Krzysztof Lubczyński

 

Tomasz Burek (1938-2017)

Zawiłe przygody krytyka myślącego.

 

 

Maria Wollenberg-Kluza

 

Zmarły przed rokiem Tomasz Burek był jednym z najważniejszych krytyków literackich mojej czytelniczej młodości. Przenikliwość, finezja i unikalny styl jego szkiców, esejów i recenzji literackich były źródłem autentycznej satysfakcji czytelniczej. Z zainteresowaniem obserwowałem też jego późną, skręcającą wyraźnie w prawo ewolucję ideową.

Tomasz Burek był kimś znacznie więcej niż tylko krytykiem i literaturoznawcą wyposażonym w rozległą wiedzę humanistyczną. Był myślicielem, który myślał literaturą. Gdy po pewnym spotkaniu w warszawskim Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu umawiałem się z nim na rozmowę, wpisał mi dedykacje do trzech swoich dawnych książek, „Dalej aktualne” (1973), „Żadnych marzeń”(1987) i „Dziennik kwarantanny” (2001). Wpis do pierwszej z nich brzmiał: „Nic nie jest zbyt długo aktualne”, do drugiej: „Krzysztofowi i ten zabytek”, a do trzeciej: „To lubię”. Zorientowałem się, że treść trzech dedykacji odniesiona do treści tomów stanowi wyraźną deklarację ideową. W końcu nie udało mi się z nim spotkać, bo chorował i słabł coraz bardziej. Zmarł 1 maja 2017 roku.

 

Patrycja Solecka

 

ILUSTRACJE, ILUSTRACJE…

 

Masluszczak Fr            U Franciszka Maśluszczaka, malarza i grafika (niedawno obchodził 70-lecie urodzin) przygoda z ilustracją książkową rozpoczęła się jeszcze na studiach plastycznych. Pogłębiał ją na zajęciach z profesorami. I starał się wcielić w czyn, to znaczy zanosił swoje pracy do takich redakcji jak „Szpilki”, „Ty i Ja” czy „Literatura”. Nawiązywał też pierwsze kontakty z wydawnictwami. Początki nie były łatwe. Ale nie zarażał. Na dodatek honorarium za wykonane zamówienie, choćby nieduże, to był spory zastrzyk w studenckim budżecie.

 

Krzysztof Kwasiżur

 

Odcinanie

 

kwasizur selfie4Myślę, że to jakiś symptom upływającego czasu, który wcale nie jest łaskawszy dla mnie, niż dla innych - że ostatnimi czasy ciągle się odcinam. Od emocji, pracując nad cudzymi, emocjonalnymi tekstami, od polityki - oglądając wiadomości (by usłyszane informacje móc analizować na chłodno), od rasizmu - analizując wydarzenia na arenie międzynarodowej.

Michał Piętniewicz


Kilka uwag na marginesie teorii szaleństwa.

 

 

MP

 

Szaleństwo jest wytryskiem osobowości, głęboko skrytej w człowieku. Ta osobowość nie jest ani jasna, ani ciemna, chociaż przeważa w niej ciemna strona. Ciemność wyraża się poprzez zignorowane powierzchni stosunków międzyludzkich, która jest najważniejsza w relacjach społecznych. Szaleniec ma do dyspozycji siebie na przeciw świata. Świat jest dla niego wyzwaniem.
Psychoza to przegrana ze światem. W mniemaniu psychotyka wygrana. Najtrudniejszy moment dla niego to równoczesny zbieg dwóch żywiołów: skrajnej subiektywności szaleństwa i obiektywności świata. Rzecz dzieje się już przeważnie "po", ale to jest najtrudniejsze, bo maskuje coś rzeczywistego, a nie urojonego. Rzeczywisty najczęściej jest lęk przed światem i przed ludźmi, który również ma źródło w czymś rzeczywistym i ono jest skażone. Zatem szaleniec to ktoś ze skazą źródła. Można tęsknić po odnalezieniu skazy do krystalicznie czystego źródła, albo szukać innych, podobnie skażonych źródeł i w nich przeglądać swoją twarz. Szaleństwo jest zagubieniem, wcześniej zwielokrotnionej, swojej twarzy w innych twarzach. Możliwości twarzy w szaleństwie są nieograniczone. Przy czym wielokrotne odbicia w innych ludziach, prowadzą do zatracenia własnej tożsamości na rzecz tożsamości domniemanej. Możliwości twarzy przed psychozą, którą jeszcze będę chciał zdefiniować, są naprawdę możliwościami aktora. Aktora rzeczywistego. Kto to taki? Prawdziwy aktor ma świadomość swojej roli, która płynie z dystansu wobec sztuki, jaką odgrywa. Prawdziwy aktor czerpie z rzeczywistości, ale w sposób twórczy, to znaczy przetwarzając ją i transformując, twórczo nawet deformując, aby przybrała ona kształt spełniony, kształt odgrywanej na deskach scenicznych roli. Aktor rzeczywisty natomiast to aktor bez świadomości swojej roli. Albo inaczej: grając w życiu swoją rolę, uwierzył w nią bezgranicznie i bez żadnego dystansu. Powiedzmy, że wskutek działania nadmiernie rozwiniętych neuronów lustrzanych, ktoś niedoświadczony, młody człowiek, albo osoba gorzej wykształcona, uwierzy, że jest kimś. Na przykład geniuszem, pisarzem, Napoleonem, Chrystusem, poetą, kimś wielkim. Rola może być przy tym starannie wycieniowana, nie musi być wulgarnym przyznaniem się do tego, że jest się na przykład większym niż Dostojewski.

STANISŁAW GRABOWSKI

 

O „Lokomotywie” i innych wierszach dla dzieci

Juliana Tuwima

 

Andrzej Hałajkiewicz

 

Stanisław Jerzy Lec napisał: „Kiedy dotknąłem dna, od spodu usłyszałem cichutkie pukanie”.

I rzeczywiście, kiedy wydawało się, iż liryka dla dzieci z wielu powodów przestanie u nas istnieć, usłyszeliśmy „cichutkie pukanie”. Zaczęły się pojawiać nowe nazwiska i nowe książki poetyckie przeznaczone dla najmłodszych. Trudno mówić o wielkich osobowościach i wielkich talentach, ale jednak cieszy, że w XXI wieku nie odpuściliśmy czegoś tak kruchego i bezbronnego jak poezja dla dzieci. Nie chciałbym w tym miejscu wyliczać nowych nazwisk i nowych tytułów książek. Nie o to chodzi. Chcę zwrócić uwagę na coś ważniejszego, że i starzy, i młodzi, a nawet ci najmłodsi twórcy, na ogół nie potrafią się wyzwolić z przemożnego wpływu poezji dziecięcej autorstwa Juliana Tuwima. To oczywiste, że prędzej poznajemy Lokomotywę niż np. Pana Tadeusza, i że te pierwsze lektury w przedszkolu i w szkole podstawowej mocniej się w nas utrwalają niż późniejsze. Ale gdyby Lokomotywa, podobnie jak garść innych wierszy Tuwima, nie były arcydziełkami literatury, dawno podzieliłyby los tysięcy innych zapomnianych utworów lirycznych dla dzieci.