Zbigniew Kresowaty

 

W  DRODZE  DO  PEŁNI

 pazdzierz1

( z cyklu portretów literackich – Irena Paździerz poetka, pisarka…)

Mikołaj Melanowicz

 

Tanizaki Jun’ichirō  podczas wielkiego nalotu na Tokio w marcu 1945 roku

 

Tanizaki Junichiro   Tak, to się wydarzyło pogodnej nocy 10 marca 1945 roku. Wtedy grad bomb zapalających spadł na gęsto zaludnione kulturalne centrum Tokio  i spowodował śmierć blisko  sto tysięcy osób. Z punktu widzenia  strategii amerykańskiej była to operacja wielce udana. Zasłużyła też na miano największego na świecie, masowego morderstwa, dokonanego przez lotnictwo (Saotome Katsumoto). Oczywiście, w innym wymiarze widzę piekło zgotowane przez człowieka w Hirosimie i Nagaski, jakie otwarło się niespełna pół roku później. Pamiętajmy, że tej nocy w Tokio przygotowywali się do snu lub już spali niemal wyłącznie starcy, kobiety  i dzieci, ponieważ mężczyźni w sile wieku rozsiani zostali po Pacyfiku i krajach Azji Wschodniej, by uczestniczyć w bezsensownych zmaganiach wojennych.

Janusz Termer     

Dwie rocznce Poety

Pośmiertny tryumf Bolesława Leśmiana 

lesmian     W tym roku przypadają dwie leśmianowskie rocznice czyli 140 urodzin i 80 śmierci. Dobra to zatem okazja by przypomnieć cały jego niezykły dorobek literacki: eseistyczny i prozatorski, a zwłaszcza poetycki, nie zawsze, jak widomo,  należycie doceniany za życia autora, należący obecnie do ścisłego kanonu klasyki współczesnej poezji polskiej XX w.

     Bolesław Leśmian debiutował wierszami pisanymi po rosyjsku, a po powrocie do kraju (w 1901) początkowo tworzonymi pod znakiem poetów Młodej Polski. Jednakże wiersze z jego pierwszego zbioru — Sad rozstajny (1912) były już wyrazem bardzo samodzielnej i oryginalnej postawy twórczej Leśmiana w widzeniu człowieczej doli, natury i świata przyrody.... Postawy tak wyraziście zdystansowanej wobec aktualnych prądów i mód panujących w poezji tamtych czasów (np. futuryzm, Awangarda krakowska czy grupa Skamandra). Oto już w roku 1920 Karol Irzykowski pisał proroczo: „Ta lektura przypomina coś znanego, ale nie pewne treści, tylko pewien gatunek wrażeń. Ten mianowicie, którego się doznawało niegdyś przy pierwszej lekturze klasycznych utworów poetyckich, kiedy to takie «szczęśliwe» utwory utożsamiały się jeszcze z poezją w ogóle. Jest to wrażenie dobrze ufundowane, pewne siebie, wrażenie szlachetnego kruszcu, wrażenie wysokiej rangi. Takie ballady jak oszałamiający Świdryga i Midryga, Dąb, Pila, Ballada dziadowska mogłyby od razu powędrować do wypisów gimnazjalnych”.

Krzysztof Kucharski

 

Rocznica

60 lat Wrocławskiego Teatru Pantomimy

Milowe kroki mima

 

Rodziński (CC BY-SA 3.0)W Priene, niedaleko Efezu, ktoś wykuł w skale - według archeologów było to osiemdziesiąt lat przed narodzeniem Chrystusa - słowo bliskie dzisiejszemu greckiemu wyrazowi pantomimos. Tym mianem określano milczącego tancerza, solistę, który bez słów, samym ruchem ciała, gestami i mimiką, opowiadał jakąś historię. Pantomimos znaczyło mniej więcej tyle, co naśladowca wszystkiego, ale też grający wszystkie role solo.  I tak było przez ponad dwa tysiące lat. Dopiero sześćdziesiąt lat temu pojawił się artysta, który dokonał zmiany - 4 listopada 1956 roku, na scenie wrocławskiego Teatru Polskiego odbyła się premiera pierwszego programu przyszłego Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Nawet nie miała tytułu, trwała niecałe dwie godziny. A zebrani przez Henryka Tomaszewskiego, już mimowie po wielu miesiącach prób, pokazali cztery etiudy: Skazany na życie, Dzwonnik z Notre-Dame według powieści Victora Hugo, Płaszcz na kanwie opowiadania Nikołaja Gogola oraz Bajka o Murzynku i złotej królewnie.

Michał Piętniewicz



Przecież ode mnie zależy ta czerń, losy i miłość.

„Pod wulkanem”, Malcolm Lowry,



Malcolm LowryTo dziwna opowieść i bardzo piękna. Cały czas alkohol i jakieś mary, cienie, widma, zwidy. Nie wiadomo, czy świat dzieje się naprawdę i czy śmierć jest również realna.
Ale chyba nie, chyba jedynie śmierć jest jedyną realnością w tej powieści. Bo życie Konsula jest widmowe, magmowate, jednocześnie bez wyraźnych konturów i z wyraźnym obrysem, jest to obrys dużej wiedzy, dużej świadomości, jak również rozpaczy, beznadziei, smutku, potężnego smutku. Jest to niezwykle dobrze napisane, w sposób poetycki. Bardzo żywa proza, chce się ją czytać. I misterna. I dużo może pomieścić, w pewnym sensie silva rerum albo kolaż różnych rzeczy. Powieść w powieści, ale niewiele ma wspólnego z postmodernizmem, raczej z pewnymi formami hybrydycznymi oraz plazmoidalnymi, jak również z egzystencjalizmem. Pełno życia w tej powieści, to picie alkoholu, jakaś marna, niespełniona egzystencja, smutek przemijania, przegrane życie, ale nie ma nihilizmu, jest życie w rozpaczy. Życie w czerni, ciekawe, pod wulkanem, w alkoholu, na jakiejś granicy, życie graniczne, przez to tak żywe, że dziejące się na granicy. Granicą ostatnią jest śmierć, ale nie wiadomo, czy ostateczną, nawet narrator tego nie wie. Do rozpadliny wrzucono za umierającym Konsulem zdechłego psa. Tak kończy się ta powieść, nie, tak kończy się to powieściowe arcydzieło. Opowieść o alkoholizmie, smutku, przegranym życiu, nieuchronności przemijania, fatalizmie losu, ludziach, którzy zawsze będą przewidywalni w swoich uproszczonych sądach o świecie, i wielu innych sprawach, kiedy wytryśnie z kwiatów czerń nocy, czerń upojenia alkoholem, czerń śmierci, czerń smutku, czerń odurzenia i widma, mary, zjawy, cienie, upojenie. Konsul ciągle pije, śpi, śni, pije, to pijak. Umarł i nikt o nim nie będzie pamiętał, oprócz nas, czytelników „Pod wulkanem”. Nie ma tam strukturalizmu, jest post strukturalizm. 



I jakieś dziwne, alkoholowe wizje. Ciekawa rzecz: jednoczesne napięcie treści i formy i to wewnętrzne rozluźnienie obu tych struktur: treści i formy. Jakby lawa wylewała się od wewnątrz. Wylewała się od wewnątrz lawa i rzeźbiła te frazy, linijki, linie, akapity, wręcz, powiedzieć można, wersy poematu. Całość czyni wrażenie precyzyjnego rozmazania, bardzo analitycznie przeprowadzanego galimatiasu i bałaganu, wręcz burdelu duszy. Jakaś rozpacz w tym wszystkim, nawet nie podskórna, ale na powierzchni. Nie ma broni przed światem, prócz jednej, nie, dwóch: pierwsza to język, druga to butelka. Bohater „Pod wulkanem” jest bardzo świadomy swojej sytuacji, jest, dodajmy, bezdzietny, pozornie żonaty, w rzeczywistości z żoną nie układa mu się w ogóle, ponieważ żona została oddana w służbie złudzie i mirażowi.

Jest tutaj pokazane jakieś straszne okropieństwo życia i jednoczesna zgoda na to okropieństwo, pod warunkiem, że będziemy regularnie zaglądać do butelki. Regularne zaglądanie do butelki, gwarantuje bardzo dobrą i sprawną pracę języka. Język opowieści jest bowiem pozornie tylko alkoholowy i tonie w tych mirażach, złudach, jak to nazwać, oparach alkoholu. W rzeczywistości jest to język zwarty, spójny, a przede wszystkim gęsty. Bardzo trudno ten język uchwycić, a jednocześnie ten, kto go „złapie”, w sposób całkowicie bezpieczny poddaje mu się i dryfuje w czerń, czy też zostaje zniesiony w czerń, otchłań, coś bardzo przykrego, smutnego, czarnego, nawet trochę okropnego. Przecież ta powieść kończy się śmiercią konsula, głównego bohatera. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu ta śmierć, w jamie czy dole, a w tle szczeka jakiś kojot czy pies, czemu ta śmierć tak bardzo utkwiła mi w pamięci.
Może była najbardziej konkretna i żywa na tle tej alkoholowej maligny, misternej formalnie, a jednocześnie jakoś rozmytej, jednocześnie napiętej do granic i luźnej do granic. Jakby echa hybrydyczności, jakby echa tworu złożonego z wielu, nałożonych na siebie poziomo i pionowo warstw tekstu. Jakby jakaś niemożliwość, żeby spod tych warstw tych tekstu, jakieś jądro wydobyć, czarne, ukryte, że jest tylko wewnątrz papier. Egzystencja konsula nie jest jednak tylko papierowa. Drzemie w niej coś bardziej ukrytego, to znaczy udana imitacja grozy, koszmaru i przygnębienia życiem.
Albowiem do tego prowadzi to, co tekstowe – do jednoczesnej, skutecznej obrony przed grozą życia i pochłonięciem przez nie życie. Nie życie jest silniejsze aniżeli życie w przypadku Konsula. Ale to, co jest możliwością przezwyciężenia niemożliwości, to po pierwsze miłość (również niemożliwa) i śmierć (jedyna możliwość, która skutecznie zamyka wszystkie niemożliwości, jednak niewiele w zamian otwierając, jedynie jakieś pojedyncze uchylenia, lufciki, prześwity). Niewiele, ale jednak coś, bo śmierć w „Pod wulkanem”, chyba jako jedyna, jest czymś. Życie jest niczym, ale śmierć jest czymś. Życie do niczego nie prowadzi prócz zwątpień i picia. Natomiast śmierć nie tylko skutecznie unieważnia zwątpienia i picie, ale czyni jeszcze istotny przestrzał: sprawia, że zwątpienie i picie uzyskują jakiś wymiar sensu, zaczynają błyszczeć swoim, prywatnym logosem śmierci. Między tym, co anty logocentryczne a tym, co logocentryczne, rozgrywa się dramat Konsula. Życie byłoby po stronie tego porządku pierwszego, śmierć przyniosłaby na końcu rodzaj logosu, nawet jakieś ciemne światło, czy świecidło śmierci. Ale czy przeciwstawienie na śmierć i życie w przypadku tej powieści, ma sens? Nie ma. Bo tam wszystko jest śmiercią przeniknięte, jakby białe światło śmierci wnikało między szczeliny widzialnego. Konsul jest postacią w gruncie rzeczy nieciekawą, mało entuzjastyczną wobec przejawów życia. Jeżeli czymś naprawdę się entuzjazmuje, jest to tylko śmierć, ale również dana na prawach umownych, jakby nie do końca wierzył, że ona może przynieść cokolwiek pozytywnego, ergo śmierć nie jest zatem zaprzeczeniem życia, ale jakby jego ponurym ziszczeniem. 
Osobną kwestią forma tej powieści – hybrydyczna. Różne formy, mozaiki, cytaty, interteksty, przy czym strumień główny tej powieści – poezja alkoholowa, jest czysty.
Można powiedzieć, że artysta osiąga efekt czystości poprzez celowe zabrudzenia.
Zabrudzenia, czyli zmięty papier. Konsul mnie ten papier i popija przy tym whisky.
Hybrydyczna budowa tej powieści. Różne języki, mozaika, cytaty, aluzje, wycinanki oraz wyklejanki. Mozolna podróż przez życie. Jakby życie to było tylko, jedynie upijanie się. Więc Konsul mnie papier, mnie kartki, miętosi papier, miętosi kartki i pije. Ale to miętoszenie kartek i picie ma jeden cel – język powieści, który z tego wynika. Język, który jest owym miętoszeniem kartek i piciem. Język, który zmierza do pomiętego pisma. Na końcu wybuch i biała, naga jama, szara jama. Upadek w szarą, białą, czarną jamę. Śmierć Konsula jest zbawieniem czerni. Czarna, naga jama. Alkohol, spływ, strumyk, strumień w czerni. Przecież ode mnie zależą losy i miłość, jak patyk na drodze.
Wiem, że coś we mnie siedzi, ale nie wiem, co: pewnie Konsul. Przecież ode mnie zależą ta czerń, losy i miłość. Dziecko, które urodzi się pod wulkanem. Dziecko, moje dziecko.
W pomarańczowej i żółtej pościeli.