Włodzimierz Kłaczyński

 

 

Wnucek*

 

witkacy
Witkacy

 

 

Rozdział pierwszy

Nieraz to mi godoł: „Babko! Ja to jak ktoś życie mi utrudnio, to mi jego kusza, jest jak tyn świński ryj, a jak mi sie łodwróci na lepsze, to tyn co mnie chwoli i pomago, to ma kusze, jak ten Burek na łańcuchu, co uszami strzyże, łoblizuje sie i zaroz by na plecy do góry brzuchem sie położył i skomloł.” Wydawało sie, że życie przeskoczy i mioł racyjo. A jo mu mówiułam: „Uważoj Sylwuś życia nie przeskoczysz ino iść w niem trza łostrożnie i na ludzi sie łoglądać”.

 

A to beło jeszcze za czasów, co Gierek zrobiuł z małych mieścin, gdzie sie nieroz kozy pasły na rynku, róźne miasta wojewódzkie i bloki zaczeny na gwałt dla urzyndników budować. I na kumendanta głównego wojewódzkiej milicyj przyszed do naszego województwa pukownik Niedeptała. Tyn pukownik, gdzieś ze świata beł i gdzieś tam w świecie noga mu sie powineła, bo biskupowi tyż głównemu, co se pałac budowoł w Lubaczowie czy gdzieś tam, podesłał takich majstrów, co w ścianach takie maszynki zamurowali, że tyn kumendant wszystko słyszoł, co sie u biskupa godało. A tyn biskup języka nie żałowoł i na to co sie w Polsce robieło sielnie narzekoł. A że też gupi nie beł, to se łażąc po tym pałacu do ścian ucho przykładoł i te maszynki w ścianach, co tam skrzypiały słuchoł. I w końcu rozwścieklił sie biskup, te swojo mikołajowsko czapke o ziem cisnoł i napisoł list do Gierka ze skargo.

Krzyk sie zrobieł, ale tak po cichu, bo nie wypadoło. A to mi jedna milicjontka mówiuła, co tego pukownika nie lubiła, bo sie łobiecoł z żono rozwieść i z nio łożenić. Potem wyszła za sierżanta, niby dobrze, ale zazdrosno o pukownika beła.

Ta milicjontka, to do polowacy należała i jak na polowanie przyjechali, to u nos z mężem, tem sierżantem nocowali i mliko pili. Bywało, że przy tem nocowaniu lubiła pociungnąć i tak se przy wódce pogadywali: ło milicyjontach, ło prekuratorach, bo uny też polowali i syndzie. Potem una urodziła dziecko, już mniej polowała, jak to województwo zrobili.

Za to patrze, a mój wnucek Sylwek przy tem całym zamieszaniu, co te bloki u nos w mieście zaczeny budować z Łopoczna po drugiej stronie rzyki, do nos na te budowe, do województwa sie przeniós. Robote na budowie dostoł, tele że mieszkania nie mioł, a do nos, do Łążka przecie siedemdziesiąt kilometrów. Mój syn Władek mieszkoł w Łopocznie po drugiej stronie rzyki i jak tam beło tak beło, z głodu nie zdychali, i radził mu do dumu wracać. W sam raz wtedy tego pukownika, co z biskupem zadar przenieśli do nos.

Dawno żem Sylwka nie widziała, wyrós i brode se zapuścił, chopok jak sie patrzy. Przyjechoł do mnie jednego dnia, krowe wtedy jeszcze chowołam, mlika popiuł, chleba zjod i wtedy mi mówi: „Babko, tak mi się zdaje, że świat przeskocze”. Znaczy sie, że tu mu dobrze bedzie. Pytom sie go, czego mu sie tak zdaje, a un w zanadrze sięgo i najpierw portfel nowy żółty wyciungo, a z tego portfela niebieściutko, tako jak te chabry, co w żytach kwitły, lejtymacje dobywo, i z potografio, tele że jeszcze bez ty bródki, co mu teroski wyrosła.

— Jeszcze w Łopocznie sie do łormo zapisołem i na dobre mi wyszło.

Pytom sie go, co to jest to łormo, a un mówi-godo, że to jest tak, jakby w milicyj beł, ino niezapisany i niepłacony, ale prawo mo samochody zatrzymywać i motorcykle i prawo jazdy łodbirać, jakby tam co beło nie tak jak należy. Mondury majo i berety z łodznako łormo…

„No, myśle se — to pewnie tak, jak przed wojno strzelce, albo za Niemca baudinst, takie junoki beły, tele że przed wojno mało samochodów beło i jak który przyjechoł nawet do miasta, to ludzie kupo lecieli łopatrywać. A te junoki, co z baudinstu, to do roboty beły gonione i mondury mieli z pokrzywianego śnurka. Ino forarbajtery mieli lepsze mondury, ale uni beli już jak Niemcy. No i hrabia dzikowiecki tyż przed wojno samochód mioł i jak jechoł niem, to furmany z wozów skokali i koniom czapkamy albo kapeluszamy łoko łod drogi zatykali i munsztuki mocno trzymali koniom pod brodo.” Mówię to wnuckowi Sylwkowi, a un macha rynkom.

— To nie tak, babko, beło, te strzelce to beły kapitalistyczne i te baudinsty za Niemca to żadnej władzy nie mieli, a my łormowce tak jak milicja, władza! I mówi-godo, że tyn pukownik kumendant zbiórke jem zrobieł w szeregu i to nam powiedzioł o ty władzy i mnie kazoł przyjść, na kumendzie sie do niego zgłosić. Pytom sie porucznika po co, bom przecież nic nie przeskroboł, a un godo, że nic i w środe pukownik przyjmuje. Patrzy na mnie tyn porucznik i mówi: „Pukownik to jest najwyższo władza w województwie, nad niem tylko Warszawa, nawet wojewoda do niego nic nie mo, ani sekretorz wojewódzki, a jak chce co załatwić, to wszystko załatwi.”

— No to — mówie — zobaczymy czy ci mieszkanie załatwi.

Nie beło Sylwka ze dwa miesiące, aż przyjechoł znowu, mlika wzion i masła com świżo zrobieła. Zaraz też w zanadrze sięga, pokazuje kartke napisano na maszynie, u góry pieczuntka pajstwowa i pare lenijek napisane. Godom mu:

— Co mi to pod łecy podstawiosz? Wisz , że już niedowidze, tele co w niedziele z książeczki czytom, bo to prawie na paminć umiem.

— To babko — godo — jest zaświarszczynie z kumendy milicyj, co mi kazał pukownik napisać, ło tu jest porucznik Pieprzyński podpisany, że mi wolno jeść w milicyjnej reustaracyj i tam wszysko co tajsze kupować. Jakem to pokazał kierowniczce tej reustarcyj, to ino cmokneła i głowo pokręciła. — I drugie zaświarszczynie wyciągo i czyto: — Z tym zaświarszczyniem, to mogę piany jechać i nikt nie ma prawa sie do mnie wtruncać, ani milicjont, ani łormowiec.

Długo Sylwka nie beło, z miesiąc chyba, z rana krowe wygnałam i upalikowałam, raniejsze mliko wpuściłam w kance do studni, kwaśne na syr postawiłam na piecu i patyków podrzuciłam nałamanych, tele co do podgrzania tego mlika. Wychodze przed dom, a tu patrze: z milicyj tako niebiesko z budo nysa jedzie. Jedzie to jedzie, ale uno skrynca w droge do mnie. „No — myśle se, nic ino Sylwek jeich uprosił, bo przecie sie z tymi milicjontami zno i pukownik jem kazał go przywieźć, jak już nieraz beło.

Staje ta nysa przed chałupo, wysiadajo dwa milicjonty i Sylwek. Matko Jedyna! Sylwek to czy nie Sylwek mój wnucek? Ustrojony w mondur jakiś, ale nie milicyjny, ino taki złotozielony, dopasowany, z pagonamy i na tych pagonach gwiazdy, aż mi sie przypomnioł generał com go dzieckiem widziała, jak ułany ćwiczynia u nos mieli i łozy szablamy ścinały. Potem po tech ćwiczyniach defilada na łąkach beła, tyn generał na kuniu stoł i ułany przed niem ze śtandarem równymi szeregamy lecieli. Tyż tyn generał tak był umondorowany jak Sylwek, ino srebra więcy na nim beło, a na Sylwku złota.

Milicjancio grzecznie zasalutowali i jeden mówi-godo:

— Dobrześmy trafili na świże mliko.

— A siadejcie — mówie — w sam raz chłodne bedzie. — I kanke ze studni ciągne.

Ponalewałam jem, Sylwkowi tyż. Siedzo, chleba, com przedwczoraj upiekła, nakrajałam, postawiłam, jedzo i pijo, a jo Sylwka łodwołałam na strone:

— Skąd u ciebie taki mondur, przecie to nie łormoski?

A un:

— Babko, pukownik mi sie postaroł, bo akurat na emeryture poseł taki jeden stary nidzinier, co beł łowczym powiatowym i miejsce beło. A że to nasze miasto tera wojewódzkie, to sie należy do niego i Łowczy Wojewódzki. No i w sam roz przypasowało. Pukownik do komitetu, do wojewódzkiego sekretorza Małodaja, co tutok rzundzi, i załatwiuł, że ja bede tem łowczym.

Przestraszyłam sie troche, bo to przecie urząd wielgi, co po mondurze widać. A un ino te zawodówke mo dwuletnio po siódmej klasie i godom mu. A un sie śmieje i godo:

— Ty, babko, życia nie znosz. Dzisiaj to łod Cygana na rynku kupisz i dyplom magistra i prawo jazdy, a co dopiro świadectwo maturalne z ogólniaka czy technikum. A do reśty, nawet mnie nie pytali ło wykształcynie, tele że sekretorz spytoł, czy do partii należe. Wpisołem sie jeszcze w Łopocznie jakem do łormo wstępowoł. Rynke podali, jakaś tam rada łowiecka zatwierdziuła. U wojewody bede. Pensja łosiem tysięcy, uprzezpieczynie i premia. Som sekretorz myśliwym jest, i mówi: „To teroz, towarzyszu, za to kusownictwo sie weźniecie, bo straśnie myśliwi na to narzekajo”. Łoczywiście na baczność żem stanuł. „To jest pewne — mówie — już mom plan współpracy z gminami w puszczy i z posteronkamy milicyj”. I na tym sie skończyło, tele że potem ze Stasiem pili my na kumendzie bez cało noc i cały nastympny dzień przespołem.

Zdryntwiołam! Jakiem Stasiem?! Bo sie mi mój nieboszczyk, przecie Stanisław przypomnioł.

— A z pukownikiem, to my brudzia wypili.

— A to ci! — zupełnie zgupiołam. Tyn świat dzisiejszy całkiem nie w te strone idzie, co trza. Te milicjonty popiły mlika, pojadły chleba, łoglondajo sie na Sylwka, a un nie śpieszy sie, zabroł do torby masło i syr, pare jajek , bo kury już sie dobrze niesły i dopiro pojechali.

Tak sie składo, że nie lubie sama w domu siedzieć, jakem owdowiała i dzieci z domu poszły i to tak, że dziewki pokończyły szkoły i w miastach mężów nalazły, Marysia w Gdańsku, a Aniela bliżej, bo w Rzeszowie, a Władek, wiadomo w Łopocznie.To tak w niedziele po kościele, bo tera mam blisko, jak my se w Łążku kościół wybudowali i nie trza do Pruchnika chodzić, to lubie to do jednego, to do drugiego sąsiada zajść, a najwięcy to do Dereniów, a także do Rakuszanów, bo to i cowieka przyjmo dobrem słowem i uczęstujo, chocioż przecie nie o to sie rozchodzi, bo jeść co doma mom i rencine żem dostała za zimie szejset dwajścia złotych. Posiedze między ludźmi i posłuchom, co w świecie, a i łodemnie nieraz sie co dowiedzo, bo w te lata, com przeżyła, tom róźne rzeczy widzioła i dorozumieć sie tyż potrafie, co w trawie piszczy. I takem dzisiok na Zielone Świątki do Dereniów zaszła.

Derenie to ho! ho! Bele kto nie so. Chociaż tak se przypominom, to niewiele uni kiedysi znaczyli i nie każdy jem sie kłanioł. Ale dziadek Dereń na łodzyskane ziemie jeździuł i sporo stamtąd przywióz, a i ziemi dworskiej i to dobrej w jednym kawołku dostoł łod pałacowego muru do lasa. I tak sie na tym kawołku na pół stajania łod drogi pobudowoł, tak że mu samochody pod łoknem nie jeżdżo, jak innym, co przy drodze z dziada pradziada siedzieli. Przed tem siedzieli Derenie pod lasem, gdzie cinżko beło z wiesny koniem dojechać, tele że pol mieli blisko, ale za to ciungle mieli z leśnym pana Rafińskiego do czynienio i Józek, jak to go dzisiok nazywajo „stary Dereń,” za kawalera swoje za pańskie drzewo łodsiedzioł. Ale to dla chopoka wtyndyk nie żadna gańba beła, a poniektóry kmieć to i nie bardzo na takiego zięcia patrzuł, co w ciurmie nie siedzioł.

Pamintom, Ignac Pasterzyk mioł córkę Helkę, te, co zeszłego lata łodprowadziliśmy na księżo grude, bo jej sie na dychawice zmarło, ale wtedy dziewka beła śliczota i Julek od Lataca zaczon do niej zachodzić. Una też łod tego nie beła, do komory do niej całą zimę lotoł, bo u nos tak się wtyndyk budowało: dom razem z łoboro, stajnio i chlewem, żeby w zimę nie musiało sie do żywizny po dworcu chodzić, a łosobno komora. Jeszcze dziś w niektórych wsiach dalej łod miasta, takie komory ostały na wysokiej podmurówce kamiennej i z belek. Spały w niech dziewki pod pierzynami, bo pieców tam nie beło. Tam spały, a kawalery miały do nich dostęp, z wódko przychodzieły i z tego dopiero wesela beły. No i jak przyszło do czego i Julek Latac chcioł się żynić, to Pasterzyk mówi-godo:

— No dobra, a w wojsku bełeś?

— Bełem — godo Latac.

— A w ciurmie siedziołeś?

— Nie zdarzyło się — godo Julek.

— To posiedź! I potem przychodź.

I chopok wzion się i zawzion, do biskupiego lasu wjechoł i judke ścion. Postoł, postoł, leśnemu Stachurce doł sie złapać i pół roku dostoł. A że to z biskupiego lasa, to i tako samo judke musioł przywieźć, kiedy go z ciurmy puścili, do Nowej Wsi i u zakonników zwalić. Dopiero wtedy beła spowiedź i rozgrzeszynie dostoł.

— No! Terazem dobry?! — pyto Pasterzyka.

A Helka krzyczy, cały fartuch zmoczyła. I musioł Pasterzyk wesele wyprawić. Myśle se tak i do Dereniów dochodze, a tu łod łąki gdzie stara droga beła gruntówka, dziura w ziemi na chłopa głęboko, aż wodą podeszła, widocznie koparkę se najeni, co melioracje nad Sanem robi. Zaroz mi do głowy przyszło, że pewnie stary Dereń zrobiuł, to co jeszcze łońskiego roku łodkazywoł, chłodnie na jabka będzie budowoł. Chwalił sie wtedy, że na wielgim zgromadzeniu beł i wojewodzie jako postępowy rolnik przyrzek, że chłodnie wybuduje. Mówi-godo:

— Takem wojewodzie przyrzek, bo to tera, za Gierka, zielone światło dla rolnictwa. Poniektórzy to się śmiejo, że niby zielone to światło, ale żarówke ktosi wykrąciuł, a niektórzy jak Dereń, na swoje trafili. Nie telko trafili, ale pewnie ze dwa metry ta dziura w gront Niduszczakowej wlazła. I zaroz se pomyślałam, że tu wielgi skweres musioł być, bo Niduszczakowa choć wdowa i z córką tylko Jadźką, co ze świata dziecko przywiozła, jak w Jarosławiu pracowała, to czyjego nie weźnie, a i swojego nie popuści. A Dereń, że to cegielnie mo i pustaczarnie, sad jabkowy i śklarnie z kwiatamy, co je wozi do Rzeszowa, to przez te piniądze tak sie wzduł, że nikogo sie nie boi. Każdego podpłaci. Samam kiedyś widzioła, jak tyn nowy agronom, co w tej agronomówce siedzi, przyszed do niego, a nie wiedzioł, że Derenie krów nie trzymajo i po łobejściu mu chodziuł, byka lewego szukoł. A Dereń stoł, stoł, a potem mu godo:

— Panie mądry, jakby mi trza beło lewego byka trzymać, to bym i trzymoł. Skoczyłby mi pon na śpic hi, hi , hi! razem z pańską ustawą… A do reśty, jak mi się pon będziesz naprzykrzoł, to łodżałuje te sto tysięcy, podpłacęe komu trza i pódziesz se stąd gdzie indziej byka szukać.

No i poszłam łod tego dołu wtyndyk do Dereniów, a jego syn Andrzej akurot wyjeżdżoł trachtorem z przyczepo pełno pustoków i nie siad, tylko mówi:

— Babko, tyn wosz wnucek Sylwek beł u nos, bo chciał telefonować do województwa.

A zabyłam powiedzieć, że jeden telefon we wsi prywatnie Derenie majo, a reśta telefonów, to po urzyndach. Po nocy nieraz komu trza, to albo na posteronek do milicjantów, albo do Dereniów. Jak to bywo, u nos okolica spokojno, to i posteronek często zamknięty, milicjancio po domach śpio, to Dereń grzecznie i w nocy, czy świnto do telefonu dopuści, bo wi, że z bele czym, ktosi nie przylecioł go budzić. I Andrzej mówi:

— Piekny mo mondur tyn wosz wnucek, do samego kumendanta milicyj w województwie dzwoniuł i naszej poczciarce godo: „Łącz, pani, szybko, bo z samym kumendantem pukownikiem mom sprawę. Tu mówi Łowczy Wojewódzki.” Ale nic ważnego nie powiedzioł, tylko tele, że mówi-godo do suchawki: „Wisz co, Stasiu, już mi sie znudziło na tej twojej bramie tym twoim strażnikom sie meldować! Powiedz jem tam, żeby bez pytania mnie puszczali, a nie: A kto? A co?” Z samym pukownikiem Niedeptałą jest po imieniu.

Tak ci mi zagadoł, siad na trachtor i pojechoł, a ja dorozumiołam sie, że to pewnie wtedy beło, co z temi milicjontamy beł u mnie. Poszłam, pukom, otworzyła mi Helka, siostra Andrzeja niedawno wydano za Kasztaleńca. Drzwi łotwarła.

— Wchodźcie, babko — mówi i do kuchni prowadzi, gdzie akurat łobiod jedli i zaroz mi też kapuśnioku nalały; lubie kapuśniok, bo po nim zgagi nie mom.

I zaraz Dereń tyż o Sylwku mówi-godo:

— To już tera, babko, u wos minso na minso bedzie, jak wnuk mo takie stanowisko, przecie nie na sarninie czy jeleninie żeście się wychowali, to se tera łodbijecie.

Po prowdzie, to się u nos dzicyzny nie jadało, roz tylko, kiedy my beli w lesie po gałęzie na mietły, na starej porębie, gdzie leszczyna i młoda brzeza rosła, wilk nom nagonił sarne. Koło wozu my beli i pojadali kromki chleba, a mlikiem popijali. A tu kuń zacyno sie kręcić — łorcyki mioł zdjynte, ale ruszo sie jakby chcioł gdzie iść, a tata zaraz złapoł za lic i mówi-godo:

— Gdzieś tu wilk jest, wilka czuje!

I patrzymy, a tu sarna leci bez porębe, a za nio wilk nieduży, mniejszy łod tego łowcorka, co przy budzie u Dereniów, poszerszyniały cały, bo to pod wiesne beło, inom zabyła w którym roku, ale po pietnastym roku mi beło, za Polski już, a tata trzymo kunia, a ta sarna, co ją wilk już doganioł nuż do nos i pod wozem padła. Tako beła umęczona, że głaskać sie doła i ludzi sie nie boła. A tyn wilk chodzi dookoła i nie popuszczo, dopiro tata buchnoł łobuchem sikiry ło drugo sikire i tyn wilk sie spłoszył. Łopowiadom to nieraz ludziom, jak ło starych czasach sie godo, ale teroz ludzie miętkie i nie kuńcze tego zdarzynia, tak jak naprawde beło, bo uni zaroz pytajo, co dalej, to mówie, że dowieźli my w dalszy las te sarne i puściły. Bo roz, drugi łopowiedziałam, jak beło naprowde i patrzyli na mnie, jakbym co złego zrobieła, to teroski godom, że my jo puściły. A tak naprowde to tato tyj sarynce zaraz łobuchem przywalił, na wóz wrzucił i rogożom a gałęziamy łokrył łod leśnego, gdyby nos przy powrocie do dumu spotkoł. Jakem prawde mówieła, to zara beło godanie: „A nie żol wom beło? Przecie do wos przyszła po ratonek, to nie pieknie beło jo zabijać.” I tłumoc to ludziom. Niby żol, ale i tyli minsa, co z tyj sarny beło, też żol. Cały tydzień my rosół gotowali…

Inacy tera ludzie na zwierzyne patrzo i na ten przykłod downiej, to jak sie świnie biło na Wielganoc czy na Boże Narodzenie, to sie jo wiązało za noge do jabłonki, jeden trzymoł, a drugi żgoł nożem w serce, a una szalała i przesuchać nie możno beło jej krzyku. A teroski najpierw mocny chłop znienacka jo uwali łobuchem w coło między łeczy, potem dopiro, jak już spokojnie leży, nóż albo bagnet, co po Niemcach chłopy jeszcze majo, wbije i do miski czy rondla krew puści. I we wsi cicho jest przed świętamy, a przedtem to przesłuchać beło trudno, cały czas te świnie krzyczały. No, za Niemca, to też beło cicho, bo za zabicie świni, to mogli i zastrzelić. Tak beło! Łeb za łeb! Ale się ludzie wzieni na sposób i najpierw dusili skrynconym postronkiem i kołkiem.

A teroski spotykom chopoka od Stawigudzkiego, wiezie suczke tako mało, bioło, na motorcyku. Pytom sie go, co tam mo w tem koszyku, a un mało nie płacze.

— Musia — mówi — nie może się łokocić i wieze jo, żeby witryniorz cesarskie cińcie zrobiuł.

Światy cuda!!

Rozdział drugi

Ze dwa tygodnie mineło i Sylwek w tem swoim ancugu ze sznuramy złotemi łod gwizdka przyjechoł, tele że nie z milicjontamy, tylko z jakimś, co do sojuza jeździ, na rusko strone i z Ruskimi handluje; telewizory kolorowe przywozi, pozłacane łyżecki i złote łobrączki ślubne. Łobaj piani beli, ażem się boła, żeby jakiej sprawy z milicjo nie mieli, ale Sylwek mówi:

— Milicjont to mi telko zasalutuje, a łormowcem to ja sam jezdem.

I kawoł minsa z jelenia mi przywióz. Mówi-godo:

— Zawińcie to, babko, w szmate i łoctem polejcie i z tydzień niech poleży. — I mówi-godo: — W lasach za Sanem żem se naloz miejsce, gdzie se domek na lato postawie. Ze Stasiem my beli na polowaniu i zaszli my do chłopa nad rzeczko Mleczko, łobaj z drylingamy, to sie chłop zaraz zgodziuł, po dwa tysiące my mu zapłacili, kołki w zimie wbili i litr my rozpili. Potem my na kartce spisali, że tak a tak, un nom zimie, a my mu piniędze. Nawet na budowie zarobi, jak nom bedzie pomagoł. Podpisoł zadowolony, jakby mu kto w kieszeń napluł.

Pytom sie go i tyn, co do sojuza jeździ:

— Jak to tak, sami bedziecie budować?

A un:

— Sam sie bołem, jak to bedzie, ale Stasiu godo, że jest tako spółdzielnia, co altany robi i inne budy, obgada sie z prezesamy i postawio nom, kosztować dużo nie bedzie. Po uważaniu, że to my.

Udaje sie tymu chopokowi w życiu. Niech sie udaje.

Spotyko mnie Dereń. Jak to un grzecznie do mniepowiado:

— Pochwolony, babko. Czego to do nos nie zachodzicie?

A ja mu łod razu:

— Co mom zachodzić, kiedy tam u wos cały czas darcie i klątwy z Niduszczakowo, nie widzi mi sie po tym na świadka po sundach sie smykać, mieliście jej dać za to, coście weśli na jej gront, stajanie za sadem, i nie dajecie, a urzyndniki nie chco sie za nio ująć, bo sie wos bojo, baba krzyczy i płacze.

— Kiedym dawoł tom dawoł, trza beło brać, a tera kiedy una ometre sprowadziła i kołkamy zaznaczuł, ilem wzion, to nie dom, a una niech sprawiedliwości w sundach szuko, nie starczy jej na adwokatów, a mnie starczy. Jak ten ometra kołki wbijoł, to una do dołu wskoczyła, uwaliła sie na zimie, rynce rozłożyła, pazory wbiła, to ja nic, ino Andrzej nie wytrzymoł, do dołu wskoczył, łortalion z siebie zdjon i łokrył jo. Leżcie se tak, ciotko, bedzie wom cieplej. I zara z tego dołu wylazła. Nie ze mno jej wojować. A wy, babko za nio sprawiedliwości dochodzicie, to waszo sprawa. Za bardzo we wnucka wierzycie i władza was wzduła.

No to ja mu:

— Żebyście jeszcze mojego wnucka nie potrzebowali, nie wszystko da sie piniądzamy załatwić.

— Ale dużo — mówi Dereń i rynko macho.

Jakbym w zło godzine powiedzioła. Za dwa tygodnie poszed Andrzej na zabawe som i czepił sie Zośki Checiówny, ładnej dziewki, ale nicpotem, co z Mankiem Boguszem przyszła.

Bogusz tyż chłop jak dąb, za koszule Andrzeja pod grdyko chycił, koszula mu w garści pękła, strażoki porzundku pilnowały i jech rozdzieliły. Wracał potem Bogusz z zabawy nad ranem i nie doł mu się Andrzej dziewkom nacieszyć, bo dranke z płotu wydar, lu go w łeb. No i Bogusza do śpitola wzieni, a milicjancio, choć znajomi Andrzeja, na powiatówke go zawieźli, bo Bogusze cało noc jak katy nad duszo nad Andrzejem siedzieli i prekurator go kazoł zamknąć.

Patrze ja z rana łod chlewka, bom świni jedzenie zadawała, a stary Dereń z Dereniowo Janko, swojo żono, idą bez łąke do mnie. Nic nie wiedziałam ło tej bitce, bo to w nocy beło, a uny staneli i Boga pochwalili, i pedajo, cobym ich do chałupy puściła, bo sie łoglądneli, a łod Stawigudzkiego wyleźli i patrzo na nos.

Posadziełam jech przy stole, Dereń kaszlnoł i godo, żebym jem do Sylwka wnucka dojście nolazła, bo tako sprawę mają , że Andrzej niewinny, bo to nie un zrobieł, ino ktoś ta, a Andrzej z zabawy wcześniej wróciuł i do tego uczyciela, co u Dereniów mieszko i gmina za niego płaci, zaszed i pół litra wypili. A z Checiówno Zośko i z Checiami już załatwione, ani una słyszeć nie chce, że to Andrzej, mówi-godo, że wtedy sie łoglądnyła i za nic nie wie, z kiem sie Manek biuł. Musi Derenie już tam piniądzami jej gębe zatkali.

Poszli my z powrotem do Dereniów, ino żem im powiedziała, że jo sie na telefonie nie znom i nie bede z poczciarko godała, ino ony.

I godom jem:

— Dzwonimy do nadleśnictwa wojewódzkiego, bo tam może być Sylwek.

Pogadał Dereń z poczciarko i za chwile słuchawke przy uchu trzymo i mówi-godo:

— Tu z wami — tak Sylwkowi troi — waszo babka chce pogadać.

Wzienam słuchawke, ale nie bardzo do telefonu mom wprawe i tylko wykrzyczałam w te słuchawke:

— Sylwek! Przyjedź, bo sąsiod mo do ciebie sprawe. Weź taksówke. Sąsiod zapłaci.

I słysze jak Sylwek godo:

— Nie drzyjcie sie babko, skaranie boskie z wami i o co sie rozchodzi?

A Dereń godo, żebym Sylwkowi powiedzioła, żeby kogo najon, albo nawet taksówke, bo przecie tarpanem po pana Sylwka nie pojedzie, bo wstyd, a sprawa ważno.

To Sylwek godo:

— Po połedniu bede.

I wróciłam do dumu, choć Derenie chcieli, żebym siadła i salcesonu spróbowała, bo uny świnie na świnie bili i zawsze jakoś świeżyzna u nich beła. Ale mnie sie bekało po tem minsie jelenim, com se zgotowała z tej wymoczonej w łoccie łod zeszłego tygodnia jeleniny. Poszłam do dom.

I przyjechoł Sylwek taksówko, Dereń przylecioł i do niego w prośby. Mówi-godo:

— Ratuj pan, panie inspektorze — tak mu powiedzioł. I cało sprawe wygadoł.

— Słucham, a un przy tym aż zębami zgrzyce, bo wyszło na to , że tyn uczyciel, co u niego mieszko i gmina za niego płaci i co na niego liczył, że bedzie za Andrzejem świadczuł, a Dereń mu te piniądze, co gmina za mieszkanie uczyciela płaci, to bedzie co miesiąc łoddawoł, to ani ło tym słyszeć nie chce.

— Suczysyn — aż jęczy Dereń — co mu szkodzi zarobić! Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, już ja mu kiedy łodkaże, jak bedzie potrzebowoł!

I Sylwek mówi-godo:

— Zła sprawa jest, jak go prekurator zamknoł. Musze do Stasia polecieć i sprawe mu przedstawić.

I stojo tak naprzecie siebie, Dereń po kieszeni sie maco, to my z Dereńko poszły do kuchni, bo widać, że za darmo to nie bedzie, jakiesi przecie muszo straty być i łopłaty.

Pojechoł Sylwek, a porzundnym przyjechoł samochodem, z przodu tyn samochód mioł takie blachy błyszczące i z tełu, nie tak jak Dereniów tarpan, co niem Andrzej i Kasztaleniec do kościoła jeżdżo. A na łostatek mi Sylwek godo:

— Jeszczem sie w prekuraturze nie rozeznoł, chociaż une wszystkie polujo, a tyn Dereń to niech idzie do Bogusza i takem mu powiedzioł: „Podpłać tam, cowieku, i dobrze, żeby uni na prekuratora nie nastawały, bo jem zawsze lepiej bedzie mieć piniądze w kieszeni, a nie Andrzeja w kryminale.

I na trzeci dzień Andrzej już beł doma, bo pukownik do prekuratora zadzwonił. Pół świni potem Dereń powióz do województwa, a Bogusz w skórze zaczoł chodzić takiej, jak to na motorcyklach jeżdżo, jak jakiś derechtor. Tak sie jakoś nazywo ta maszyna, nie mom głowy do tego, no nie pamintom, emzetka...enzetka, ale ludzie cicho godały, że to Derenie mu kupiły. Powiozły też Derenie za San dwie przyczepy pustoków na podmurówke tech domków, co se Sylwek i kumendant pukownik w lesie za Sanem budujo.

Jakoś długo Sylwka nie beło, ze trzy miesiące cheba, chocioż łobiecywoł, że przyjedzie, ale pewnie roboty dużo mo, bo straśnie sie zawzion na tych rabsiców, kusowników, co mu szkody w zwierzynie w ty puszczy za Sanem robio i coraz to któregoś do sundu prowadzi, tak że mało który już zostoł. Nie przyiżdżoł, nie, aż w końcu przylatuje do mnie Helka łod Dereniów i mówi-godo:

— Babko! Dzwonił do nos twój wnuk łowczy wojewódzki, że przyjedzie ino nie som, a z kiem co ty wisz.

Zachodze w głowe, z kiem un przyjedzie, może z tym pukownikiem? Machnełam rynko i nic nie mówie, a una postała, postała i „do widzynia” powiedziała. A idź!...

Nie wiedziałam z kiem przyjedzie, ale tak myślołam, że przecież godoł kiedysi, że narzeczoną mo, a jej łojciec derechtorem jest banku i uni z dziada pradziada w mieście siedzo, i una wsi to nie znała, tele co pociągiem jechała albo z samochodu z daleka widziała. Spodziewałam sie ich wcześniej, ale to śniegi spadły, potem świnta beły i wielgi post potem, tyż po śniegach takich, że specjalna dmuchawa śnieg na drodze łodgarniała i dopiro teroz, kiedy skowronki przyleciały, to pewnie przyjedzie z to narzeczono.

Posprzątałam, palu nagotowałam, bo ja nie bardzo lubie, kiedy w izbie jest gorąco, ale takie niebożątko pewnie ciepło lubi, wygrzone przy tych kalafiorach. W kotle wody nagotowałam, coby mieli się w czym umyć, masło mom, bo krowa choć cielna, to te kapke mlika jeszcze daje, syr mom, już stary, ale tusty, chlib upiekłam z mąki żytniej, pszenicznej i jęczmiennej na zakwasie, jak Pan Bóg przykazoł. Downiej to na żarnach sie takie mąki robieło, ale Niemcy łojcu żarna rozbili, no tom kupiła w młynie u Fryca. Stary młyn, a najlepszo mąke daje, chocioż jeszcze kamieniami miele.

No i przyjechoł wnucek na motorcyku, przyjechoł, a za niem uczepione takie nieduże dziwce w portkach i w kurtce z kożuchem koło szyi i na głowie. I łod razu mi Sylwek mówi-godo, cobym nie godała ło jej łojcach, bo to nie ta narzeczona, co mi jeszcze przed świntami mówiuł, nie ta derechtorówna, ino inna, jej łojciec u wojewody robi, jakiemś tam jest. „No — myśle se — nie ta, to inna, trudno”. Pytom się tylko:

— Skąd taki duży motór mosz?

A un godo, że to pukownik mu naraił, bo u niech na kumendzie takich różnych motorcykli i samochodów stoi, co je złodzieje pokradli ludziom i te, co sie do niech nikt nie przyznaje, to je komisyjnie za bele co przedajo.

— I ja se też kupił. Ruski, ale dobry.

Dałam jem jeść. Pogoda akurat beła, to poszli na szpacir, un wysoki z czorno brodo w skórach, a una malutka przy niem, w tem futerku, co przyjechała uczepiona mu pleców. Wrócili, jak sie ciemniło, pojedli jajeśnicy, a un mówi-godo:

— Smutno u ciebie, babko, bo telewizora nie mosz. Już lepiej do taty do Łopoczna jechać, ino tata nie lubi, jak z kiem przyjade. Ale ja ci, babko, umilę wieczory, bo ci telewizor przywieze. Pogadom z komornikiem, un ciungle ma jakieś telewizory, co ludziom łodbiro, co czynszu nie płaco i takie róźne.

Myśle se, że dobrze by beło mieć taki telewizor i mówie:

— To już jak tak chcesz, to mi tyn telewizor załatw.

Godom tak i myśle, jak jeich tu ułożyć na noc, bo przecie nie na jednym łóżku, na jednym posłaniu. Moje łóżko, com jeszcze z mężem nieboszczykiem sypioła jest i dotund na niem śpie, ślubanek pod łoknem, to go rozłoże, kożuchem nakryje, prześcieradło na kożuchu położe, dwoma kocamy dziewuszyna sie nakryje, a Sylwka wnucka położę w tej izbie, co je suśnia. Piec mom duży, jak sie dom budowało, to i piec sie budowało taki, żeby beł w kuchni, a jego koniec duży jeszcze, który beł w izbie, to grzoł izbę. I tak pod blacho sie poliło, na blasze żeleźnioki stały, a w niech warza na łobiod i jedzynie dla świń, poidło lo krów i kocieł na gorąco wode, wpuszczony koło paleniska. A tyn drugi koniec pieca to beł w izbie i grzoł izbe. Nazywało się to suśnia, bo tam bańki stały na mliko, co sie je suszyło. Jak małe dziecko beło, to i pieluchy tam możno beło ususzyć na śnurkach. Teroz baniek nimo, bo sie mlika do mliczarni nie łoddaje, pieluch nimo, ale jak pole w kuchni, to łod razu izbe grzeje. Na tem łóżku, co kiedyś na niem moje dziewki spały, umyśliłam Sylwka położyć, a dziewuszkę na ślubanie.

Zasnęłam spokojnie, ale bogać tam! Nie wim czy północ beła, czy po północy skrzypnął ślubanek. Budze sie bom przecie niezwyczojna, że kto u mnie śpi, a to małe, co na ślubanku, łobijo sie o sprzęty i łotwiro se drzwi do tej izby, co Sylwek, a un światło se zaświcił, żarówka tam dziesiątka beła, śpara jest, to widzę… Coś se tam powiedzieli, światło widze, co pod łobrazem Matki Bożej beło. „Trudno — myśle se — takie czasy, że nie kawalery do panien chodzo, ino panny do kawalerów”. I już zasypiam. I pewnie bym i zasnęła, ale una wziena tak jurceć i jęceć, jakby tyn Sylwek ją tam proł. Wstałam i bez te śpare zaglądom, co drzwi niedomkninte, a to małe po Sylwku się tłuce i pod sufit podskakuje. Światy-cuda! Przecieżem chłopa miała i trójke urodziłam, ale żeby takie…

Zamkłam drzwi jak należy i jagem się zbudziła rano, to una jeszcze na ten ślubanek nie wróciła. Wstali i umyli sie, pojedli i Sylwek po izbie chodzi, przy sprzętach sie zatrzymuje. Myślę se: „Pewnie mirzo gdzieby tu tyn telewizor postawić”, a un godo:

— Wicie co, babko, to łóżko to wam potrzebne w ty izbie, com społ?

— No, nie za bardzo, bo na niem nikt nie śpi, chyba jak ty przyjedziesz.

— Jak przyjadę — pado un — to sie i na ślubanie prześpie, jak mi trza będzie, a tero mom inny pomysł. To łóżko, co w izbie, to się do na strych, a na to miejsce postawimy tam zamrażarke. Stoi u komornika, tako w sam roz i ja jo tu przywioze.

Ażem gębe roztworzyła, tak mi to dziwne beło, jako znowu zamrażarke un wymyślił. A un godo:

— Przecieżem wam jeleniny kiedysi przywióz i w łocet trza beło jo wsadzić. A jak tej jeleniny jest wincy, to i łoctu nie nastarczysz. Zamrozić trza.

Myśle se, że tako zamrażarka to na elektryke i mówie mu, że piniędzy nie nastarcze, taki bedzie wydatek. Un macha rynką.

— Rachunki za elektryke to ja zapłace i nie myślcie, babko, że tako zamrażarka tak dużo ciungnie. Tako drugo mom w dumu.

I na drugi tydzień milicyjno nyso zamrażarke przywióz. Nawet Sylwka nie beło, pewnie za tymi rabsikami za Sanem chodził. Z tymi milicjontamy beło śtyrech ludzi, wnieśli do izby te skrzynie, a wieczorem przyjechoł Sylwek z tem pukownikiem, jelenia w kawołkach poćwiartowanego w bagażniku warszawy przywieźli. Srogi ten pukownik wyglondoł. Dwie półlitrówki Sylwek mioł, prawie całe wypili, we mnie też wmusili pół śklonki. Lubi go tyn pukownik, jak se tak podpili, to sie całowali. Światy-cuda! Żeby chłop z chłopem sie tak całowoł, jak kawalir z panno.

No i nie wiadomo, z czego u mnie smazone i piecone bedzie. Ino Sylwek mówi-godo:

— Babko! Ino ani mru mru, Wiem, że lotocie po wsi, po kuminkach, przecie was Kuryjer nazywajo. Ani o zamrażarce, ani o jeleniu, słowa nie puśćcie.

— A gdzież bym tam!

Rozdział trzeci

No i co z tego, że mnie przezywają Kuryjer. Nudzi mi sie siedzieć samej w dumu, dobrze też wiedzieć, co sie u sąsiadów dzieje. Ot, chociażby wczora zaszłam do Bołdów, a ludzie do niech chodzo, bo un kowol, byle co zrobi, co w gospodarce potrzebne. Bołd jest powolny taki, że słowa łod niego trudno wycisnąć, a una tako jak un, flegmy w niej dużo, i pamintom, co godoł Jasiek łod Rakuszana.

— Burza idzie sodomska. Zaszedłem do nich — godo Jasiek — i Bołda skończył kuć, bo przy żelazie to sie w czasie burzy nie rebi, i siedze se tak na stołku, a Bołda tyż se usiad na taborecie, a una na ławce przysiadła. A tu łysko sie i grzmi sodomsko i znienacka łysneło, zadymiło, wpod piorun bez gwoździa, co beł wbity w ściane pod sufitem, zesunął sie po ścianie, przelecioł pod ławo, co na niej Bołdowa siedzioła, utrącił dwie nogi u ty ławy i bez mysio dziure poszed w zimie. A jak utrącił te nogi, to Bołdowa na tyłek spadła i siedzi. Izba pełna siarki, Bołda wstaje z tego taboreta, na którym siedzioł, gębe mo łotwarto i ani słowa nie godo, a una wstaje z zimi i spokojnie siado na drugiem taborku, co przy stole stoł, i cisza w chałupie, nikt ani słowa nie powiedzioł.

Tako jest! Uni tacy spokojni, ale w izbie zawsze ktoś jest i akurat jagem przyszła, to Maryśka łod Zakościelnego przyleciała i pedo:

— Nic nie wicie?!

Uni nic, a ja zaraz ciekawa.

— A co jest?

A una:

— No to się Dereniom dostało! Dziadek Zagórny beł na poprawinach u Jagody na Hornośniku i Derenie tam też beły, tarpanem cało rodzino przyjechały. I Andrzej se przymawiał z jakąś miastowo dziewko z Białobrzegów łod Łańcuta czy gdzieś, i una, ta dziewka, za niem polazła gdzieś tam na strych, bo ten Jagoda to mo wysoki dom. Polazła to polazła, wicie jak jest. Zloz Andrzej z tego strychu i una wypadła stamtąd i na niego z pazorami skokała, że jo tam zgwałcił gdziesi na pszenicy, co tam beła wysypano. I dzisiok przyjechała do Dereniów z adwokatem, takiem mercedesem z wyłupiastymy latarniam, i z łojcem i matko, ale uni syreno kraso z przodu malowano.

Poderwało mnie.

— Skąd to wisz?!

— A łod Zagórnych. Sprawa nie lada. Kunert, łod nos, co jest taksówkorzem, mioł tako historyje z dziewko, co ją wióz nad ranem z wesela. I też tam coś między niemi doszło. Jak una chciała za ten swój gwałt trzydzieści tysięcy, to na rozprawie trzech świodków postawił drużbów, że sie z niemi na tej zabawie wicie co… i nic nie pomogło. A ło trzydzieści tysięcy sie rozeszło, co nie chcioł dać na załagodzynie. Trzy lata dostoł, niedawno wysed.

Dziadek Zagórny tyż tam szedł i widział na podwórzu u Dereniów te samochody. Z mercedesa wysiod tyn adwokat Wikierski, co go Zagórne znajo, bo dziadek się procesował z przyrodniem. Po co by adwokat z jakiemiś ludźmi do Dereniów przyiżdżoł, jak nie za interesem.

A to ci! Nic, ino polece do niech, ino tak przed wieczorem, że niby na telewizje. Jak to prowda jest, to znowu by Dereniom krwie popuścili, tak jak wtyndyk z Boguszami. Ide se do dumu, specjalnie koło Dereniów, ale ani tam samochodów nie widać, ino Andrzej i Helki mąż, Jasiek Kasztaleniec, lejo beton do fondamentu pod chłodnie. Dochodze do dumu, patrze, a tu Sylwek wnucek jedzie ci do mnie na motorze tym swoim dużym. Dojechoł se, postawił tyn motór. Myślę se: „Pewno po minso tego jelenia, jeszcze tam coś z tego minsa zostało, bo przecie wybieroł...”

A un ani o mięsie nie wspomino, ino podo:

— Babko! Jakby kto o te twojo zamrażarke pytoł, abo o minso, to udawajcie gupio, że nic nie wicie ani żeście nie słyszeli, i do chałupy nikogo nie puszczajcie, bo tu myśliwi mogą przyjechać.

— Myśliwi? — pytom. — Co do mnie majo myśliwi? — A już dorozumiałam sie, że to minso z rabsikowania, a nie z tego urzyndu, co Sylwek tyn mondur nosi.

I pojechoł Sylwek. Ze trzy dni minęło, a tu spotkoł mnie młody Dereń. Patrzy na mnie i mówi-godo:

— Coś wam, babko, nos na kwinte wisi. Stało się co? — i morde ci mo tako ucieszono, jakby mu kto w kieszeń dwie pinćsetki wsadził.

Zezłościłam się, bo mnie tak zagadnoł z nagła, ale że nie lubie, żeby jaki smark po mnie jeździuł, to zaraz mu łodkazołam:

— Co mi mo nos na kwinte wisieć? Niech temu wisi, co do niego adwokacio jeżdżo.

A un znowu:

— Adwokacio jeżdżo i odjeżdżajo, a u wos zanosi sie, że posiedzą dłużej. Kto mo na adwokatów, to mo, a kto nie mo, to i do ciurmy może trafić.

Zdrechło mnie, bom se o Sylwku pomyśloła, alem też pomyśloła o pukowniku i powiedziołam:

— Nie do wszystkiego musi sie dołożyć…

I minęłam go, a un za mno krzyknął:

— Już tam z waszego Sylwka w województwie tyn paradny mondur zdjeni, w dżinsach tera chodzi, nie świci ludziom w łecy złotym gwizdkiem…

I jużem wiedziała, że cosi złego ze Sylwkiem, i inom czekała co dalej, co ludzie bedo godali. Poleciałam do Rakuszanów, siedze, ale uni pewnie nie wiedzo nic o Sylwku, bo ani mnie nie zaczepiali.

Wracom do dumu i widze, że na podwórzu elegancki samochód stoi, wielgi i na żółto malowany, i Sylwek przy niem, ale nie w mondurze wojewódzkim, ino tak jak Andrzej pedoł w dżinsach.

— I co? — pytom. Pono cie wygnali ze stanowiska?

A un:

— Chcieli, ale jem nie wyszło. Derechtorem tera jestem w klubie sportowym ludowym.

Zezłościłam się.

— Godaj tu zaroz, co z tobo, bo sie ludzie z ciebie tu śmiejo, żeś z monduru łoblaz i w dżinsach lotosz.

— Bonanza tu beła, to prowda — godo Sylwek — ale Stasiu mi nie doł krzywdy zrobić, a i tak po prowdzie, to my tego łosia razem z kałacha pociągneli.

— Z jakiego kała… — bez usta mi to nie chciało przejść, ale un macho rynko.

— Łod początku wom powiem. Kałach to taki… jak wy to nazywocie po austriacku maszyngwer, a jo od paru tygodni pod Janowem takiego łosia, no klempe, czyli krowe miołem na łoku. Powiedziołem Stasiowi, a un zaroz się zapolił i mówi-godo: „Wypróbujemy kałacha na niej”. Zniós do samochodu tego kałacha i jedziemy. Pod wieczór miesiąc temu, we cwotrek, w łogniu padła. Pińć strzałów.

— W jakiem łogniu? — pytom.

— No tak się mówi u nos, myśliwych.

— Przecie żeś juz nie myśliwy.

— No nie, tylko mi broni nie łodebrali, inom im zdoł wiatrówke.

— Godaj tu zara, jak to z tym twoim stanowiskiem, a nie o jakiejś wiatrówce!

— No właśnie — un pedo. — Do ciemnej nocy my tam przy tej klempie gospodarowali, skóre my ściągnęli i minso do pięciu plecaków załadowali. Przywieźlimy te plecaki do bloku nad ranem i Stasiu pojechoł do dumu, tele co my pół litra rozpili. Wtaszczyłem te plecaki na góre, wysypołem to wszysko do wanny w łazince i walnołem sie spać. Przed południem słuchom, a tu ktosi dobijo sie do drzwi. Łotwierom, a tu prekurator, znajomy, mrugo do mnie, razem wódke my pili po jednym polowaniu, co un sarne kotno strzelił i potem do Stasia przylecioł, bo mu koło pióra jakiś tam z jego koła robieł. A że tamten, jak u chłopa nocowali, to dubeltówke nabito postawił i jak padła na ziem, to wypoliła i gumioka chłopu przeszczeliła…

— Co ty mi tu breszesz ło gumiokach! — znowum sie zezłościła. — Tu mi mów, czego ci taki ładny mondur łodebrali.

— No i właśnie, widze, że prekurator mo koło siebie jakiegosi cywila z siwym wąsem i pyto: „Czy pon Dzwoniatko?”, a przecież zna mnie dobrze. „Ocho — myśle se — to nie w kij dmuchoł” i mówie: „Tak się nazywom”, a un: „Tu jest — pokazuje na tego cywila — pan pukownik z naczelnej rady łowieckiej i reprezentuje gienierała Huszczę, prezesa tej rady”. A tyn pukownik sie zniecierpliwił, że tak pod drzwiami stojo i godo: „Wejdźmy, to jest za poważno sprawa, żeby jo tu na schodach załatwić” i tak jakoś bokiem koło mnie wloz, a tyn prekurator za niem. A tyn pukownik zna sie na takich sprawach pewnie, bo łod razu pyto: „Gdzie tu łazienka?” i łotwiro drzwi do łazienki. Gorąco mi się zrobieło, bo tam wanna pełna minsa. I do mnie: „To pon Łowczy Wojewódzki rzeźnie jakąś tu prowadzi?” A jo: „A to jest minso z łosia, panie pukowniku, com w lasach janowskich kusownikom łodebroł”.A tyn francok, zamiast na tym zakończyć, to pyto: „Rozumiem, że tyn kusownik przy tym minsie został złapany i siedzi?” Mówie: „No, nie jest w hareście, bo ucik”. A un: „To nie momy co więcej godać. W imieniu generała Huszczy zawieszom pona w urzyndowaniu jako Łowczego Wojewódzkiego. Pon, ponie prokuratorze sporządzi łodpowiedni protokół. Chciałbym, żeby sprawa nie ujrzała światła dziennego, bo wstyd, chyba że napłyno dalsze oskarżenia!”

Ja wiedziołem, że ludzie mnie nie lubio bez to, że mom znajomość ze Stasiem, i nie spodziewołem sie, że ktoś mnie łobserwowoł , do Warszawy zadzwonieł, czy nawet do Huszczy pojechoł, ale jeszcze to wim, że sierżant z SB znaczy więcy niż jakiś tam major z piechoty, czy nawet z czołgów, a co dopiero pukownik, co dowodzi cało SB w województwie, i zaraz poleciołem do Stasia. Un już ło wszystkiem wiedzioł, bo wcześniej u niego beli. Udoł, że ło niczym nie wi, na drugi dzień zwołoł wojewódzko Radę Łowiecką i powiedzioł: „Chopok jest politycznie porzundny, noga mu się potkneła, jak to się może cowiekowi zdarzyć i zdymujemy go ze stanowiska za to, że tego kusownika nie złapoł. Chopoka nie można zmarnować!” I akurat beło derechtorskie stanowisko w wojewódzkiej radzie elzetesów, no i — godo Sylwek — mnie tam mianowali, a na łowczego dali jakiegoś dupka, co w kumitecie wojewódzkim w wydziale kultury robieł. I nawet lepiej, bo broni mi nie łodebrały, a samochód służbowy sie mi należy, tele że musiałem sprawe z honorowym prezesem zeteselu, co sie Pustułka nazywo, łopić. Ale to chłop już starszy i słabowity, to dużo wódki już nie zniós i musiołem go tym samochodem, aż na dziesiątą wieś gdzieś pod Hutę podwieźć.

Jażem nawet nie pytała o reśte, gront, że stanowisko znowu mo, śniadanie mu zrobiełam, do zamrażarki zaglądnoł i mówi-godo:

— Jak sie troche uspokoi, to ci dzika przywiozę tustego. Musimy znowu ze Stasiem na dziku kałacha wypróbować. To nie jałowizna z jelenia, minso bedzie jak ze świni na Wielganoc.

Nieroz mi ludzie godały, że tyn mój wnucek nicpotem, i najwięcy jak już mu mondur odebrały i wydawało się, że nic nie będzie znacył, ale potem zaroz ucichły, jak go zobaczeły w tem polonezie, co niem raz i drugi do mnie przyjechoł. I tak jednego razu, może pół roku minęło, przyiżdżo i wyciąga z tylnego siedziska zawinięte w koc coś grubego, i wnosi do chołpy. Myślołam, że to znowu jakieś minso, ale graniaste to beło, bez koc widać, że mo to kanty. Wnosi do chołpy, kładzie na stole, łodwijo, ja sie patrze, a to telewizor! Mówi:

— Nie będziesz po ciemacku, babko, siedziała, a jak zacznie sie ciemno rebić, to se telewizor puścisz i zobaczys, co sie w Polsce dzieje.

Jażem myślała, że se o tym telewizorze zapomnioł, bo dwa razy z dziczymi szynkamy przyjechoł, a ło telewizorze ani słychu. Sylwek jak co powi, to i babce dotrzymo.

— Skądeś ty go wzion? — pytom, bo przecie chebaś w sklepie nie kupił.

A un godo, że u niego w tem klubie beły dwa telewizory, jedyn kolorowy z Sojuza, ale nie pamintom, jak sie nazywo, a drugi taki som duży, czorno-bioły co sie nazywo Klejnot — ładnie się nazywo.

— Co mo stać w kącie i nie pracować, kiedy u wos, babko, bedzie jak w som roz. Jutro przyjedzie tu taki macher z Pruchnika z antyno i ci to wszystko podłączy. Ino mu po tym porzundnie daj jeść, mosz jeszcze przecie minso z tego dzika, com ci w kwietniu przywióz.

— A pewnie, że mom, bo przecież w sklepach tera minsa nie dostaniesz, nawet konserwę z ryby nie uświadczysz. Chciałam mojo świnkę na spęd wieźć, prosiłam Lichutkiego, żeby wózkiem mi podjechoł, mo taki, co se som zrebił, to sie tylko w głowę popukoł, mówi-godo:

— Nikt teraz na spędach nie sprzedaje, górniki przyjeżdżająo ze Ślunska, węgiel przywożo, chłopy świnie bijo i jem ładujo na samochody. Tam na Ślunsku tyż minsa nimo, bo co chwila jakieś kopalnie strajkujo. Jakbyście, babko, mieli telewizor, to byście widzieli. Ino to w telewizji nie godajo, że to strajk, a przerwa w pracy.

Jakby mi Lichutki w godzine powiedzioł i telewizor jest. A wnucek Sylwek siod se do śniadania, jakem mu zrobiła jajeśnicy i gęba mu sie nie zamyko, bo tam w tem klubie dobrze, roboty prawie żadnej, z temi szportowcami jeździ, a to do Sojuza, a to do Czech, a nawet do Niemiec. Jakiś mecz tam grali, butów nawióz, a z Sojuza łobrączki złote przywióz i zara mu kupili Staszewscy, ci spode drogi, co jeich łojca Podfosiokiem nazywali. Wnucke wydawali. A Sylwek to godo:

— Jak sie ludzie u nos cieszyli, jak mnie zdjeni z wojewódzkiego łowczego, jak to mi w łocy zaglądali, mało co to mi na palcu zyg, zyg, zyg marchewka nie robieli i tera to znowu zaczeni sie kłaniać. A jo nic — godo Sylwek, ino jak jadem mojem polonezem i na tyn przykład na śtrece przed ślabanem stoi pare samochodów, a ślaban nieraz i dziesięć minut zamkninty, to nigdy nie staje w kolejce. Podiżdżom do przedu i wciskom sie na chama przed pirszy samochód, chyba że to wóz z Kumitetu Wojewódzkiego, albo łod wojewody. Ale jak zwykłe ludzie, czy z urzyndu jakiego z gieesu abo z innej spółdzielni, czy z wetryniarni, abo nawet z pogotowia, to wyskoczy taki mądry i z pyskiem leci, a jo szybke zasuwom i mało co, tele że to niepoważne, to bym mu język pokazoł. A to wom powiem, babko, że przywioze wom jeszcze dwa chodniki porzundne, co zwinięte leżo na zapleczu mojego biura. Co majo bezczynnie leżeć, z Ukrainy przywiezione, z Winnicy jako dar. Zaprzyjaźnilimy sie dobrze, to se tak darzymy: my jem jakiś dar, a uni nom. Stasiowi to z Krymu dywan przywiezłem, wzion se do dumu, do Rzeszowa. — Tak godo wnucek i po mojej myśli ta jego zaradność, tele że nie żyni sie, chociaż mu już i trzydziestka wnetki stuknie i z trzema chyba narzeconymi u mnie nocowoł. Ale w Bogu nadzieja, bo te narzecone zminio, teroski młode z tej rolniczej szkoły, co to w pałacu po Rafińskich został i tam szkołe założyli.

Rozdział czwarty

Minęło troche czasu, a Sylwek znowu jest. Przywióz mi dwa długie na pińć metrów czerwone wełniane chodniki i tako jakoś kolorowo jak tyncza plastikowo zasłone, co się zakłado na telewizor i ma wyglądoć jak kolorowy. Jo tam w takie śtucne czary nie wierze, bo mi przypominajo jak za Niemca na Wigilie przyniós mój nieboszczyk we flaszce tako wode, co jakoś tak sie nazywoła jak herbata. Łyżke tego cudactwa się dawało na pół litra gotowanej wody i wtedy ta woda zamieniała sie w herbatę z rumem i jeszcze ocukrzono. We Wigilie popiliśmy tej herbaty po kapuście z grochem i posneliśmy zadowolyni. Marysia, starszo moja córka, z rana wstała i że łakoma beła, to tej herbaty z trzoch łyżek zrobieła. Na połednie wieźlimy jo, do dochtora do Pruchnika, co jo ledwo łodratowoł.

A innym razem, już za Gierka, że to zielone światło dla rolnictwa beło, chodzieł witryniorz po wsi i zadawoł krowom takie kabletki żółte, w som roz wyglądające jak akron, co na gardło, jak kogo bolało, sie brało. Dzieci tyn akron chętnie cmoktały, bo to słodkie beło. U Pacholca, u tego, co słynny beł z tego, że jego matka z jego żono synowo, łod siedmiu lot ani słowa nie powiedziały do siebie i akurot jego synek, co mioł trzy lata, leżoł w łóżku, bo cosi mu beło, krzypioł czy co, a te kabletki dla krów leżały na stole. Żółte beły jak tyn akron i jakoś jedna z niech, co miała być dano rano jałóweczce takiej, co już sto kilo miała, znalazła się na ty ławie, co stała przy łóżku. I Pacholcowa do tego synka, któremu dali na imię Robercik, mówi-godo:

— Co ty mosz takie żółte wargi?

A jej świekra, która siedem lat z nią nie godała, łozwiera pysk i godo:

— A to pewnie zjod te kabletke, co na ławie leżoła.

Zjod to zjod, poszły do swoich robót. W połednie chopok zrzygoł się, poszła młodo do Derenia, zadzwonieły po pogotowie. Przyjechało pogotowie, zabrało chopoka. Pojechoł z niem dziadek, łojciec Pacholca, co bardzo wnuka kochoł, ale likarzowi, co dziecko przyjmowoł w śpitolu, nic nie doł. Zgłosił sie po dziecko z rana. W śpitolu ruch sie zrobiuł i lekarze i pielęgniarki przypomniały se ło Roberciku. Gdzie dziecko? A chopocyna zostawiony z wieczora w pustym pokoju, z łóżka zloz, bo nikogo w izbie nie beło i pewnie sie ciemności boł i pod łóżko wloz. Rano już chopaczka sztywnego naleźli pod tem łóżkiem. Wielga sprawa i rozprawa. Prekurator jeździ, szuko tego, kto to kabletke dziecku doł, witryniarza za łeb, milicjancio przesłuchują, nic nie wiadomo. Likarze zaklinają sie, co dziecko całą noc lecyli i trudno, nie wyżyło. I tak dochtorowi jego władza dali upomnienie, że beł winien, bo innych dochtorów na pomoc nie wołoł, witryniorza ciągali, że tej kabletki jałówce nie doł, a zostawiuł, a według mnie, to za łeb powinny brać staro Pacholcowo, bo to una, na złość matce, dziecku kabletke podłożyła i dochtora za łeb, co sie dzieckiem nie zajoł, bo piniędzy nie dostoł. Tak to ci! Nie wierze nikomu i nicemu, bo wszystko co z miasta to okłamane i oszukane.

Tak tyż te niby kolory, co Sylwek wnucek przywióz, to telko głowa łod tego boli, a uciechy żadnej nie mo. Jak Sylwek pojechoł, na drugi dziń tom to zdjena i pod ślubanek wrzuciła. A nuż by z tego co złego beło?

Długo po tem od Sylwka nie beło wiadomości, a w Polsce ruch sie robieł coroz winkszy i albo fabryki strajkowały, abo konferencyje Solidarność robieła. Słuchom roz i łoglądom w telewizorze, a tyn Wałęsa z Matko Bosko w klapie mówi-godo, co derechtorów trza na taczkach powywozić, i ksinża jak mogo, tak między ludzi wchodzo i roz do zgody namawiajo, a roz judzo, w partyj wszystkich sekretorzy pozmieniali i tyn co u nos beł najwyższy, Mołodej, poszed gdziesi do Warszawy, a na jego miejsce jakiegoś leśnego wybrali, swojego pono chłopa, i zara milicjancio wzieni sie do roboty, jakiegosi cowieka we Wrocławiu nakryli, co brelantamy i innymi kamieniami handlowoł i połączenie z telefonu mioł z rzundem; pukownik milicyj, kubek w kubek taki, jak mojego wnucka Stasiu, ło tem wszyskim godoł w telewizji przy ludziach, a Dereń znowu jak mnie spotkoł, to mówił, że tego chłopa łod tech brelantów i pereł znoł, bo un pochodził z takiej wsi gdziesi nad Wisło, co sie Cygany nazywała, i un z dumu pojechoł i na tych brelantach sie wyszkolił. Ciekawa bełam, co dalej bedzie z tem pukownikiem i tem człekiem z Cyganów, co telefon miał połączony z rzundem, ale potem juz ucichło. Wiadomo, że jak taki mo do czynienia z brelantamy i perłamy, to i piniądze mo, a jak mo piniądze, to podpłaci, gdzie trza.

U nos we wsi tyż ruch. Kółko rolnicze, co nabudowało za góro chlewni i świnie tam trzymało, a derechtor łod tych świń to posłem mioł juz być, ale coś sie łodwróciło, poseł na chorobowe do śpitola, i stoi to tera puste, bo paszy nie majo, tele że ludziom, co sie tyż wzieni strajkować leguralnie płaco, a piniądze majo z maszyn rolniczych, co je przedajo. Nawet Dereń se kupił kombajn zbożowy Bizon, co beł zepsuty i tańszy bez to, ale Kasztaleniec godoł, że w mig naprawio.

U nos tyż teroski jest Solidarność Chłopska i przewodniczącym został taki chopok, co sie do roboty nigdy nie broł, ale jak beło to zebranie, co Solidarność zakładali w dużej sali w gminie, to straśnie tam skokoł na rzund i partyje i na krzywde chłopską narzekoł, aż sie zapienił i go wybrali na przewodniczącego. Teroz jest nie bele co, milicjancio mu salutujo, bo kiedysi w klubie w Wiśniowej beła zabawa, jeden chopok się upił i mocno wszytkich bił. Polecieli na posteronek, żeby go uspokoili. Jak dwoch milicjontów przyszło i brało tego chopoka, to ci co stali na dworze, wzieni sie do tych milicjontów i dali jem po łebach, chopoka puścili, a te milicjancio ledwie z życiem uciekli. Andrzej Dereń też sie wzion za rzundzenie. Założyli Związek Młodzieży Wiejskiej, gdziesi beł w Warszawie i godo, że porzundek zrobio, bo majo takiego, godoł, ale zabyłam jak sie nazywo, co go sam Jaruzelski do partyj na kierownika wciągnoł. Jakoś un się nazywoł tak śmisznie, jakby świergotało, ale nie o nazwisko sie przecie rozchodzi. Łod Dereniów mi jakoś nie wypado dzwonić do Sylwka, bo zacenam sie i jo za siebie łoglądać, bo przecie Sylwek wnucek nie bardzo beł tam w mieście lubiany i w tem klubie, co w niem beła księgowa, a un jo nazywoł gupio cipa, juz mu narosło. A i znajomości z tem pukownikiem Stasiem, do którego se wchodził, jak chcioł, tyż sie ludziom nie podobajo.

Cicho se siedze, ale jakiegoś dnia, kiedy Sylwek sie tak nie łodzywo, myślę se: — podjade do niego. Autobusy przecie chodzo. Wyszłam na droge przed mostem na Sanie, kuniec listopada, przystanek nie pokryty, dyszcz i zimno, peleryno sie łokryłam plastykowo, czekom. Podjechoł autobus, wlazłam i siadłam koło jakiejś baby, co koszyk se postawiła z boku na siedzeniu, tak że przycupnęłam koło tego koszyka i choć sie we mnie wszystko łobracało, to sobie myśle, przecie ledwo wlazłam, to zara swarów nie bedem zacynać. Jedziemy, jedziemy, a una godo:

— Cały czas sie trzęse, bo jak w tamto środe jechałam, tom musiała spod Przeworska do samego miasta iść na piechty i inni tyż.

— Jak to na piechty? — pytom. — Bielet żeście mieli przecie, jak wos do pekaesu puścili?

— Co jem tam bielet! Wsiadłam w Kopaniu, wszystko beło w porzundku, a przed Przeworskiem, może z dziesięć kilometrów beło, a jakiś podjechoł na motorcyklu, zatrzymoł autobus.

— Milicjont? — pytom.

— A gdzie tam milicjont! Jakiś z łopasko cerwono-biało…

— I co? — pytom, bo sama się przestraszyłam; nie na moje nogi dybać na piechty.

— A jak tyn zatrzymoł pekaes i se z szoferem pogadoł, to szofer mówi: „Wysiadać musicie kobitki, bo jo musze zawracać. U nos, w Mielcu, w pekaesie strajk, bo sekretorz partej w Rzeszowie… jakoś mu tam, nie pamintom Korba czy jak, nie mom do tego głowy — syren nie doł włączyć w fabryce, jak Solidarność chciała, i wszystko stoi w fabryce, w mieście i uny muszą stać.”

— Matko Bosko! To jeszcze stojo? — żem się przestraszyła.

— No nie, ale mogo stać, jak jem władza cosi na przekór zrobi.

— A to ci…

I tak my jechały pod strachem jaz do województwa.

Wysiadłam na stacji pekaesu i pytom, gdzie tu klub. Jedna kobitka w tem ruchu, bo mi w łocach migało, tak ludzie w tem województwie lotają z miejsca na miejsce, nikt nie chce słuchać i una sie w końcu zatrzymała, blondyna, jak nie przymierzając Helka łod Derenia, ino starszo, i mówi-godo:

— To blisko, babciu. — I pokazuje palcem. — Bez jezdnie przejdziecie i jeszcze ze pięćdziesiąt metrów, a czytać umiecie pewnie, to tam jest dużymi literamy napisane, że to Ludowy Klub.

Idę i tak se myśle, że kobity to zawsze so na dole. Miałam jej ochotę cosi wyzgrzytać, bo tak mi powiedziała łod serca „babciu”, a jako jo lo niej babka? Zdrechneło mnie, alem słowa nie nalazła. I lotego mówie, że kobitom zawsze gorzej. Stary Materna w sklepie w Pruchniku, jak go jakaś taka paniusia łod dziadków nazwała — tak mu pedziała: „Posuńcie się dziadku” — to un jej na to: — „Dziadki to z torbamy po prośbie chodzo, a widziała mi paniusia torbe?!”

Cały sklep się pono śmioł. A jo jej na to nic, babom zawsze gorzej. Ide se, najpierw bez jezdnie, inom przeczekoła, bo pekaes duży jechoł, potem taksówka, potem znowu autobus, i ide na drugiej stronie, a tam nad bramo tako łokratowano napisane dużymi literamy, na zielono malowane: Wojewódzkie Ludowe Zespoły Sportowe.

Weszłam w te brame, potem beły dwa schody i drzwi w takim budenku, co się śklił łod szyb. Łotworzyłam te drzwi, a tam długi korytorz i dużo drzwi, cheba z dziesinć, z tabliczkamy. Jakaśsi dziewczyna w kusej spódnicy i z cyckamy, co jej na wierzch wystawały spod cwetra, wylozła z drzwi naprzeciw. Zatrzymołam jo i pytom:

— Gdzie tu urzunduje pon Dzwoniatko?

Popatrzyła na mnie i powiedziała łod niechcynia jakby:

— Tu takiego nie ma… — Patrzy na mnie i uśmicho sie, jakby chciała mi dokuczyć. Tylko tele com mogła powiedzieć:

— A gdzie jest? — Bom przecie tego jego żółtego poloneza dalej na podwórzu widziała.

A una:

— A skąd moge wiedzieć? Niech pani spyta księgowej. — Drzwi mi pokazała z wielgo tabliczko i poszła.

Zapukołam, wlazłam, za biurkiem siedziała piersiato baba w cerwonym cwetrze. Powiedziałam:

— Dzień dobry!

A una:

— Co wam potrzeba, babciu?

— A to mi potrza — mówie, bom se pomyślała o pukowniku, co przecie za Sylwkiem stoi i jak Sylwek godo, wszystkiem tu rzundzi — to mi potrzeba, żeby mi pani powiedziała, gdzie tu urzynduje Sylwester Dzwoniatko.

— A pani to kto? — pyto i wylazła zza biurka na kraczatych nogach.

— Dzwoniatko to mój wnuk, tu beł derechtorem.

A una:

— Beł, beł! Jeszcze tego bałaganu, co tu narobieł, to my nie posprzątały. Jak go pani spotko, to niech się rozlicy z tego, co tu ukrod, bo już go do prekuratora podałam. Jakby jeszcze z miesiąc beł, to by wszystko powywoził. Nawet chodniki mu sie przydały, choć kawaler. Jak go pani zobaczy, to niech to wszystko zwróci, bo z kreminału nie wyjdzie.

Zatkało mnie, ale żem koniecznie musiała sie z Sylwkiem zobaczyć, tom spokorniała i pytom jak moge najsłodziej:

— Niech mi pani powi, gdzie mom go szukać, to z wszystkim tutaj przyjedzie.

A una tylko sarkneła:

— Przyjedzie... Czym przyjedzie? Na szczynście samochód u nas stoi, bośmy go mu wydarły, a un to je tera kierownikiem w fermie kaczek kółek rolniczych i mo szczynście, bo milicjo mo taki nakaz, żeby nadużycia w kółkach dawać na śledztwo dopiro powyż pińdziesięciu tysięcy.

— A gdzie to? — pytom i troche mi ulżyło, że w razie czego to wnucek Sylwek, jakby mu sie noga powineła, toby łodpowiadoł dopiero za duże piniądze. A jeszcze jest przecie pukownik Stasiu.

A una siada znowu za biurkiem i godo:

— To jest niedaleko zamku, w piwnicach po starych magazynach dzikowskich. Jak tam jeszcze co z tych kaczek zostało i nie zdechło.

— Daleko? — pytom.

— A z pińć kilometrów będzie — godo, ale juz niecierpliwie. I dodała — jedźcie taksówko.

Wylazłam z tego klubu, wracom na to stancje pekaesów, stojo taksówki. Z pińć jejch jest, taksówkarze stojo gromado, papierosy palo. Pytom jednego, drugiego, łopędzajo sie łode mnie, aż jeden zajoł sie mno i pyto po ludzku:

— Co wam, babko, trza? — Pewno chopok ze wsi.

— Do tej kaczej fermy chciałam pojechać. — Juz miołam na języku, że wnucek Sylwek tam jest kierownikiem, ale że to dzisiok nic nie jest pewne, tom i zmilczała.

A un:

— A piniądze mocie?

Pytom:

— A ile?

Mówi-godo:

— Jak dla wos, łosiemnaście złotych.

— Tele wydole — godom, choć dwie stówki z domu wzienam.

— Siadejcie, babko — siadejcie! — Drzwi roztworzył i jedziemy. A un godo: — Na same miejsce wos nie zawioze i z dwieście metrów musicie podejść łąko, bo tam takie wyboje i kałuże, lobryga co ciężarówki rozjeździły gront z temi kaczkamy. Jest tam lepszo droga bez dziedziniec zamku, ale ze ślabanem i strażnikiem, co nie puszczo, ino tych lewusów z kumitetu, co nic nie robio, to jeżdżo.

— Dobra — mówie — tylem kilometrów schodziła po wiosce, to i te dwieście metrów przejde.

Zapłaciłam, ładnie podziękowałam, bo to jakiś ludzki chłop, buty ubrudziłam i spódnice, wchodze w te brame, patrze a tu na drucie rozciągnintym między dwoma słupkamy, troche z boku łod bramy, wisi z dziesińć kaczek poderżnintych, że ledwo jem sie głowy na skórze trzymajo, a jedna jest bez głowy i wala sie kaczy dziób na ziemi a kot chudy z wystającymi żebrami i grzbietem czai sie łobok. A ta ferma to jakaś kupa baraków i baraczków przylepionych do chałupy z czerwonej cegły z gankiem łośklonym potrzaskanymi szybamy. Z tyłu jest duży stow, a na niem stada kaczek robio nurki w błocie. Na brzegu kilka kaczorów włazi na jedno kaczke, chtóra jest tak umęczono, że zaroz pewnie zdechnie i powieszo jo poderżninto na tem drucie. Jakiś chopocyna, może śtyrnastoletni, w kombinezonie roboczym, cały obciapany błotem i w gumiokach rąbie jakieś gałęzie.

Pytom go, gdzie derechtor — pokazuje na te czerwono chołpe. A to ci… Właże na tyn ganek, łotwirom te drzwi z wybitymi szybamy, potym drugie drzwi, a tam Sylwek tyż w gumiokach, w te gumioki ma wpuszczone portki łod garnituru i na sobie bioło koszule, tyż zabłocono i marynarke jak ta świnta zimia, tele że z kieszonki wystaje mu czerwona chusteczka. Błoto Sylwek mo aż na brodzie, a w rynce trzymo kaczke, zabito albo zdechło, tele że poderżninto.

— Jak sie macie, babko? — mówi, jakbyśmy sie wczora widzieli, idzie do drzwi, w których jo stoje, jak ta żona Lota i z to kaczko wychodzi na podworzec. — Wicek! — woło na tego chopoka przy pnioku i jak tyn podlecioł, daje mu kaczke i mówi-godo: — Przywieś. — Łodworaco sie do mnie i jak to un, zawsze wesoły, mało nie płace. — Babko! Co jo tu mom! Te lewusy z kumitetu wojewódzkiego i miejskiego, a teroski jeszcze dodali tam urzyndników i zrobili Rejon partyj. Za chwilę przyjado, ino od zamku, bo po błocie nie chco chodzić. Niby, że so z wydziału rolnego i bedo mnie szkolić i radzić, jak te kaczki najlepiej chować. Ale uni czekajo, żeby im parę kaczek do bagażników załadować. Przedtem to biułem, ale tero wzionem sie na sposób i podrzynom te co padły. — Pokazuje na te wiszące na drucie truchła.

— Sylwek! — mówię. — Bełam u ciebie tam, coś beł derechtorem, w tem klubie, a uny tam cięte na ciebie so, żeś im rzecy pozabiroł. Może najme kogo i tyn telewizor jem zawieze i chodniki?

— Uny — un godo — podały mnie już do prekuratora i niech mnie w dupe pocałują.

— Pódzies siedzieć! Matko Bosko! Derenie to mi żyć nie dadzo, tak się bedo śmiali; Andrzej wysoki mo urzund czy jak mu tam…

— Podały, to podały i mówie ci, babko, że nie jem sie do mnie brać. Jo z tem prekuratorem, to jeszcze wtedy, co gumioka przestrzelili chłopu temu, co my u niego na polowaniu nocowali, i ja mu załatwiłem u Stasia, że to przyschło, a jeszcze jakem beł w klubie, tom z drugim prekuratorem beł u Czornego w Kopaniu i całą noc my sie, wisz, babko, jak to bawili z żuno tego Czornego i z jej kelnerko. I wszysko jo zapłaciłem. Sprawe zaraz te prekuratory umorzo.

— Jakiego znowu Czornego? Matko Jedyna! Dorobis ty sie cowieku, dorobis, bede na starość łecy wypłakiwać.

A un mówi-godo:

— Tyn Czorny to un sie inacy nazywo, ino że łeb mu wcześnie zbieloł, to go dla śmichu Czornym nazywajo. Jest tam pokój na zapleczu z tełu z dwoma tapcanami… Un sie z młódko łożenił, a una takie se znajomości porobiła, nawet jego syna, co mu pietnaście roków beło, przekabaciła, i Czornego w końcu wygnała. I tera sama rzundzi z to kelnerko. I jo tam zawsze wejście mom.

— Ale płacis! — mówie jakoś tak rozsundnie.

A un na to:

— Jak trza, to trza. Ale tera nie bede płacił, ino Waldek Rolicki umorzy te sprawe, co ta gupia księgowa mnie chciała wrobić. Mnie! Niedoczekanie!          

— Trza ci co? — pytom.

A un:

— Nic mi nie trza, ino żeby mróz troche ścisnuł, i z tym błotem se poradziuł.

— To łodwieź mnie na to stancje, pewnie tu jakiś samochód mosz. A daj mi jako kartke z zapisanym telefonem, to jakby mi beło trza, to łod Derenia zatelefonuje.

Sięgnoł za pazuche i doł mi tako mało kwardo kartecke. Przeczytołam jo dopiro w dumu, bo tu bez łokularów ani rus, takie tam drobne literki beły. A jak przeczytołam, tom się zaraz uspokoiła. Ło, tu kartecka! Stoi tam: „Wojewódzka Spółdzielnia Kółek Rolniczych w Lubrzańsku, Kombinat Rolny w Pustyni, Ferma Drobiu Wodnego w Warchałowie 134” i pod spodem „Derechtor mgr Sylwester Dzwoniatko.” Myśle se: — „Znowu łod Cygana na jarmaku ten papiór z wysokim wykształceniem kupiuł”. I lżej mi się zrobieło.

Mówi-godo:

— Chodźcie, babko, to wos łodwieze, samochód trzymom z tełu. Pojedziemy bez zamkowy dziedziniec, jak Pan Bóg przykazoł, póki te z komitetu po kaczki nie przyjado. A zreśto mam ich gdzieś.

Idziemy tam do tego samochodu, patrze sie, a tu serena, tako co jo nazywajo „rolnica”, z paką z tełu i z jednym miejscem z przedu, koło szofera. Tyż to wszystko w błocie. No i pojechali my na te stancje, bułkę mi tam kupił z pasztetówko i pojechałam.(…)

 

Włodzimierz Kłaczński

 

*Fragment większej całości

 

Pin It