Edward Guziakiewicz

 

Enbargonki

 

fwroclawski0331
Filip Wrocławski
Posypało się jak z rogu obfitości i znalazłem w samym środku ruchliwego babińca. Zaroiło się w wysokim salonie i oczy z wrażenia omal nie wyszły mi z orbit. Dostałem kopa. Miałem goszczące tu madonny jak na dłoni i oglądałem je z zapartym tchem. Mogłem wreszcie zobaczyć, kto trzęsie tym ośrodkiem i pod czyje skrzydła trafiłem. A może śniłem na jawie? Z tego wszystkiego znieruchomiałem i Grace musiała mnie zachęcająco pchnąć do przodu.

— O nieba!.. — z niedowierzaniem mruknąłem.

Nadziałem się na pośpieszne przygotowania do posiłku. Kręcące się tu modelki, śliczne i proste jak świeca, taktownie mnie omijały, uśmiechając się do mnie przelotem, niektóre kokieteryjnie i zalotnie. Uwijały się jak w ukropie. Wyglądały kwitnąco i miały klasę. Nie byłbym mężczyzną, gdybym nie poczuł potężnej dawki adrenaliny. Trudno było na nie się nie połakomić. Pasłem oczy ich widokiem. Same odlotowe dziewczyny! Jednak nie zachowywały się wyzywająco. Jeśli czuły się podekscytowane moim przybyciem, to tego nie okazywały. Nie zatrzymywały się przy mnie, ale też nie dawały do zrozumienia, że na mój widok chcą uciec ze strachem z tej planety.

Zapuściłem mimochodem żurawia do luksusowej kuchni, starając się żadnej z rusałek nie wchodzić w drogę. Generator potraw należał do sprzętów najwyższej klasy i zadziwiał nowoczesnością kształtów. Uderzał grą kolorowych świateł i wypluwał z siebie kulinarne dzieła sztuki, których nie powstydziłaby się żadna ekskluzywna restauracja. Wolałem sobie nie wyobrażać, ile takie cudo kosztowało. Pociągnąłem nosem, łowiąc zapachy. Wszystko tu chodziło jak w szwajcarskim zegarku.

Długi stół obstawiono wyściełanymi krzesłami. Sądząc po tym, co ujrzałem na białym obrusie, zapowiadał się raczej szumny obiad niż skromny lunch. Witano mnie z rozmachem i nie groziło mi, że będę przymierać głodem. Dyskretnie policzyłem urocze gospodynie. Agnes i Jacqueline już poznałem. Jedna, druga, trzecia, czwarta… Doliczyłem się sześciu smukłych dam. Nakrywały dla dziewięciu osób. Były odziane zwiewnie i kobieco. Znakomicie się prezentowały w lekkich kwiecistych kombinezonach typu bodyflirt i shirtowych sukienkach. Było widać, że umieją bawić się modą. Miały swój własny wyrafinowany styl.

Grace uśmiechnęła się, widząc, że przyglądam się z przejęciem jej przyjaciółkom, a potem zostawiła mnie samego, odchodząc bez słowa. Widocznie chciała się przebrać. Rzuciła mnie na głęboką wodę. Gdy zniknęła, zabrakło mi nagle pewności siebie. Poczułem się zagubiony i onieśmielony. Bez niej nie wiedziałem, co robić. Przerywać przygotowania do obiadu? Kłaniać się po kolei tym laskom i podawać im dłoń na powitanie? Nie odzywały się, więc i ja nie próbowałem do nich zagadywać. Usunąłem się pod ścianę jak nieśmiały szczeniak na dyskotece szkolnej, nie chcąc im wchodzić w paradę. Potem skryłem się za zdobną donicą z efektownym krzewem obsypanym drobnymi kwiatami.

Biłem się z myślami. Nie liczyłem na tak rewelacyjne foczki. Pojąłem, że peszą mnie te kokietki, wszystkie jak marzenie, o niebanalnej urodzie, zadbane, uwodzicielskie i tajemnicze. Ich nieprzeparty urok zniewalał i odnosiło się wrażenie, że są ulepione z lepszej gliny. Oślepiały mnie swoją urodą. Reprezentowały ród niewieści od jak najlepszej strony i czułem, że nie dorastam im do pięt. Czy nie pomylono się, przysyłając mnie na tę tajemniczą planetę? Czy nie ustawiono mi za wysoko poprzeczki? Szykowne donny z wyższych sfer, dalekie od stereotypu kury domowej i ja — skromny pilot, przybłęda z Marsa. Co taki cienias robił między nimi?

Nerwowo zatarłem ręce, które z wrażenia nieco mi zwilgotniały. Nie byłem lwem salonowym i światowcem o nienagannych manierach, więc nie mogłem czuć się wystarczająco swobodnie w tak wytwornym towarzystwie. Co tu dużo mówić, obawiałem się, że przy tych damach wypadnę jak prostak. Nie ukończyłem żadnej elitarnej szkoły, brakowało mi chłodnej rezerwy, opanowania i pewności siebie, więc groziło mi, że spadnę do roli boya do czyszczenia basenu. Kobiety uwielbiały wpływowych i silnych mężczyzn, a ja do takich nie należałem. Miałem wątpliwości, czy zechcą zniżyć się do mego poziomu. Mimo to postanowiłem wziąć się w garść. Czy chciałem, czy nie, musiałem sprostać rysującemu się przede mną wyzwaniu i stanąć na wysokości zadania. Nie zamierzałem wystawiać się na pośmiewisko. William Smith nie mógł dać plamy.

Wziąłem się do galopu. Opuściłem hol. Chciałem zaimponować tym dziuniom. Przeniosłem się do mojej dziupli, żeby się przebrać. Ręce drżały mi z podniecenia. Miałem wrażenie, że powietrze wokół mnie wibruje. Nie powinienem był tracić czasu. Liczyło się pierwsze wrażenie i należało dobrze wypaść, więc rozejrzałem się za czymś w miarę paradnym.

Myszkowałem w szafie, a myślami byłem przy tym, co zastałem w salonie, który w mojej wyobraźni zamieniał się w baśniowy ogród z „Księgi z tysiąca i jednej nocy”. Nie opuszczało mnie przeświadczenie, że do tego nadmorskiego kurortu ściągnięto najseksowniejsze madonny z całego Układu Słonecznego. Nawet najbardziej obojętne serce zapłonęłoby więc namiętnością. Nie były wyrachowane i oschłe, zamknięte w sobie i odpychające, czego się obawiałem, gdy leciałem na tę planetę.

— Ja cię kręcę! — powtórzyłem, jakbym nie umiał niczego innego powiedzieć. Nie czekały na mnie tutaj ani spasione i aseksualne babsztyle, ani pogodzone z losem niewolnic szare myszki, potulne i zahukane, przetrącone przez życie, a spełniające się przy smażeniu naleśników w tanich restauracjach.

Dotarło do mnie wreszcie, że przez dwa tygodnie nie zabraknie mi mocnych wrażeń. O ile te dziunie na mnie polecą i będą chciały się figlarnie zabawić. Psiamać, nie miałem się nudzić! Cóż innego można było robić na szalonych wczasach w tropikach, jeśli nie oddawać się podbojom miłosnym? Zaczynałem wierzyć, że John Marlow nie wystawił mnie do wiatru.

— Ja cię kręcę! — mruknąłem po raz trzeci, pojmując, że z wrażenia brakuje mi języka w gębie. Właściwie powinienem był zdrowo zakląć, ale się nie odważyłem.

Gościło tu osiem chodzących pokus. Dlaczego właśnie tyle? Można było zwariować ze szczęścia.

— Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma — zacząłem dukać. Powtarzałem jak mantrę magiczne liczby, które w mojej wyobraźni zamieniały się w klucze do damskich sypialni. Nie było tu takiej, na którą nie miałbym ochoty. 

Przebierałem się i rosła we mnie ciekawość, a przez głowę przetaczał mi się huragan myśli. Jak szybko te chodzące pokusy miały mi ulec? Czy mężczyzna musiał długo zabiegać o ich względy? Czy chciały, żebym je zaliczył? Czy były wystarczająco lekkomyślne, by dać wodzić się za nos? Czy pociągał je seks dla sportu? Czy nie lękały się, że stracą coś, czego już później nie będą mogły odzyskać? A może zamierzały piętrzyć przede mną przeszkody i uczyć mnie cierpliwości? Czy kobiety ich urody nie zasługiwały na lepszego faceta? Co tam! Nie powinienem był nad tym dumać. Skoro te gwiazdy pozwoliły się umieścić na tajemniczej miłosnej liście, do której półgębkiem nawiązywały w rozmowach, na pewno nie chciały zamieniać się w niezdobyte twierdze. A co z ich temperamentem? Czy nie liczyły przypadkiem na seanse sadomasochistyczne? Miałem je brać siłą? Rozrywać im bieliznę? Względnie im ulegać? Grać rolę ich niewolnika? Pozwalać, by smagały mnie pejczem? Modliszki? Erynie? Walkirie? Nie!

Dygotałem z przejęcia jak młokos przed pierwszą randką. Zerknąłem w lustro. Rozczesałem dłonią przydługawe włosy z przedziałką pośrodku głowy, zasłaniające mi uszy. Cholera, nie wziąłem grzebienia. Matka ze mnie kpiła, że moja fryzura przywodzi na myśl zapomniane ptasie gniazdo. Czy miałem prężyć muskuły? Obejrzałem swoje bicepsy. Obawiałem się, że nie spełniam marzeń kobiet o cudownie wyrzeźbionym męskim ciele, chociaż tors miałem niczego sobie. Nie przypominałem niepospolitej urody Adonisa i pojąłem, że przydałaby mi się odrobina metamorfozy. Powinienem był postarać się o dobrze umięśnioną sylwetkę, choć przecież nigdy dotąd nie miałem bzika na punkcie tężyzny. Musiałem zaprzyjaźnić się z kabiną regeneracyjną, która zastępowała dawną siłownię. Ale na to trzeba było czasu. Obejrzałem swoje dłonie. Paznokcie miałem krótko obcięte. Podobno kobiety zwracały uwagę na ręce mężczyzny. Założyłem szykowne długie spodnie, ukrywające moje owłosione nieco szczudlaste nogi, a do nich zdobioną kolorowo koszulę ze stójką i znowu się przejrzałem. Wystroiłem się jak elegancik. Rozpiąłem kilka guzików, żeby odsłonić zarośnięte piersi. W tutejszym klimacie na co dzień mogłem chodzić w samych szortach. Jeszcze raz zerknąłem w lustro.

— Spokojnie, będzie dobrze! Williamie, nie jesteś starym i obleśnym typem — pocieszyłem się. — Nie chodzisz pochylony i nie wystaje ci brzuch. Zgodnie z zawartą umową zrobisz, co do ciebie należy. Szmal nie śmierdzi i musisz dotrzymać słowa. Nawet jeśli nie jesteś aż takim ogierem, na jakiego tu pewnie czekano. Jednak masz głowę na karku, a to się liczy!

Gdy z duszą na ramieniu wróciłem do salonu, witające mnie dziunie były już w komplecie. Stwarzały wrażenie nastawionych przyjacielsko i życzliwie. Obsiadły suto zastawiony stół. Czekały na głodomora z Ziemi. Przywołałem na twarz blady uśmiech, starając się ukryć targające mną emocje.

— Zapraszamy cię, Wiliamie! — usłyszałem słowa zachęty.

Budząca respekt Grace podniosła się i pokazała mi krzesło. Założyła do obiadu ekskluzywną letnią kieckę. Działała na mnie uspokajająco i czułem się przy niej bezpieczny. Usadziła mnie na poczesnym miejscu, u szczytu stołu, więc miałem widok na wszystkie kusicielki. Sama ulokowała się obok po prawej stronie. Biały obrus zdobiły szlachetna zastawa porcelanowa i grawerowane sztućce ze srebra. Stały świece i kwiaty we flakonach, tworzące miłą dla oka kompozycję. Obyło się bez oficjalnych przemówień i ceremonialnej modlitwy, której nie znosiłem na Meduzie. Nie musiałem wygłaszać żadnego orędzia. Domyślałem się, że w takim kurorcie życie biegnie jak na pokładzie luksusowego statku pasażerskiego, pokonującego mroźne próżnie. W zamkniętej przestrzeni karaweli nudzący się pasażerowie ustawicznie ocierali się o siebie, więc szybko zaznajamiali się ze sobą. Potem już było łatwo o ekscytujący ciąg dalszy. O niezapomnianą przygodę.

— Doceniamy, że jesteś z nami. Zupa z żółwia na początek — powiedziała. — Miejmy nadzieję, że dopisze ci apetyt. Smacznego!

— Nawzajem, dziękuję! — odrzekłem, nie chcąc być dłużny. Byliśmy niewolnikami pozorów i musieliśmy dbać o konwenanse. Przynajmniej na początku nowej znajomości, bo potem bywało różnie.

Nie przygotowano tradycyjnego amerykańskiego lunchu, ale wczesny obiad. Wszystko było na maksa. Założyłem sobie serwetkę pod szyję. W takim towarzystwie liczyły się dobre maniery. Wprawdzie nie trafiłem do pięciogwiazdkowej restauracji z dystyngowanymi kelnerami i nadętym szefem sali za plecami, ale powinienem był się kontrolować. Pilnowałem swoich rąk, nie zamierzając im pozwolić na nadmierną swobodę. A już miałem zacząć nerwowo bębnić palcami. Przysunąłem wazę i nalałem chochlą Grace na talerz. Potem zalotnicy po lewej ręce. Wreszcie sobie. Poszło jak z płatka. Oparłem się wygodnie i ująłem łyżkę. Pocieszyłem się myślą, że każdy zespół ma swego frontmana. Tu ja odgrywałem jego rolę, czy chciałem, czy nie, bo tak ułożyły się sprawy. Byłem przecież jedynym facetem w tym gronie, prawdziwym samcem alfa, mającym prawo stanąć na czele stada.

Siedzące przy stole muzy nie wydawały się skrępowane, a moja obecność ich nie onieśmielała. Przyjęły ją jako coś oczywistego, nad czym przechodzi się od razu do porządku dziennego. Dyskretnie wymieniały się uwagami. Jak wszystkie piękne kobiety były egocentryczkami, ale odrobina narcyzmu im nie szkodziła. Takie laski nie lubiły się nudzić.

Bez pośpiechu przyjrzałem się każdej z nich, ślizgając się wzrokiem po prześlicznych twarzach. Wszystkie przyciągały uwagę. Były wiedźmami czy aniołami dobroci? Nie przypominały drużyny gównianych czirliderek i nie musiałem czuć się jak początkujący nauczyciel w szkole. Za wyjątkiem jednej, która wyglądała na nastolatkę, mieściły się w przedziale między dwudziestką a trzydziestką. No, może niektóre lokowały się bliżej wspomnianej górnej granicy. Tym niemniej kipiały młodością. Nie zaliczały się do dam w wieku balzakowskim, ani tym bardziej do starych pudernic. O nie! Zegar biologiczny tykał, ale te żylety nie musiały się nim przejmować. Z pewnością nie uskarżały się na cellulit, kurze łapki koło oczu i obwisłe piersi, zmory kobiet w minionych stuleciach.

Po zupie Grace zaczęła je niespiesznie przedstawiać, szepcząc mi przy uchu:

— Pozwól, że cię oświecę, Williamie. Numer dwa, Miriam, już ją znasz. Numer trzy, Agnes, widziałeś się z nią zaraz po przybyciu. O czwartą, Jacqueline, też już się otarłeś, spotkałeś ją na pływalni. Po twojej lewej ręce są kolejne. Numer piąty, Alison, szósty, Belinda i siódmy, Chloe, dwie czekoladowe piękności.

Śliczne Murzynki przykuły na moment mój wzrok. Ich ciemne skóry, kręcące się włosy i czarne jak węgiel oczy niosły z sobą posmak egzotyki. Były ułożone i pogodne. Zapewne nie brakowało im temperamentu, jednak nie rwały się do tego, by mnie prowokować i przyciągać z siłą magnesu. Odziane gustownie, ale skromnie, nie eksponowały nadmiernie swoich wdzięków, które z pewnością chowały na inne okazje. Pojąłem, że póki co nie będę musiał za nimi biegać z  wywieszonym jęzorem i przymilnie merdać ogonem. Czego nie można było powiedzieć o ostatniej dziuni.

— Jak się mam do was zwracać? Przez pani czy przez ty?

— Po imieniu — wyjaśniła. — Zresztą jak wolisz…

Ósma z gorącej listy, najmłodsza, miała na imię Daisy i pomyślałem, że po obiedzie pod byle pretekstem powinienem z nią pogadać. Już wcześniej wpadła mi w oko, omal się z nią nie zderzyłem, gdy wróciłem z oranżerii. Przykuła mój wzrok. Należała do wyjątkowo odlotowych dziewcząt. Była Hinduską z domieszką białej krwi i nie wyglądała na więcej niż dziewiętnaście lat. Wyciągnąłem teraz szyję, by ją lepiej widzieć. Kryła się za Chloe. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Jej niebezpieczna orientalna uroda, połączona z niewinnością i świeżością, sprawiały, że najchętniej ulokowałbym ją wyżej na wspomnianej liście. Silnie działała na moje zmysły i czułem, że między nami zaczyna się iskrzyć. Lepsze było wrogiem dobrego, co prawda to prawda, jednak póki co musiałem zająć się moim pełnym powabu numerem pierwszym. Nie wypadło mi obcesowo przenosić się na drugi koniec stołu, choć przecież mogłem podobno wśród tym krasawic przebierać jak w ulęgałkach, grymasić i kaprysić.

— Czy mogę zapytać… — zwróciłem się do Grace, gdy podawano na stół drugie danie. Belinda i Chloe ruszyły do kuchni.

— Tak?

— Chodzi mi o to… co będziemy… dziś wieczorem… — pociągnąłem ją za język.

— Ufff! — odsapnęła, domyślając się, o co mi chodzi. — Ponoć należę do najodważniejszych, bo inaczej nie byłabym pierwsza. — Zajrzała mi pytająco w oczy. — Może zjemy najpierw kolację we dwoje? Inne królewny będą mieć więcej czasu, by z tobą się oswoić.

— Myślisz o nastrojowej kolacji? Czemu nie? Zaprosiłbym cię, ale na tym zadupiu nie ma żadnej knajpy — pozwoliłem sobie na wątpliwy żart. Co nie znaczyło, że nie uznałem tego pomysłu za dobry.

— Da się to zrobić — stwierdziła.

— A co potem?

— Przeniesiemy się do mnie lub do ciebie. Gdzie będziesz wolał — wyjaśniła bez cienia skrępowania.

— I będziemy razem do śniadania… to znaczy do rana? — usiłowałem się upewnić, niespokojnie wiercąc jej dziurę w brzuchu.

Siedząca po lewej stronie Alison nie wytrzymała i nieoczekiwanie zachichotała, wtrącając się do idiotycznej wymiany zdań. Gęste fale rudych włosów opadały jej na czoło. Jej mocno zarysowany podbródek wyrażał zdecydowanie i pewność siebie, ale nie odbierał jej uroku.

— Co za pożałowania godne teksty? Żołnierzu, nie wiesz, jak się do tego zabrać? — uszczypliwie zapytała. — Nigdy nie byłeś na polu walki? — Pewnie była przekonana, że jest bystra i nie brakuje jej poczucia humoru. — A może wolisz spać sam? Kogo nam tu przysłano? Wykręcasz się sianem?

— Co ty nie powiesz?! Wiem, jak to się robi, niech cię o to głowa nie boli! — odparowałem z chmurną miną, niechętnie zezując w stronę mistrzyni ciętej riposty. Szelma uderzyła w moją czułą strunę. Co to? Wzięła mnie za niewydarzeńca i ofermę? Pojąłem, że nie powinienem był jak idiota indagować Grace przy świadkach. Mogłem to załatwić w cztery oczy. Wiedziałem, że nie potrafię utrzymać się w ryzach. Nie umiałem rozmawiać z kobietami. Plotłem od rzeczy i niepotrzebnie się błaźniłem. Jak gówniarz w szkole, nie wiedzący, jak zabrać się do pociągającej go koleżanki. Narażałem się na kpiny.

— Więc po co pytasz? Kwiatów też nie kupisz, bo tu nie ma kwiaciarni. Czego ci jeszcze trzeba do szczęścia? — okazała się bardziej zuchwała niż sądziłem.

Brakowało mi galanterii i nie lubiłem wręczać prezentów. Ostatnia rzecz, jaka chodziła mi po głowie, to obdarowywanie kobiet bukietami róż, tulipanów, storczyków lub fiołków. Nerwowo umknąłem myślami ku szkolnym pięknościom. Wyleczyłem się z tego, gdy przyniosłem dumnej Kimberly z czwartej klasy pachnącą wiązankę, bo chciałem z nią chodzić. Wręczyłem jej ją na przerwie między lekcjami. Na moich oczach lekceważąco wyrzuciła ten dowód szczenięcej miłości do kosza na śmieci, bez szacunku odwróciła się i odeszła.

— Kwiaty są w oranżerii. Nawet takie, które się ruszają. Mogę ich narwać, ile zechcę — natychmiast się odgryzłem, gotowy walczyć o swoje.

Miała niewyparzony język i traciła u mnie punkty. Wredna suka! Jeszcze chwila i zaczęłaby mi się kojarzyć z moją byłą żoną. Przeszyłem ją wzrokiem bazyliszka, ale tym się nie przejęła.

— Wyluzuj, Alison! — łagodnie skarciła ją Grace. — Nie musisz mielić jęzorem. Nie prowokuj naszego gościa. Wszystkie to po swojemu przeżywamy. Przecież wiemy, z czym się mamy zmierzyć. A porozmawiać zawsze można.

Odłożyłem na obrus nóż i widelec, które nerwowo ściskałem w rękach. Odsapnąłem.

— Chcesz powiedzieć, że to dla was nowość? — zdziwiłem się, uspokojony jej słowami. — Żadna z was nie była mężatką? Jesteście z pensji dla cnotliwych panienek? — chlapnąłem. Popełniałem gafy jedna za drugą, ale dziunia z numerem pierwszym tym się nie przejmowała. Tym razem jednak naprawdę przesadziłem.

Zapadło milczenie i pojąłem, że wpakowałem się w coś, co nie mieściło mi się w głowie. Czyżby wypuszczono je z żeńskiego klasztoru o surowej regule? Może w Galaktyce Trójkąta powstały już monastyry i zdążono rozbudzić powołania wśród kobiet? Ci spece od religii zawsze umieli trafić na pierwszą linię frontu. Przecież już z Krzysztofem Kolumbem do Ameryki popłynęli duchowni. Moje singielki nie wyglądały jednak na zgorzkniałe stare panny, którym życie przeciekło między palcami, bo nie umiały rozkładać nóg. Cieszyły się, nie brakowało im wigoru i bezsprzecznie były pełne planów na przyszłość, promienne, wypoczęte i zadbane.

Przełknęły mój brak taktu.

— Nie miałyśmy mężów — rudowłosa Alison usiłowała odzyskać stracone punkty. Dopomógł jej biust, wyzierający z głębokiego dekoltu. — Zdobyłyśmy ogromną wiedzę i jesteśmy nie do przebicia pod względem intelektualnym. Każda w swoim wyjątkowym zakresie. Jednak kosztem życia osobistego. Zawsze jest coś za coś. Można powiedzieć, że nie do końca wygrałyśmy wyścig z czasem. Tym niemniej próbujemy to nadrobić.

— Rozumiem — odrzekłem. Ładne i mądre, zabójcze połączenie. Mimo to nadal niczego nie rozumiałem. Co one robiły przez ostatnich dziesięć lat? Kryły się na widok facetów? Zmykały przed nimi gdzie pieprz rośnie?

— A ty byłeś żonaty?

— Byłem — odpowiedziałem z chmurną miną. Nie chciałem jednak ciągnąć tego tematu. Miałem się chwalić, że powinęła mi się noga? Też byłem z tym do tyłu o dobrych kilka lat.

Udziec jagnięcy wyglądał zachęcająco i wspaniale pachniał. Podano go z musem jabłkowym i sosem miętowym. Zdecydowałem się ponadto na puree ziemniaczane. Potem rozejrzałem się za sałatkami. Dopiero gdy zabrałem się do drugiego dania uprzytomniłem sobie, czym te szprychy się różnią od turkawek, o które ocierałem się od dziecka. Miały jednak w sobie coś z prawdziwych zakonnic. Wprawdzie gustowały w ciuchach z okrzyczanych magazynów mody, ale żadna nie była obwieszona biżuterią, co mnie zdziwiło. Nie nosiły kolczyków, naszyjników, pierścionków i bransolet, ich twarzy nie upiększał makijaż, nie rzucały się w oczy ekstrawaganckie fryzury, włosy miały naturalne kolory, a na krótko przyciętych paznokciach nie znaczył się róż. Nie wyczuwałem też damskich perfum. Może wyjątkiem była Agnes, której platynowe włosy wyglądały na farbowane. Czekoladowa Chloe też je miała rozjaśnione.

A jeśli przyjął się nowy trend w światowej modzie i żeby dobrze wypaść należało wyrzec się świecidełek? Czyżbym coś przeoczył, trwoniąc czas na orbicie odległej supernowej? Kościelni puryści byliby w siódmym niebie, bo przecież od wieków nawoływali kobiety do skromności.

Kiedy podano mi kawę w filiżance z serwisowego kompletu, kapryśnie poprosiłem o kieliszek koniaku. Pyskata Alison okazała się wyjątkowo uczynna. Podniosła się bez słowa i przytargała z kuchni charakterystyczną firmową butelkę z szeroką podstawą i wąską szyjką oraz dwa pękate kieliszki, bo takie nie stały na stole. Zamierzała napić się ze mną. Pewnie wiedziała, że facet nie lubi sączyć trunków w samotności. Spojrzałem na nią z nieskrywanym uznaniem, rozgrzeszając ją za cięty język. Etykieta na butelce mówiła sam za siebie: Courvoisier, le Cognac de Napoleon. Rozpieszczała mnie na potęgę. Pomyślałem, że później zabiorę napoczętą flachę do apartamentu.

Nalałem. Osuszyłem serwetką usta. Podniosłem kieliszek do toastu.

— Życie mierzymy w latach… — radośnie do niej rzuciłem.

— …a drinki w mililitrach! — w te pędy fajowsko dokończyła. Znała tę odzywkę, więc umiałaby znaleźć się w moim towarzystwie. Nie nudziłaby się ze mną i moimi topornymi kumplami, którzy po kilku głębszych przechodzili na jarmarczny slang.

Pokrzepił mnie na duchu brzęk trącających się kieliszków. Skosztowałem. Ona też. To było to! Zaczęliśmy podejmować tematy mniej drażliwe. W tak wytwornym gronie nie należało deptać sobie po odciskach.

— Wybierz się wieczorem na plażę, warto! Nocne niebo jest tu cudowne — zachęciła Alison, figlarnie przechylając się w moją stronę. Jej wyzierający biust znowu ściągnął mój wzrok. — Ta planeta ma trzy kuliste księżyce, jeden z atmosferą. Obłędnie wyglądają, kiedy razem świecą.

Pomyślałem, że mógłbym włączyć ten punkt programu do szykującego się spotkania z ekscytującą Grace. Czy siedząca obok bogini była gotowa kochać się ze mną już po kilku godzinach znajomości? Popuściłem wodze fantazji. Upojny seks na plaży? Pod granatowym nieboskłonem wypełnionym diamentowym pyłem? Czemu nie? Uznałem, że powinienem wziąć tę opcję pod uwagę.

Z drugiej strony patrząc, siedząca obok mnie madonna była zbyt czarowna, by ciągnąć ją na rozgrzany piasek i pozwalać, by gryzły ją w plecy kamienie. Nie rzucało się pereł między wieprze. Lal takiej klasy nie zabierało się w krzaki. Gościło się je w hotelach o najwyższym standardzie. Tam ich zmysłowe ciała niby kamienie szlachetne miały należytą oprawę. Przy stonowanym oświetleniu i przy dźwiękach nastrojowej muzyki. Z usłużnym kelnerem podającym szampana.

 

Po obiedzie młodziutka Daisy nie opuściła salonu, w przeciwieństwie do trzech innych dziewcząt, które zaraz się ulotniły. Została i pomagała w sprzątaniu ze stołu. Nakrycia i półmiski wracały do kuchni. Ciągnąłem za nią tęsknym wzrokiem, obawiając się, że wcześniej czy później gdzieś przepadnie i że ujrzę ją dopiero w porze kolacji. Nie miałem ochoty czekać i postanowiłem kuć żelazo póki gorące. Kluczyłem między kursującymi do kuchni modelkami, starając się do niej zagadać i zaraz niby przypadkiem na nią wpadłem. Odruchowo przytrzymałem ją za łokieć.

— Siemanko, piękna z końca stołu, sorry! — rzuciłem z kurtuazją, usiłując się usprawiedliwić. — Jak ja chodzę? Niezguła ze mnie.

Zwróciła się do mnie i obdarzyła mnie zabójczym uśmiechem. Z zaciekawieniem zajrzała mi w oczy. Pobudzała moje zmysły. Miała w sobie coś magicznego. Wydawało mi się, że nie powinienem się wahać i od razu wziąć ją w objęcia. A potem zapomnieć o całym świecie.

— Nic nie szkodzi, możesz częściej — zachęcająco zażartowała, pokazując piękne zęby.

Była laską o hipnotyzującym spojrzeniu, wywołującym ogień w mężczyźnie. Drzemała w niej siła, a każda cząstka jej ciała emanowała seksapilem. Dowodziła sobą, że Bóg, jeśli chciał, potrafił stworzyć prawdziwe cudo. Pojąłem, że jest uosobieniem zmysłowości i zacząłem podejrzewać, że może okazać się tak namiętna jak słodka Madison z Orlando, choć przecież nie była klonowanym androidem.

Pieszczotliwie ująłem końce jej palców. Nie miałem zamiaru pozwolić jej odejść.

— Porozmawiamy? Czy gdzieś się spieszysz? — odważnie zapytałem, idąc za ciosem. — Moglibyśmy się lepiej poznać, przy obiedzie się nie dało. Musiałbym do ciebie wołać z przeciwnego końca stołu.

Zachęcająco wskazałem ręką zestaw wypoczynkowy z widokiem na kąpielisko przy oszklonej ścianie, żywiąc nadzieję, że gąska mi nie odmówi.

Nie odmówiła. Spolegliwie się zgodziła, pozwalając, bym po męsku przejął inicjatywę. Okazała się zadziwiająco potulna i skromna. Nie zamierzała krzywić się i zadzierać nosa.

— Nie ma sprawy! — rzekła pogodnie. — Możemy pogawędzić. Nigdzie się nie spieszę.

Porzuciła nakrycia, cedując poobiednie porządki na pozostałe madonny. Bez wahania poleciała na faceta, który do niej się przypiął. Pierwszą rundę wygrałem i mogliśmy rozgościć się przy błyszczącej ławie. Szczupła, żywa i niezwykle sprawna fizycznie, usiadła, zwracając się w moją stronę i podwinęła nogi. Poczułem się przy niej tak, jakby nagle ubyło mi lat.

— Dlaczego umieszczono cię dopiero na ósmym miejscu? — zaciekawiony dociekałem, szukając tematu do rozmowy. — Czy dlatego, że jesteś ósmym cudem świata? — zażartowałem.

— Bo ja wiem? Pewnie dlatego, że jestem nieśmiała — odpowiedziała niefrasobliwie.

Odniosłem wrażenie, że przesadza. Nie czuła się skrępowana, nie siedziała przy mnie sztywno i zachowywała się w miarę swobodnie. Wyglądała na niepłochliwą młódkę. Czegóż miałaby się wstydzić? Nie zamierzałem jej tłumaczyć, że faceci lecą na boskie lale w jej wieku jak ćmy do płonącej świecy, bo częstowałbym ją truizmami. Tu nie było miejsca na taką grę. Pominąłem wyświechtane komplementy.

— Może mi powiesz, czym zajmują się twoje koleżanki? — rzekłem z zaciekawieniem, nie mogąc oderwać od niej wzroku. — Na razie znam tylko ich imiona.

Nie przejmowała się tym, że ją sonduję. Skinęła głową. Jej spojrzenie zdradzało wybitną inteligencję, uroda nie mogła tego ukryć, więc potrafiła ująć to zwięźle i nie musiała się specjalnie wysilać.

— Grace jest specjalistką od architektury krajobrazu, a ściśle biorąc od projektowania obiektów w kosmosie, Miriam jest botanikiem, ekspertem od flory na różnych planetach, Agnes jest genetykiem, Jacqueline zna się na nawigacji, jest obeznana ze statkami kosmicznymi, potrafi nadzorować ruch międzyplanetarny, a nawet międzygalaktyczny, Alison jest z kolei kimś w rodzaju maklera, śledzi wahania na giełdach i przepływy środków płatniczych, a ponadto jest w stanie sprostać księgowości ogromnego koncernu, Belinda jest specem od manipulacji w środkach masowego przekazu, Chloe podobnie.

Gdybym nie stracił zdolności trzeźwego myślenia, pojąłbym w mig, że singielki goszczące w tym kurorcie nie studiowały i nie zdobywały szlifów w Układzie Słonecznym, ale gdzieś dalej, w nieznanych mi stronach wszechświata. A gdzie dokładnie? Może w Galaktyce Trójkąta, skoro w jej rewirach urzędowały? Kosmos był taki wielki! Przejęty bliskością azjatyckiej arystokratki nie byłem w stanie sobie tego uprzytomnić. Jej olśniewająca uroda przyćmiewała mój zdrowy osąd. Liczyło się tylko to, co miałem przed oczyma, jak również to, czego skrycie pragnąłem.

— A ty?

— Jestem od sprzątania — rzekła skromnie. — Niekiedy nazywają mnie gońcem.

— Ja cię kręcę! — wypaliłem impulsywnie, a moje brwi powędrowały wysoko. — Gonią cię do roboty? Przecież teraz sprzątają maszyny. Chyba że chodzi o gońca na szachownicy — zażartowałem.

— Trudno — westchnęła. — I tak byś się dowiedział. Jestem specem od mokrej roboty, kimś w rodzaju korporacyjnego cyngla — zdradziła w sekrecie, odruchowo zniżając głos.

Nie chciało mi się wierzyć. Kojarzyła się z pięknymi strojami, a nie z tym brudnym zajęciem, do którego trzeba było mieć skórę nosorożca.

— Taka młodziutka gwiazda wolnym strzelcem? Podejmujesz się płatnych zleceń? — oczy mi się zrobiły okrągłe z wrażenia.

Nie ściemniała.

— Od czasu do czasu ktoś musi zrobić porządek — usiłowała się wytłumaczyć, spuszczając wzrok i omal nie kryjąc twarzy pod furą ciemnych włosów. — Taki zawód jak każdy inny.

— Nie wyglądasz na zbira i dobrze ci z oczu patrzy. Jesteś taka piękna.

Przemogła się i podniosła wzrok.

— A powinnam przypominać ponurego gangstera? Z twarzą poznaczoną bliznami, jak w starych filmach kryminalnych? —  roześmiała się zabawnie, a w jej policzkach pojawiły się drobne dołeczki. — Teraz zresztą rzadko kiedy się zabija. Raczej formatuje się psychikę klienta. To czysta robota. Niemniej jednak potrafiłabym zabić i jestem obeznana z różnymi rodzajami broni palnej oraz z technikami walki wręcz, od kung-fu począwszy.

Tarłem brodę w zamyśleniu. Wreszcie rzekłem:

— Wiesz, że mnie to nawet rajcuje? Ale muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś. Nie sądziłem, że okażesz się taka groźna. Aż mi serce mocniej bije z wrażenia.

— Mam nadzieję, że to nie odstraszy cię ode mnie — zaszczebiotała. — Aby poprawić swój wizerunek, powiem, że dzięki posiadanym umiejętnościom potrafiłabym wcielić się w rolę twojego ochroniarza. Sztuka walki jest bowiem przede wszystkim sztuką samoobrony.

Rzekła to takim tonem, jakby chciała zaznaczyć, że jest gotowa nie tylko mnie chronić, ale i ze mną się bzykać. Cóż innego śliczny ochroniarz mógłby robić w nocy?

Pomyślałem, że reklama jest dźwignią handlu, a młodziutka Daisy potrafi umiejętnie się zaprezentować. Nawet diabeł mógłby jej pozazdrościć umiejętności kuszenia. Nie byłoby źle mieć kogoś takiego u boku. Zachwycony tą perspektywą, uległem przemożnej pokusie i moja dłoń niby przypadkiem zawędrowała na jej odsłonięte kolano.

— A może byśmy… już teraz… na dzień dobry… — wypaliłem pod wpływem niekontrolowanego impulsu, ale zaraz z przerażenia ugryzłem się w język.

Teraz? Co mnie opętało? Posuwałem się za daleko, naruszając obowiązujące w tej mikrospołeczności reguły gry. Nabrałem nagłej ochoty, by tę dżagę zaciągnąć od razu do siebie, lecz coś mnie zaraz ostrzegło, że niebezpiecznie szarżuję. Powinienem był być bardziej ostrożny. Należało zważać na słowa. Szybko zabrałem rękę, usiłując się wycofać. Nie umiałem flirtować, uwodzić i zdobywać. Brakowało mi cierpliwości. Grałem za ostro i szarżowałem jak byk na corridzie, co zwykle fatalnie się kończyło. W okamgnieniu dostawałem kosza.

Ku memu zdumieniu rozkoszna nastolatka od razu odgadła, co mi chodzi po głowie, jakby czytała w mojej duszy niczym w szeroko otwartej księdze. A może miałem to wymalowane na twarzy? Żywiołowo zareagowała na zaczepkę, nie dostrzegając w niej afrontu dla siebie. Wystartowała jak rakieta.

— Marzy ci się, żeby mnie pierwszą przelecieć? Chcesz olać listę? — palnęła z zadziwiającą szczerością, a jej oczy się zaświeciły.— Nie ma sprawy, możesz mnie bzyknąć, wpadnij za kwadrans do mojego apartamentu, będę czekać! — bez skrępowania mnie zachęciła, nie czekając, aż wysłowię się do końca.

Zrobiłem wielkie oczy. Poczynała sobie nad wyraz śmiało, czym mnie zupełnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że młódka będzie zupełnie pozbawiona wstydu i że zechce pójść na pierwszy ogień. Poczułem, że dygocę z wrażenia. Moje zaloty trwały nadzwyczaj krótko, a jednak przyniosły upragniony efekt. Złapała mi się na haczyk złota rybka, gotowa spełniać me życzenia. Po kilku minutach niezobowiązującego flirtu. Co za tempo? Tak się to tutaj rozgrywało? Hamulce moralne zostawiało się w szatni? W tym nadmorskim ośrodku było naprawdę coś magicznego.

— Serio?! To jesteśmy umówieni — wydusiłem z siebie z pokerową twarzą, starając się ukryć to, co się ze mną działo. Rwałem się przecież do tego, żeby się zabawić. Serce mocno mi zabiło, a w spodniach zrobiło mi się ciut, ciut za ciasno. — Przytelepię się, z miłą chęcią! — dorzuciłem, starając się złapać oddech.

Kiedy się podniosła, a ja wraz z nią, zaczęło do mnie docierać, dlaczego zepchnięto ją na ósme miejsce. Rozejrzałem się po twarzach penelop, które kończyły sprzątać po obiedzie. Smukła Daisy nieco odstawała od tych intelektualistek. Miały wyszkolonego zabójcę w swoich szeregach, co nie napawało ich dumą. A może się myliłem?

Podniecony jak diabli krążyłem po salonie, nie umiejąc sobie znaleźć miejsca i pragnąc ukryć to, co czułem. Byłem jak na szpilkach. Hinduska rusałka znikła. Zezowałem na wyjście, mając ochotę za nią pobiec. Chyba żadna z pozostałych hurys jeszcze się nie zorientowała, co się stało. Nie przejęły się tym, że zacząłem flirtować z czarującą Daisy. Nachalnie poleciałem na najmłodszą i przeskoczyłem z początku na koniec listy, za nic mając odgórnie ustalony porządek. Uwielbiałem szukać guza i naruszać ustalone zasady. Ciekawe, co by zrobiły, gdyby odkryły, że nie skończyło się na niewinnej rozmowie, ale że umówiłem się z nią na bara-bara.

Przeczysta Daisy okazała się wolna od uprzedzeń i zahamowań. Od kogo się tego nauczyła? Od androidów do uciech cielesnych? Zaskoczyła mnie swoją bezpośredniością. Chciała zaszaleć. I zamierzała przy okazji nabić w butelkę pozostałe madonny. Poszła po linii najmniejszego oporu. Miała w nosie kolejność na liście, więc dlaczego ja miałbym się przejmować poronionym rejestrem, który nie wiadomo kto stworzył? Też mogłem pójść na skróty. Należała do tego porywającego towarzystwa i dobrze wiedziała, na co się decyduje. Numer ósmy zamiast pierwszego? Czemu nie. Było mi to na rękę. Powinienem był rozdawać karty według własnych zasad, jeżeli chciałem się tu dobrze czuć. Inaczej straciłbym szacunek do samego siebie. Nie mogłem w własnych oczach uchodzić za tchórza.

Moja rozmówczyni wkręciła się w tajemne rendez-vous z niezwykłym talentem i wdziękiem. Zaproponowała mi numerek takim tonem, jakby chodziło o coś z gruntu błahego, na przykład o niewinny spacer po plaży przy świetle księżyca. Trudno, żebym się szczypał. Byłem przecież facetem pozbawionym zasad, więc nie wahałem się ani chwili. Nie do wiary! Okazało się, że jestem niewiarygodnym farciarzem, dzieckiem szczęścia, ulubieńcem fortuny i wybrańcem losu.

Zabrałem ze stołu napoczętą butelkę koniaku. Grace trajkotała z Miriam i do tych miluśkich podszedłem jak gdyby nigdy nic. Zamierzałem poruszyć jakiś neutralny temat, pozwalający odwrócić ich uwagę od tego, na co się z cicha zanosiło. Pomyślałem, że porozmawiam o roślinach z kosmosu, tym bardziej, że chciałem się o nich naprawdę czegoś dowiedzieć. Było to lepsze niż nudna pogawędka o pogodzie.

Grace i Miriam umilkły, ciekawie zwracając się w moją stronę, więc rzekłem, zaglądając w błękitne oczy niby-Szwedki:

— Pozwól, że cię o coś zapytam. Chodzi mi o te agresywne kłącza. Przyszło mi to do głowy, gdy oglądałem twoją oranżerię. Czy zetknęłaś się już kiedyś z transfugerami?

Zbladła, gdy to usłyszała.

— Tu ich nie ma, nie musisz się obawiać, Williamie! — odparła. — Trudno te agresywne stwory nazywać roślinami. To koszmarne istoty. Są szalenie niebezpieczne. Pochodzą spoza naszych galaktyk. Miałeś już kiedyś z nimi do czynienia?

— Owszem. Dopadły mnie. A właściwie nie tyle mnie, co mojego kota. Przynieśli mi ratunek enbargońscy medycy.

— Ach tak?! Tego nie wiedziałam.

— Zetknąłem się ponadto z quasi-roślinami, ukrytymi w niewielkich niby-sześcianach — perorowałem, podtrzymując ten temat. — Kiedy się do nich zbliżyłem, zaczęły szybko rosnąć i wystrzeliły z nich odrosty  o fioletoworóżowych pędach. Miały witki, którymi sięgnęły w moją stronę, usiłując mnie obezwładnić. Główna odrośl wyglądała jak baśniowy smok.

Słuchała mnie z uwagą.

— Fioletoworóżowe, mówisz? Musiałeś trafić na dojrzałe okazy. To listery z Brillo. Nie są specjalne groźne, choć z pozoru na takie wyglądają. Mam w szklarni kilka, ale bardzo młodych. Jeśli chcesz, mogę ci je pokazać. Będziesz mógł się z nimi pobawić. Ich dotyk przypomina masaż. Uwalniają od napięć i stresów.

Propozycja była godna uwagi.

— Chętnie zajrzę — obiecałem, wracając oczyma wyobraźni do zasobów zastrzeżonych Meduzy. — Ciekawy jest świat flory, a kosmos potrafi zaskakiwać. Interesują mnie również te, które samodzielnie przemieszczają się po podłożu.

Pomyślałem, że może uda mi się wyjaśnić, co naprawdę się stało w bazie orbitalnej po odlocie załogi. Jakim cudem po korytarzach biegały stada zwierzaków? I skąd wzięły się w pobliżu uzbrojone po zęby statki kosmiczne obcych? Zachodziłem w głowę, usiłując to rozgryźć, ale na razie bez skutku.

Podeszła do nas miła Agnes. Platynowa blondynka gestem pokojówki wyjęła z moich rąk butelkę napoleona. Brakowało jej tylko hotelowego fartuszka.

— Zaniosę do twojego apartamentu — usłużnie się zaofiarowała, jakby wiedząc, że nie wybieram się do swego numeru.

— Dzięki! Co ja bym bez ciebie zrobił? — półżartem odparowałem, zaglądając w jej niebieskie oczy.

Gdybym był w hotelu, pewnie odruchowo pomyślałbym o napiwku.

 

Rozdział 12

 

Młodziutka Daisy okazała się wygłodzoną samiczką, obdarzoną podobnym temperamentem co klonowana Madison z Orlando. Nie pomyliłem się co do niej ani na jotę. Z duszą na ramieniu zajrzałem do jej numeru, zaintrygowany, jak mnie przyjmie i czy dotrzyma danego słowa. Drzwi do siebie zostawiła uchylone, więc odebrałem to jako dobry znak. Cierpliwie czekała na swojego gościa. Przywitała mnie w zwiewnej jak skrzydła motyla, półprzeźroczystej haleczce, nie kryjącej dziewczęcych wdzięków. Niczego więcej nie miała na sobie. Jej bliskość sprawiła, że przeszył mnie szaleńczy dreszcz pożądania. Przepłoszyła moje lęki zniewalającym uśmiechem, który obiecywał rozkosze raju. Zajrzałem w jej pełne głębi czarne oczy i usiłowałem coś szarmanckiego powiedzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. Zarzuciła mi ręce na szyję i jak szalona wpiła się w moje usta. Marnowałbym cenny czas, myśląc w takiej chwili o konwenansach towarzyskich i drobnych uprzejmościach. Nie było mowy o grze wstępnej i szeptaniu sobie czułych słówek, a liczył się tylko nieprzytomny seks. Nie mogłem jej się oprzeć, a rozszalałe serce domagało się, żeby natychmiast zatracić się w gorących pocałunkach i uściskach. Uległem wybuchowi namiętności, a nieposkromiona natura wzięła górę. Dwa spragnione ciała zwarły się ze sobą z siłą potężnego magnesu. Stopiliśmy się w jedno. Padliśmy na szerokie łóżko, omal się nawzajem nie rozszarpując. Ziemia drgnęła w posadach, zakołysała się i zatrzęsła pod kochankami. Lolitka krzyczała i w niepohamowanym uniesieniu biła pięściami po moich piersiach. Dała z siebie wszystko, więc wkrótce osiągnąłem spełnienie, a szalony świat przestał wokół mnie wirować.

Leżeliśmy obok siebie, wyczerpani cudownym miłosnym tańcem. Pogrążony w błogostanie, ciężko oddychałem. Powoli wracałem do rzeczywistości. Nie spodziewałem się, że przeżyję coś tak ekscytującego. Złapałem Pana Boga za nogi. Grzeczne dziewczynki szły do nieba, a niegrzeczne miały niebo na ziemi. Pomyślałem, że jeśli mam sobie wybrać trzy kwiatki z rajskiego ogródka, ona będzie na pewno jednym z nich. Cieszyła swymi orientalnymi korzeniami i stanowiła spełnienie moich marzeń. Uwielbiała się bzykać i była prosta w obsłudze jak klonoandroid do uciech cielesnych. Nie wymagała żadnej instrukcji. Uruchamiała się na tip-top. Pstryknąłem i działała. Nie mówiła „Nie!” Nie kazała się zdobywać. Nie musiałem jej obłaskawiać i czekać, aż się ze mną oswoi. Czułem, że jesteśmy dla siebie stworzeni i sobie przeznaczeni. Fanfary w niebie grały! Dobraliśmy się jak w korcu maku i pasowaliśmy do siebie jak ulał.

Wsparłem się na łokciu i starłem pot z czoła. Z podziwem wpatrywałem się w jej zmysłowe ciało. Była niczym pokarm bogów. Cieszyła oczy wspaniałą skórą. Gęste włosy w odcieniu ciemnej czekolady układały się w lekkie fale, a oliwkową twarz zdobiły piękne duże oczy, okolone mocnymi wyrazistymi brwiami, śliczny nos i cudownie skrojone usta. Nabierało się przekonania, że urodziła się i wychowała na dworze arcybogatego radży. I że jest kandydatką na żonę dla dumnego księcia z bajki, a nie dla kogoś tak niskiego stanu jak ja.

Pomyślałem, że będę trzymać z nią sztamę. Takiej lali nie wypuszczało się z rąk, choćby nie wiem co. Przypadła mi do serca.

— Zabiorę cię ze sobą, milutka — czule wyszeptałem, zaglądając w zamglone oczy dziewczyny. Delikatnie przeczesałem palcami jej włosy. — Jesteś cudowna i nawet słońce przy tobie blednie, podpisałbym pakt z diabłem, żeby cię mieć! — I uderzyłem w wysokie tony: — Ucieknijmy razem. Lećmy tam, gdzie nikt nas nie zna i zacznijmy życie od nowa, najlepiej na łonie natury! — zauroczony nią, plotłem trzy po trzy. Snułem nierealne plany. — Zamieszkamy we dwoje na odludnej farmie, będziemy hodować owce i kozy! — puściłem wodze fantazji. Należało wychodzić szczęściu naprzeciw i łapać je pełnymi garściami. Jeśli miałbym zjechać z utartego szlaku przez życie, to razem z tym ósmym cudem świata. Moje przeznaczenie nie było tak pogmatwane, jak myślałem.

Poniosło mnie, ale dziewczyna tym się nie przejęła.

— Całkiem niezła perspektywa — rozmarzona szepnęła. — Tyle że nieziszczalna, bowiem nie możemy być jedynie we dwoje. — A potem dodała, zerkając na mnie z błyskiem w oku: — Masz wybrać sobie trzy dziunie. Jeżeli ci się spodobałam i chcesz mnie wziąć, to zdecyduj się jeszcze na Grace i na Jacqueline — zapobiegliwie podpowiedziała, sprowadzając mnie na ziemię. — Potrafią uprzedzać twoje życzenia i będą umiały ci się odwdzięczać. Nie brakuje im fantazji. Mają luzackie zawody, podobnie jak ja… — ziewnęła, przeciągając się z rozkoszą. — Nie bądź frajerem, w życiu trzeba umieć się ustawić. Nie musisz tyrać jak niewolnik w kopalni. Ani poświęcać się dla dobra sprawy!

Skierowała moją uwagę na inne tory. Nie zastanawiałem się dotąd nad tym, co będę robić po opuszczeniu Eufemii i powrocie do Galaktyki Drogi Mlecznej. Nie wybiegałem myślami tak daleko w przyszłość, bo nie sądziłem, że to ważne. Byłem pilotem międzyplanetarnym i tylko to się dla mnie liczyło. Przypuszczałem, że wrócę do tej pracy.

— Dziwne, że na to nie wpadłem. Jajca straszne! Zatem nasze drogi się nie rozejdą? — z zaaferowaniem trawiłem tę prawdę, wodząc palcami po jej gładkich policzkach. Co kryło się za ofertą Marlowa? Jakie jeszcze karty był gotowy wyciągnąć z rękawa? — Jakoś mi to umknęło — wykoncypowałem. — Nie rozstaniemy się? Będziemy razem zmieniać świat na lepsze? To coś na dłuższą metę?

— Nie wiedziałeś? — musiała mi otworzyć oczy. — Przyleciałeś tu, żeby znaleźć sobie trzy wybranki, trzy pyszności, damy od serca. Wszystkie jesteśmy do wzięcia, wszystkie chętne. Zadecydujesz, które chcesz. Polecimy z tobą na Marsa. Rozgościmy się pod jednym dachem niczym przykładne stadło małżeńskie, takie tam parantele. Potem zaczepimy się w jakimś koncernie współpracującym z Enbargonami — kreśliła przede mną szokujące perspektywy. — Coś tam będziemy robić. — Można było odnieść wrażenie, że była za pan brat ze szklaną kulą. Niczym wróżka odsłaniała przede mną przyszłość. Nie obawiała się, że ma za długi język i że powie coś, czego później będzie musiała żałować.

— Takie buty? Na miły Bóg, nie miałem zielonego pojęcia — prychnąłem ze zdziwieniem. — Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że to ważne. Niewiele mi powiedziano. W gruncie rzeczy przyleciałem tu w ciemno. Zafundowano mi wakacje w tropikach. Kto by odmówił? Dano mi dwa tygodnie na to, bym zdecydował się na trzy dziunie. Trzy z ośmiu. Wybrał te, które przypadną mi do gustu — spowiadałem się przed Hinduską. — Tylko tyle. Nie zdradzono mi, po co. Liczyłem, że się zabawię. I że na tym koniec.

Podniosła się i usiadła, nie kryjąc osłupienia.

—  Nie domyśliłeś się, co jest grane? Łatwo się zorientować — wzruszyła ramionami. — Ale żeby aż dwa tygodnie? Ja cię kręcę, nie sądziłam, że aż tyle! — zaniepokoiła się nie na żarty. — To za długo. Nie połapiesz się w mig, na które laski naprawdę masz ochotę? Oj, to będzie się działo!.. Będziesz bez końca zastanawiał się i wahał?

— A co ma się dziać? — wzruszyłem ramionami. Nie miałem pojęcia, co ma na myśli.

Pytająco zajrzała mi w oczy.

— Jeszcze się nie zorientowałeś? — zdziwiła się. Nagle nabrała ochoty, by pozostałą siódemkę ustawić pod ścianą. — Nie znasz kobiet? Nabrałeś się na rodzinną atmosferę przy stole? Ujrzałeś szpary życzliwe dla siebie jak siostry? — zaczęła pokpiwać. — To jedynie fasada, zaś spokój jest tylko pozorny, a równowaga krucha — z powagą wyjaśniła. — Jeśli okażesz niezdecydowanie i zaczniesz się wahać, dziewczyny nie wytrzymają nerwowo. Co poniektóre poczują się odrzucone. Dasz im nadzieję, a potem ją odbierzesz. Dojdzie do rywalizacji i ostrej walki o twoje względy — argumentowała, odruchowo przytrzymując mnie za rękę. — Byłoby lepiej, gdybyś uwinął się w trzy dni i nie czekał na wybuchy histerii. Góra w tydzień. Wszystko może się zdarzyć. Bierz te, które dają się wziąć i zmykaj! — bałamuciła. — W mig się połapiesz, które na ciebie najbardziej lecą. Przecież nie musisz siedzieć wiecznie na Eufemii. Ktoś ci tu kazał zapuścić korzenie?

— Zdumiewające — wymamrotałem.

Czyżbym znalazł się w zagrodzie pełnej dzikich i bezwzględnych samic, jedynie udających ogładę i takt? Kobiety potrafiły być straszne, gdy zaciekle walczyły o swoje racje. Nie chciałem ich ujrzeć, skaczących sobie do oczu i toczących boje między sobą. A tym bardziej walczących ze mną. Gdybym starł się w pojedynkę z całą ósemką, nie miałbym żadnych szans.

Słodka Hinduska wylała na mnie kubeł zimnej wody. Przeszły mi ciarki po plecach. Stąpała twardo po ziemi, ideały pozostawiając naiwnym laskom, mającym przesadnie romantyczne wyobrażenia o życiu.

Wstałem, wyglądając przez okno. Dziewczyna dała mi do myślenia. Białe ściany zdobiły indyjskie ozdoby. Przyciągnął moją uwagę złoty posążek Buddy, stojący na narożnej półce. Widniał przy nim niby na ołtarzyku ozdobny znicz w czerwonej szklanej oprawie. Przebudzony ze snu niewiedzy założyciel buddyzmu przemierzał przed wiekami północne Indie, głosząc zasady nowej religii. Rosły zastępy ciągnących za nim mnichów i ludzi świeckich wszystkich stanów. Pojąłem, że ta lala żywi do niego szczególną estymę, jak przystało na Hinduskę, zaaferowaną subkontynentem indyjskim i identyfikującą się z jego egzotyczną kulturą. A może traktowała tę religię poważnie i dążyła do prawdziwego oświecenia?

Nęcąca Daisy również się podniosła i wsunęła przez głowę mgielną haleczkę. Oparła się ufnie na moim ramieniu.

— Bystrzak z ciebie — pozwoliłem sobie zauważyć z odrobiną niepokoju w głosie. Nie przypuszczałem, że potrafi tak trzeźwo myśleć i nie miałem powodu, żeby jej nie wierzyć. Podejrzewałem, że jest szczera aż do bólu, co mi się w niej podobało. Czy jednak nie przesadzała?

Głęboko odetchnęła.

— Jeśli chcesz, możemy się we dwójkę wybrać do podnóża tych ośnieżonych gór na horyzoncie — po przyjacielsku napomknęła, zmieniając temat rozmowy. Być może, doszła do wniosku, że za daleko się posunęła. Nie powinna była mnie tak instruować i przy tym straszyć.

— Na wycieczkę?

— Gwarantuję udane safari. Weźmiemy broń. Tam są całe stada zwierząt, na które można zapolować.

Ten pomysł mi się spodobał. Przecież mężczyźni trzebili lasy od tysiącleci. Już ludzie jaskiniowi byli urodzonymi myśliwymi. Najpierw łowiono dziką zwierzynę, żeby zdobyć pożywienie, a potem czyniono to dla sportu. Na tej bezludnej planecie dziko żyjące gatunki z pewnością nie cieszyły się jeszcze ochroną i mogliśmy sobie pozwolić na to, co w Układzie Słonecznym pozostawało zakazane.

— Czemu nie — podchwyciłem z uznaniem. — Z przyjemnością sobie postrzelam. Masz tu pewnie całą zbrojownię. Chętnie się zabawię.

— A jak! Mam trochę sprzętu — pochwaliła się.

— Musisz mi pokazać!

— Nie ma sprawy. Kiedy tylko zechcesz.

W mojej rozkołysanej wyobraźni akcje młodziutkiej Daisy poszły w górę. Kusiła ciemną stroną mocy. Przytuliłem powabną księżniczkę do siebie i delikatnie cmoknąłem w zmysłowe usta. Nie musiała stawać na głowie, żeby przekonać mnie do siebie. Doskonale wiedziała, jak uszczęśliwia się takiego łapserdaka. Kuła żelazo póki gorące. Potrafiła znaleźć klucz do mego serca, choć przecież byłem samotnym wilkiem, chadzającym własnymi drogami i obywającym się bez przyjaciół.

— Na razie zmykam — orzekłem. — Jesteś boska, musimy to wkrótce powtórzyć. Czuję, że wkrótce zabujam się w tobie jak sztubak. Będziesz mieć znowu ochotę, by się zabawić?

— Jasne — bez wahania odrzekła. — Kiedy zechcesz.

— Żółwik? Trzymaj się, piękna! — Na odchodne jak dobrzy kumple stuknęliśmy się zwiniętymi dłońmi.

Pożegnałem napaloną Hinduskę, wyluzowany i zadowolony jak diabli. Zostawiłem u niej spodnie i koszulę, odważnie wychodząc na korytarz w samych szortach. Napiąłem mięśnie, żeby lepiej wyglądać. Czułem się Supermenem. Na żadną madonnę jednak nie natknąłem się po drodze.

Wylądowałem na pływalni. Tu ujrzałem Belindę i Chloe. Nie zwracały uwagi na moje bicepsy. Grały w grę przypominającą szachy. Figur było więcej niż na tradycyjnej szachownicy, a wykonywały kolejne ruchy bardzo szybko, mając na namysł góra pięć sekund.  Jakiś czas im się w milczeniu przyglądałem, a potem wyciągnąłem się na białym leżaku, wystawiając twarz do słońca.

Przymknąłem oczy, oddając się błogiemu lenistwu. Krążyły mi po głowie ospałe myśli. Nurtowały mnie pytania, na które szukałem odpowiedzi, nie siląc się jednak na to, żeby je na gwałt znaleźć. Bo po co? Miałem wciąż przed sobą niby w kadrze fascynującą twarz Daisy i jej prężące się zmysłowe ciało. Nie mogłem wyjść z podziwu dla boskiej nimfy. W mgnieniu oka stała się moją bliską przyjaciółką. Odniosłem wrażenie, że znamy się od lat. Była uosobieniem dzikiej żądzy, nieokiełznanej namiętności i wyuzdania. Pojąłem, że już po pierwszej godzinie leserowania w nadmorskim letnisku trafiłem w dziesiątkę. Był to strzał bez pudła. Poszło mi jak po maśle. Nie przypuszczałem, że dorwę tak rewelacyjną laskę. Lepszej dziuni nie mógłbym sobie wymarzyć. Umiała mi dogodzić. Potrafiła sprostać moim wymaganiom i zasługiwała na ocenę celującą.

— Wyjątkowy dzień! — bąknąłem, pogrążony w zadumie.

Skupiłem uwagę na tym, o czym rozmawialiśmy w jej apartamencie. Intrygowało mnie, dlaczego przeurocza księżniczka chciała, bym skrócił pobyt na tchnącej spokojem Eufemii. Przecież dopiero co tu przyleciałem. I to z innej galaktyki. Nie należałem do tchórzliwych facetów, którzy z byle powodu wpadali w panikę i kryli głowę w piasek, niemniej jednak nie zamierzałem zignorować jej ostrzeżenia. A jeśli rozkoszna dżaga się nie myliła? Wiedziała o rzeczach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Na wojnie i w miłości wszystkie chwyty były dozwolone. Czy w Ogrodzie Eden, w którym zdawała się królować niewinność, mogło dojść do dantejskich scen? Czy te dziunie tworzyły wybuchową mieszankę, którą mimochodem mogłem zdetonować? Czy z gałęzi drzew niby w raju podstępny i groźny wąż miał wychylić trójkątny łeb? Czego należało się lękać? Z nieba lał się żar, jak to w tropikach, ale w rozgrzanym przez słońce powietrzu nie wisiało szaleństwo. Nie utknęliśmy przecież w mrocznej brazylijskiej dżungli, gdzie niekiedy budziły się demony. Ostrożność kazała mi jednak dmuchać na zimne. Wypadało zachować dystans i mieć się na baczności, więc powinienem był brać pod uwagę wszelkie możliwe scenariusze, nawet najbardziej nieprawdopodobne. Należałem do beztroskich facetów ze skłonnością do brawury, o czym dobrze wiedziałem, zatem musiałem się pilnować i na siebie uważać.

Czy jednak kusząca Daisy miała rację? Prześledziłem w myślach to, co działo się po moim przylocie, wszakże po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że indyjska księżniczka przesadzała, przewidując najgorsze. Niepotrzebnie zbijała mnie z pantałyku i po kobiecemu wyolbrzymiała zagrożenia. Nie musiałem zatem jej słów brać sobie do serca i nimi się przejmować. Te szelmy były zbyt inteligentne i za bardzo się ceniły, by miały się ośmieszać i pokazywać w niekorzystnym świetle. Należały do babek zdyscyplinowanych, ułożonych i z klasą, więc nie spodziewałem się z ich strony zagrywek poniżej pasa. Nie wyobrażałem ich sobie skaczących do oczu i drących ze sobą koty, względnie czubiących się jak koguty. Uważałem, że tworzą zgraną drużynę, gotową ruszać na podbój świata. Nie było tu miejsca na skandale. Na pokazywanie szponów i urządzanie scen jak w haremie starożytnego władcy. Może i należały do wygłodniałych samic — ale kontrolowały się na tyle, by nie zamieniać się w żarłoczne modliszki, zaś narzucona im odgórnie lista sprawiała, że jak przystało na dobrze wychowane panny stały grzecznie do faceta w kolejce. Pełna kultura! I porządek jak się patrzy!

Potem moje myśli pobiegły w inną stronę. Dałem upust fantazji. Figle figlami, to rozumiałem, przecież to dla nich zdecydowałem się tu przylecieć z odległego Układu Słonecznego. Miałem sobie podokazywać, nie tracąc kawalerskiego poczucia wolności. Omal nie zapiałem z zachwytu, gdy sobie to uprzytomniłem. Seks bez zobowiązań był dla mnie idealnym rozwiązaniem. Samiec kopulował z samicą i odchodził, zaraz o niej zapominając. Jak wszyscy prymitywni faceci, przedkładałem żądzę nad miłość i nie marzyłem o trwałym związku. Za bardzo by mnie ograniczał. Nie należało przywiązywać się do przypadkowych partnerek, ani domagać się od nich wyłączności. Odpowiadało mi towarzystwo wesołych i wyuzdanych kobiet, które umiały się zabawić i nie oczekiwały za wiele od mężczyzny. Jednak powabna Daisy półgębkiem wspomniała o ożenku, więc pojąłem, że może jej nie chodzić o przelotny romans. Mówiła serio, czy żartowała? Czyżby chciała zagościć dłużej w moim życiu i w nim się naprawdę urządzić? Nie zamierzała poprzestać na wakacyjnej przygodzie? Liczyła na trwały związek? Nie umiałem jej sobie wyobrazić jako mojej formalnej narzeczonej, z którą byłbym razem przez wiele lat. I to na Marsie. Za krótko się znaliśmy. Czy musiałbym łożyć na jej utrzymanie? A co z pozostałymi laluniami? Nie chodziło im po głowie to samo? Ja i one, na dobre i na złe? Nieodwołalnie i nieodwracalnie? Z jedną może bym sobie poradził, ale z trzema? Poczułem się zaniepokojony tą perspektywą. Była kusząca, ale i budząca obawy. Podobno życie większości żonatych mężczyzn upływało w cichej rozpaczy. Jeśli kroiło się coś poważniejszego, na co wyglądało, to dziwnym trafem nie uwzględniłem tego w mych kalkulacjach. Jedno nieudane małżeństwo już mi wystarczało i nie marzyłem o powtórnym ożenku. A poza tym nigdy nie myślałem poważnie o dzieciach. Ojcostwo mnie przerastało. Uważałem, że wrzeszczące bachory są przereklamowane. Ich wychowywanie pochłaniało mnóstwo czasu, który można było przeznaczyć na rzeczy znacznie bardziej przyjemne.

Ślub nobilitował kobietę, nawet jeśli w grę wchodził związek poligamiczny. Oczyma wyobraźni ujrzałem złote obrączki i uśmiechniętego duchownego ze stułą oraz oprawionym w skórę rytuałem, gotowego nas pobłogosławić. W mojej głowie zachichotał cichy głosik: „Facio ma kłopoty, ale dał się wrobić! Za jednym zamachem trzy żony?! Będą trzymać go na smyczy!”

— Jasny gwint! — parsknąłem przejęty. — Co tu jest grane?

Podstępny John ani słowem nie wspomniał o multiożenku, kiedy podsuwał mi umowę. Jaką jeszcze kartę ten spryciarz chował w rękawie? Miał nade mną przewagę. Umiał trzymać mnie w szachu. Nie pozwalał mi zapomnieć, że stoją za nim Enbargoni. Brał udział w niewyobrażalnym kosmicznym szwindlu i nie można było mu podskoczyć. Tańczyłem więc jak mi zagrał. Nie potrafiłbym obcesowo odrzucić żadnej jego oferty, bo bym się nie odważył. Takich facetów nie odsyłało się z kwitkiem.

Stłumiłem w sobie te obawy, uznając, że nie czas tak dalece wybiegać w przyszłość. Nie należało uprzedzać faktów. Głęboko odetchnąłem. Dlaczego miałbym bać się własnego cienia? Byczyłem się tu przecież dopiero pierwszy dzień i to w towarzystwie kuszących modelek, które nie zamierzały mi odmawiać. Świeciło słońce i zapowiadało się, że będzie super.

Il faut profiter de la vie! — podsumowałem me zmagania z samym sobą.

W tych kilku prostych słowach zawierała się cała moja filozofia życia. Powinienem był korzystać z przyjemności bez umiaru, balangować ile się da, a zadumę nad przykrymi następstwami odłożyć na później. O ile rzeczywiście groziły mi jakieś przykre konsekwencje.

 

 

Belina i Chloe wnet zniknęły, na odchodne machając do mnie rękami, a w chwilę później w ich miejsce pojawiła się Jacqueline. Była lekko znudzona. Widocznie nie miała za wiele pracy, a poza tym odpowiadał jej ten ocieniony palmami po brzegach urokliwy zakątek. Snuła się leniwie wzdłuż basenu, jakby szukała czegoś dla zabicia czasu. Byłem daleki od tego, by nie doceniać towarzystwa tej ciemnowłosej nimfy, jednak jej opalone nagie ciało nie robiło już na mnie takiego wrażenia jak przed południem. Moje zmysły uległy lekkiemu przytępieniu. Czułem się wypompowany po spotkaniu z wygłodniałą Daisy, a poza tym czekała na mnie w kolejce ponętna Grace, którą pominąłem, skrycie przeskakując na koniec listy. Pierwszy raz w życiu miałem do czynienia z nadmiarem zjawiskowych turkawek, czarownych i gotowych na wszystko. Co nie znaczyło, by mój apetyt na nie zmalał. Chodziło mi po głowie, żeby ściągnąć szorty i chodzić nago jak ona, ale powstrzymywał mnie wstyd. Nie byłem gotowy posunąć się tak daleko w moim tropikalnym tańcu godowym. Nigdy nie wypoczywałem na plaży dla nudystów. Potrzebowałbym pewnie ze dwa, trzy dni, żeby nabrać odwagi i na to się zdobyć.

Uprzytomniłem sobie, że wrzuciłbym coś na ruszt. Mimo że obiad nie tak dawno się skończył, burczało mi w brzuchu. Szalony seks sprawiał, że człowiek umierał z głodu.

— Dobrze, że cię widzę — zagadnąłem, gdy do mnie podeszła. — Mam ochotę coś przekąsić, a nie wiem, jak się obsługuje wasz generator kuchenny. Wygląda mi na wyjątkowo zaawansowane urządzenie. Ani chybi jest dziełem Enbargonów. Jak na mój gust za dużo przy nim światełek — ziewnąłem.

Popatrzyła na mnie mądrymi oczyma. Chyba się domyślała, że mam już na swym koncie szybki numerek. A może się myliłem?

— Przynieść ci coś na tacy, czy pójdziesz ze mną do kuchni? — z powagą zapytała.

Wybrałem to drugie rozwiązanie. Ruszyłem za nią, oglądając jej śliczne plecy i nieoczekiwanie dla siebie z uczuciem klepnąłem ją w pośladek. Cham ze mnie! Arogant i prostak! Obejrzała się, zdziwiona, jednak nie obraziła się, do czego miałaby pełne prawo, ale szeroko się uśmiechnęła. Od ucha do ucha. W jej brązowych oczach pojawiły się wesołe iskierki. Nie nazwała mnie dupkiem, chociaż powinna, bowiem dziwnym trafem ją uszczęśliwiłem.

— Będziemy mieć dużo dzieci — zażartowałem, idąc za ciosem.

W odpowiedzi pieszczotliwie otarła się o mnie. Objąłem ją wpół i radośnie wkroczyliśmy do salonu jak para zakochanych nastolatków, którym własne towarzystwo wystarcza do szczęścia. (…)

 

                                                         Edward Guziakiewicz

Fragmenty powieści SF -  rozdziały 10-12

 

Pin It