Mirosław Prandota

 

SZATAN WYLĄDOWAŁ W CZARNYM LESIE

 

ogn PROZA    Pewnego razu w naszym Schwarzwaldzie, który leży dwadzieścia pięć kilometrów od miasta Danzig, wybuchło zamieszanie. Mianowicie wójt Miller odkrył, a może nie odkrył, tylko wiedział od dawna, że rodzina Tagelmanów nie wyjechała do obozu pracy. Wieczorem zapukał do drzwi cieśli Józefa Haberaka, który przed laty stawiał dom Millerowi. Zresztą nie jemu jednemu, bo każdy z nas chciał, żeby nikt inny, tylko on stawiał mu dom, bo Józef zwyczajnie był w stawianiu domów najlepszy. Rodzinę Tagelmanów zabrał do siebie, bo Tagelmanowa była obłożnie chora, a on mieszkał sam, miejsca było u niego dużo, serce miał miękkie, to i myśleć nawet nie chciał, żeby chora kobieta z tej samej wsi jechała gdzieś do obozu pracy, gdzie nie wolno odpoczywać w szabas. Jeszcze by zmarła po drodze albo nawet po dojechaniu, a dzieci też by się zapłakały na śmierć!

    Wójt Miller przybył w towarzystwie syna Alberta i jednego SS-mana, który nazywał się Otto. Miał ze sobą pistolet Mauzer, jak to na wojnie. Tagelmanowa leżała akurat w łóżku, miała wysoką gorączkę, więc nie mogła chodzić, krawiec szył spodnie dla cieśli Józefa, Kubuś siedział w kącie blisko lampy naftowej i czytał książkę, a dwójka najmłodszych dzieciaków ustawiała klocki na podłodze pod dużym stołem. Cieśla stał wtedy za oknem po drugiej stronie domu, gdzie układał drzewo na zimę i już zamierzał wejść do środka, gdy jakieś straszne przeczucie zatrzymało go w miejscu i kazało podpatrywać przez szybę, a nie się ruszać.

    Kiedy dzieciaki zobaczyły wójta Millera, zapiszczały z uciechy i rzuciły mu się do nóg. Jeden miał cztery lata i nazywał się Ariel, a drugi był o rok młodszy i nosił imię Benjamin.

    – Wujek Miller! Wujek Miller! – maluchy radowały się i tańczyły wokół swojego ulubionego wujka, a Kubuś i rodzice małych tylko się przyglądali.

    Miller delikatnie zatrzymał Benjamina i Ariela jedną ręką. Zawsze był delikatny, to i teraz też. Drugą wyciągnął pistolet i strzelił dwa razy, a Albert i SS-man tylko się przyglądali. Potem zastrzelił matkę i ojca chłopców, czyli – jak to się wtedy głośno mówiło między ludźmi – rozwiązał kwestię żydowską zgodnie z rozkazem. Można dodać, że rozwiązał ją w wymiarze lokalnym i w szczególny sposób.

    Koszmarną egzekucję obserwował zmartwiały ze strachu Kubuś, którego wójt Miller oszczędził tylko na krótki czas. A kiedy już dwoje młodszych dzieci i rodzice leżeli martwi, Miller podał pistolet synowi.

    – No! – mruknął i nieznacznym ruchem głowy wskazał Kubusia.

    Albert nie miał jeszcze wprawy w odbieraniu życia innym ludziom, nawet gdy byli oni Żydami. Prawie nie oddychał, gdy na jego oczach ginęła rodzina Tagelmanów. Prawdopodobnie domyślał się, że jeżeli jego ojciec zabija swoich sąsiadów, to widocznie tak trzeba było zrobić i że sąsiedzi byli właśnie do zabicia. Niewykluczone, że Albert miał wątpliwości co do tego, czy akurat Tagelmanów należało zabijać, bo jednak jako niedawny przyjaciel Kubusia spędził w ich towarzystwie niemało czasu i wtedy nawet przez myśl mu nie przeszło, że Tagelmanowie są do zabicia. Teraz, kiedy oficer SS, autorytet w kwestii zabijania, nakazał zastrzelić rabina, zrozumiał, że sytuacja się zmieniła i że niektórzy sąsiedzi utracili prawo do życia i nie ma na to rady. Albert był chłopcem ambitnym – przecież w szkole dorobił się pozycji prymusa, nie mógł więc pozwolić na to, aby ktokolwiek, a w szczególności własny ojciec, uznał go za zacofanego. Kłopot w tym, że wszystko działo się za szybko. Albert nie zastrzelił dotychczas nawet wróbla, a tu ojciec wręcza mu pistolet, z którego ma teraz zastrzelić Kubusia.

    Drżącą ręką trzymał Mauzera i wpatrywał się nerwowo w skulonego ze strachu byłego przyjaciela. Może obudziły się w nim jakieś wyrzuty sumienia? Może wtedy miał chęć wyrzucić śmiercionośną broń przez okno, podskoczyć do przerażonego chłopaka i błagać o przebaczenie za to, co się stało? Może tak, a może inaczej.

    Nie mógł robić tego, co chciał, bo był za słaby, a miał zbyt silnego ojca. Potrząsnął głową jak koń, który stanął przed przeszkodą i nie skacze, bo nie wierzy, że da radę.

    – No! – powtórzył ojciec o wiele donośniej niż za pierwszym razem.

    Wciśnięty w róg izby Kubuś znajdował się w odległości pięciu, może sześciu kroków od Alberta. Młody kandydat na zabójcę powinien podejść bliżej, ale gdyby faktycznie podszedł, miałby wtedy bliżej siebie wystraszoną twarz utraconego przyjaciela. Nie podjął tego ryzyka, wycelował, zacisnął mocno oczy i nie patrząc na swoją ofiarę, nacisnął spust.

    Ten wystrzał był chyba o wiele głośniejszy niż cztery poprzednie, bo Albert zatoczył się i prawdopodobnie upadłby na podłogę, gdyby nie ojciec, który pochwycił go w ostatnim momencie rozumiejąc, że chrzest bojowy sprawił synowi pewne zrozumiałe trudności.

    – No! – powiedział wtedy raz jeszcze wójt Miller, gdy potrząsnął mocno synem i przekonał się, że wszystko z nim w porządku, bo już zaczynał dochodzić do siebie. Następnie zdjął aparat z ramienia i zrobił pamiątkową fotografię.

    Kiedy wychodzili z domu cieśli Józefa, syn wójta Millera trzymał się już całkiem dobrze. Na podwórku stał samochód SS-mana. Wsiedli do niego we trójkę i zajechali do mojej zagrody. Wyszedłem na podwórko, kiedy tylko usłyszałem szum motoru.

    – Słuchajcie! – powiedział donośnie wójt, który nawet nie wychylił się z samochodu, tylko otworzył okno. – W domu cieśli Józefa leżą Tagelmanowie.     Ktoś musi ich pogrzebać, żeby potem zarazy we wsi nie było. Rozumiemy się?

    I zaraz odjechał.

    Kiedy zaszedłem do domu cieśli, aby zorientować się, w czym rzecz, bo wójt wydał rozkaz, ale jeszcze nikt niczego nie wyjaśnił, roztrzęsiony Józef     Haberak biegał w kółko, bezładnie opowiadał, co tu się stało, a na koniec dodał, że nie ma życia dla niego, bo go zastrzelą za ukrywanie Żydów, więc jeszcze tej nocy pójdzie do lasu, do partyzantów. Wóz razem z koniem wypożycza mnie, będzie czym odwieźć zwłoki na cmentarz, a poza tym ktoś musi konia karmić i lepiej, żebym to był ja niż ta niemiecka banda, co to strzela do wszystkiego, co się rusza.

    Gadał jak nakręcany, raz po raz chwytał się za głowę, wykrzykiwał, że szatan wylądował w Czarnym Lesie i przybrał postać wójta Millera, a sam wójt, człowiek dobry i przyjazny ludziom, na pewno leży gdzieś w grobie, zakopany cichaczem przez diabła, żeby zmylić ludzi.

    Kiedy już skończył o Millerze, zaczął o Tagelmanie, że taki porządny człowiek, że jego śmierć to hańba dla Czarnego Lasu, że należałoby wystrzelać wszystkich Niemców, nawet tych, co mieszkali z nami w jednej wsi, bo to są węże hodowane na naszej zbiorowej piersi. Potem upakował w plecaku kilka połci wędzonego mięsa, bochenek chleba i osełkę białego sera, ubrał się ciepło, westchnął kilka razy, prawie płakał, jak otworzył drzwi, powiedział: „Daj Boże zdrowie!” i poszedł sobie.

    Dopiero wtedy zająłem się Tagelmanami. Zaniosłem na wóz najpierw ciało krawca, potem jego żony, a następnie dwójkę maluchów, chociaż z żalu i bezsilnej wściekłości drżały mi ręce przy tej smutnej robocie. Kubuś leżał w rogu koło szafy, miał sweter cały we krwi, więc rozejrzałem się za jakimś ręcznikiem, aby go przykryć zanim wezmę ciało na ręce. Kiedy zarzuciłem chłopakowi ręcznik na pokrwawiony sweter, osłaniając mu jednocześnie twarz, bo już nie mogłem patrzeć spokojnie na to, co się stało, usłyszałem jęk. Aż się wzdrygnąłem, bo myślałem, że gdzieś leży jeszcze jedna ofiara, o której cieśla Józef nie powiedział. Odwróciłem głowę, zajrzałem pod łóżko, a nawet do szafy, ale nikogo nie było. Czyżby to...

    Odsłoniłem twarz Kubusia i krzyknąłem z wrażenia. Chłopak jeszcze żył, miał otwarte, wykrzywione bólem oczy, jęczał najpierw po cichu, a później głośniej i głośniej. Na parę długich chwil straciłem głowę, ale kiedy już doszło do mnie, że powinienem coś zrobić, bo może da się chłopaka uratować, rozciąłem mu sweter nożem, namoczyłem ręcznik wodą i wytarłem ciało z krwi. Po prawej stronie, przy samej kości obojczykowej, dostrzegłem otwór po kuli. Krew sączyła się stamtąd cienkim strumieniem, ale jako człowiek oczytany w książkach szybko zmiarkowałem, że rana nie jest groźna, byleby tylko ktoś wyjął kulę. Ktoś... Ja na pewno nie i chyba nikt we wsi. Może potrafiłby tego dokonać wójt Miller, bo on wszystko potrafił, ale od kiedy zastąpił go szatański sobowtór, trudno było liczyć na cokolwiek poza dodatkowym strzałem, który ułatwiłby Kubusiowi wstęp do raju.

    Na razie zrobiłem tylko tyle, ile mogłem. Przemyłem ranę Kubusia spirytusem, jaki znalazłem w kredensie, obwiązałem go podartym na pasy ręcznikiem, zaprzęgłem Józefowego konia do furmanki i zawiozłem to całe żydowskie nieszczęście do siebie.

    Ułożyłem chłopaka we własnym łóżku, a zwłoki odtransportowałem na cmentarz. Znalazłem tam odpowiednie miejsce na kwaterę, kopałem tak szybko jak tylko się dało, a to z dwóch powodów: po pierwsze nadchodził mróz, a po drugie Kubuś leżał i czekał na pomoc. Nie było żadnej trumny, no i czas był nie najlepszy, aby o tym myśleć. Zakopałem Tagelmanów tak, jak leżeli na furmance, uklepałem grób, odmówiłem szybką modlitwę za umarłych i powróciłem do domu.

    Kubuś był przytomny, ale bardzo osłabiony, a kiedy zdjąłem prowizoryczne bandaże, aby znowu przemyć ranę, dostrzegłem rosnące zaczerwienienie i opuchliznę. Bez lekarza nie mogło się obyć nawet już po wyjęciu kuli, bo co bym zrobił, jakby doszło do zakażenia?

    Było tylko jedno wyjście, aż dostawałem dreszczy, gdy o nim myślałem: doktor Wagner. Nie kiwnął nawet palcem, kiedy SS-mani strzelali do rabina, ale ludzie już u niego byli i powiadali, że surowy, na gadanie czasu nie traci, ale na chorobie poznaje się od razu. Marna to była pociecha, wszak Żyda nie wyleczy, ba, jak się domyślałem, nie ma takiego obowiązku, zapisanego w niemieckich podręcznikach lekarskich. Człowieka owszem, ale Żyda nie.

    Co miałem robić? Na Kubusia żal było patrzeć, bo kiedy tracił przytomność, bałem się, że umrze, a gdy dochodził do siebie, to dla odmiany płakał. Czegoś takiego żaden normalny człowiek nie zniesie na trzeźwo. Wyciągnąłem z szafy butelkę bimbru trzymanego na czarną godzinę, nalałem sobie pełną szklankę i wciągnąłem to świństwo w siebie jednym porządnym łykiem. Odsapnąłem i powtórzyłem dawkę. Nie minął kwadrans, kiedy poczułem, że teraz mogę bez znieczulenia rozbijać głową mury. Wziąłem ze stołu nóż do krajania chleba, usiadłem wygodnie na ławie pod oknem, wyciągnąłem nogi do przodu, uniosłem nóż, nacelowałem i walnąłem nim w udo.

    Nawet nie jęknąłem, za to ostrze weszło do połowy, w sam raz jak na mój gust. Nie zdejmowałem spodni, bo wcale nie o to chodziło. Miałem wyglądać na takiego, co to uległ wypadkowi przy szlifierce, a tam nikt z gołym tyłkiem nie pracuje. Siedziałem, patrzyłem na sterczący w nodze nóż, akurat obudził się Kubuś, na razie nie płakał, przyglądał mi się z niepokojem, nie wiem, czy myślał, że zwariowałem, czy nie, w każdym razie na pewno coś tam sobie myślał.

    Odczułem ból dopiero po godzinie, kiedy alkohol wyparował z głowy. Rety, jak ja się namęczyłem przy wyciąganiu noża! Ale swoje zrobiłem i teraz mogłem śmiało iść do doktora Wagnera po zastrzyki przeciw zakażeniu. Tkwiącą kulą u Kubusia pod obojczykiem wtedy się nie przejmowałem, to normalne, nie mogłem przejmować się wszystkim na raz.Wsiadłem na wóz, pognałem konia i pojechałem.

    Doktor Wagner przyjmował cywilów dopiero po południu w budynku gminy. Noga porządnie mnie rozbolała, co mnie bardzo cieszyło, bo tak to sobie zaplanowałem. Ustawiłem się w niedługiej kolejce, potem zapukałem i wszedłem. W domu, jeszcze przed wyjazdem, ułożyłem sobie urozmaiconą opowieść o tym, jak ostrzyłem nóż, który nagle odbił od ostrza tokarki i wbił mi się w udo, ale tam, w gabinecie doktora Wagnera, nie szło mi zbyt składnie, a kiedy za wcześnie oznajmiłem, że w razie czego zastrzyki mogę robić sobie sam, bo umiem, doktor popatrzył w moje oczy uważniej niż na ranę i wtedy się zaczęło.

    – Dla kogo mają być te zastrzyki?

– Dla mnie... – powiedziałem niepewnie. – Żeby nie było zakażenia...

To nie był głupi doktor, ten doktor Wagner. Milczał przez długą minutę, a ja w tym czasie spoglądałem na oficerską czapkę z trupią główką, wiszącą na wieszaku.

    – Komu zamierza pan pomóc? – zapytał spokojnym, wcale nie zaczepnym głosem.

Od razu nie odpowiedziałem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jakie ryzyko poniosę, kiedy zdecyduję się mówić i jeszcze to, jaki los czeka Kubusia, jeżeli zostanie pozbawiony pomocy lekarskiej. Zrobiłem najszybszy rachunek sumienia w życiu i wyszło, że nie jestem jakimś strasznym grzesznikiem zasługującym na potępienie wieczne. Przeżyłem swoje lata, a cała reszta zależy już tylko od Pana Boga.

    – Człowiekowi – odparłem z rezygnacją. – Chcę pomóc człowiekowi, jest ranny, ma kulę pod obojczykiem.

    – Partyzant? – zapytał doktor oglądając moją nogę.

    – Nie. To chłopiec, trzynaście albo czternaście lat.

    – Żyd?

    Teraz było mi już wszystko jedno, machnąłem nawet ręką w geście zdradzającym zupełny brak nadziei, westchnąłem głęboko jak tylko mogłem i opuściłem głowę na piersi.

    – Tak – powiedziałem cicho, bo chciałem, żeby to wypadło jak najskromniej. – To jest Żyd. Strzelał do niego wasz człowiek, ale niedokładnie trafił i teraz ja mam kłopot.

    Doktor Wagner obracał w dłoniach wieczne pióro ze złotą stalówką, dosyć długo tak obracał, potem odłożył je, zatarł dłonie i z miną, która dla mnie nic nie znaczyła, powiedział:

    – Więc pan chce pomóc Żydowi, który nie jest pańskim krewnym, który dostał kulę w pierś, powinien umrzeć, ale żyje. Przyszedł pan z tym do niemieckiego lekarza, który ma obowiązek zameldować o fakcie swoim przełożonym. Naraził się pan na śmierć za ukrywanie Żyda. I wreszcie, jak widzę po tej nodze, zranił się pan umyślnie, aby wyłudzić ode mnie lekarstwo dla tamtego chłopca. Tak?

    Pokiwałem tylko głową, bo już nawet nie warto było gadać.

    Doktor Wagner znowu wziął do ręki swoje wieczne pióro, obracał je niemiłosiernie długo w palcach, potem wstał i wyjrzał przez okno. Zastukał w szybę. Ktoś za oknem widocznie zauważył to stukanie, a po chwili w gabinecie zameldował się młody żołnierz. Pomyślałem, że to po mnie, ale że rachunek sumienia miałem już za sobą, to i specjalnie się nie martwiłem. Doktor tymczasem napisał receptę, wręczył ją żołnierzowi i powiedział:

    – Hans, pojedziesz do miasta tak szybko, jak tylko można i przywieziesz z apteki zastrzyki.

    – Herr Doktor! – wystraszył się żołnierz. – Mróz sięga prawie dwudziestu stopni, nie wiem, czy w samochodzie nie zamarzł silnik!

    Doktor Wagner zamknął oczy, pozostał tak przez jakiś czas, a kiedy je otworzył, dostrzegłem w nich jakby uśmiech, a może i nie, ale wydawało mi się, że miał zamiar uśmiechnąć się, tylko że nie wypadało.

    – Hans – powiedział raz jeszcze, bardzo łagodnie, ale stanowczo. – Jeżeli w samochodzie zamarzł silnik, to pojedziesz rowerem. Jeżeli się pospieszysz, to przynajmniej ty nie zamarzniesz. Zrozumiałeś, co mam na myśli?

    – Jawohl, Herr Doktor! – żołnierz zasalutował i wyszedł, a po chwili z wnętrza gabinetu dały się słyszeć odgłosy rozruchu silnika. Nie od razu zaskoczył, ale w końcu udało się.

    Nie wiedziałem, co mówić i co robić, bo wydawało mi się, że to wszystko jest snem, trafiłem do innego świata, a w tym innym świecie rządzą inne reguły. Trochę nieprzytomnie przyglądałem się, jak doktor sprawdza, czy ktoś jeszcze czeka na korytarzu, na szczęście nikogo nie było, więc mógł spokojnie spakować walizkę z narzędziami. Na mnie prawie nie patrzył, tylko wyjrzał przez okno, zapytał, czy to moja furmanka stoi na dziedzińcu, powiedziałem, że tak, więc gestem dał mi znać, że pojedziemy, usiadł na siedzeniu obok mnie i ruszyliśmy w drogę.

    Kubuś znowu był przytomny, łzy spływały mu po policzkach, ale kiedy ujrzał mężczyznę w niemieckim mundurze, łzy nagle wyschły, a zamiast nich wielki strach wyjrzał mu z oczu. Doktor nie mówił nic, pochylił się tylko nad chorym, zdjął te wszystkie szmaty, którymi ja owinąłem ranę i skrzywił się trochę, kiedy zobaczył opuchliznę. Potem drobnymi szczypcami utorował sobie drogę do kuli – wyciągnął ją tak szybko, że Kubuś nawet nie zdążył krzyknąć. To był najlepszy doktor, jakiego widziałem w życiu!

    – A teraz sulfatiazol – powiedział raczej do siebie niż do któregoś z nas. Nadpiłował ampułkę z oleistym płynem, wciągnął lekarstwo do strzykawki, którą wcześniej wyjął z metalowego pudełka i zrobił chłopcu zastrzyk.

    – To była ostatnia ampułka, jaką miałem – oznajmił zwracając się do mnie. – Jeżeli mój żołnierz będzie miał szczęście i nie trafi na partyzantów, to za godzinę, może dwie, przywiezie z miasta co trzeba. Jeżeli nie przyjedzie, chłopiec umrze.

    Odwoziłem doktora w milczeniu. Na dworze panował już siarczysty mróz, bałem się bardziej o zdrowie żołnierza niż o to, że go dostaną partyzanci, bo oni też nie są głupi i nie przepadają za spacerami w taką pogodę.

    Miałem ogromną chęć zapytać doktora Wagnera, dlaczego zdecydował się na ten niewiarygodny czyn, zamiast wydać nas obydwu swoim przełożonym, chociażby temu, który nakazał rozstrzelać rabina. Z pewnością byłoby mniej kłopotów, gdyby doktor tak postąpił. No, ale on postąpił inaczej niż powinien, a ja nie zapytałem, mimo że miałem chęć i mimo tego, że gadałem płynnie po niemiecku, jak wszyscy w naszym Czarnym Lesie, bo tu mieszkali ludzie dwujęzyczni, jak to na pograniczu. Ja po prostu nie umiałem dobrać słów, żeby zapytać doktora, co on sobie naprawdę myśli, A zresztą każdemu wolno myśleć, co się chce, byleby robił to, co mu każą. I chociaż nie byłem przekonany, czy doktor robił akurat to, co mu kazali, jednak dobrze się stało, że zrobił to, co zrobił.

 

    Fragment powieści pt,  RACHUNEK OBCEGO SUMIENIA

Mirosław Prandota

 

Pin It