Mikołaj Melanowiicz

 

Utamaro żyje teraz w mieście Tochigi!

 

MM

歌麿は今も栃木に生きている。Tym zdaniem kończy się film japońskiej telewizji NHK, poświęcony Utamaro. Warto wyjaśnić, że miasto Tochigi - jeszcze raczej mniej znane dla turystów zagranicznych - dawniej cieszyło się sławą Małego Edo. Położone na północ od Tokio, było stacją przystankową na drodze posłańców do Mauzoleum Tōshōgū w Nikkō, czyli miejscowości, o której zaczęto nawet mówić: „Nie mów „piękny”, dopóki nie zobaczysz Nikkō”.

Tochi-no-ki (=Tochigi), czyli Miasto Kasztanowców, było też jednym ze spichlerzy dla Edo, połączonym rzeką Uzumą ze stolicą siogunów, czyli z obecnym Tokio. Ale dlaczego to miasto chwali się dziś związkami ze sławnym artystą malarzem Utamaro, który mieszkał w Edo, i organizuje nawet festiwal Utamaro? Odpowiedzi możemy szukać w treści filmu poświęconego odkryciu jednego z ostatnich obrazów Utamaro, a mianowicie Fukagawa no yuki (Śnieg w Fukagawie, ok.1802). Film pt. Seiki no daihakken. Utamaro maboroshi no taisaku (Wielkie odkrycie wieku: Utamaro i jego wielkie dzieło widmo, 2014) przedstawia bowiem historię powstania, zaginięcia i odkrycia tego obrazu.

 

DARIUSZ PAWLICKI

O JASNOŚCI, ALE PRZEDE WSZYSTKIM O MROKU

 

 

     Księżyc, raz po raz, zasłaniały ciemne chmury. Przed sobą, w oddali, widziałem tylko dwa jasne punkty. I to w dużej odległości od siebie.

     Wysoko, bezpośrednio nade mną, przeleciał klucz dzikich gęsi.

     Gdy przechodziłem obok samotnego, pogrążonego w ciemnościach, budynku szkoły podstawowej, minął mnie samochód osobowy. Jak miało się później okazać, był to jedyny pojazd, jaki widziałem tego późnego wieczora.

     Nad jeziorem Karolinek wisiało kilka wielkich, czarnych obłoków.

     Wokół panowała niezwykła cisza. Słyszałem tylko odgłos swoich kroków: najpierw i krótko ‒ na asfalcie, potem na piaskowo-żwirowym podłożu.

     Pisząc powyższe słowa kolejny raz dziwię się – i dziwić się najpewniej nie przestanę ‒ jak czymś zdecydowanie innym, należącym do odrębnych światów, są miejsca oglądane w świetle dziennym, a następnie o zmroku (ewentualnie w odwrotnej kolejności). Są te same, ale równocześnie inne. Na przykład w ciemnościach zmieniają się kształty obserwowanych obiektów. Tak więc naoglądawszy się za dnia dookolnego świata, zaskakiwani jesteśmy jego widokiem, gdy pogrążony jest w mroku. Wspominając o „zaskakiwaniu” mam na myśli ludzi, którzy nie tylko patrzą, ale również widzą. I na tym „widzeniu” nie poprzestają.

o jasnosci o mroku

Fot. Dariusz Pawlicki

     Ciemne przybranie świata wzbudza w nas, ludziach niepokój (także w wielu zwierzętach), wyzwala potrzebę znalezienia się, prędzej czy później, w świetle. A najlepiej w nim i pomiędzy czterema ścianami (tylko w przypadku bardzo nielicznych ów niepokój daje ledwie o sobie znać bądź w ogóle). Inaczej jednak być nie może, skoro „w Biblii [i nie tylko w niej – D. P.] światło wyobraża życie, zbawienie, szczęście, a ciemność – zło, nieszczęście, zgubę śmierć, karę” (Władysław Kopaliński Słownik symboli). Za tym, że Coś symbolizuje konkret, nie stoi przypadek. Lecz wzbogacona wyobraźnią wiedza o tym, że jedno wynika z drugiego.

       Odnośnie wspomnianej kwestii Jacek Woźniakowski w Górach niewzruszonych pisze, że „światło kryje się w mrokach”. I przywołuje pogląd Jakuba Bӧhmego, że „[g]dyby nie było śmierci, nie objawiłoby się życie, gdyby nie było ciemności, nie objawiłoby się światło”. Druga część tego zdania tak oto została skomentowana przez Woźniakowskiego:

           „Mrok nie jest zły sam w sobie, tylko w tym stopniu, w jakim oddziela się

           od światła, od miłości (dopiero tu odzywa się echo starego manicheizmu

           gnostyków): wszystko, co dobre, bierze się ze światła, wszystko, co złe, z

           ciemności, które od światła się oddzieliły”.

     Według wielu kosmogonii, np. chińskiej, hinduistycznej, biblijnej, stworzenie Świata zostało zapoczątkowane rozdzieleniem światła od mroku. Jeśli w tym pierwszym skrywają się dobre zjawiska, zaś w drugim – złe, absolutnie nie można się dziwić, że do światła ludzie lgną jak ćmy (odwrotnych przypadków jest o wiele, wiele mniej). A w mroku mało kto, spośród ludzi lubi przebywać dłużej.

*                                                              

     W domu moich Dziadków toaleta istniała tylko przez kilka ostatnich lat. Wcześniej korzystaliśmy ze sławojki. Stała ona za murowanym budynkiem mieszczącym oborę i stajnię. W ciągu dnia użytkowanie owej, jak ją nazywaliśmy ‒ to fakt, że mało oryginalnie ‒ świątyni dumania, nie sprawiało żadnych problemów. Powiedzmy, że prawie żadnych… Zupełnie inaczej było jednak, gdy należało udać się do niej w nocy. A mam tu na myśli szczególnie siebie. I to wtedy, kiedy miałem niewiele lat. Oczywiście mogłem poprosić o towarzyszenie mi kogoś ze starszych domowników. Duma nie pozwalała mi jednak na to. Wychodziłem więc wtedy z domu z sercem bijącym stopniowo coraz szybciej. Przechodziłem przez podwórko, którego część bliższa domu zalana była światłem lampy umieszczonej na ścianie. Potem, przyświecając sobie latarką, skręcałem na prawo. Po lewej swej stronie miałem mrok skrywający pole i bagno, jak też rozciągający się za nimi stary las. Po prawej ręce – ścianę wspomnianej oboro-stajni.  

     Kiedy zamykałem za sobą drzwi (przez szpary w nich, w bezchmurne noce widoczne były roje gwiazd), blokując je zaraz od wewnątrz na skobel, czułem, że znalazłem się w bezpiecznym miejscu. Lecz natychmiast zaczynałem wyobrażać sobie, że ku niewielkiej, drewnianej budowli, w której się znajdowałem, zaczynają zmierzać rozmaite stwory: idą, pełzają, kroczą, suną, szybują, lecą… Moja wyobraźnia bez żadnych problemów i zahamowań ‒ nie do końca wbrew mnie ‒ powoływała do życia kolejne niepokojące wizje. A każdy dźwięk dobiegający z najbliższego sąsiedztwa, dostarczał kolejnych dowodów na to, że owe istoty są już bardzo blisko.

     Moment wyjścia na zewnątrz odsuwałem w czasie. Gdy w końcu ‒ niestety ‒ następował, powoli unosiłem skobel. Potem ostrożnie, aby nie rozległo się skrzypienie, uchylałem drzwi. Czyniłem to centymetr po centymetrze, tak żebym mógł natychmiast je zamknąć, gdybym zobaczył między drzwiami a framugą np. wielki pazur. Gdy nic takiego, na szczęście, nie następowało, wymykałem się ze sławojki. Po czym zaczynałem biec. Kiedy zaś znajdowałem się w oświetlonej części podwórka, wiedziałem, że jestem ocalony; kolejny raz. Wtedy przestawałem biec. A serce poczynało bić normalniej.

*

          Bycie sam na sam z mrokiem najlepiej przeżywać w takich sytuacjach jak opisana poniżej:

     Autobus odbywający późnowieczorny ostatni kurs pomiędzy Augustowem a Sejnami ‒ jego na wpół rozświetlone wnętrze wypełnia niewielu podróżnych ‒ zatrzymuje się na leśnym przystanku. Wysiada z niego tylko jeden pasażer. I choć dotarł do miejsca dobrze sobie znanego, opuszczanie jasnego, do tego ciepłego wnętrza, przebiega nieco dłużej, niż miałoby to miejsce przy świetle słonecznym. Na zewnątrz bowiem jest nie tylko ciemno, ale i chłodno.

     Ów człowiek, który jeszcze przed minutą był pasażerem, patrzy na oddalające się czerwone światła. A gdy te nikną za zakrętem, jeszcze przez pewien czas słyszy milknący stopniowo warkot silnika. Nie rejestruje jednak momentu jego ucichnięcia. Zarzuciwszy na ramię torbę, rusza leśną drogą. Wtedy pod jego butami zaczynają chrzęścić piasek i drobne kamienie.

     Idzie pomiędzy ścianami ciemnego lasu. A że na niebie jest bardzo wiele chmur, jedynie co pewien czas, nad jego głową pojawia się samotna gwiazda. Wąska wstęga wijąca się nad nim, nieco jaśniejsza od czającego się wzdłuż drogi mroku, kilkakrotnie zapobiega jego zejściu z głównej drogi i powędrowaniu, którąś z bocznych i wąskich, w kierunku innym niż zamierzony.

     Gdy wędruje się przez las spowity ciemnościami, prawie każdy usłyszany dźwięk, przynajmniej w pierwsze chwili, jawi się jako zapowiedź zagrożenia. Towarzyszy temu przyspieszone nieco bicie serca. Owo poczucie zagrożenia mające źródło w przypuszczeniu, że w mroku Coś się skrywa, jest atawizmem. Ale chyba w mniejszym stopniu chodzi o atawizm najpierwotniejszy. To znaczy ten będący pozostałością z czasów, kiedy to zwierzęta polowały na ludzi (i oby przynależało to wyłącznie do przeszłości). Do tego w nocy polowało się i poluje rzadziej niż w dzień. O wiele istotniejszym źródłem owego atawizmu była wiara w to, że za ścianami domostw, gdy zapadną ciemności zaczyna czaić się Zło. Miało ono różną postać: diabła, wilkołaka, wampira, wiedźmy itd. W tym wypadku, w znacznie mniejszym stopniu chodziło o możliwość stania się pokarmem, ale o to, aby za sprawą np. ugryzienia, wypowiedzenia przez którąś z tych istot podstępnej formułki, nie stać się jedną z nich. Tym samym zostać skazanym na wieczne potępienie (dusza wówczas była ważniejsza od ciała). Wiara w obecność w mroku złych mocy, na pewnych obszarach Ziemi trwa nadal. A na terenach wiejskich Europy, pogrążonych nocami w prawie idealnych ciemnościach, była ona powszechna jeszcze na początku XIX w. To dlatego, gdy one zapadały, nie wychodzono na zewnątrz, wręcz barykadowano się w domach.

*

     Obserwując początek dnia, czemu nie musi towarzyszyć widok wschodzącego słońca, myślę o nim jako o następującym co dwadzieścia cztery godziny, oddzieleniu (się) jasności od ciemności. Z tym, że odbywa się to najpewniej dużo, dużo wolniej, niż wtedy, gdy Bóg, według Pierwszej Księgi Mojżeszowej, rzekł:

 

           „Niech się stanie światłość”.

 

     Potem, ponieważ stwierdził, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności, która była pierwsza. Lecz czy powołał ją do istnienia Bóg, czy też pojawiła się ona z chwilą, gdy Bóg stworzył niebo i ziemię? W owej Księdze mowa jest tylko o tym, że „ciemność była nad otchłanią”.

_______________________________

      

 

 

Mikołaj Melanowicz,

 

HOKUSAI. Największe zwycięstwo japońskiego artysty

 

Mikołaj Melanowicz   Hokusai to imię artystyczne japońskiego malarza o nazwisku Katsushika, które jest pseudonimem identycznym z nazwą powiatu, w którym w 1760 roku urodził się artysta jako syn ubogiego chłopa Kawamury. W ciągu 90-letniego życia Hokusai 30 razy zmieniał pseudonimy, Hokusaiem zaczął być od 1795, a Katsushiką Hokusaiem - od 1803 roku, to znaczy „Hokusaiem z Katsushiki”, czyli z obecnej dzielnicy Tokio o nazwie Katsushika-ku, tzn. części dawnej prowincji o tej nazwie.

Michał Piętniewicz

 

Gitara z rajskiej czereśni a Widnokrąg.  Juliana Kawalca doznawanie metafory a Wiesława Myśliwskiego myślenie metaforą.

 

Pietniewicz Michal n            Gitara z rajskiej czereśni: sam tytuł wskazuje po pierwsze na poetyckość a po drugie na arkadyjskość. Narrator Kawalca podróżuje do miejsca sprzed nastania czasu, miejsca niewinnego, in illo tempore.

 

Dwa wektory: Myśliwski podróżuje w głąb dzieciństwa. Kawalec w Gitarze z rajskiej czereśni tropi świat na powierzchni, jest sensualistą, upaja się jego smakiem, fakturą, zapachem, łowi poetyckie tropy jak wędkarz na wędkę.

 

Myśliwski jest przede wszystkim filozofem. Interesuje go znaczenie, to, istotne, esencja. Kawalca interesuje świat jako gra znaczeń, słowa między sobą rozmawiają w poetyckim tańcu i transie pisma. Myśliwski mówi, Kawalec pisze. Jeden jest po stronie mowy, mocnego archetypu, drugi po stronie pisma i rozpraszania, podróżuje do niewiadomego, poddaje się rytmowi języka nie wiedząc dokładnie, gdzie go zaprowadzi, nie znając celu tej podróży.

 

Barbara Dohnalik

 

WARIACJE NA TEMAT „MISTRZA I MAŁGORZATY”

Michaiła Afanasjewicza Bułgakowa

czyli BASSO OSTINATO

 

Ryszard Tomczyk

 

            Jeżeli chodzi o translatorskie peregrynacje, to na początku było tak: znakomity poeta, krytyk literacki, specjalista od rosyjskiej literatury, autor tekstów piosenek dla Studenckiego Teatru Satyry, można powiedzieć – artystyczny translator i humorysta – Witold Dąbrowski – odkrył i przywiózł do Polski „Mistrza i Małgorzatę”. Powieść została, opublikowana po raz pierwszy w periodyku „Moskwa”. Był rok 1966. Wydawnictwo „Chudożiestwiennaja Litieratura” zapłaciło trzeciej żonie Bułgakowa Jelenie Siergiejewnej (po drugim mężu Szyłowska) za sprzedanie praw autorskich gigantyczne honorarium. Nikt na świecie nie miał o tym pojęcia. Wszyscy płacili Jelenie Sergiejewnej, jej synowi, jej wnukowi itd. Wszystko podała do publicznej wiadomości w roku 2005 „Litieraturnaja Gazieta” nr 18. w artykule pt.: „Nowe przygody Mistrza i Małgorzaty”. Aby podkreślić wagę sprawy artykuł umieszczono w rubryce „Skandale”.