębski - Idea Mateczników Polskości

 

Józef Chełmoński - Sprawa u wójta (Przed wójtem)

Józef Chełmoński - Sprawa u wójta (Przed wójtem)

 

Pojęcie matecznika pojawiło się pod koniec XX wieku i dotyczyło małych ojczyzn. Jego definicja nie do końca była jednoznaczna i jednorodna. W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że matecznik związany był z pojęciem źródłowości. Określenia tego używano początkowo w celu nazwania centrów (źródeł), swoistych rozsadników, czakramów działalności na rzecz kultury lokalnej i regionalnej. Matecznik może być źródłem animacji i wyrazem aktywności twórczej w instytucjach i organizacjach. A także swoistym zasilaczem energetycznym naszej tożsamości regionalnej. Z drugiej strony, jak twierdzi filozof kultury pochodzenia rumuńskiego Mircea Eliade, matecznik stanowi swoiste magiczne centrum świata każdej społeczności tworzącej swoją Małą Ojczyznę.