Wanda Szczypiorska

 

Choroba

 

na korytarzu szpitalnymWidzę ruchomy otwór gdzieś niedaleko  mojej głowy,  lej wirujący w jakiejś nie znanej mi materii świecący intensywnym zielonkawym światłem i  tam jest słowo >śmierć<  raczej widziane niż słyszane. Umieram więc, a jednocześnie wiem, że nie, że jeszcze nie, nie teraz, że następnym razem.

A potem znowu  ciemność. Przez chwilę jakby się poruszam, nie idąc jednak, ale  leżąc i znów pogrążam się w nicości.

A kiedy wraca mi świadomość jest już jasno i wiem gdzie jestem. Szpital. Oczywiście. I tylko to, nic więcej. Jakby wróciło się z niebytu. Leżę na dziwnym łóżku z poręczami z boku. Nie będę mogła wstać?. Próbuje sobie cos przypomnieć. Rzeczywiście. Ja chyba tu zostanę, bo nie mam przecież domu. Mój pokój to głęboki lej, tak go zapamiętałam. Ka, który siedzi tutaj przy mnie mówi, że całą noc czekali na lekarkę, wreszcie wezwali ratowników. A ja nic o tym nie wiem. Mówi, że trudno było mnie wytaszczyć, że chciano oknem, ale się nie dało. Wreszcie zniesiono mnie po schodach. Po schodach? To był lej.

 

Sąsiednie łóżko  puste, gładkie. To co się tu wydarza zaskakuje, pojawia się nieoczekiwanie. To w czasie  krótkiej przerwy pomiędzy atakami kaszlu dostrzegam tam staruszkę. Skulona, mała, leży byle jak, przynajmniej  mnie się tak wydaje. A dalej, tak daleko, że przestrzeń tam wydaje się nieosiągalna   kobieta w białym kitlu  czymś zajęta, mnie się wydaje, że to. co trzyma w ręku, to są ozdoby choinkowe. Po co?  Z za przeszklonego   przepierzenia słychać głosy, wesołe, ożywione.

.

Kiedy się budzę Ka już nie ma. Tym razem to nie głosy, jakiś jęk, a może raczej krzyk. Staruszka? Chyba tak. Ktoś się po sali kreci, widzę to, ale nikt do niej nie podchodzi. Ona woła. A ja mam znowu atak kaszlu. Nie mogę przestać, duszę się.  Właściwie ciągle kaszlę, a najbardziej wtedy, kiedy zza przepierzenia słyszę  śmiechy i towarzyskie pogaduszki. Wiem,  to jest nie w porządku, czuję gniew.  Więc  krzyczę  - Proszę przestać!  To nie pomaga.  Nie słyszą chyba.  Tego nie wiem. Nie wiem co tam się dzieje, kto tam jest i o czym mówią. Nie rozumiem. Staruszka woła monotonnie - Proszę pani – nie do mnie, do nikogo, woła co chwilę, uporczywie, a mnie to denerwuje, a jak się denerwuję, kaszlę. Wreszcie   przycicha. Ktoś tam jest , ale to nie jest pielęgniarka. Przy łóżku krząta się staruszek.

Przyglądam mu się jak poprawia pościel. Przyniósł coś, chce żeby jadła, ona nie chce, skarży się, ale ja nie wiem o ci chodzi. Nie słyszę.  Mam dziwnie przytępiony słuch, O, teraz wiem, mówi mu, że ma mokro. On nie wie co ma zrobić, kogoś woła. To pielęgniarka? Nie. Salowa. Ta mówi głośno, wszystko słyszę, domyślam się, że coś się stało tej staruszce, że nie jest chora tylko potłuczona, ale nic więcej, no chyba tylko to, że ona mieszka w domu starców, a on nie, nie wiem dlaczego. Staruszka już ma sucho, leży wygodniej, na poduszce. Rozmawiają. To tylko szmer. Pewno nie muszą nawet słyszeć co mówi jedno do drugiego, bo rozumieją się i tak.                      

Choć on wydaje się rozmowny. Znowu coś komuś opowiada. Widocznie ktoś  znajomy, to przecież małe miasto, Otwock. Salowa może być sąsiadką. Pyta o wnuka. Ile on ma lat? Ach prawda. Pięć. Słyszę, że chory jest na raka. Kto? Syn? Wnuk? A jednak wnuk.  - To niedorzeczne  - myślę. Niemożliwe. I reszta opowieści gdzieś umyka.

Ciemnieje ściana naprzeciwko łóżka. Ale to nie jest ściana, teraz wiem,  to  wielkie okno przez które widać tylko niebo i nic więcej

Kaszlę. W sali jest bardzo jasno . Ona śpi. On wciąż tu jest. Nie siada. Stoi. Czuwa.  Każą mu wyjść, bo będzie obchód.

Na sali są trzy łóżka. One dwie, lekarka i ta druga, stoją przy tym ostatnim, a ja nie widzę kto tam leży, nie rusza się, nie jęczy. Śpi? Potem podchodzą do staruszki. Ta w białej marynarce.. to lekarka.  Pyta co boli. I znowu coś o potłuczeniu. Widać porządnie się potłukła. Coś tam im szepcze, a one tylko patrzą, wszystko wiedzą. I o mnie pewno wiedzą też. Zaraz tu będą, tylko krok. Lekarka pyta jak się czuję. Mówię, że kaszlę i że niczego nie pamiętam.  Kaszel ich jakby wcale nie obchodzi , jakby to było naturalne. Mam o to żal, być może jestem nieuprzejma. I wtedy ona jak gdyby chaciana mnie poinformować mówi, że byłam bliska śmierci.

Nie musi mówić, przecież wiem.

Pin It