Janina Jolanta Jurek

 

Seledynowe szczęście

 

Ryszard  Tomczyk
Ryszard Tomczyk

Upalny sierpień dogorywał resztkami koszonych zbóż.  Jaśmina nie miała pojęcia, jak w takim nawale pracy rodzice zdążyli sprawić jej kupon lśniącego seledynowego materiału na odpustową sukienkę i do tego jeszcze materiał na podbicie, konieczny, bo tkanina była prześwitująca, cała w złotawe esy floresy. Na jego widok, tym bardziej, że zakup okazał się niespodzianką – Jaśmina zamarła z zachwytu. Czy kiedykolwiek widziała piękniejszą fakturę, lekkość i połysk – jeśli tak, to chyba tylko wtedy, gdy podziwiała skrzydła ogromnej ważki, która tanecznym lotem odwiedzała sady. Dziewczynka nieśmiało dotykała opalizującej jedwabistości, marszczyła ją i drapowała ukryta za wpół otwartymi drzwiami ciemnej dębowej szafy, gdzie położono papierowe zawiniątko kryjące delikatny skarb.  Z wypiekami na twarzy wyobrażała sobie, jak może wyglądać na niej taka sukienka uszyta dla podlotka, którym przecież była, chociaż we własnych oczach postrzegała siebie jako poważną dziewczynę ze złamanym sercem. Powodem jej pierwszych miłosnych utrapień był śniady ministrant, który skupiał prawie całą uwagę podczas niedzielnych, majowych, a nawet – o zgrozo – pogrzebowych mszy.

                Czy nie dlatego tak mocno przeżywała zbliżający się odpust, w myślach odbywając po wielokroć wejście w paradujący tłum?  Liczyły się tylko jedne ciemnoniebieskie źrenice, skierowane w jej stronę, ale tak bardzo nieśmiałe, że obopólnemu patrzeniu nie było końca.

                Anioł przy głównym ołtarzu, widząc tak beznadziejne zauroczenie, załamał ręce i w tym geście zastygł na wieczność, a może tak go wyrzeźbiono, by parafianie mogli powtarzać ten skomplikowany ruch rąk w czasie życiowych prób. Jaśminie zajęło to tylko chwilę, niczym chłopcom składającym w sekundę kostkę Rubika. Gest był trudny ale nie niemożliwy do odtworzenia: należało najpierw skrzyżować, a następnie połączyć ze sobą wnętrza dłoni, by po spleceniu palców zdecydowanym ruchem wywinąć je ku sobie (ani na chwilę nie rozrywając splotu).  Na koniec jeszcze – dla spotęgowania efektu – odchylić teatralnie w bok.   Wpatrując się w jedwabny tiul – przez który przebijały słoneczne rozbłyski – bezwiednie – po anielsku – wykręcała z napięcia dłonie: jak to będzie, kiedy założy takie cudo i przejdzie głównym torem odpustowego szlaku a niebieskooki wyłowi ją z barwnego tłumu?

                Podczas gdy zastanawiano się, która krawcowa zdąży na czas z wyzwaniem, Jaśmina oddawała się wyobraźni, pochłonięta zawartością szafy. Tu wylegiwały się niedzielne ubrania pogrupowane na męskie i damskie.  Najciekawsze były „zrzuty” od bogatej miastowej kuzynki – właścicielki dwóch sklepów: z wyszynkiem i bławatnego. Ciotka, przybierając systematycznie w obwodzie, obdarowywała „wieś” wytworną garderobą.  Jaśmina widziała, jak mama z milczącą dezaprobatą patrzyła na wory pełne kwiecistych jedwabi, krepdeszynów, bielskich wełen i alpak, na ubiegło sezonowe kroje i perłowe zapięcia, czasem wybierając elegancką bluzkę z egipskiej bawełny ozdobioną białą gipiurą, by reszta, po nieufnych oględzinach, mogła w końcu wylądować na strychu, przewieszona smętnie pomiędzy motkami lnianych i konopnych pakuł. Za wąskie, za eleganckie, niewygodne – ani do krów, ani tym bardziej – „w pole”. Poza tym, choć noszone w rodzinie, to jednak czyjeś, przesiąknięte cudzymi emocjami, z trwale zatęchłą nutą obcości wżartej we włókna tkaniny, której nie dawały rady mydlane płatki.

                Jaśmina przypomniała sobie o tajemniczej szufladzie na dnie szafy, w której skrywano mosiężny dzwonek do konnej sanny, trzy wrzeciona, stareńki śpiewnik o poszarpanych brzegach troskliwie łatany lnianą nicią, plik pożółkłych dokumentów zebranych w jedwabną pończochę ze szwem oraz książkę a właściwie zeszyt kucharski  zapisany równiutkim pismem ciotki.  Kajet z roku na rok pęczniał od fotografii, ot, tak wrzucanych pomiędzy przepisy na pieczoną gęś i węgierki marynowane w occie.  Prawie jak do Internetu, z tą tylko różnicą, że szafowo – zeszytowa sieć była ściśle rodzinna. Czego tam nie było! Dziewczynka prawie po omacku, niczym kuglarz, mogła wyciągać a to zdjęcia dwóch par, z której jedna była szczęśliwymi nowożeńcami dalekich krewnych, a to podobizny orkiestrzaków o nieugiętym wzroku pobratymców, a to radosne powitanie kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej wędrującej po ojczyźnie.         

                Panna młoda ze zdjęcia – prawdziwa piękność o rozmarzonym uśmiechu, w welonie upiętym na starą modłę, z delikatnymi gałązkami paprotki, całą sobą dawała znać, że nie złapała absztyfikanta na dziecko w drodze i tym samym – w przedbiegach – nie rozdziobała na strzępy jego nieprzymuszonej woli. Jaśmina wyciągała kolejne odbitki a ponieważ były czarno – białe, niektóre w sepii, to wyobrażała sobie, jakie mogły mieć rzeczywiste barwy. Niedoścignionym wzorem dla ubrań zawsze wydawały jej się ptasie pióra ze względu na miękkość, połysk i niemalże doskonałą wytrzymałość na wszelkie żywioły. Ptasie kreacje sprawdzały się w każdym wariancie: sójek i gili do generalicji, dzięciole dla kościelnych dostojników, szarawe do prac ziemnych i zakaźnych szpitali a jaskółcze do szkół. Na wyjątkowe okazje kłaniało się wielobarwne wyrafinowanie rzadko widywanej kraski lub zimorodka.

                Niby niechcąco trącony dzwonek – któż nie lubi ich miłego głosu – nieoczekiwanie potoczył się w ciemną i niedostępną czeluść. Okazało się, że widoczna część skrytki, to tylko czubek góry lodowej, bo w nieogarnionej wzrokiem przestrzeni, o gęstości czarnej kosmicznej dziury, zachowały się wszystkie głosy tego domu, pilnie strzeżone tajemnice, nigdy niewypowiedziane marzenia, nadzieje i zaklęcia.  Niektóre z pożółkłych fotografii były jak słowa i dawne spojrzenia, które zapomniały swych znaczeń. Z pobieżnie wertowanych dokumentów pewne hasła cytowano później latami: kara za psa czy pozwolenie na broń.  Rozsypujący się ze starości śpiewnik gubił zwrotki albo oddawał je w serca upatrzonych domowników. Stąd też z piersi taty Jaśminy – plutonowego z kampanii wrześniowej w stanie spoczynku, a w czas pokoju zapalonego trębacza w parafialnej orkiestrze – często – wydobywały się pieśni, za którymi przebyła później niejeden trop. Nie tracąc nadziei na odnalezienie kompozytora (jak się okazało i poety w jednym) z uporem powtarzała zasłyszane od rodziców śpiewy. Z niektórych wybrzmiewały tylko strzępy zdań, niczym poszarpany w bitwie sztandar z kawałkiem pękniętego drzewca. Niekiedy był to urywek pieśni, a czasem jedynie zachwyt nad raz zasłyszaną pastorałką, której anielskiego brzmienia nie potrafiła ponownie odtworzyć nawet sama wykonawczyni. Melodia wyuczona w młodości wyrwała się ponad powierzchnię niepamięci, by zostawić niezatarte wrażenie i pozostać mimo to – jak każdy syreni śpiew – nierealna.

                 Jaśmina na całe życie zapamiętała fragmenty, które ją poruszyły: Oj, Wiedniu, Wiedniu, Wiedniu, już cię teraz mamy, już cię nikt nie obroni tylko Ten nad nami (to zapewne o Odsieczy wiedeńskiej) albo: Słyszałem piękny głos, aby z poświęceniem iść do Częstochowy, do Niebios Królowej, Maryję nawiedzić . Była w tych tekstach pełna zgodność religijnych treści i ducha narodu pokazana na tle dziejowych wydarzeń. Chrześcijanie, katolicy, proszę posłuchajcie, co wam opowiadał będę pilnie pozór dajcie, pewien pielgrzym z Palestyny szedł do Jeruzalem, spotkał smutnego młodzieńca, który z wielkim żalem…

                Oprócz wzniosłych były i nader przyziemne historie z życia wzięte. O, tych słuchano z rumieńcami na twarzy, a to za sprawą Szteggo, miejscowego bajarza o węgierskich korzeniach, który w zimowe wieczory przesiadywał w co cieplejszych kuchniach, z upodobaniem odgrywając rozmaite scenki. Gdy widział, że domownicy ziewają bez opamiętania, a ścienny zegar bije północ, z widoczną dezynwolturą wyciągał asa z rękawa, czyli pieśń trwogi: We wsi Malinowskiej stara chatka stała, stara kowalicha męża nie kochała …a później było już tylko gorzej czyli aż po zaciukanie biednego majstra przez posłusznego jędzowatej babie czeladnika.

                Tylko w karnawale zbierało go na lirykę wojenno narodową, może dlatego, że za młodu chodził z kolędnikami i nie mógł się zdecydować, w którym wcieleniu był najszczęśliwszy: jako diabeł, turoń czy może kobyłka?

                Każde pokolenie ma nowe pieśni i ozdabia zbiorową pamięć swoimi wpisami. Raz zasłyszane słowo, emocja, zdanie wpada w chłonne szczeliny umysłu i zrasta się z jego wyobraźnią. Tak było z jedną żołnierską dumką, która rzewnie roztkliwiła duszę Jaśminy.   Oczy taty, kiedy śpiewał zdławionym głosem urywane frazy, choćby nie wiem jak markował obojętność, zachodziły łzami, i żeby nie pozwolić im płynąć po policzkach, odwracał się lub krył w nagłym opuszczeniu powiek, co dla dzieci nigdy nie jest dość sprytną taktyką, bo chłoną świat wszystkimi zmysłami.

                 Kiedy rozlegała się rzewna solówka żołnierskiej duszy : Gdy trąbki bojowej odezwał się głos/ Do broni! – wołają Polacy /Przyleciał tu do nas z nieznanych nam stron i pierwszy się zgłosił do pracy./Ref. Hej, żołnierzu, tyś nieznany./ I chociaż mu obcy armatni był huk, nie władał on szablą lecz piórem i szarym się odział mundurem... to Jaśmina wiedziała, że tatę plutonowego Józka dopadła nostalgia i ryje w jego sercu okopy wspomnień. I druga, którą śpiewali roztęsknieni kawalerowie w jarosławskich koszarach, czasem – nomen omen – do złudzenia przypominających klasztor: Ach, ten Jarosław, istna pustynia, gdzie tęskne oczy patrzą się w dal, tam młody żołnierz do ukochanej swoje miłosne myśli śle./ Ref. Biały gołębiu, ptaku wybrany uleć w daleką krainę i zamiast listu do ukochanej zanieś jej tęskną nowinę. Z latami emocje bladły, przeinaczając słowa, ale zostawała ta sama melodia i tkliwość źrenic skierowanych w młodość.

                Odbite echo dzwonka dawało nadzieję, że wszędzie musi być kres ciemności, choćby w najodleglejszej galaktyce i raz wybrzmiałe: dźwięk, słowo, list do kosmosu odbiją się i powrócą bogatsze o podróż, którą przyszło im przebyć.  Echo zassane przez ustnik trąby leżącej na wierzchu szafy powracało zwielokrotnione przez tubę instrumentu, wypychając w przestrzeń nasycone opowieściami fale, bałwany i tornada dla których zabrakłoby pewnie jednostek na skali Fujity. Czasem pojawiały się skoczne sralabartki – urocze kręciołki powietrza i pyłu – z upodobaniem tańczące po sierpniowych ścierniskach. Ciepły wiatr znienacka zrywał się do oberka zmiatając z głów słomiane kapelusze, podwiewał spódnice i mierzwił końskie grzywy. Wydawało się, że i polne strachy nie pozostają obojętne wobec takiego ognia. Księżycowo bladzi, ale wyrośnięci młodzieńcy, stojąc tak sztywno, jakby połknęli kij, w porywach emocji bezwiednie rozkładali ramiona. Tygodniami tkwiąc w jednej pozycji, w przystępie desperacji, próbowali wywijać spłowiałymi na słońcu połami płaszczy. Nie robiło to większego wrażenia na wróblach zadomowionych w przepastnych kieszeniach kapot, ani na myszach harcujących w nogawkach wymiętych portek. Słoneczniki obserwujące ptasie manewry nie kryły szczerych uśmiechów, a makówki otwarcie natrząsały się z wyniosłej bezradności polnych frajerów.

                Ten taneczny obrót powietrza wystarczył, by odłożony na bok bas nadął się tak bardzo, jakby przelatywały przez niego wszystkie polne wiatry, nie tylko z nieistniejących już dworów, ale i czworaków na łąkach obok rozbawionej karczmy. Nieomal wszędzie panoszył się mocny zapach żniwnych ciał złagodzony świeżością białej koniczyny. Jaśmina wyobrażała sobie, że kiedyś obrazowi zechce towarzyszyć wonność przedstawianej rzeczy; siano z ekranu zapachnie esencją chabrów i jasieńców. Łakoma wyobraźnia pragnie przecież zagarniać wszystko, co tylko wpadnie jej w ręce: barwy, smaki, zdarzenia i melodie. A nade wszystko słowa, które jak sól utrwalają teraźniejszość, dodają mocy, otwierając przeszłe i przyszłe światy.

                Jednak, co do tego, czy to naczynie muzyczne było trąbą czy też basem, bo i tak je nazywano, Jaśmina z czasem miała coraz większe wątpliwości.  Skoro muzycy: Józef i kowal Wincenty podczas domowych prób, energicznie zarzucali sobie metaliczno złotawe boa na szyje i opleceni nimi zaczynali wydawać niezborne dźwięki ku niezmiennej radości podsłuchujących turururu dzieci, to musiały to być – według wszelkich opisów – ksylofony. Jak zwał tak zwał, ale w domu mówiło się o nich z wieloznacznym uśmiechem: trąba a od święta tytułowano je uroczyście basem. Gdy szło zupełnie trudno i rozczerwienienie muzyków osiągało barwę dojrzałej malinówki, wtedy następował kulminacyjny moment upuszczania emocji w postaci skroplonej pary z ustników, by po krótkim odpoczynku znów rozlegało się rytmiczne: esta, esta, esta, ta, ta, ta.

                Wraz z urywanymi zwrotkami, początkowo przybywającymi z niedalekiej przeszłości, zaczęły ożywać twarze z pożółkłych odbitek, zaciekawione, kto tak śpiewa ich ulubione: Wyszła do ogrodu aby zbierać róże, ujrzała pociski jak leciały w górze, pociski leciały jak burze. Wyszła do ogrodu, ręce w górę wzniosła… czy: Rozkwitały pąki białych róż…

                Oniemiałe zdjęcia, którym dane było przetrwać przeprowadzki, niszczycielską ciekawość podrostków oraz nerwowe dłonie amatorów cudzego dobytku widziały niejedno. W czasie wojny nie było tygodnia, by do okien i drzwi – za dnia i w środku nocy – nie rozlegało się łomotanie, a po okrzyku : „Wojsko Polskie”! – dom nie był plądrowany z czego tylko się dało. Plutonowy – takiego stopnia doczekał się po ćwiczeniach ojciec Jaśminy – wiedział aż nadto dobrze, co za „wojsko” kradnie aksamitne kapy z łóżek, dziecięce ubranka, mąkę i ostatnią bieliznę. Po takich najściach – zostawał, często gęsto, bez odzieży i w dodatku sponiewierany na honorze.                    

                Ale … sam szukał guza: po powrocie z niemieckiej niewoli, żeby nie iść znów na wojnę, zapobiegliwie, z samobójczą niefrasobliwością podjął się pełnić obowiązki sołtysa, mając za zastępcę niepiśmiennego spryciarza. Ten, chcąc zapamiętać komu miał doręczyć pismo, zaginał karteczki, jako rozpoznawczy kod. Niegramotny – tak mówiło się wtedy i w tym określeniu brzmiał rosyjski zaśpiew niedawnych zaborów oraz dramat cywilizacyjnego zapóźnienia puszczańsko – jodłowego serca Polski.              

                 „Za Niemca” nie kto inny, tylko sołtys odpowiadał za kontyngenty dla okupanta, sprawnie odbyte szarwarki i przepływ nieodwołalnych okupacyjnych zarządzeń. To do jego domu z żądaniem wsparcia lub dla rozeznania się w sytuacji ciągnęli prawdziwi „ leśni”. Tę drogę szybko poznali też, niestety, podrabiani partyzanci, nierzadko zwykli bandyci, drobne kanalie podszywające się pod obrońców. Bywało groźnie i niebezpiecznie, bywało nie do zniesienia.

                 Po wojnie nie było lepiej. Józef często wspominał o skatowanym przez tajemniczych osobników, „zbitym jak pies” „ aż do fioletu” chłopie z sąsiedniej wsi.

                 Najprawdziwsze tułacze polskie wojsko – jak twierdził – zapukało cicho do drzwi tylko raz, w osobie wymizerowanego żołnierza, odzianego w szynel na gołej piersi. Nakarmiono go, czym chata bogata, ogrzano przy piecu, nie wypytując zanadto, bo sam prawie nic nie mówił.  Gościnny dom opuścił równie cicho, jak do niego wszedł. Zatroskany, by nie narobić nikomu biedy, poszedł w listopadową noc, tak czarną i smutną, jak mogą być tylko listopadowe noce, gnany piekącą tęsknotą za swoim gniazdem, sponiewierany i zrozpaczony bezmiarem wszechogarniającej bezsilności i poniżenia, po miażdżącej klęsce, jak i tysiące jemu podobnych – zagubiony. Jeśli mieli trochę szczęścia – cało przedostawali się do domów. Bez łączności z wodzem, przebijający się, a to na południe, a to w kierunku stolicy, byle tylko nie na wschód, a tym bardziej na zachód. To jeszcze był czas, kiedy nie okrzepli. Ogłuszeni ciosem, rozproszeni po lasach, z kłującym bólem nagiej rozpaczy, opłakujący utratę dwudziestoletniej niepodległości.

                A przecież dopiero co – tuż po mobilizacji – wkładali pełne umundurowanie. Z wojskowych zapasów wydano im trzewiki czarne, owijki na długie spodnie, do tego czapki rogatywki polowe z orzełkiem i nowiutkie sukienne mundury, wreszcie polskie, jednolite – z „wężykiem”.  Samego wyposażenia było ze trzydzieści kilogramów: bo to hełm i pas główny skórzany, ładownice z nabojami, obowiązkowo broń – polski karabin systemu Mausera z bagnetem, łopatka, manierka, maska przeciwgazowa, chlebak z racją żywnościową, i „chlebak” z granatami, tornister. A w tornistrze pod klapą równiutko w kostkę złożony koc.  W środku mydło, brzytwa, pędzel do golenia, coś na kształt ręcznika, zmiana bielizny, zdjęcie i list, kawałek ołówka, ogryzek lusterka, blok meldunkowy, busola.  Na wierzchu tornistra przymocowany, porządnie zrolowany płaszcz. Jeśli były – to papierosy – albo choćby tylko tytoń jak marzenie –” Sułtański” upchane po kieszeniach.  Jeszcze tylko gwizdek przymocowany na piersi. Toporek przy boku. Różaniec i parę złotych.  Nieśmiertelnik, w razie gdyby kulę o imieniu: „Przeznaczenie” wysłano w żywy cel z duszą, która wprawiała w ruch ten cały aparat bezprzykładnej odwagi i ludzkiego lęku zwany żołnierzem. Podbite oko, urwany kołnierz, pamiętaj trepie jak bije żołnierz – to w czas pokoju a w czas wojny:

                – Tato a zabiłeś kogoś na wojnie? – spytała Jaśmina, ot, tak po prostu, jakby była ciekawa, czy już zjadł zalewajkę.

                – No, strzelało się. – Padła dyplomatyczna odpowiedź. Strzelało się w Jarosławiu na ćwiczeniach podczas odbywania służby, ale prawdziwe ostre strzelanie nastąpiło w trzydziestym dziewiątym, znienacka, we wsi Wyszmontów koło Ożarowa. Tam stało się namacalne to, co przestało być ćwiczeniem, trochę nawet i sportem z pogranicza zawadiackich chłopięcych wyobrażeń. Kiedy padł rozkaz odwrotu przebijali się z Kielc na wschód, za Wisłę, jakby się dało, to do Lwowa, na Węgry albo i do Rumunii. Nocami kluczyli w terenie, ciągle jednak trzymając się głównego kierunku – drogi na Łagów, a później Opatów. Przed dom, w którym pluton Józefa zatrzymał się na spoczynek, bladym świtem podjechał czołg i zaczął ostrzeliwanie. Niemieckie pociski podziurawiły drzwi. Wszyscy padli na podłogę: żołnierze i domownicy. Dzieci, gwałtownie zbudzone ze snu pochlipywały cichutko. Na kuchni pod okapem pomalowanym na lakmusowo bulgotał żeliwny saganek.  Woń czosnku i dobrze ukwaszonego żuru z żytniej mąki drażniła nozdrza domowym smakiem.

                – O, Jezu ratuj! –   Westchnęła gospodyni tuląc przerażone pociechy i nagle, niczym rozjuszona lwica, wybiegła przed dom krzycząc wniebogłosy:

- A co to, chałupę mi spolita?!

Czołgiści zaczęli coś mówić między sobą i kobieta pojęła, że są wśród nich Ślązacy wcieleni do niemieckiej armii.

                Traf chciał, że Józef z tzw. improwizowanego naprędce batalionu, też miał pod swoją komendą młodych chłopaków ze Śląska, i widząc, co się święci – nie mógł narażać ich na śmierć. Ogarnął wzrokiem zalęknioną gromadkę i zdecydował, że należy czekać. Tak kwadrans z okładem trwała napięta wojna nerwów. Może ktoś doniósł, gdzie są, bo precyzyjnie namierzono miejsce polskiej jednostki. Ostrzał z broni maszynowej miał ich sprowokować, wywołać popłoch, nerwowy ruch. A tu masz – tylko rozwrzeszczana baba!? Koń w stajni zerwał się z uwięzi i jak oszalały biegał po podwórku. Plutonowy wiedział, że z tego domu i z nich wszystkich po staranowaniu zagrody opancerzonym żelastwem zostaną drzazgi, a gdyby nawet próbowali się bronić, to wystrzelają ich jak kaczki. Niemcy czy Ślązacy – cały czas z lufą czołgu wycelowaną w dom – stali, wyczekując. Pogadali po swojemu i …odjechali zwiedzeni ciszą i brakiem oznak życia. Może woń spokojnie sączącego się dymu z komina rozwiała ich krwiożercze instynkty a może uznali, że serią wystrzałów w drzwi raz na zawsze załatwili sprawę? Anioł rozwagi podpowiedział jak wyjść z tej zasadzki. Nikt wtedy nie zginął, ale niepokój o los zaginionych młodzików będzie dręczył Józefa do późnej starości.

***

                Pluton był w rozsypce, niektórzy chyłkiem kryli się gdzieś pod tokiem w stajni albo w komórce. Każdy, jak mógł, maskował się i wycofywał w dogodnym momencie. Od podwórka, sadami, polami, za oborami i stajniami. Wiedzieli, że bronić ojczyzny, to też znaczy bronić swojego życia, bo martwi już nie zawalczą z wrogiem. Ogłuszeni, wyrwani z biednego, ale spokojnego wiejskiego lub małomiasteczkowego życia, uczyli się tej wojny jak złego snu, z którego chcieli się zbudzić. Nie wiedzieli, że ten koszmar będzie trwał sześć długich lat.  Wtedy, tam w Wyszmontowie, nawet nie mieli świadomości, że na okolicznej ziemi odcisnęło się piętno wcześniejszych walk. Pewnie nie zdawali sobie sprawy, że tuż obok, do Ożarowa w maju 1915 r. wkroczyła I Brygada Legionów Polskich i że pod miastem doszło do starcia z rosyjskimi oddziałami. Rosjanie, wypierani przez legionistów, w zemście spalili miasto. Podobnie (w czasie Powstania Styczniowego) uczynili z Bodzentynem.

                 Niektóre miejscowości bardziej naznaczone są historią. Może dlatego, że leżą w strategicznych miejscach, na przecięciach szlaków, u zbiegu ważnych tras?

                – Do Wisły było niedaleko, ot piętnaście kilometrów. Tylko się przebić, tylko schronić za rzeką, pozbierać siły, rozeznać w sytuacji, przegrupować. Dostali przecież rozkaz odwrotu, przebijania się na południowy wschód, za Wisłę.

                Kiedy dotarli wreszcie na miejsce, most w Annopolu był już spalony. Nad migotliwą wodą we wrześniowym słonecznym lustrze odbijały się tylko jego resztki. Na drugi brzeg można było ostrożnie przedostać się po jako tako trzymających się kupy dylach. Artyleryjskie działka musiały zostać nad wodą, tak jak i w panice porzucony dobytek całych rodzin, próbujących przeprawić się przez rzekę. Żołnierze od dawna wiedzieli, jak mało trzeba człowiekowi do życia, i jak niewiele trzeba, żeby je stracić. Widać było furmanki wyładowane naprędce chwytanymi dobrami. Na ziemi poniewierały się wełniane chusty, piernaty, odzież i naczynia, meble, worki soli i mąki, kwiatki w doniczkach i pogubione zabawki. Młodzi śmiałkowie rzucali się wpław, inni szukali brodu, by dało się przetoczyć wozy. Wszyscy z niepokojem patrzyli w niebo. Warkot samolotu znaczył pewną śmierć. A nad wszystkim unosił się ostry zapach paniki, pomieszany z wonią jesieni, rzecznej wody, ludzko - końskim potem i swędem spalenizny.

                 Przedostawszy się zbierali siły. Przegrupowanie, liczenie strat. Nikt nie wiedział, ilu już poległo, a ilu tylko zaginęło podczas drogi. Z oczami dookoła głowy usiłowali wypełniać rozkazy. Pod Hrubieszowem Niemcy, pod Janowcem Niemcy, w Zamościu Niemcy, gdzież, u licha, Naczelny Wódz, kiedy tu Niemcy i tam Niemcy, i gdy nagle mieli wrażenie, że na polską ziemię wtargnęła i rozlała się, w tysiącach wcieleń apokaliptyczna bestia grozy.  Strzelanie w noc i w dzień. Ciężkie boje i nikła nadzieja: jakże przedrzeć się na ukochany Jarosław, a potem na Lwów, a najlepiej przez Słowację, na Węgry.  Furia ognia to z tyłu, to z przodu; jakże zwrotni i jak skutecznie panoszą się na nie swojej ziemi. Chwila spoczynku w lesie, bo po upałach deszcze, deszcze ulewne.  Spokój na krótko, bo znowu wrogie serie z karabinów i działek zaczęły pruć leśny mech, w który krew wsiąkała jak w zieloną gąbkę.

                Zaskoczeni ciągłą zmianą sytuacji rozproszyli siły i w kontrolowanej panice zajmowali pozycje.   Plutonowy Józef, przyczajony za pniem brzozy, próbując uspokoić łomot serca, badał wzrokiem, gdzie namierzyć Niemca.  Nie spuszczając oka z muszki, gotów do strzału, nagle poczuł przy szyi śmiertelny chłód broni. Przeciwnik zaszedł go od tyłu, jak ryś, i wpatrując się w niego z takim napięciem, że aż chodziły mu wszystkie mięśnie na czerniawej ogorzałej twarzy, krzyknął:

                – A ty szto?  Ruki wwierch! Tam iz waszych nikto uże nie strielajet!  Wsie zdalis.

Ten znany miękki rosyjski zaśpiew niedawnego zaborcy, tak inny niż niemiecki szwargot. Ale tym razem było bez różnicy. Jak szybko dotarło do niego, że są w potrzasku, wzięci w dwa ognie i koniec już drogi na Lwów? Błyskawicznie. To było jak rażenie prądem, jak słowo o zdradzie, końcu miłości lub nagłej wieści o czyimś zgonie. 

                Broń wycelowana prosto w twarz musi ujawnić charakter: Józef patrząc mężnie w oczy śmierci widział jej ludzkie oczy, które ta wynajęła sobie na chwilę, na czas pociągnięcia za spust. Jaka to musiała być chwila? Momentalnego przerzedzenia włosów, takiego wstrząsu nerwów, że przed oczami przeleciało mu całe młode życie? A może to był moment ostatniego westchnienia: Jezu, ufam Tobie?. I jeszcze rozpaczliwy protest wobec tych – jak nigdy wcześniej wyraźnie zobaczonych – obcych źrenic:

                 – No, co ty, zabijesz mnie!?

W napięciu mierzyli się wzrokiem i nie na darmo mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. W ułamku sekundy ta rozmowa potoczyła się w niepojętych rejonach boskich zamierzeń. Tak tata Jaśminy dostał się do sowieckiej niewoli.

                W nocy znów spadł ulewny deszcz. Zgromadzono ich na podmokłym polu. Gleba wyrobiona setkami żołnierskich butów aż chlupała. Oficerowie i niżsi rangą dowódcy zrywali epolety, darli książeczki wojskowe, ściągali zegarki i co kto miał cennego wdeptywali w błoto.

 – I wszyscy tak?

– Nie, nie wszyscy. Ustawili nas w szeregu i padła komenda:

–  Komandiry i oficery wpieriod!

 – Występowali?

– Nie, nikt. Wtedy kazali nam wyciągnąć przed siebie dłonie i zaczęli sprawdzać: wypielęgnowane – wiadomo – kadra. Moje były spracowane, całe w odciskach od kosy i wideł. Nas puścili wolno a tamtych uformowali w grupę i na wschód…

– Tak was puścili, po prostu?

– No, ten Ruski powiedział: Stupaj damoj! Już mieli tych, na których im najbardziej zależało. Reszta, rozbrojona, głodna jak bezpańskie psy. Idziemy z powrotem na Annopol, ale i tak trzeba było uważać…, gdzieniegdzie strzelali do nas po drodze.

– Kto?

 – A kto ich wie? Może kacapy, może i Ukraińcy jacy, kto ich tam wtedy mógł, dziecko, rozeznać. Ale do nas strzelali… Ale znowu – patrz – w niektórej chałupie, nawet i ukraińskiej, to i jeść dali, co tam mieli, ale tylko ziemniaki i ziemniaki, a nam się tak chciało klusków. Widzisz; wszystko zależy od człowieka: jest taki, co ci ostatnią koszulę odda, a drugi, choćby nawet mówił tym samym językiem, to zaraz jasne – nie ten naród, nie ta religia.

                Jak bolą nogi, jak krwawi serce, bitwa przegrana, podstępny wróg, ale zbierzemy siły raz jeszcze, i zwyciężymy – dopomóż Bóg! W rytm tej myśli szło mu się lepiej, chociaż przed oczami latały głodowe mroczki.

                – Byleby tylko przekroczyć Wisłę, tym razem w drugą stronę, byleby tylko bliżej domu. Jezu, żeby tak choć zamajaczyła w oddali Łysica! Żeby nareszcie pokazały się te wąziutkie i faliste pasma świętokrzyskich pól.

                Głód, strach i znużenie dopiekały srodze, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Niemcy. Upokorzeni, rozbrojeni przez Rosjan, wycieńczeni Polacy poddawali się teraz w Kurowie napotkanym oddziałom niemieckim bez oporu. Z wrzaskiem uformowano ich w kolumnę i marsz … na Opatów. Plutonowy Józef, jego szwagier i kolega z tej samej parafii starali się nie tracić siebie nawzajem z pola widzenia. Józef w pewnym momencie poczuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa, serce wali jak oszalałe i jeszcze chwila a osunie się z głodu na ziemię, (niech tam… – byle tylko trochę odpocząć).

                – Może nie zadepczą, może złapię trochę siły – gdy tak myślał, w tym momencie, naprawdę osuwa się obok niego inny żołnierz.  Natychmiast rozlega się krótki strzał. Takiego chlustu adrenaliny Józef nie poczuł chyba nigdy w życiu. Szedł już równo i miarowo do samego miejsca przeznaczenia, nawet głód go odstąpił. Mijane po drodze kobiety, niczym ofiarne Weroniki, próbowały ukradkiem wcisnąć im a to kromkę chleba, a to jabłko, ale pod czujnym okiem rozwścieczonych szwabów, wyznających zasadę: Ordnung must sein nie było to proste.

                Resztkami sił jeńcy dotarli do Opatowa. Tam ich rozlokowano i przydzielono do rozmaitych prac: Józef i jego dwaj najbliżsi towarzysze trafili do lazaretu. Nigdy nie opowiadał, co musieli robić, tylko pewną historię, jak wykołowali szwaba na speck. Niemiec domagał się szczególnej pielęgniarskiej usługi i obiecał, że za jej wykonanie Józef dostanie wyborny speck, ale, obolały, niefortunnie zaczął od podarowania salowemu J. żołnierskiego przysmaku. Józef z kompanami speck opędzlowali w mig a później musieli się dobrze kryć (plutonowy w szczególności) przed poszukującym go, zawiedzionym i zawodzącym Niemcem: - Joseph, Joseph! Wo bist du?

                Głodowali, i kiedy udało im się znaleźć na kartoflisku kilka ziemniaków marzyli, by je cichcem upiec czy ugotować, ale nie było gdzie ani na czym. Na pobliskim przykościelnym placu stał drewniany misyjny krzyż.   Patrzyli na niego łakomie, czy nie odpryskuje od niego jaka szczapka, albo czy nie nadłamany, ale był cały i zdjęła ich dziwna trwoga, bo jakże tak z krzyża robić drewienka na ogień? Skończyło się na tym, że zostawili Bożą Mękę w spokoju. Ich wierna powściągliwość została wyraźnie zauważona „na górze”, bo przeniesiono ich wkrótce we trzech, jako znających się na pracy w rolnictwie, do pobliskiego majątku ziemskiego. Tam im było znacznie lepiej a najbardziej obrotny dał znać rodzinie, gdzie i w czyjej są niewoli. Mój Boże, na polskiej ziemi w niewoli u Niemca! Ty słyszysz jak to brzmi? Powtórzyć? Na polskiej ziemi, w niewoli u …

                Kiedy wiadomość dotarła pod ich domowe strzechy, radości było co niemiara, pomieszanej jednak z trwogą: jakże ich stamtąd wydostać? Zebrali się we troje – żona Józefa, jego matka Antonina i ojciec jednego z towarzyszy niedoli. Ślązak, który był u niemieckiego oficera za sekretarza, na widok niezwykłej urody Stasi, mrugnął do nich porozumiewawczo i powiedział głośno przy niczego nieświadomym szwabie: Taka młoda i piękna kobieta nie może być bez męża i zamiast napisać, że są z okolic Bodzentyna (jak zgodnie z prawdą podali) napisał, że są z okolic Zochcina niedaleko Opatowa, a ten mieścił się w granicach, w których zwalniano jeńców do domu.

                 Po powrocie Józef poczuł, jakby narodził się na nowo, ale sen z oczu spędzał mu lęk, co dalej? Wojna nabierała krwawych rumieńców a odór nagłej śmierci zatykał oddech i kosił apetyt. Stąd decyzja o sołtysowaniu, tym bardziej, że w gnieździe pojawiły się dzieci. Reflektory, warkot motocykli, odgłosy strzałów, ponure wieści o pacyfikacji Michniowa, egzekucje w Bodzentynie i Wierzbniku. Słuchy o gettach dla Żydów. Znikający gdzieś Żydzi z sąsiedniej wsi. Zakopywanie radia i broni Ignacego pod dębami ale trzymanie granatu na ściennym zegarze, trochę dla parady a trochę „w razie czego”.  Kto by tam „czego takiego” po zegarach szukał? Wspomnienia oświetlone snopem światła. Coś, co wstrząsnęło i zrywało po nocach na równe nogi z najgłębszego snu.

                 Podjechali hitlerowcy: – Tyle a tyle bydła trzeba zgromadzić na jutro. Bydło zegnane, ale jednemu chłopinie żal się zrobiło mlecznej karmicielki i z samego rana przyszedł odbierać swoją gadzinę. I dalejże do szkopa z pretensją: Krowę mi moją z powrotem dawaj!.

                Verfluchte Scheise, polnische schwine – ryknął hitlerowiec i odbezpieczył broń. Wtedy plutonowy Józef zareagował jak tygrys uderzając błyskawicznie w lufę karabinu. Cała seria poszła w ziemię. Kiedy to opowiadał Jaśmina widziała, że zawsze lekko bladł i powstrzymywał mimowolne drżenie warg.    

                  – Ale, co? Jak to się stało, że was ten Niemiec nie pozabijał?

                – No. Jakoś nie pozabijał. Poszwargotał, poszwargotał, powyklinał swoimi verfluchtami i dał spokój.

                – A krowę oddał?

                – A, gdzie tam!

                Oprócz zdjęć, które zdołały oprzeć się sile czasu, może i ważniejsze mogły okazać się nawet te nigdy niewywołane, porzucone w okopach, na kwaterze, zawieruszone na frontowej poczcie. Ale one i tak zawsze były: klatka po klatce, ujęcie za ujęciem, kilometry filmu rejestrujące każdą sekundę życia. Tylko jeszcze błyskowa lampa słońca i ciemnia nocy: prażący sierpień, pogłoski i pomruk nadciągającej wojny. Żniwa a tu karta mobilizacyjna, płacz domowników, podwoda do Kielc, towarzysze niedoli żegnający się z ukochanym świętokrzyskim pejzażem. Zapach Puszczy Jodłowej jak najsłodsza ambra i piżmo, mijane po drodze stareńkie kościoły w Świętomarzy i w Tarczku. Bazylika w Bodzentynie. I żarliwa modlitwa na różańcu. Samo słowo – wojna – straszne, a co dopiero jej przeczucie w zimnym pocie na plecach, granacie w gardle na progu eksplozji, który nie ustępował, ciągle nerwowo popychany śliną. Wojna i jej trupia woń, kiedy opadły już rozerwane ciała a tężejący wzrok w skupieniu będzie pytał o sens takiej śmierci.

                Ale zanim – tak wielu – dopadła wojenna śmierć, to przedtem w pierwszych dniach wojska trzydziestego drugiego roku w jarosławskich koszarach było dużo zabawy, choć zdolniejszych od razu do szkoły. Dla wszystkich żołnierzy rozrywka: na placu dwóch rekrutów z zawiązanymi oczami biją kogo popadnie wojskowymi pasami, czasami trafiają sami na siebie i okładają się nawzajem bez litości a reszta zrywa boki.

                To, czego ich uczono w Jarosławiu: składanie się do strzału, celowanie w przeciwnika, budowa mausera i browninga, natarcie bagnetem, przeprawa wpław przez rwący San z karabinem nad głową, nocne pobudki i ćwiczenia, poligony, poranne zaprawy na śniegu i mrozie, mycie się na dworze tak zimną wodą, że parskanie przy ablucjach (dla rozgrzewki) zostanie mu na całe życie. Uch!!! Mycie śniegiem przeszedł zuch! To miało wkrótce stanowić o przeżyciu. Pełne wrażeń były powroty z poligonów w zwartym szyku, które psuła im żołnierka Euzebia. Wystrojona ni pies ni wydra, wyfryzowana po męsku – z podgolonymi włosami postawionymi w tzw. „kaczy kuper”, zawsze zamykała pochód, równo z nimi waląc po szutrowej drodze z prawego buta. Na dodatek salutowała i nosowym basem, nieznoszącym sprzeciwu wydawała niedorzeczne komendy.       

                Parady też były, lecz co za pech – największą, z orkiestrą – jak wspominał po latach Józef – popsuło kompanii krówsko, które urwawszy się z postronka, z zadartym ogonem biegło równolegle do trasy przemarszu.  Kto nie widział krowy w swobodnym pędzie, ten i tak nie zrozumie komizmu sytuacji: ludzie śmiali się do rozpuku a żołnierzom było nie w smak. Tyle przygotowań i wszystko, niby dobrze, ale całkiem na nic.

                 Jak oni się tam cieszyli, uczyli karności, życia, historii, dbałości o siebie i swój kraj. Czasem puszczano filmy, i to dopiero był szok dla niektórych, bo było wielu, nieumiejących czytać i pisać.     Oficerowie prowadzili pogadanki. Niektórzy rekruci z wiosek zabitych dechami i na wpół kurnych chat początkowo na komendę: Gasić światło! – próbowali dmuchać w żarówki. Poborowi musieli sprzątać, dużo sprzątać, żołnierz nie może się wylegiwać, więc szorowanie korytarza, sal ryżowymi szczotkami i grochowinami było na porządku dziennym: inspekcja higieniczna zajrzała w każdy kąt, rozbebeszyła łóżko, szafkę, czasem na kij biorąc tę i ową część garderoby czy pościeli, by  zademonstrować, że praczki nie zechcą prać po flejtuchach.  Żołnierz musiał być jak śrubka: galanty, czysty, bystry i zdrowy. O tych żołnierzyków wolnej Polski dbano jak o dzieci. Starzy oficerowie, po służbach w różnych zaborach patrzyli na nich z ojcowską miłością, bo znali cenę pokoju. Dopiero co zabliźniły się rany niedawnej wojny. Dopiero co wykrwawiła się polska armia w dwudziestym roku.

                Teraz patrzyli na ten młody żołnierski narybek urodzonych na początku dwudziestego wieku i myśleli, czy dane im będzie przejść życie bez użycia broni. Stare żołnierskie dusze czuły, że świat jeszcze nie zazna spokoju a kolejna wojna może okazać się okrutniejsza. Brunatne ruchawki w Niemczech, pokrzykiwania malarza o ostrym wąsiku były tykającą bombą, która wkrótce miała eksplodować.  Patrzyli na tych chłopskich i robotniczych synów i puchli z dumy, kiedy w mig łapali w szkole nowe idee i pojęcia, ale nie było łatwo wykształcić szybko nowe kadry dowódców niższych rangą, bo niektórzy bardzo zdolni mieli pokończone tylko po kilka klas. Z biedy wiejskie dzieci chodziły do szkoły na zmianę; jednych butów nie da się naraz wzuć na kilka par nóg. Klasa liczyła i po kilkadziesiąt osób w różnym wieku.  Chcąc zapanować nad taką rzeszą młodzików nauczyciel Ambroży w szkole w Świętomarzy, gdy musiał ukarać winnego za jakieś przewinienie nie tracił cennego czasu na długie dochodzenia; ustawiał wszystkich w jednym szeregu polecając, by każdy złapał swojego kolegę za ucho i dzierżył mocno. Wtedy dochodził do czoła łańcucha, zakręcał z mocą pierwszego za wolną małżowinę, a dalej szło już samo jak prąd po kablu. Kierownik szkoły był dla wiejskich chłopców wielkim autorytetem. W państwowe święta pojawiał się w szkole w galowym oficerskim mundurze z odznaczeniami budząc niekłamany zachwyt wychowanków.  Z szablą u boku, sprężystym krokiem prowadzał całą gromadkę do stareńkiego kościoła na uroczyste msze w intencji ojczyzny. 

                Wielu wpatrzonych w niego nawet nie przypuszczało, że wkrótce przyjdzie im założyć rogatywki i stanąć murem w okopach.

                  A jeśli się ma dwadzieścia dziewięć wiosen, żonę piękną jak kwiat, to wezwanie na front rezerwisty zachłyśniętego urodą dojrzewających łanów jest afrontem wobec rozkwitającego bujnie życia. Jednak – rozkaz to rozkaz. Nie ma chwili na rozterki: ten nakaz uderza do głowy, serce jak oszalałe pompuje krew, umysł wydaje jeszcze ostatnie cywilne prośby i polecenia, ale żołnierski dryl już wkłada w myślach sukienny mundur, rogatywkę, buty i owijacze, które śnić mu się będą po nocach. Po wielu latach powie do małej Jaśminy, kunsztownie oplatając na jej wełnianych rajstopkach – niczym bandaż – szmatkę z flaneli: – Dziecko, piechota musi mieć w butach porządek. Idź na ćwiczenia ze źle owiniętą stopą, a sama zobaczysz!  Jaśminka – zrobiła duże, jeszcze większe niż miała oczy – bo wybierała się akurat do przytulnej wiejskiej szkoły, zasypanej po uszy styczniowym śniegiem, a wykład o powinnościach piechurów – jak widać – przewidywał wyczyny krnąbrnych trzewików ocierających skórę do krwi, nie tylko w czasie skwaru, ale i ryzyko odmrożenia palców w siarczyste mrozy.  Właśnie takie jak wtedy za oknem, z bajeczną paprocią zimy na szybach. Tym bardziej, że wojsko i szkoła – jak wynikało z dalszego wywodu plutonowego w spoczynku – to nie przelewki: – Raz mi się zrobił ogromny bąbel na pięcie; myślałem: pójdę do lekarza, może mnie wezmą na jaki furgon i nie będę już musiał maszerować. Lekarz wojskowy popatrzył, ciachnął, polał jodyną i zawyrokował: Zdolny do marszu!

 

***

 

                Szafa pachniała nie tylko mieszanką krochmalu i mydła, ale i porami roku. Ubrania suszące się w zimowym powietrzu chłonęły lodowate wiatry, zacinające od Św. Krzyża a wyniesione jeszcze pełne wilgoci na duży mróz i rozwieszone na sznurkach po kilku minutach sztywniały na gnat, przybierając formy drętwych zjaw. Wymrożone do bezdechu dostawały szansę ogrzania się na chlebowym piecu i wtedy stawały się wiotkie i delikatne, pachniały śniegiem i tak stężoną dawką tlenu, że kuchnia po przymknięciu powiek przypominała norweskie fiordy.

                Przeciąg gwałtownie otworzył wejściowe drzwi: potężny podmuch wiatru chłodzącego gorączkę nieuchronnej grozy zadął w porzucone instrumenty parafialnych orkiestr, zakręcił sralabartka z kurzu na drodze płosząc powodowe konie. Wdarł się w ciemności szafy jemu tylko znanymi kanałami przecinając i mieszając wymiary, trącając wszechobecnych, lecz niewidocznych strun materii. Przenikał odległe przywołując przeszłość, naprędce rozwijał pliki dokumentów starannie poskładane niegdyś przez dziadka Ignacego, ukryte w schowku dębowej szafy i dla niepoznaki „zatajone” w pończosze, bo miały przecież przetrwać niejedną zawieruchę.

                – No, patrz – mówiła wyostrzona jak bagnet świadomość i słuch napięty do granic możliwości: – Ojcu się przecież udało. Im się udało. Bo ojciec był z szacunku nazywany przez Wy.

                               Strzępy rozmów: –Tata, a jak tam było na wojnie? Opowiedzcie…

                O, dziadek Jaśminy – Ignacy – lubił takie pytania, szczególnie po niedzielnej sumie, gdy zwykł był zasiadać na ganku jodłowej chaty w Dębnie ze swoją drużyną.  Nasłuchiwały tych rozmów nawet duchy z umiejscowionego tu niegdyś grodziska. Na wzgórzu św. Cecylii słyszano niekiedy trwożliwy dźwięk dzwonów. W takich chwilach, zaprawiony w bojach chwat, uśmiechając się spod wąsa odpowiadał zawsze pytaniem na pytanie: – Ale na której synu, na której?

                Miał do wyboru: japońsko – rosyjską, I wojnę światową i wojnę polsko – bolszewicką.

Przeszedł wszystkie trzy i – po cudach nie trzeba chodzić – powrócił ze swoją drużyną (bez strat w ludziach), sam tylko w ostatniej ranny w rękę. Chętnie mówił o japońskiej: „ A Chineczkom nogi krępowali, jak wiatr wionął, przewracał te biedoty”. Wśród dokumentów kilka pożółkłych fotografii dziadka, jeszcze w rosyjskim mundurze, zbyt niewyraźnych, by zobaczyć, czy już na naramienniku jest wreszcie naszywka 1p. Pierwszy Legion.

         Jaśmina poczuła dreszcze i chociaż była prawie połowa sierpnia miała wrażenie, że rozpala ją gorączka.  Z całą mocą wpatrywała się w skromne rodzinno - narodowe skarby, próbując odczytać w nich zaklęty dramat minionych zdarzeń.  Jakże kochano tę przywróconą do życia Polskę, jakże zszywano ją i klejono, jak najcenniejszy śpiewnik serca, tak jak i wojsko, poubierane z początku w rozmaite mundury, jakie kto miał i z jakiego wyrwał się zaboru. Z wielkiej biedy, ale i z wielkiej miłości rodziła się znów Polska, z ran i krwi.  Ci, którzy później przez całe lata porównywali ją z sytym Zachodem, zakompleksieni brakami i szarzyzną przymusowego socjalizmu będą sprawiać wrażenie, jakby równali wycieńczonego po ciężkiej chorobie ze zdrowym osiłkiem lub udręczonego ranami wojennego jeńca z wychuchanym jedynakiem, który nie wąchał w życiu prochu i pracy ponad siły.           

Ile pokoleń trzeba, by stanąć na nogi – powiedziałby dziadek albo jego świętokrzyskie widzimisię z zachowanego portretu, dobrze pamiętający huk wysadzanej na Św. Krzyżu kościelnej wieży.  Dzwony przyzywające niegdyś do miejsca relikwii czekało przetopienie na działa i kule, o których całe lata śpiewali kolędnicy; kule mijające cel, niezadające śmierci, kule, które nie raniły, lecz dopomagały tym, przeciwko komu je kierowano.

                W domach u podnóża góry poleciały szyby a całe Gołoborze zadrżało słysząc odzieranie miedzianej blachy z dachu kościoła, tak jak zadrżały wyniosłe jodły ocalałe z grabieżczej wycinki. Do tego dołączył jęk rabowanych dzwonów i zanim nie roztopiły ich hutnicze piece ostrzegały ostatkiem sił : Ła –ko-me –zbio-ry –nie- po-mo-gą –to-bie.

                 Nic tak nie przybliżyło Jaśminie biedy i wyniszczenia odrodzonej Polski po wampirycznych wbiciach rosyjsko - austriacko - pruskich kłów, jak przeczytane w dojrzałych latach opowiadanie Josefa Kjellgrena pt. W Polsce pochowany. Jak dziecko przyjęła do pamięci serca kęs tej wstrząsającej prozy:                 Wraz z lodem jeszcze coś pojawia się na naszym statku: garstka zmarzniętych i wynędzniałych ludzi. (…) Ich blade twarze i uniżone, pełne pokory zachowanie oskarża nas w jakiś sposób. Nie są już ludźmi, ale stworzeniami, które poprzez tysiące upokorzeń i cierpień doszły do formy egzystencji, nie dającej się porównać z niczym, co godne człowieka. Ciała ich okrywają najbardziej nieprawdopodobne łachmany. Strzępy worków, kawałki brezentu papieru gazetowego. Niektórzy z nich są szczęśliwymi posiadaczami butów, inni nie. Ci ostatni mają stopy owinięte w szmaty. Niektórzy posiadają coś w rodzaju pantofli z zamarzniętej trzciny okręconej kawałkami sznurka wokół kostek u nóg. Drżący i wynędzniali, stoją w swych łachmanach, szukają odrobiny ciepła w przejściu prowadzącym do messy. I żebrzą. Ale nie jak włóczędzy i żebracy w innych portach: bezczelnie, natarczywie i śmiało.(…) Ci zaś wynędzniali Polacy są cisi, pokorni, apatyczni. I milczą. Ich żałosne milczenie jest najgorsze ze wszystkiego. Wygłodniałym i niesłychanie smutnym wzrokiem śledzą w czasie posiłku każdy kęs, który podnosimy do ust. (…) Teraz kiedy siedzimy i jemy pod wygłodniałym spojrzeniem Polaków, jedzenie rośnie nam w ustach, każdy kęs staje się olbrzymi, nie do przełknięcia. Któryś z nas woła niecierpliwie do Polaków: „ A, do diabła, idźcie stąd zawszone czorty!”.  Ale nie odchodzą, stoją nadal pilnie obserwując każdy kęs, który bierzemy na widelec. Boże, tak daleko więc można zapędzić człowieka, tak głęboko wdeptać go w brud i nędzę! Natychmiast, kiedy wstajemy od stołu, nędzarze ci rzucają się chciwie na resztki jedzenia. Kości, rybie ogony, łupiny od kartofli znikają natychmiast.(…) Kiedy próbujemy powiedzieć kilka słów, kulą się jak płoche zwierzęta. Trzęsą się przerażeni, jąkając się mówią coś niezrozumiałego i odwracają czarne, wygłodniałe oczy. (…) A my nie mamy nic innego do ofiarowania jak tylko resztki, które pozostawiamy. Wśród tych żebraków i nieszczęśliwych ludzkich rozbitków przesianych przez upiorne sito wielu walk wyzwoleńczych, którzy cisną się teraz na pokładzie statku, by zdobyć kęs pożywienia, nie ma z pewnością nikogo z dawnych mieszkańców wioski. Przywędrowali tu ze wszystkich stron skrajem długich szos polskiego korytarza. Gdynia była miejscem, w którym pokładali swoje wszystkie nadzieje, kiedy wszystko inne zawiodło. Teraz zaś krążą tu rok za rokiem, dzień po dniu starając się znaleźć osłonę dla swoich ciał przed srogim i wilgotnym chłodem wybrzeża bałtyckiego. Okoliczności uczyniły z nich to, czym są, rzeczywistość jest twarda i bezwzględna. Nie ma nic, na co mogliby liczyć, w czym mogliby znaleźć bezpieczeństwo. Przyroda zwraca się przeciwko nim, ludzie wypędzają ich.

***

                Wiosną do pokoju, w którym stała szafa, przez otwarte okna wdzierała się nieposkromiona woń tureckiego bzu i zapach młodych lip okradanych z najpiękniejszych gałęzi na improwizowane zielone kapliczki wokół przydrożnych krzyży. Tak rozpoczynały się majówki: chłopcy cięli lipę i z nastaniem wieczora po górach, dolinach rozlegały się majowe pieśni i litanie ku czci Matki Najświętszej. Zapach drgających na wietrze świec i wieczorne powietrze przesycone świeżą zielenią wraz z wielooką admiracją dziwnie oniemiałej na czas dziewczęcych śpiewów kawalerki w wieku przedpoborowym – zapadał w serce.

                Topiący się wosk mieszał się z zapachem stearyny, zostawiając mocny ślad podkręcony kadzidłem niedogaszonego knota. Tak też było co miesiąc w pokoju, w którym Ignacy na kolanach prowadził Zmianę tajemnic różańcowych, modląc się z sąsiadami przed domowym ołtarzykiem a kiedy śmierć zapukała do drzwi, na pytanie: –Tato, boicie się umierać ? – odparł spokojnie: – Nie, synu. Ja tak bardzo całe życie kochałem Chrystusa. Gdy to powiedział, już nie odzywał się do nikogo, pogrążony w ufnym oczekiwaniu na najważniejsze spotkanie.

          Na Zmianach, prowadzenie których po śmierci Ignacego przejął Józef – nigdy nie obeszło się bez wojny – wybuchała ni z tego ni z owego – Hitler i cesarz Franciszek, Budionny i fałszywi partyzanci. Japońska przeplatała się z Cudem nad Wisłą. Już po modlitwie, kiedy wstawali z kolan i przechodzili z modlitewnego pokoju do innego pomieszczenia – przez kuchnię szły zgnębione resztki oddziałów z wrześniowej kampanii, niepewne na kogo trafią: na Rosjan czy Niemców, nie na darmo Piłsudski ostrzegał przed jednymi i przed drugimi.

                Kiedy do akcji wkraczali hitlerowcy, w kuchni rozlegał się sepleniący terkot cekaemów fingowany bezzębnymi, jak u niemowląt dziąsłami. Najmłodszy padał na podłogę i spod kredensu „celował” w najstarszych dziadków. Koty jeżyły grzbiety i prychając ostrzegawczo wycofywały się do pokoju z pasyjką, pełnego woni dopiero co pogaszonych świec. Zaniepokojone harmiderem psy drapały zawzięcie pazurami po szybach próbując zajrzeć do środka. Najbardziej pobielały ze strachu nie wytrzymywał nerwowo i chcąc być już wreszcie „zabity”– raz kozie śmierć! –  znienacka dawał komendę:

 – Pal! 

– Nie tak, nie tak, nie tak! –  Choć był najstarszy strofowano go jak uczniaka.

– Partyzanci przy piecu – rozdawano w pośpiechu role. –  Cekaemy wycelowane na drogę, tam, w okno od wschodu. Wszyscy na podłogę. Na drodze szwaby. Celują w dom. Na linii strzału stolik z pasyjką, a po bokach struchlałe małe figurki. Za nimi duża Matka Boska w błękitnym płaszczu ze złotym otokiem. Rozłożone w obronie ramiona. O, Pani, O, Pani, O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pocieszycielko nasza, Pośredniczko nasza, Synowi Swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj... –  Ściany drżą niedawnym śpiewem.

– My gotowi już na wszystko. Dzieci buczą w podłogę, przytulając mokre nosy do chropawych desek.

– I długo tak?

– Do południa. Niemcy poszwargotali coś między sobą i odjechali.

– I Niemcowi życie miłe – Teodora, która pojawiła się przy końcu zdarzenia, nie miała wątpliwości. –  A Leosię, kto zabił? „Niemka” na nią wołali, bo się z Niemcem zadała. Strzelał do niej partyzant i strzelał, a ona się tylko kręciła w miejscu jak w tańcu, dopóki cała krew z niej nie wyciekła. Podziurawił ją jak sito.

                Matka zabitej wspięła się na klasztorną górę i zapaliła gromnicę przed świętą relikwią. –  Córkę mi zabił, Boże, Panie Zastępów – skowyczała tak długie godziny skulona przed ołtarzem w pustej kaplicy.

                Partyzant wkrótce zaniemógł i chorował trawiony dziwną chorobą. Byli i tacy, co gotowi byliby przysiąc, że chorował tak długo, jak długo paliła się woskowa gromnica. Kiedy zgasła – zmarł.

– Skapiał. Ciężko westchnęła Teodora.

Wojna nie parada zajechało się do lasu po szczapy. Źrebię czemuś uszami strzyże. A tu zaraz: Stać! Partyzanci.  Jak tam na drodze ? pytają.    Gdzie Niemcy? Jedźcie lepiej tędy, bo tu niedługo gorąco będzie. Nie musieli dwa razy powtarzać, choć w wozie na dnie dopiero parę gałęzi.

Niemiec cwany był. Jak w niedzielę kto szedł ładnie ubrany do kościoła, to nic nie powiedział, niechby tylko takiego zobaczył w powszedni dzień.

Też mi mądrość! Mordować, grabić i palić.

Koń na wojnie najmądrzejszy.

Że kto?

Kobyła spod Kielc Niemcom uciekła i wróciła do domu. Taki szmat drogi!

Bieda była. Mąki nie było. Mełło się w żarnach. Młynarz więcej niż mu było wolno nie zmełł. Każdy chciał przeżyć.

Jak kto skwarki skwarzył, drugi stał na drodze i pilnował. Ile to razy buch wszystko w popiół.

No to aż znów taka bieda była? A co w Oświęcimiu...

O, ty o piekle, a my na razie o zwykłej ziemi.

A mnie się widzi, że tu, chyba, już wszystko jest. Tu i teraz. Jak kto trafił i jak doświadczył.

            Teza wydała się na tyle ryzykowna, że nie podejmowali się jej ani rozgryźć, ani nawet przymierzyć do swojego życia. Najczęściej było mdławo, tak jakoś nijako, że nawet nie było sensu stawiać sobie takich pytań. Świt kazał wstawać, a ryk krowy obrządzać gadzinę, woda kazała się kręcić korbą, sama za nic nie chciała plusnąć z głębokiej studni i każdy musiał robić swoje. Bociany nosiły małym węże i pasikoniki, na niedzielę kobiety szorowały podłogi, smażyły racuchy i piekły ciasto. Słońce przecież zawsze wiedziało, co ma robić, kiedy wstać, a kiedy przysnąć i zagonić wszystkich pod pierzyny. Wiatr suszył pranie a popiół pomagał doczyścić oblepione sadzą garnki. Zakwas ruszał ciasto na chleb i sygnaturka ni milkła przy kościele. Co tam myśleć o sprawach, których rozum, choćby nie wiem, jak się chełpił, i choćby nie wiem, iloma podparł się księgami, nie przeniknie ani do końca nie zrozumie? Czy ośmielili się pomyśleć kiedy, co stanie się ze Wszechświatem, czy zamrze od Wielkiego Chłodu, czy też się sam w siebie zapadnie? Ich horyzont zdarzeń najczęściej kończył się na linii granatowego garbu Łysogór, ale marzenia porywały ich w światy niedostępne realności.

            Wiadomo tym razem zgodzili się nieoczekiwanie wszyscy człowiek, a i cokolwiek żywe, choćby nie wiadomo jak próbowało fikać, tarzać się w mękach i kombinować, zawsze powróci do kogoś mądrzejszego, Najmądrzejszego, Najlepszego, wcześniejszego, Pierwszego Bytu, Początku, Praźródła wszelkiego życia.

            I choćby zgłębiać wszystkie miłości i zakochania, które przydarzyły się wszelkim formom życia (czyż tylko człowiek zdolny jest do miłości?), zawsze powróci się do Kogoś, kto jest tylko Miłością, samą miłością, miłością, która dzieli się wszystkim, co posiada. Dzieli się tak hojnie, że aż nie można tego ani pojąć, ani docenić, ani udźwignąć; bierzesz szczyptę i płaczesz, że tak mało dostałeś, inni mają więcej.

            Dobrze pamiętali dwory i czworaki; przekrzykiwali się i opowiadali, który u kogo i za co służył: ten był fornalem, a ten znowu „służył za dziewkę”. Śmiechom, wspominkom i paleniu tytoniu nie było końca. Dym zasnuwał gęstą mgłą obszerną kuchnię i wszyscy nieco błękitnieli w tej zawiesinie, lecz nikt, zdaje się, ani przez chwilę nie pomyślał, że to szkodzi.  Nawet, gdy jeden z nich, chory na płuca, po każdym sztachnięciu się „sportem” siniał bardzo i co jakiś czas zanosił się mocnym kaszlem.

            Nie mówili tego, ale ich poorane ze starości twarze, białe włosy lub wypolerowane jak woskowe gromnice łysiny dobitnie świadczyły o tym, że opieleszczane (jak mówili) ciało i tak zmieni się w garść prochu, polny kamyk, krzew dzikiej róży, z którego ptak pochwyci drobny i oleisty owoc. Poniesie go w dziobie, gubiąc lotki zbierane przez ciekawskie dzieci. Jedne będą kreślić takimi piórami magiczne znaki na ubitej ziemi, wywoływać wojny i zakreślać granice, inne przejęte losem samotnego piórka przytulą je bezwiednie do ust, oddając mu własne ciepło.

                – Znów i znów na wojnę – świętokrzyskie widzimisię nie mogło zaznać spokoju.

Słyszysz te nieustanne ponuro-zawadiackie odgłosy przygotowań, tam u nich aż wre, i tam i tam, w tej, i w tamtej części świata? Zatargi, zaczepki, interesy, sojusze, pakty,  rozmaite rytuały powitań we wszystkich językach świata, solidarne gesty i nowa – jeszcze, i jeszcze skuteczniejsza w obronie i – zabijaniu – broń.  Pecunia non olet, (nawet zbryzgane krwią z młodych trzewi). Cykliczne eksplozje agresji i dosłownie krwawiąca miejscami planeta. Jej wielkie rany, nieopisany ból, rozpacz kobiet i dzieci, udręka powalonych na kolana mężczyzn.

           

  W delikatny szelest przekładanych zdjęć nagle wbił się przenikliwy zgrzyt. Jaśmina poczuła na skórze ciarki.  Skąd nagle ten dźwięk kosy, czy to na pewno tamten czas? To przecież nie kosynierzy, to ułani, ułani przecie! A tam, widzisz?  Dziady. Dziady kalwaryjskie! Dziad dziada zrodził, żeby po dziadowsku chodził.  I głos mamy spokojny, ale nad wyraz smutny:

Popatrz dziecko na te twarze, cóż to teraz za dostojnicy! A teraz popatrz na te przedwojenne. Widzisz różnicę? Jaśmina wiedziała, że za tymi słowami kryje się słabość mamy do urodziwego an face i profilu imiennika jej teścia – prezydenta przedwojennej Polski I. Mościckiego. Piękno to straszna siła – powiadają niektórzy. Czyż nie?

 

***

 

            Jaśmina była już spokojniejsza materiał na sukienkę znalazł się wreszcie tam, gdzie trzeba; pozostało tylko czekać na jej uszycie. Przejęta, nie pamiętała nic z pobierania miary, ani z postanowień, co do kroju sukienki, ani nawet samej krawcowej, co było o tyle dziwne, że już jako dziecko miała wręcz niezwykłą pamięć do twarzy i obrazów, gorliwie przełożoną na jej późniejsze malarskie pasje.

            Nie było już powodu, by sprawdzać, jak się ma zielonawy jedwab, ale ostre strumienie sierpniowego słońca wabiły niczym kinowy projektor. Wdzierając się w czeluść ciemnego schowka tańczyły z drobinkami kurzu. Zdjęcia dostawały takiego przyspieszenia i takiego wiru wyobraźni klejonej ze strzępkami domowych opowieści, że nie wiadomo kiedy z otchłani pamięci wyłaniały się całe obrazy, ba, całe sceny i sekwencje zdarzeń. Niektóre całkiem realne, ujęte w karby rzeczywistych faktów, inne enigmatyczne, prześwietlone i porysowane niczym źle przechowywany film.

            Z zachwytem, ale i lekkim strachem (przed jeżową skórką natarczywie przytulającego się diabełka) przypomniała sobie, jak to na po świętach, kiedy zapadał zmrok, nagle przed frontowymi drzwiami rozlegał się przeraźliwy dźwięk dzwonka i już za chwilę z tupaniem, śniegiem i śpiewem, buchający parą wkraczali do izby kolędnicy. Już w sieni rozlegały się trzaskania obcasami, salutowania, odgrywanie scen z życia okrutnika Heroda, a wszystko to pomieszane z dziarską wojenną pieśnią. Przed najładniejszą dziewczyną w izbie migiem ustawiało się kilku ułanów i kiedy zaczynali chórem: Róża ogrodowa cały świat maluje, a nasza Malinka wianek opłakuje. Nie opłakuj wianka, nie zalewaj łzami, tylko się zabieraj na wojenkę z nami… to śnieżne gwiazdki z mundurów zdawały się przenikać do ich źrenic, by tam wciąż iskrzyć do końca karnawału.

            Prawie nikt nie miał wtedy aparatu fotograficznego, oprócz nauczyciela z sąsiedniej wsi, który robił czarno – białe zdjęcia i w dodatku tak paznokciowych formatów, że to może i lepiej, że nie chodził z kolędnikami i nie fotografował, bo mógłby nie zmieścić smukłych ułanów w wysokich rogatywkach na małych świstkach papieru.

                         Jaśmina, ponaglając zapamiętane obrazy miała wrażenie, że pod wpływem tych śpiewów i postaci wszystko zaczynało wirować, a trzy wrzeciona nabrały niezwykłej prędkości przędąc niewidzialne, lecz mocne nici zdarzeń przebytego czasu. Stare krosna na strychu same próbowały nawijać daty na warsztat, snuć osnowę, tkać płótno, którym wywianowana była każda młoda panna.  Najlepiej, żeby sama doglądała zagoników z błękitnymi kwiatami, sama zrywała, suszyła, międliła i bieliła lny, sama przędła i tkała. Zwariowało czółenko, ślizgając się po niewidzialnych liniach przeznaczeń i wyraźnym ściegiem wplatało czerwoną nić. Jak ślad krwi rannego powstańca, jak rozpłatane serce walczącego na Wołyniu Jaśka, jak wojenna blizna dziadka Ignacego. Płótno pamięci dziejów tkane losami tylu polskich rodzin odbijało każdą ich łzę, każdą dobrą myśl, każdą modlitwę i tęsknotę za wolnością.

             Za to się bili, krwawiące od ran plecy opierając o stare wierzby w ich powstańczych, wojennych, partyzanckich tułaczkach, w ich pełnych cierpienia wędrówkach na front, powrotach z niewoli i głodowych marszach na Sybir lub do hitlerowskich obozów zagłady. Ofiara z nich wszystkich poległych tu i tam, na swojej i nie swojej ziemi tak mocno wtopiła się w całun narodowego sztandaru, że nikt nigdy nie zdoła wyprać go z tego szkarłatu. Tylko tam, gdzie ponad śnieg bielszymi się staniemy.

             W pokoju, gdzie trwały comiesięczne modlitwy padały słowa - klucze i nazwiska - hasła; często księdza Kacpra Kotkowskiego: Ten to był ksiądz! On jako jeden z wielu księży podtrzymywał narodowego ducha będąc członkiem Komitetu Powstańczego. O ilu z nich trzeba by ciągle przypominać, o których szczególnie pamiętać? Gdyby nie pełne miłości do Polski kazania, czy zerwaliby się do boju chłopi wraz z mieszczanami i szlachtą? Czy znaleźliby się odważni, by nosić wokół bazyliki w Bodzentynie żeliwnego orła w koronie? Czy poszliby z Tarczka i okolic kilkusetosobową kompanią na Święty Krzyż, by (jak podają historyczne źródła) rozpaleni patriotycznym kazaniem na odpuście Podwyższenia Krzyża Świętego 14 września 1861 roku – płakać a nawet ryczeć, i przysięgać o wolność ojczyzny się bić? Góry aż się ugięły od ilości pątników, bowiem do okolicznych kompanii wspominanych latami w świętokrzyskich chatach dołączyła i potężna, jak mawiała gwarą babcia Antonina – kumpanijo z Warszawy. Krzyże trzymały się babci dzielnie, była bowiem tercjarką Trzeciego Zakonu i gorliwą chrześcijanką. Przy św. obrazach jednym gestem bezceremonialnie zmiatała nieokrzesanym chłopom czapki z głów. Podpis zawsze składała z drżeniem  godnym powagi chwili – trzema mocno nierównymi krzyżykami, jakby dwa były łotrów, a największy pośrodku – Pana Jezusa.

             To wszystko tam zostało, te śpiewy, modlitwy, płacz i rozrywający serca krzyk do Boga o uwolnienie z pęt zaborców. I orzeł z corocznych wrześniowych mgieł, wtedy rzeczywiście powiewający na sztandarze z klasztornej wieży podczas pamiętnej mszy. Gdy nadszedł czas Styczniowego powstania ruszyli na Rosjan z odwagą wilka i chytrością lisa. Błogosławieni i niewinni, tak jak niewinny jest ptak, który broni swego gniazda.

            Zerwali się, by bić wroga w Bodzentynie i pod Radkowicami, na Wykusie i w Wąchocku, pod Świętym Krzyżem i Miechowem, Małogoszczem, Opatowem i Iłżą, żeby tylko wyliczyć najbliższe okolice domu modlitewnych Zmian, a przecież łuna powstańczych ogni i krwawych bitew rozlała się na cały rosyjski zabór. Trzeba było poety, by zrelacjonować wnikliwie ich determinację i siłę ducha w ”Zapiskach o polskich spiskach i powstaniach”: Polacy z Królestwa Polskiego, a także z Litwy i Rusi, nigdy nie przestaną być Polakami(…), żadne wstrząsy w kraju, żadne niepowodzenia, żaden podstęp polityki zachodniej, żadna kara śmierci ani też zesłanie nie może ich uleczyć”.

            Mikołaj W. Berg – miał rację pisząc o polskim nieuleczalnym patriotyzmie, i nie miał do końca racji, pisząc o nostalgii prowincjonalnych miasteczek: Wszak tak jest dyablo nudno w takich, czy to polskich, czy rosyjskich Bodzentynach, każdemu mniej więcej cywilizowanemu człowiekowi.

            Pozorny spokój prowincjonalnych miasteczek może zmylić najczujniejszego. Bezruch skamieIin dawnych mórz; aż do bólu przewidywalne wydarzenia dnia, tygodnia, niedzieli. Poniedziałkowe bodzentyńskie jarmarki i kiełbasy, końskie sławne i niesławne targi, produkcja wina jabłkowego typu grzmot siarczysty, te same od wieków żarty o braku psów na Ryneczku. Od lat znane dowcipy o Wąchocku, pokpiwania, obśmiewania, a historycznie – pozbawianie miejskich praw tych diablo nudnych miasteczek, ich znieważanie, wzięły się nie skądinąd, jak tylko z odwetu zaborców za miłość ojczyzny tychże właśnie pozornie „nadętych” małomiasteczkowo guldonów, panów z okolicznych dworów i biednego okolicznego chłopstwa, któremu największą radość sprawiała parada do miasta w targowy albo odpustowy dzień, ale w razie potrzeby nadstawianie piersi za to ukochane wzgórze z bazyliką, figurą św. Floriana i kamienną pajęczyną zamkowych murów. Ci ostatni będą się zapalać, ale i wahać, wciągani jednak do walki obiecaną przez Tymczasowy Rząd Narodowy na własność ziemią. Jedni uwierzą i ruszą w styczniu 63 mężnie wspierać pański bój, a inni poczekają, zrejterują, nieufni, tyle razy zwiedzeni i upokorzeni w swym folwarcznym, czworacznym, aż (czyracznym) życiu.

            Solidny postument, stojący w parafii świętomarskiej na rozstaju dróg, obrośnięty polnymi kwiatami i zielem samosiewnym miał głosić wykutą w czerwonym kamieniu podziękę dla cara za uwłaszczenie. Jaśmina zapamiętała jedynie kształt poczerniałych od spatynowanego kurzu pochylonych kunsztownie liter. Chciała się upewnić, komu to dziękują polscy chłopi, sprawdzić raz jeszcze datę i wyblakłą w pamięci treść. Tak jak przez całe życie usiłowała odczytać, co mówiły stare fotografie i zagubione, pochłonięte przez czas listy z przeszłości. Ale szukaj wiatru w polu!

                        Krzyż, a jakże, jest. Nieprzesunięty ani na ziarnko maku, tylko „odnowiony” na gładko cementową zaprawą.  – Świętokrzyskie widzimisię westchnęło tak mocno, że aż poruszył się obraz, za którym zwykło było ucinać sobie drzemkę. – Józef opowiadał, że na froncie postumentu, oprócz wyrytego napisu była też płaskorzeźba przedstawiająca batożenie pańszczyźnianego chłopa. To zacieranie śladów historii „cementem” tak poruszyło wszystkie stare fotografie, że aż się zarumieniły, jakby je ktoś podkolorował, by uwydatnić stan ich emocji.

             – Co za odwieczne utrapienie z tymi pomnikami: stawiali, stawiają, stawiać będą, tylko po to, by inni mogli je po latach – z ochotą – „lustrować”, katalogować, czcić, ”odnawiać’, chronić lub burzyć: chwytać za granitowe głowy, za mocne karki odlane ze spiżu i zastygłe w marmurach niewładne ramiona, cementować na gładko, miażdżyć.

            Ironia historii.  Wspomniany krzyż trwał przez lata, przyglądając się dniom wojny i pokoju. Obok niego przejeżdżały weselne orszaki i ciągnęły pogrzebowe kondukty. Szli chłopi z kosami na nowo wyklepanymi ze rdzy powstańczych żniw.  

            Zagadkowy krzyż, materialna karta historii, dowód w sprawie rozgrywek rosyjskiego zaborcy, kamienny dokument o zawiłościach i okrucieństwie pańszczyźnianych czasów, o naszych narodowych bólach, zapóźnieniach społecznych i grzechach, o bolączkach i dramatach historii. I tak go, ot, po prostu,  zamazać?  Zamyśliło się świętokrzyskie widzimisię i dla uspokojenia kontemplowało trochę smutny, blady błękit cykorii podróżnika, który zdawał się przypominać ewangeliczne: Prawda was wyzwoli.

            – Pomniki, pomniki, a czy ci się aby to wszystko nie przywidziało? – zagderało codzienne widzimisię, przypomniawszy sobie te i owe pomnikowe głowy, prawie już zmiecione z powszechnej świadomości. Czy nie dobrze byłoby znaleźć krainę pustynną – dywagowało – i zwozić tam z całego ziemskiego globu – na Pustynię pomników – wszystkie te najbardziej znienawidzone, niechciane, czemuś „wstydliwe” – świadectwa pychy i arogancji, przerostu ambicji, niekiedy totalnego zła, szaleństwa i mocnej wiary w swoje fantazje, a nade wszystko – gorączki i żądzy władzy. U bram, zamiast biletu wstępu, każdy ze zwiedzających mógłby dotknąć – w zależności od siły targających nim emocji – wyburzeniowej kuli. Ale, który z infernalnych wiatrów zechciałby tam śpiewać dawne pieśni?

             –Zgoda. Są wartości bezsporne i ich najwspanialsze emanacje uosobione w genialnych dokonaniach – godne cokołów, jednak… Czy to nie wyłącznie kwestia czasu? Gdy już nikt niczego nie będzie wiedział o dawnych monumentach, przetoczą się kosmiczne kataklizmy, tysiące razy księżyc odmieni się złoty, ale jakimś cudem ostanie się pomnik, kolumna, łuk tryumfalny, kopiec, krąg kamienny lub cyklopowa głowa, o których nikt już wiele sensownego nie zdoła powiedzieć, czy sławiły chodzącą szlachetność, czy niekoniecznie, to pozostanie tylko forma, rodzaj rzeźby, martwy świadek zdarzeń. Dopóki pamiętamy, dopóki pamiętamy, ta prawda żyje i ma sens. Bez pamięci pozostaje jedynie forma.  Ery i tak przemielą rzeźbę i świadków, kompresując je w fałdy tablicowych skał, które podziemny pomruk zegnie, jak zapisaną do ostatniego słowa księgę.

 

***

 

            Chorzy na Polskę, zapamiętali w bojach o nią, leżą w tak wielu miejscach, że tylko ich aniołowie stróże je wszystkie znają. Spoczywają i na świętomarskim cmentarzu, przywiezieni z pola Bitwy pod Radkowicami – powstańcy styczniowi. Gdyby nie pamięć dziadków, gdyby nie słowa rodziców, gdyby nie różaniec układany wprost na ziemi z krwistych kasztanów na Święto Zmarłych i chudziutki krzyż ze zmarzniętych śnieguliczek, jakby wykapany z orlich łez, kto by zauważył, że oni tam tak cicho z boku, na co dzień niewidoczni, choć ich ofiara miłości do ojczyzny tak wielka jak drzewa, które wyrosły wśród nich przy cmentarnym murze. Śpij żołnierzu w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie…

            Śni im się wieszczo: oto wzywają ich na apel poległych, głosami tak gromkimi, że i żywym przebiegają ciarki po skórze. Mieliby oni – usłuchać tych komend?: Wstańcie do apelu! Jeśli słowa ludzkie taką mają moc, by przyzywać dusze, to … wstali. A jeśli nie, po cóż niepokoić prochy? Dla większej parady wojsk? Tylko Bóg ma władzę, by ich stawiać na baczność, a to jeszcze nie czas, gdy, jak prorokuje psalmista: kość jeszcze nie szuka kości… . I mieliby tak trwać na apelu pokłuci bagnetami, odarci do naga, rozpłatani szablą, rozerwani w strzępy bombami, zagazowani w nazistowskich krematoriach, ogłuszeni w okopach, krwawiący od katyńskiej kuli, nieznani, niezłomni, zakatowani we własnym domu przez niedawnych sąsiadów, spaleni żywcem, kołyszący się – z wisielczą pręgą okupacyjnej egzekucji? Tak mieliby stać przyzwani gromką komendą z ranami ropiejącymi i krwawymi kikutami rąk, słaniający się, zielonawo sini? Mieliby tak trwać obok tych wyglansowanych na paradę, i patrzeć, i nasłuchiwać uszami cieknącymi od bestialskich razów, po co ich wezwali? Żeby ze czcią wspomnieć, trzeba to aż zrywać z wiecznego snu zetlałą nicość ciała i wiecznie żywą duszę?         

            Wyrosłe z ich ciał drzewa zdają się szumieć słowami proroka Ezechiela: O, wy kości wysuszone, posłuchajcie, co mówi Pan: Otóż Pan Bóg tak mówi do tych kości: Tchnę w was ducha i ożyjecie na nowo. Pokryję was ścięgnami, znów porośniecie ciałem, obciągnę was skórą. Tchnę w was ducha, tak że ożyjecie i przekonacie się, że Ja jestem Panem.

            Tymczasem przez ludzi wzywane ciała(?) – dusze (?) z nadmiaru wielkich emocji, jeśli je już śmiało przyzywają, rozgrzane gromkimi komendami chciałyby jakoś dopomóc. Znów uczestniczyć w narodowym dziele; rozeznać się w sytuacji, stanąć po stronie tych, co chociaż gębują lub działają prawie, a sercem nie szukają poklasku i trzosa, ale wspólnego dobra wszystkich obywateli Najjaśniejszej… Upewnić się, na co zdała się ich krew, na co poszły skonfiskowane przez zaborcę majątki, kto rozporządził się ich rodowym mieniem i chłopską krwawicą? Tym bardziej, że i orędzia, jakoś dziwnie bliskie ich duszom i czasom. Nikt ich nie odwoływał przecież, rok po roku, do grobów, nikt nie odprawił równie uroczystego obrządku ponownego pochówku tych wezwanych na uroczyste apele rzesz. Z biciem werbli, z honorowymi salwami. – A kysz, do ziemi, a kysz, na rok cały! Jaka dwoistość nagła, jakie rozjechanie – raz: Wieczne odpoczywanie, daj im Panie, i raz do roku gromkie: Wstańcie do apelu! Będą się więc zapalczywie łączyć w armie, chorągwie, zastępy i powstańcze oddziały? Przemierzać dawne szlaki, przymierzać do partii, podszeptywać rozwiązania i rokosze? A może doradzać rozwagę i opamiętanie, jako sprawdzone remedium na wszelakie warcholstwo i pieniactwo?  

 

***

 

            Jaśmina nie wiedziała, czy zapadła w krótką drzemkę, otoczona kojącym zapachem wymaglowanej bielizny, i czy aby na pewno słyszała jakieś przygłuszone szepty, dochodzące ni to zza okna wychodzącego na ogród, ni to z ciemnej czeluści szafy. Pod powiekami przesuwały się jeszcze zarysy ubrań o rozmaitym kroju i kolorze. Wielość barw przecinała jasna, ale przymglona plama światła, na tyle jednak intensywna, że przykuwała wzrok.

            Biała sukmana nie była jednak tylko sennym widziadłem. Zobaczyła ją na postawnym mężczyźnie, który przyszedł w niej do kościoła. Stał pod chórem: siwiuteńki, wysoki i barczysty – prawdziwy chłop na schwał. Była w nim jakaś dostojność i nieomal archanielskość. Jaśmina, wówczas pięcioletnia, nie mogła oderwać oczu od jego niezwykłego odzienia, tak innego od pozostałych. Przyglądała mu się przez całą mszę i pewnie musiał ją – ciekawskiego zielonookiego skrzata – w krakowskim gorseciku ze wstążkami u ramion – zauważyć.  Może się nawet do niej uśmiechnął niebieskimi jak chabry oczami? Albo pomyślał, że to dziecko, tak bacznie wpatrujące się w niego, szczęśliwie zapamięta go takim, jakim chciał być zapamiętany: jako pięknego, pełnego godności polskiego chłopa w tradycyjnym samodziałowym stroju. Tak się też stało.

            Sukmana była rzeczywista, ale spokoju nie dawała jej myśl, po kim mógł być ten zachowany mundur ułana, teraz noszony z kolędniczym przytupem przez dziarskiego młodzika? Wydawał się autentyczny. Łudząco podobny do tego, który nosił zapewne najstarszy brat mamy. Mówiła o nim zawsze: – Jaś poszedł na wojnę dwudziestego roku.  Zginął tam, pod Białą Cerkwią.

            Jakże odnaleźć teraz ślad po nim? Jak go zwerbowano?  Czy go przymusem wcielono, czy sam się zaciągnął do polskiego wojska? Czy był w kawalerii, czy w piechocie? Gdyby chciał zaciągać się do kawalerii – porwany młodzieńczym porywem serca – musiałby mieć uzdę i siodło. A może wywianował go na wojnę w patriotycznym uniesieniu dziedzic z pobliskiego dworu, może sam dziadek Hieronim, który chociaż na wojnach nie bywał, to serce polskie miał gorące. Jakie daty widnieją przy Jasiu w metrykalnej księdze Bodzentyńskiej rzymskokatolickiej parafii? Co figuruje w pożółkłych księgach pod określeniem: Nativitatis Infantis (urodzenie dziecka), Pueri Legitimi (chłopca ślubnego), a co pod Obitus? (zgon), a szczególnie, co pod Aetas? (wiek zmarłego): Annus (rok) (?), Mensis (miesiąc) (?), Dies (dzień), (?) i na pewno, że to nie była Morbus (choroba), chyba, że tak nazwać trzeba śmiertelną chorobę, jaka spada na plemiona od zarania ludzkości: wojnę. Zdają się zapominać o tym współcześni, jak obojętnie kosi ta pani kwietne łąki życia, lubi młodych, zdrowych i silnych. Nie gardzi też dziećmi, starcami –  sprawiając, że piękni młodzi mężczyźni łkają zrozpaczeni i nadrabiając miną wyją bezgłośnie: bagnet mnie ukłuje śmierć mnie pocałuje ale nie ty.

– I po co to wojsko? Po co te wojny? – zapytała raz tatę Jaśmina, z ducha i z serca zdeklarowana pacyfistka.

– Wojny były, są i będą. I wiedz, dziecko, że bez wojska, i to porządnego wojska, nie ma państwa.

            I wiecie wspominał kosimy raz w wojnę cały dzień, kosimy o głodzie. Czekamy, oj, jak jeszcze czekamy, bo mama (babka Antonina) poszli do miasta za chlebem bagatela! Piętnaście kilometrów w jedną i piętnaście kilometrów w drugą stronę. Wrócili (tej formy grzeczności nie da się nijak przeskoczyć) pod wieczór z dwoma kiszonymi ogórkami.

Na całe szczęście niedługo po niej nadeszła Teodora, okoliczna zielarka, ciężko stąpając po ściernisku i wyschniętych już dobrze ostach. Żniwiarze, jak nigdy przedtem, łakomie patrzyli na jej toboły. Kromki suchego żytniego chleba smakowały tak wybornie, że gdyby ktoś chciał je teraz do czegoś porównywać musiałby długo przeglądać karty dań najlepszych restauracji świata. Jak dobry był ten chleb! Jak sycący i święty, jak z modlitwy – życiodajny.    

Teodora nie przepuściła swoich pięciu minut i posiłkowi towarzyszyła zatrważająca pieśń dziadowska odśpiewana solennie aż do ostatniej zwrotki.

Śmierć zadana, to zawsze śmierć. Czy nawet najszlachetniejsze intencje są w stanie zdjęć z niej odium zniweczenia życia?  Jednak jedna będzie zbrodnią a inna bohaterstwem, pomimo jednoznacznego: Nie zabijaj.

Komu potrzebne te wojny? zadumała się Jaśmina, bezwiednie omiatając wzrokiem krąg starych mężczyzn, miętoszących w dłoniach karteczki tajemniczek, lub delikatnie wkładających je w dowody osobiste. Nawet nie zauważyła, jacy oni siwiuteńcy i bezzębni, nie bardzo rozumiejący, o czym ta filozoficzno – literacka galopada w niewypowiedzianym, ale zakotwiczonym jak skała modlitewnym tle.

– A we wojnę, Józefie, to …– zaczął Szteggo (infant terrible poróżańcowych sesji) i znów „wrócili ”na wojnę.   

Bo w wojnę znienacka wpadała – jak wtedy mówiono szeptem ”dzicz” odziana w taki lub inny mundur, a za nią cała wataha porywając ze schowka w piecyku ocet – w nadziei, że to gorzałka, budzik, a z podwórka chłopa z kosą, i ten biedaczysko musiał cały dzień kosić, co mu kazali; tatarkę, koniczynę, owies i łąkę. Ładuj, bracie, to potem, na te ich wozy.

  O! Z „nim” gdy już przybył z tej lub z tamtej strony góry żartów nie było: dziewczyny za chłopaków trzeba było na gwałt przebierać. Na wieść o takich oddziałach wieś uciekała jak przed zarazą. Kobiety zawijały dzieci w bety i co sił w nogach w las! Nie wszystkie zdążyły, sądząc po mocno odmiennych rysach na trwale wpisanych w niektóre zagrody. Kto wie, ile z nich zadręczyły na śmierć wielorakie i różnojęzyczne bestie wojennego gwałtu.

            W wyludnionej wsi nasadzone na jaja gęsi wylęgły same. Narzekały głośno w pustych domach waląc twardymi dziobami w niebieskawe ściany. Gęgot starych matek zagłuszał cienkie piski gąsiąt drepczących po kuchni za rodzicielką, która wymachiwała zgrabiałymi skrzydłami, gubiąc przy tym żółtawe, wytarte pióra. Wodniste lony znaczyły ślady jej głodowych wędrówek od wiadra z wodą do pokiereszowanej dziobem wapiennej ściany domu.

       Jeszcze w pierzynach nie zetlały pióra dawno zjedzonych gęsi, kiedy znowu zaczęto mówić o wojnie. I znów wrócił tamten popłoch sierpniowego południa, choć za oknem siarczysty mróz ściął wszelkie przejawy życia. Strach taki sam, a może i większy, ścisnął za gardło i przydusił piersi. Jakże się takiej wojny nie bać, kiedy wspomnienie tamtej podbija bębenek serca coraz głośniej. Teraz to dopiero wcale nie będziesz wiedział, komuś swój a komu wróg!

            W oniemiałym długo radiu, gdzie wciąż rozdzierający duszę Szopen, powiedzieli o wojnie, którą nie wiadomo dlaczego nazwali „stanem”, ale jakby ciąży nie nazywać, to i tak wiadomo, że za jakiś czas nastąpi rozwiązanie. Co miało urodzić się po stanie zwanym " wojennym " Józef nie wiedział, ale jego piwne oczy nie umiały ukryć, tak jak wtedy, niepokoju sierpniowego dnia, kiedy to w pulsujące żarem południe Żyd Majorek przyniósł zawiadomienie o mobilizacji i oddawał je szybko, jakby oddawał komuś swoją śmierć, ale ta jednak poszła za nim, wpatrzona w jego czarny chałat i rude pejsy. Żaden starozakonny nie ostał się we wsi ani w okolicy. Nawet Teodora nie znała drogi na ich kirkut, a nagabywana przez niektórych pomrukiwała tylko i pokazywała ręką w niebo lub daleką, nieokreśloną przestrzeń.

Mama przez napływające do oczu łzy widziała inną wojnę z dwudziestego roku, z której przychodziły listy od ukochanego brata – Jasia. Pisał z frontu, że ruskie uciekały jak bure psy i całuję Stasieńkę przez ziarenko pieprzu, żeby w tańcu lekko fruwała w powietrzu. Niewiele go pamiętała. Tyle tylko, że był bardzo ładny i wesoły. Brał ją na ręce i tańczył po izbie, a kiedy ojciec Hieronim chciał ją za coś skarcić, prosił: " Nie bijcie tatko, nie bijcie, bieda ją jeszcze wybije. " A dla siebie przymilał się: „ Tatko, dajcie mnie na organistę”.

Stasieńka, pobłogosławiona w każdym liście, wyrosła na śliczną pannę, o królewskiej urodzie, w tańcu lekko fruwała w powietrzu, choć życie miało najczęściej posmak zamorskiego, gorzkiego ziarenka.

Nigdy nie mówiła, że się za niego modli, lecz Jaśmina wiedziała, że modli się za spokój duszy Jaśka rozpłatanego kozacką szablą.

Za bratem – bohaterem, cicho, w modlitwę wpraszał się jej drugi brat – dezerter, bo kiedy przychodzi po niego zawiadomienie, mówi twardo jak zdeklarowany pacyfista: – Nie dam się posiekać jak Jasiek. Wymyślę, na pewno coś wymyślę. – Powtarza z uporem. Stawia się do wojska i zaraz ucieka; nie chce na żadną wojnę.

I modlitwę za Jasia, na razie wypiera czuwanie: Franek śpi pod jabłonią, a mała Stasia pilnuje. Psy czemuś robią się niespokojne, wygląda więc na drogę. Ile sił w nogach pędzi do kwitnącego sadu i szepce Franusiowi na ucho:

– Żandarmy idą!

Boso, jak oparzony, rzuca się do ucieczki. Przez tatarkę, przez owies, mają go już prawie, są tuż, tuż. Ale on jest lżejszy, ale on na razie wolny jak ptak, w koszuli, oni w buciorach, objuczeni ciasno skrojonym żołnierstwem, z bronią. Nie dogonią, czują, że przegrali, celują mu w nogi. Franek kluczy, chybiają. Wściekli, przeklinają ordynarnie i głośno. Z tej wściekłości, na oczach i tak przerażonej śmiertelnie małej Stasi, zabijają psa.

Ukrywanie Franka nocą i dniem nie ma końca. Znudziła się już wszystkim ta ciągła konspiracja. Dziadek Hieronim sam odstawił syna do wojska. – Może tym razem nie da dyla?

Franek nadal ucieka przed wojskiem. Nie ma na niego sposobu. Nie mogą go podejść, wpadają na fortel. Raz przychodzi po niego komisarz wojskowy przebrany za Żyda. Wszystko na pierwszy rzut oka było jak trzeba, myckę miał i chałat, po żydowsku zaciągał, ale zaraz się połapali, że przebrany. Żyda odgrywać o krok od miasteczka, gdzie ich tylu prawdziwych, co na sejmikach ptactwa przed odlotem – było, doprawdy, niedorzecznie.

Zawsze podczas modlitwy wracali obydwaj: ten, który już nigdy nie zagra na wymarzonych organach i ten, co ucieczkami ratował marzenia. Z którego miała być dumna, ona i jej wszystkie dzieci? Jaś był w szeregu narodowych świętych, Jaś był spod smutnych rozstajnych krzyży, z zapomnianych grobów, rozrzuconych po polskiej ziemi. Piękny, błękitnooki, płowowłosy ułan.

Jaśmina często, nieomal z płaczem, myślała: – Jaka szkoda, że gdzieś zawieruszyły się w umierającym domu listy od Jasia. Zaginęły jak sznury korali, jak carskie medale wyorane w polu, jak najcieńsze płótno z panieńskiego wiana mamy. Na dnie przepastnej skrzyni została tylko gromnica i żeliwne bobki z dymarkowych wytopów. Chciała z tych listów wyczytać więcej, niż tylko opis zwycięskich bitew i żałosnych odwrotów. Chciała wierzyć, że odczytałaby z nich narodową dumę, patriotyczną zgodę na to, co przyniesie wojenny orkan. 

       Franek chciał zostawić po sobie zaorane i obsiane pole. Pragnął dożyć siwiuteńkiej żony i kilkorga prawnuków, dorobić się pięknego domu i garba od ciężkiej roboty. Nigdy nie wierzył, że cokolwiek spadnie mu samo, ot tak, z nieba. A marzenia? Miał jedno, które nigdy się nie ziściło; często myślał, jakby to było pięknie popłynąć z flisakami dubasem Wisłą aż do samego Gdańska. I zobaczyć morze. Ufał, że na wszystko zapracuje. Jeszcze młody, a już planował – po długim spokojnym życiu – wspaniały pochówek z odprowadzającą go całą wsią, biciem dzwonów i zawodzącymi płaczliwie organami. Wszystkimi zmysłami czuł, że jest jakaś wielka przemoc i niewola w tym świecie poprzez nakaz bycia żołnierzem. Nawet w odradzającej się Polsce, jeśli się o nią ciągle trzeba bić aż do śmierci – bo ilu to już poległo i dziedzic nad gazetą czemuś szlocha.

– Dać się, jak Jasiek, za nią zabić, żeby ją znowu zmarnowali, żeby ją i tak rozprzedali albo oddali w obce ręce, żeby ją znowu zatracili?

       Franek pragnął żyć. Nie chciał wojennej chwały.

I dlatego, pomimo nadziei dziadka Hieronima będzie lisem i wilkiem, zającem i węszącym psem, byle tylko zmylić za sobą ślady, zmylić czujność nagonki. Zrzuci mundur z orzełkiem, niesplamiony krwią, który innych zagrzewa do boju.

– Boję się śmierci – powtarzał Franek, bo pewnie dobrze znał stare żołnierskie memento, a jeśli nawet i nie słyszał go wcale, to dobrze przeczuwał jego sens, gęsto okraszony słowem rubasznym o tej ichniej wojence: Jakżem … szedł na wojnę, to… …wróg, teraz … mam ordery ale … nie mam nóg.  I po raz drugi czmychnął z wojska.     

            Uciekając pędził przez dworskie szerokie łany i wąziutkie chłopskie zagony. Przyczajał się w rowach, szerokim łukiem omijając rachityczne mieściny. Z ulgą wpadał w przyjazny gąszcz lasu, łapczywie osmykiwał jagody i razem z liśćmi wpychał je do ust. Kładł się na ziemi, zlizując z warg słony pot i ukryty pod parasolem jodeł patrzył na błękit nieba. Nie wstawał dopóty, dopóki miechy płuc nie zrównały się ze spokojnym pulsem ziemi. Dokuczało mu tylko natręctwo komarów i meszek, usiłujących dostać się do jego nozdrzy i gardła.

Las grał, i w jednej chwili wydawało mu się, że to Jasiek mu przygrywa – niebieski organista, jakby dorwał się w nagrodę do wymarzonych organów. Wielogłos ptasiego chóru nie przerywał odświętnej pieśni. Z pobliskiego klasztoru doleciał dzwon na Anioł Pański. Siostry zakonne porzuciły pracę w ogrodzie i zbiegły z grządek na modlitwę.

Franek ukryty nieopodal klasztoru, wyrywał się biec, co tchu, do domu. Wiedział, że w godzinę dobiegnie. Czuł jednak, że musi doczekać zmierzchu. W myślach setki razy już przebył tę drogę, ścieżkę za cmentarzem, ruiny kościoła, biskupiego zamku, łąki i wszystkie zakręty. Trafi po omacku – po mocnej woni czosnku z maleńkiej mieściny, po odorze lochów. I kiedy już widzi mrugające na końcu wsi okno, nie wie, że ojciec dopalając machorkę, rygluje drzwi, bo nic nie dało baczne patrzenie w noc. Franek nie wie, że w chacie już rozpoczęli wieczorną modlitwę i wpatrzeni w wizerunek Jezusa z otwartym sercem śpiewają: Odwracaj nocne przygody, od wszelakiej broń nas szkody, miej nas zawsze w swojej pieczy Stróżu i Sędzio człowieczy.

Światła we wsi gasną, tylko jedno niespokojne okno nie spieszy się i zanim dezerter zapuka w nie, poczuje przy kolanach nieprzytomnego ze szczęścia Burka. Franek chwilę popatrzy przez małą szybę i najpierw zobaczy wielką belkę w poprzek powały, a później piec w kącie izby. Na belce, przy piecu, suszy się pęto kiełbasy i biały ser. O, bogato – uraduje się w duchu.

Oblizując słone i suche jak wiór wargi czuje, że słabnie i dziwne ciepło zalewa mu głowę i nie widzi już nic, oprócz ciemnej plamy usianej drobniutkimi iskierkami.

Mdleje, nie słysząc, jak Burek głośnym skomleniem i drapaniem w drzwi przywołuje ojca i kiedy budzi się, widzi nad sobą wianuszek głów o zatroskanych spojrzeniach: dogorywającą matkę, która ostatni raz, resztką sił zwlokła się z łóżka, Marysię, Jaśka, Wikcię, Władzię, Józię, Pelcię i najmłodsza Stasię.

            Jeszcze całkiem nie doszedł do siebie i nie pamiętał, że Jasiek zginął, że umarła Pelcia, a Józia zaharowała się na śmierć robotą w polu, które obiecało jej bezdzietne małżeństwo. Chwyta za, szeroki jak łopata, popielaty warkocz Wikci, przytomnieje, i pyta czemu nie ma Władzi? Opowiadają mu bezładnie, jak tym razem nie uciekła sprzed ołtarza i wyszła wreszcie za mąż. 

      Posiwiała już Stasia uśmiecha się do wspomnień i podejmuje przerwaną modlitwę.

Tak codziennie modliła się za wszystkich.

Cierpliwie przebierała paciorki różańca – białe, brązowe i gdzieniegdzie z prawdziwego korala. Na starość udręczona tyloma chorobami żyła przecież, jakby Bóg chronił ją za to jej wytrwałe i piękne modlenie. Dziękowała mu za szczęśliwy dzień, prosiła o spokojną noc, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen. Tak kończyła się modlitwa, która naprawdę nie kończyła się nigdy, rozsiana w dzwonkach i macierzankach, bławatkach i podbiałach, wszystkich małych robaczkach wędrujących dżunglą ściernisk.

Modlitwy i odzyskana dopiero co Polska wspierały się tak mocno, że niektórych nie sposób było rozdzielić; „Witaj Maj, Trzeci maj dla Polaków błogi raj” śpiewała zaraz po " Chwalcie łąki umajone". Tak się w niej te radosne pieśni dzieciństwa i odrodzonej Polski splotły ze sobą, że za nic w świecie nie chciała przyjąć do wiadomości istnienia nowego święta, o dwa dni wcześniej przed świętem Marii Królowej Polski, i jeśli tylko nie wypadało ono w niedzielę, nadawało się, w sam raz, do sadzenia ziemniaków, chociaż dzieci śpiewały w szkole proletariackie pieśni i kuły na pamięć bojowe wiersze z okazji pierwszomajowych akademii. Przekrzykiwali się więc wesoło, a że mama miała najwyższy i najpiękniejszy głos zawsze zwyciężała w domowych konkursach donośnym „ Trzecim majem”. Zieleń drugich świąt wydawała się mocniejsza w swoim odrodzeniu niż czerwone natarczywe płachty, które noszono po drogach w rytm obcych taktów pełnych buntowniczych tonów. Były zbyt bliskie kułackiej polki, by mogły omamić.

            – O, Pani, o, Pani, o Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza, z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj… – niosło się daleko przez uchylone okna, a słowa antyfony zaklinały niebo, i czekającą jak co roku na dobre plony, ziemię.

            Ziemia, nie tak dawno podzielona na dworskie i swoje znów zmieniała właścicieli. Upadały okoliczne dwory, dziedzice poginęli, wyjechali lub przepadli bez wieści, a wtedy wiadomo było, że nie mogło ich spotkać nic dobrego. Gadano szeptem na zmianach, jak się z nimi rozprawili Niemcy, jak się z nimi rozprawiali swoi. Skóra cierpła od takich szeptów, porządek świata wywracał się na nice, a dawny fornal łapał się za głowę – widział jak szybko życie zaciera ślady. Gdyby nie pamięć, kto u kogo służył, czyje to teraz to podworskie pole, gdyby nie resztki zdewastowanych sadów, okaleczone parki z nostalgicznymi bzowymi alejkami, prowadzącymi do już nieistniejących siedzib, gdyby wreszcie nie tablice donatorów w pobliskim kościele i omszałe kamienne cmentarne płyty, zdawało się, że czas – odwieczne wiejadło, spokojnie i do czysta wymiecie epokę dworów, dziedzictwa, herbów, lepszości z urodzenia, czas szlagonów i wiejskiej biedoty, czas karczmianego Żyda i czworaków.

            Choć niezbyt lubiani, to zabrakło ich jednak; zabrakło dziedziczki w popielatej sukni, zabrakło turkotów bryczek i psów chudych i prężnych, jak hartowana stal. Zabrakło nawet ich pogardy, choć wydawali się wieczni, jak pory roku, brakło ich po szlagońsku pięknych, ale i całkiem brzydkich. Ucichło w polach: kataj, kataj końskiego galopu do biskupio zupełnie - żydowskiej mieściny, przez dworskie łany i chłopskie zagony. Oczy młodego dziedzica przestały iskrzyć na widok pięknej gospodarskiej córki, suszącej len. Już nie objeżdżał wściekle tego spłachetka, na którym plewiła.

            Stary dziedzic już nie zajmował gęsi, które weszły w szkodę, i nie przychodziła o nie prosić ta śliczna. Gdybyż taka urodziła się w sąsiednim dworze, a nie w chłopskiej, choćby i gospodarskiej chałupie! Skąd jednak u niej te pyszne kręcone włosy i urokliwy uśmiech w kącikach oczu, skąd ta uroda pięknego pacholęcia, i co widać było po jej spojrzeniu, niezwykły rozum?  Nieokreślona tęsknota, do której nie wypadało przyznać się nawet przed samym sobą, łączyła ich jak spojrzenie, którym przez krótką chwilę badali się wzajemnie. Płaczliwe prośby pięknego podlotka o zwrot gąsek, kończyły te elektryzujące sekundy.

 

***

            Jaśmina wczesnym popołudniem wybrała się do krawcowej po odbiór wymarzonej sukienki. Tymczasem w domu trwały wielkie porządki: szorowanie jodłowych podłóg, które potraktowane mydlaną wodą jaśniały po wyschnięciu przyjemną złotawą bielą, rozkładanie lnianych obrusów i wydzierganych szydełkiem serwetek, pieczenie drożdżowego z rodzynkiem. Na podwórku – jak co roku – odbywało się wybieranie koguta na jutrzejszy obiad. Dziś wystarczyło zsiadłe mleko prosto z piwnicy, pokryte grubym kożuchem śmietany, z młodymi ziemniakami, ostrożnie wydłubywanymi spod zielonych jeszcze krzaczków. A tyle jeszcze było do ogarnięcia: żelazko na węgle z rozwagą nabierało mocy do wygładzenia męskich koszul, zaś drewniana maglownica spokojnie czekała na wykrochmalone poszwy. Dokładne czyszczenie butów, żeby lśniły jak nowe przed pójściem na odpustową sumę. Pucowanie trąby przed występem na oczach całej parafii, a na dokładkę zwożenie resztek owsa: zagony też musiały być uprzątnięte, bo w odpustowe popołudnia często zrywała się burza i pozostawione mendelki dosychałyby tygodniami. Wszyscy pracowali w jakimś cichym zapamiętaniu: jedni już wyspowiadani, a inni dopiero z zamiarem jutrzejszego uklęknięcia przed konfesjonałem w cieniu wiekowych lip. Z grzechami można było iść do upatrzonego księdza z innego dekanatu, bo zjeżdżali się tłumnie, nie tylko z okolicznych probostw, i biegli posługiwać prosto do kościoła.

            Nie było chwili do stracenia; dzień był długi, aż nadto wyczerpujący i dopiero późno w noc gasły światła. Dmuchano naftowe lampy, kiedy już wszyscy wymyci i „wyprasowani” mogli zanurzyć spracowane ciała w szeleszczącej od krochmalu pościeli pachnącej wiatrem, słońcem i wszystkimi zapachami dojrzałego lata: małosolnym ogórkiem z gałązką kopru, papierówką i parnym mlekiem. Sienniki wypchane świeżą słomą uginały się po każdym przekręceniu. W tej łące zapachów sen przychodził znienacka.

            Dębowa przepastna szafa, jakby wyspowiadawszy się z nawracających wspomnień, z ulgą i wyraźną dumą dźwigała na sobie spalone na brąz drożdżowe placki i fajansowy półmisek z przyrumienioną gęsią. W jej piersi, jak żołnierz na warcie, tkwił srebrny widelec dziadka, używany tylko od wielkiego święta. Szafa wiedziała, że kiedy zapadnie noc, spokojnie, bez jednego skrzypnięcia, będzie mogła wsłuchiwać się w senne gaworzenia podrośniętych piskląt z drugiego lęgu. Świetliste niby grania wędrującego księżyca budziły podloty słowika rdzawego. Ptaki nie mieściły się już w gnieździe na tureckim bzie i ciekawie zerkały w stronę uchylonego okna. Tymczasem szafa czekała na przyjście dziewczynki, chętnie robiąc miejsce dla jej wyśnionej kreacji.

             Kiedy Jaśmina z banknotem w garstce zapukała do domu krawcowej, ta stanęła na progu i z zafrasowaną miną oświadczyła, że sukienka nie jest gotowa a na dowód tego pokazała już prawie uszytą, ale bez riuszek przy rękawach. Chodziło o jakieś dwa marne paski falbanek, bez przyszycia których, (co było widać po jej coraz bardziej zaciętym wyrazie twarzy), sukienki za nic nie wyda. Na desperackie pytanie dziewczynki, czy nie można doszyć od razu tych riuszek, (nawet kot pazurem dałby radę), krawcowa z tężejącym cementem w oczach pokręciła przecząco głową, by zaraz z pretensją w głosie wyliczać, ile to jeszcze zostało żęcia w polu – Ano! – Do zapadnięcia zmierzchu! Jaśmina wpatrując się z rozpaczliwym niedowierzaniem w twarz kobiety dostrzegła jej źrenice pozbawione blasku, czarne i małe niczym zasuszone owoce tarniny nad długim i cienkim nosem wbitym w blady igielnik.

            Nikt z dorosłych nie miał ani sił ani czasu, by tego dnia wydrzeć wymarzoną sukieneczkę. Rozżalona Jaśmina położyła się spać niepostrzeżenie, jakby nikogo nie chciała obarczać swoim smutkiem. Sen wyprzedził rzeczywistość i jeszcze tej nocy zamiast wytęsknionej seledynowej mgiełki założyła szafirową z wełny szytą na Wielkanoc. Sierpniowy żar gotował chabrowe runo na jej plecach i rozpalał policzki żarem damasceńskiej róży, tym bardziej, że obiekt westchnień przechadzał się między odpustowymi kramami z „laską” w kwiecistych kretonach. Lecz dla sennych fantazji nie ma rzeczy nie do zdobycia, bo oto znów wychodziła z domu, ale tym razem w nowej sukience, jednak z każdym krokiem coraz bardziej kuląc się w sobie. Musiał to być już inny odpust na św. Anki, kiedy już zimne noce i chłodne poranki. 

            Prządka snów wodziła uśpionych swoimi ścieżkami, natomiast w dębowej szafie zaczęły się gwałtowne przetasowania. Na pierwsze miejsce w pełnej gotowości wysunęły się cudem zachowane mundury: ułański, legionowy i z drugiej wojny. Bas też wysforował się na brzeg szafy, domagając się asysty mosiężnego dzwonka. W pękatym zeszycie zwariowały przepisy, jakby jakiś natchniony lub – co gorsza – nawiedzony kucharz, w czapce mocno na wyrost, uśmiechając się zjadliwie, wrzucał do kotła, co się tylko dało, przeinaczając składniki, smaki, proporcje, zamorskie przyprawy, nawet wskazania użycia sztućców i patelni. Było prawie pewne, że z tego pozornie chaotycznego wrzenia zamiarów, powstanie mocno wystrzałowy bigos, który albo struje biesiadników, odbijając się w najlepszym razie przez całe pokolenia albo tak przeczyści zdrowotnie, że otrzyma prawo wpisu do nowej wersji kajetu jako lepsza wskazówka powszechnego żywienia.

            Coś było na rzeczy, bo wszystkie fotografie jedne w odruchu niesmaku, inne paniki, a jeszcze inne z żywym entuzjazmem zaczęły wysypywać się z ciemności szuflady. Najpierw pojedynczo, później zwartą tyralierą. Na dźwięk dzwonka zgromadziły się na obszernym stole pokrytym szkarłatnym suknem, zasysane wirem groźnie gęstniejącego gwiezdnego blasku. Wszystko to działo się w złowieszczej ciszy, niekiedy przerywanej kasandrycznym pohukiwaniem pójdźki.  Gdy księżyc przesłoniła rdzawo sina chmura zdjęcia, prawie omdlałe po zderzeniu z nieznanym żywiołem, po chwili paraliżu, rzuciły się w różne strony.  W jednym rogu część z nich rozgrywała szóstkowego durnia, starając się mamić i kiwać, gdzie tylko się dało. W drugim, jakby podciągnięte w górę przez zaklinacza węży utworzyły rodzaj piramidy, a jakaś koścista dłoń wskazującym i małym palcem usiłowała wysuwać najsłabsze karty. Wydawało się, że za chwilę chybotliwa od wschodu na zachód wieża runie i nikt nie zdoła złożyć jej z powrotem.  W trzecim rogu w złotawym świetle półksiężyca, przenikającym przez bandaż firanki, twarze z fotografii gromadziły się w kręgu podobnym do ofiarnego kopca. Czwarty kąt stołu, wyraźnie oświetlony, czekał z cierpliwością morskiej latarni.

            Nadchodził sierpniowy świt i słońce zaczynało różowić horyzont. Słowiki w gnieździe z drżeniem oczekiwały na jego pierwsze promienie. Nieodparte pragnienie życia, głosami proszących ptasich dzwoneczków, wielbiło istnienie niezwyciężonej siły Miłości, Ducha i Światła.

Leszczyny, wrzesień 2017 r.

Pin It