Waldemar Michalski

 

Andrzej Krzysztof Waśkiewicz – jakiego spotykałem…

(Wspomnienie w piątą rocznicy śmierci)

 

waskiewicz bwZ Andrzejem rozumieliśmy się bez słów. Widocznie istnieją jakieś fluidy, które czynią różnych ludzi duchowymi bliźniakami. Łączyło nas wiele podobnych zainteresowań i  przypadkowych sytuacji, które układały się w równoległe życiowe koleiny. Mogę śmiało powiedzieć, że pod tym względem byliśmy sobie bardzo bliscy. Studia polonistyczne, praca w bibliotece, poetyckie i publicystyczne debiuty w podobnym czasie, redakcyjne pasje – on „naczelny” m.in. w  „Gdańskim Roczniku Kulturalnym” i prowadzonym do ostatnich dni życia  gdańskim  „Autografie”, ja przez blisko 30.lat sekretarzowałem lubelskiemu „Akcentowi” i wiele tekstów poświęciłem sprawom współczesnego życia literackiego. Przez kilka kadencji byliśmy członkami Komisji Kwalifikacyjnej Zarządu Głównego ZLP. Tu Andrzej dawał piękne świadectwo swojej rozległej znajomości współczesnej poezji ale także niezwykłej wrażliwości i empatii dla każdego kandydata starającego się o przyjęcie do Związku Literatów. Potrafił być krytyczny, ale sprawiedliwy, nawet wtedy gdy Komisja w głosowaniu odmawiała przyjęcia, polecał by w odpowiedzi dla kandydata znalazła się uwaga nie przekreślająca jego nadziei na przyszłość jako literata in spe, który  po wydaniu kolejnych książek może ponowić swój wniosek o przyjęcie do związkowej wspólnoty.

Janusz Termer

Remanenty pamięci

 

Wszędzie, gdzie cośkolwiek żyje, jest księga

otwarta, w której zapisuje się czas.

Henri Bergson  „Ewolucja twórcza”

 

 

       Okruchy czasu, historii i inne takie...

 

Termer Janusz       Przed sześćdziesięciu (bagatela) laty, czyli w październiku 1957, na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie W Warszawskim (prawniczych, jakby się kto pytał, porzuconych wkrótce dla polonistyki), miałem kolegę Sławka T., pochodzącego z Nowego Sącza (też potem porzucił prawo dla krakowskiej socjologii).  A byli wtedy z nami w jednej grupie tacy znani potem skądinąd, jak Ewa i Janusz Łętowscy czy Witek Woyda (dwukrotny mistrz olimpijski we florecie). Zdążyliśmy przez ten rok poznać się i zaprzyjaźnić na tyle z nowosądeczaninem Sławkiem T., że w pierwsze ferie wybraliśmy się do jego rodzinnego miasta, gdzie gościli nas jego rodzice; oboje znani i cenieni nauczyciele licealni. Zauroczony tamtejszym, widzianym po raz pierwszy, krajobrazem, zaproponowałem małą wycieczkę pieszą: z Nowego Sącza do Krynicy (ok. 36 km). Propozycja została przyjęta z entuzjazmem. I we dwójkę przewędrowaliśmy ten podgórski turystyczny szlak w caluśki boży dzionek...

Stanisław Grabowski

 

SIEDMIOKSIĄG Z NIEMCEWICZEM

 

Julian Ursyn Niemcewicz 11            Senat RP co roku ogłasza stosowne uchwały, na ogół gloryfikujące określone osoby np. ze świata kultury, oczywiście najwybitniejsze, które jak to się pisze, wniosły stosowny wkład… etc.  Trafiło i na Juliana Ursyna Niemcewicza (1757–1941), poetę, pamiętnikarza, adiutanta Tadeusza Kościuszki, posła na Sejm Czteroletni, zwany też Wielkim... Ten łańcuch tytułów moglibyśmy przedłużać, ale poprzestańmy na tym. Senat uchwala… i co dalej? Czy każda uchwała „schodzi” w lud, czy jest realizowana? Różnie z tym bywa. Czy ktoś śledzi losy każdej z nich? Są tacy, którzy bardzo poważnie traktują uchwały Senatu, doceniając w ten sposób także gloryfikowanych. Tak było w przypadku Niemcewicza. Biblioteka Publiczna jego imienia na warszawskim Ursynowie, poza imprezami okazjonalnymi, stworzyła i od lat realizuje przedsięwzięcie wydawnicze nazwane Kolekcją Niemcewiczowską. Co roku, jeden tytuł z bogatego dorobku pisarskiego trafia do rąk czytelników i sympatyków tego twórcy.

Andrzej Wołosewicz

 

Jeszcze raz o tym samym, czyli z czego robimy poezję?

 

Blonder Domy Kazimierz

 

            No właśnie, z czego? Ze słów, to proste. Ale nie do końca. Przecież nie z prostego ich dodawania do siebie. Peiper  -przypominam – nie ufał słowu, samemu słowu: „Nie słowo, lecz zdanie powinno być początkowym zamiarem tworzenia poetyckiego” „Samo słowo jest łobuzem, dane jest już czymś odpowiedzialnym; w społeczeństwie słów ono stanowi najmniejszą komórkę organizacyjną” – dodaje Jalu Kurek w swoim wstępie do „Myśli o poezji” Tadeusza Peipera. Ja z kolei zgłaszałem i nadal zgłaszam swój sprzeciw, swoje uzupełnienie: nie zdanie jest najmniejszą komórką organizacyjną, ale  w i e r s z. To on, jak to nazywam, jest jednostką rozliczeniową w rozmowie poety ze światem, nie słowo czy nawet zdanie. Na marginesie, Peiper nie był tu, moim zdaniem, zbyt konsekwentny, wszak pisząc o swojej koncepcji poematu rozkwitającego (co mnie samo w sobie akurat nie bierze) zauważał: „Zawsze poznajemy przedmiot w całości; primo. Całościami coraz szczegółowszymi; secundo. W ten sam sposób zaznajamia czytelnika ze swym przedmiotem poemat rozkwitający.” Ale to kwestia można powiedzieć gramatyki poetyckiej, struktur języka, które preferujemy bardziej niż inne, zostawmy to więc. Warto zająć się  - cały czas odpowiadam na tytułowe pytanie – swoistością relacji języka do wyrażanej w nim (i nim) rzeczywistości. Wtedy dopiero odkrywamy piękne poetyckie światy, ich zindywidualizowaną specyfikę. Na przykład Wrocławski robi poezję z powietrza i wody, Różewicz r z fragmentów rzeczywistości a Białoszewski nawet z jej strzępów. Inni robi z obrazów, ze swego postrzegania. Ale tu kryje się pokusa i niebezpieczeństw. Pokusa, bo własne postrzeganie mamy pod ręką a – wynikające stąd – niebezpieczeństwo tak opisuje Kurek: „Nie sztuka widzieć cudowne krajobrazy, sztuką jest je cudownie wyrazić.” Zawsze, gdy czytam wiersze, nie mam żadnych podstaw do kwestionowania owej cudowności autorskich widzeń, nie mam czelności by ją kwestionować, ale jakże często poraża mnie ewidentny niedobór owej sztuki cudownego wyrażania tego, co się tak cudownie zobaczyło. Oczywiście recepta Awangardy nic z opisu, sam  błysk widzenia łatwiejsza jest do wypowiedzenia niż zrealizowania, chyba że udaje nam się znaleźć odpowiednie – jak to pisał Jalu Kurek (w przywołany wstępie) owo międzysłowie  i podsłowie, nowe ich wiązania i niespodziewane znaczenia. Próbujmy, ale pamiętajmy o ostrzeżeniu Peipera: „Wiersze z nowotworów słownych są tylko czczą partyturą deklamacji”. (Na marginesie: to mnie odstręcza od Leśmiana, niezależnie od plejady gwiazd, które o nim pisały, a których przywołuje w swoim tekście – z poprzedniego numeru naszego tygodnika – Janusz Termer: Ortwin, Fryde, Jastrun, Pankowski, Wyka, Bieńkowski, Przyboś, Kubacki, Głowiński, Sławiński, Sandauer, Balcerzan, Łapiński, Czaplejewicz, Karpowicz, Trznadel itd.)

Michał Piętniewicz

 

„Nagi sad” Wiesława Myśliwskiego jako powieść o zwycięstwie nad czasem.

 

Ryszard Tomczyk            Tymoteusz Karpowicz powiedział kiedyś, że dwóch pisarzy napisało czas. Są to Marcel Proust i William Faulkner.

            Narrator Absalomie, Absalomie nie próbuje czasu obłaskawić ani go ocalić, nie próbuje się jemu sprzeciwić albo sprzeciwia się właśnie przez ukazanie jego bezlitosnej, niszczącej siły. Bo czas w Absalomie, Absalomie pożera wszystkie istnienia, jego siła jest niszcząca, czas obraca w nicość istnienie. Czas tam jest czystą negatywnością, kto się jemu sprzeciwi, ten umiera. Czasu tam nie można zamrozić, nie można się od niego uchronić pracą pamięci, bo pamięć w Absalomie, Absalomie jest tylko narzędziem, instrumentem czasu, jego sługą w niszczącym działaniu.