Walentyna Mikołajczyk - Trzcińska

 

Felix, pies aktorki

 

schulz obraz chlopiec z psem
Bruno Schulz
Nazywam się Felix i wiem, że w którymś z dawnych ludzkich języków, słowo to znaczyło - szczęśliwy. I taka jest prawda. Jestem szczęśliwym psem!  Zastanawiam się natomiast dość często nad tym, co było pierwsze: czy to ja byłem od początku szczęśliwy, czy też przedtem nadane mi zostało moje piękne imię. Kłopotliwe jest to, że zupełnie nie pamiętam momentu, w którym nazwano mnie tak po raz pierwszy, bo jak daleko sięgam pamięcią - a dotyczy to moich najwcześniejszych, szczenięcych czasów - nazywano mnie Felixem. Tak zwracała się do mnie Emilia, jej obie córki, a także wszyscy ich znajomi, którzy przychodzili oglądać mnie, gdy byłem szczeniakiem i już wtedy mówili, że jestem piękny. Bo rzeczywiście - jestem piękny. Piękny i szczęśliwy. Wprawdzie nie mieszkam w dużym domu z ogrodem, pełnym pachnących nor, chaszczy i niekoszonej trawy, lecz w zwyczajnym, nowoczesnym bloku, i to na trzecim piętrze, ale Emilia i jej córki pozwalają mi nie chodzić na smyczy, nie mówiąc już o noszeniu kagańca czy kolczatki. Nie każą mi też całymi dniami przesiadywać w domu. Pozwalają natomiast wychodzić na spacer samemu i wtedy, kiedy ja tego chcę. Owszem, zdarza się, że robię im przyjemność i wychodzę na spacer razem z nimi, ale to zależy wyłącznie ode mnie. Taką swobodę każdy mądry pies potrafi docenić, więc kiedy wychodzimy razem, nigdy nie zostawiam żadnej z nich samej, nie biegnę do moich przyjaciółek czy kolegów, tylko spokojnie idę obok tej z nich, która właśnie ze mną wyszła. Po prostu chcę, żeby czuły się pewnie i wiedziały, że są pod moją opieką. Wszystkie kobiety lubią być pod opieką i powinien o tym wiedzieć każdy dorosły pies.

Moja Emilia jest nie tylko kobietą. ale także aktorką, co oznacza, że jest często zajęta i to w bardzo różnych godzinach, głównie wieczornych. Czasami musi wyjechać i wówczas przez wiele dni zostajemy sami - ja i obie jej córki. Nie widzę w tym specjalnej niedogodności. Może tylko tę, że wtedy w całym domu gromadzi się znacznie więcej kurzu. Za to odkurzacz prawie nie jest włączany, a za jego szumem raczej nie przepadam. Natomiast kiedy Emilia nie pracuje - mówi się wówczas, że "czeka na rolę" - pakuje mnie i swoje córki do samochodu, żeby wywieźć nas na wieś. Lubię te wyjazdy głównie dlatego, że lubi je Emilia. Przede wszystkim - nie jest to prawdziwa wieś, tylko zbiorowisko domków letniskowych, do których zjeżdżają całe tabuny ludzi z kotami, psami, dziećmi, chomikami, a nawet z żółwiami i papugami. Są to ludzie na co dzień mieszkający w różnych dzielnicach naszego miasta, więc zwierzęta, które z nimi przyjeżdżają, mają bardzo różne nawyki i przyzwyczajenia. Najczęściej są to zepsute, domowe stworzenia, z którymi trudno się dogadać w sprawach najprostszych i najbardziej oczywistych. Na przykład w domku sąsiadującym z naszym mieszka ze swoimi ludźmi pudliczka Prudencja, która powinna nazywać się Brudencja, a i to jeszcze jest delikatnie powiedziane: poza wszystkimi innymi wadami, jak na przykład głupota i szczególna jazgotliwość, Prudencja jest zawsze  upaprana kurzem, trocinami, z futra sterczy jej sucha trawa i kawałki liści. Kto wie, czy nie ma także pcheł! A wszystko bierze się stąd, że w swoim miejskim domu Prudencja wyleguje się w pościeli na tapczanie, którego jej pani podobno nigdy nie zaścieła, a na spacery wychodzi wyłącznie na swojej długiej, czerwonej smyczy. Natomiast tutaj, "na wsi", wypuszczają ją, żeby swobodnie biegała po ich ogrodzonym terenie i ta biedaczka w ogóle nie potrafi się wówczas zachować: szczeka na wszystkich i wszystko, a poza tym tarza się w czymkolwiek, co tylko znajdzie się w jej polu widzenia. Dlatego już po godzinie jest tak utytłana, że patrzeć nie można, a jej szczekanie oczywiście nie ma nic wspólnego ze szczekaniem normalnego psa: wrzaskliwie ujada na wróble, na trawiaste zwierzątka i żaby, natomiast nigdy na przechodzące obce psy, których po prostu się boi. Jest to głupie, znerwicowane i rozpieszczone stworzenie, przez które mam zepsuty każdy wiejski wyjazd. Wystarczy tylko sobie wyobrazić: ja, Felix, leżę wygodnie na werandzie naszego letniskowego domku. Emilia i jej córki jeszcze śpią, a ja spoglądam leniwie przymrużonymi oczami w poranną ciszę. I nagle wypada na swój betonowy taras skretyniała, nieuczesana Brudencja vel Prudencja piskliwym ujadaniem obwieszczając całemu światu, że ona już się wyspała. Wyszczekuje wszystko: co jej się śniło, co ma zamiar zjeść na śniadanie, co jej właśnie sprawia radość, a co nie i takie tam różne dyrdymały. Zupełny brak taktu i szacunku dla innych. Dla tych na przykład, którzy chcieliby sobie pomilczeć i zaczekać w spokoju, aż obudzą się ich ludzie. Czasem próbuje uspokoić Brudencję nasz sąsiad z domku za podjazdem, Glap, ale oczywiście egzaltowana Brudencja nie słucha nikogo poza sobą, więc nawet najlepsze starania Glapa nic nie są w stanie wskórać Glap poddaje się i idzie pomilczeć na swojej werandzie. Tak właśnie rozpoczynają się zazwyczaj nasze wiejskie poranki...

Z Glapem znamy się średnio dobrze: jest stary, schorowany, skarży się przy każdej okazji na reumatyzm, postękuje i pokasłuje w trakcie rozmowy, a z powodu poważnych kłopotów ze słuchem jest niezbyt zorientowany w tym, co dzieje się w okolicy. Przy spotkaniu podczas spacerów zatrzymujemy się przy sobie uprzejmie, zostawiamy niezbędne minimum zapachów i oddalamy się - każdy w swoją stronę. W przypadkach wyjątkowych, kiedy na przykład któryś z nas zauważy w pobliżu prawdziwie wiejskiego psa, komunikujemy sobie o tym natychmiast, bo wiemy, że takie wizyty nie są dobrze widziane przez naszych ludzi. Rzecz polega na tym, że psy wiejskie bardzo się różnią od nas, miejskich. Mają zupełnie inne obyczaje i potrzeby. Przeciętny, wiejski pies jest na przykład zawsze głodny i celem jego wizyty wcale nie jest nawiązanie koleżeńskich kontaktów, ale spenetrowanie zapasów żywności zwiezionych z miasta przez ludzi. Jeszcze kilka lat temu, kiedy właściciele domów letniskowych nie mieli tylu własnych psów i  na dobrą sprawę byliśmy tylko my z Glapem, takie wiejskie wizyty kończyły się zazwyczaj dużym skandalem. Po prostu: we dwóch nie byliśmy w stanie wszystkiego upilnować. Zresztą - prawdę mówiąc - wcale nie chciało się nam pilnować wszystkiego, bo niby z jakiej racji brać na siebie tyle pracy? Wtedy dość często po letniskowym osiedlu rozchodziła się wiadomość, że obrabowano czyjąś kuchnię lub z schowek z mięsa, kiełbasy czy innych atrakcyjnych artykułów żywnościowych. A byli wśród sąsiadów i tacy, którzy zgłaszali się ze swoimi pretensjami do ludzi Glapa, albo nawet do mojej Emilii, twierdząc, że któryś z nas miał w tym swój udział. Bardzo mi się podobała reakcja Emilii, która niezmiennie odpowiadała:

- Nasz Felix?! On nie bierze do pyska takiej kiełbasy!!!

Miała rację, bo rzeczywiście nie przepadam za tym, chyba czysto ludzkim, przysmakiem. Poza tym przyzwyczajony jestem do jadania wyłącznie ze swojej metalowej miski, którą pamiętam od szczenięcych czasów. Emilia kilkakrotnie próbowała namówić mnie na zamianę naczynia i kupowała jakieś nowomodne, plastikowe paskudztwa, do których wkładała nawet - ulubione przeze mnie - wątróbki kurze, ale mojego przyzwyczajenia to nie zmieniło. Stanęło w końcu na tym, że moją metalową miskę Emilia musi wozić z miasta na wieś i ze wsi do miasta: nic nie poradzę, że tylko w niej każda potrawa ma dla mnie swój prawdziwy smak. Może rzeczywiście jest w tym pewna doza dziwactwa, ale przecież  ludzie także miewają swoje przyzwyczajenia i wcale się z nimi nie kryją. Emilia na przykład poza tym, że pali duże ilości papierosów, uwielbia drapanie po plecach. Jej córki dobrze o tym wiedzą i kiedy tylko chcą czegoś od niej, zaczynają właśnie od przytulenia się do matki i delikatnego jej drapania po plecach. Wtedy Emilia zatrzymuje się w pół kroku, nawet jeśli bardzo gdzieś się śpieszy i - zaczyna błogo pomrukiwać. Gdybym nie był pewien, że jest to moja Emilia, mógłbym myśleć, że jest to zupełnie ktoś inny. Taka się wówczas robi miękka i potulna. I wcale tego nie ukrywa. Dziwię się, że ci wszyscy mężczyźni, którzy się koło niej kręcili lub kręcą, nie potrafią odkryć tego sposobu na Emilię. Skąd ja wiem o tych facetach? Ja po prostu wiem wszystko. Przecież wystarczy tylko dobrze obserwować i mieć dobrych węch. Poza tym Emilia czasem zaprasza któregoś z nich do domu, choć zdarza się to tylko w sytuacjach wyjątkowych. Na przykład, kiedy dziewczynki wyjadą na wycieczkę, na kolonie lub obóz, a facet jest w ogóle warty emilkowej uwagi. Wówczas mam czas spokojnie obejrzeć takiego osobnika i najczęściej już na pierwszy rzut oka widzę, do czego może się nadawać. Przede wszystkim jeszcze nam się nie trafił mężczyzna, który byłby mądrzejszy od Emilii. Ona nawet czasami udaje głupszą niż jest, pyta go o jakąś radę, lub coś w tym rodzaju. Trzeba wówczas widzieć, jak się taki puszy, jak zaczyna  Emilię pouczać. A Emilia, jeżeli ma dobry humor, a facet zbytnio nie przesadza z tym mędrkowaniem, słucha tego wszystkiego potulnie i od czasu do czasu puszcza do mnie oko. Wie, że ja wszystko doskonale rozumiem, bo wiem, że Emilia ciągle szuka dla nas odpowiedniego przewodnika stada, co u ludzi jest bardzo skomplikowanym zabiegiem.

Natomiast jeżeli humor Emilii jest taki sobie, jeśli z czegoś tam jest właśnie niezadowolona, albo jeżeli jegomość puszy się wyjątkowo, ona długo nie wytrzymuje. Wtedy wolę wyjść od razu z pokoju i już ze swojego legowiska słuchać, jak  Emilia bez litości ścina faceta. Dlatego ją lubię. Uważam  zresztą, że zarówno pies, jak i człowiek, mają prawo do własnej racji, której jeśli nie posiadają, to szkoda sobie takimi egzemplarzami zawracać głowę. Emilia prawdopodobnie też tak uważa i dlatego nie nabija sobie głowy ani mężczyznami, ani ich gadaniem, tylko szuka dalej. I - robi to, co sama sobie postanowi. Gdyby moja Emilia była psem, nigdy nie byłaby kimś w rodzaju Prudencji. Bo ona ma charakter, choć niektórym to się nie rzuca w oczy. I właśnie dlatego ci wszyscy faceci tak cholernie się mylą. Chyba nawet nie wiedzą, czemu Emilia ich prędzej czy później zostawia.

Poza tym oboje z Emilią lubimy swobodę: ja nie lubię spacerowania na smyczy, a ona nie lubi nic robić pod czyjeś dyktando. Szanujemy sobie tę naszą wolność i dlatego ja jestem szczęśliwym psem, a Emilia szczęśliwą kobietą. Nasze szczęście najbardziej jest widoczne rano. Wtedy dziewczynki są już w drodze do szkoły, a ja leżę sobie spokojnie i czekam, aż pachnąca pościelą Emilia przyczłapie się do kuchni i zapyta:

- To jak? Jemy coś,piesku?

Odpowiadam jej wtedy, że owszem, bardzo chętnie, w niedużej ilości, spróbuję tego samego, co ona będzie jadła. Emilia nastawia radio, odsłuchuje sekretarkę telefoniczną z tymi, którzy już zdążyli się nagrać i - otwiera lodówkę. W naszej lodówce bywa dość różnie - raz pełniej, a raz puściej, ale zawsze się znajdzie coś na ząb. Nawet, jeżeli jest to tylko biały ser, za którym nie przepadam, zjadam - dla towarzystwa - jeden lub dwa kęsy. Uwielbiam też ten łyk porannej kawy, który Emilia ulewa mi ze swojej filiżanki. Kawa jest aromatyczna, bardzo słodka i broń Boże z mlekiem. Pamiętam, że kiedyś przez kilka dni przemieszkiwał u nas taki jeden Polak z zagranicy. Nawet przyjemnie pachniał i chyba się podobał Emilii. Jednak co z tego, skoro on nie tylko że sam pijał kawę z mlekiem i bez cukru, ale jeszcze zmuszał do tego nas, czyli mnie i Emilię? Po kilku nieudanych porankach pożegnaliśmy się z nim tłumacząc, że następnego dnia wracają z obozu dziewczynki i będą nam potrzebne wszystkie nasze pokoje. Powiedzieliśmy też, że zaraz po powrocie dziewczynek wszyscy wyjeżdżamy do przyjaciół nad morze. Nie pojechaliśmy nad morze, bo Emilia nie miała właśnie pieniędzy. Pojechaliśmy do naszego letniego domu i do dziś pamiętam nasze pierwsze wiejskie śniadanie popijane słodką, czarną kawą:

- Wreszcie nam dobrze, prawda piesku? - powiedziała Emilia i puściła do mnie oko. Ja też mrugnąłem do niej, bo doskonale wiedziałem, o czym mówi.

Po leniwym śniadaniu Emilia bierze szybki prysznic, maluje sobie twarz, bo jako aktorka musi być zawsze pomalowana i zbiera się do wyjścia. Wtedy zadaje mi rytualne pytanie:

- Zostajesz czy wychodzisz?

W zależności od pogody, od tego czy jestem z kimś umówiony i czy w ogóle mam ochotę wyjść, staję w pozycji "na spacer", albo układam się w swoim wygodnym koszu. Gdy byłem młodszy, odpowiadała mi każda możliwość wyjścia z domu, jednak teraz, kiedy już jestem psem statecznym i dojrzałym, pytanie Emilii traktuję jako propozycję do rozważenia. I przyznam, że gdy zastanawiam się zbyt długo, Emilię to czasem niecierpliwi. W każdym razie nie lubię wychodzić, gdy pada zimny deszcz, bo tego nikt nie lubi. Nie lubię mokrego i lepkiego śniegu. Ani upału zmuszającego do chłodzenia się wywalonym językiem, co wygląda niezbyt elegancko. Ja wychodzę z domu tylko wtedy, kiedy na dworze nie jest za zimno, ani za ciepło, a najchętniej gdy słoneczko przygrzewa delikatnie, gdy łagodny wiatr nawiewa zapachy z bliska i daleka. Wbrew pozorom, takich dni jest w ciągu roku całkiem sporo i dlatego najczęściej wychodzę rano razem z Emilią. Odprowadzam ją do samochodu i czekam, aż poprawi przy nim wszystko, co trzeba. Czasami posłucham sobie jeszcze, o czym rozmawia z dozorczynią i kiwam mojej Emilii na pożegnanie, gdy odjeżdża. A kiedy już umilknie hałas silnika jej samochodu, siadam sobie na ganku i zastanawiam się. Jest parę stałych wariantów spędzania wolnego czasu w ciągu tych kilku godzin dzielących mnie od powrotu pierwszej dziewczynki ze szkoły. Jeżeli jest to czwartek - czekam na przyjazd śmieciarzy. Znamy się od kilku lat, szanujemy się i dość lubimy. To nawet bywa ekscytujące, gdy zjawiają się w swoim wielkim samochodzie i wyprowadzają ze zsypu pojemniki pełne śmieci. Automatyczny podnośnik chrypi i charkoce, śmieciarze klną, słoneczko świeci, a ja przyglądam się temu wszystkiemu pilnując, żeby potem ustawili pojemniki na miejscu i dobrze zamknęli zsyp. Jeżeli tego nie zrobią - szczekam kilka razy:

- Stary, sfuszerowałeś! Ten mądrala cię opieprza - mówi wtedy starszy śmieciarz do młodszego. Podejrzewam nawet, że czasem specjalnie robią coś nie tak, żeby sprawdzić, czy mam ich na oku. Nie zdarzyło się jeszcze, żebym cokolwiek przegapił i oni dobrze o tym wiedzą. Pilnuję ich przez cały czas, dopóki zabierają śmieci spod zsypów w naszym bloku, a potem wracam na swoje miejsce na ganku. Inne bloki mnie nie interesują. Na początku ludzie wywożący śmieci dziwili się temu i wołali mnie, żebym biegł za nimi, ale w końcu zrozumieli, że ja mam swoje obowiązki, a oni swoje i najlepiej będzie, jak przy tym pozostaniemy.

Każdego dnia, około pierwszej po południu, przychodzi listonosz. To wesoły, młody chłopak, który szybkim truchtem biega od klatki do klatki i jeszcze pogwizduje. Tak, jakby ciągle był zakochany. A do mnie zwraca się zawsze grzecznie:

- Cześć, Felix - powiada, bo raz specjalnie zapytał Emilię o moje imię. Lubię go, bo jest młody i ciekawie pachnie jego skórzana torba. Macham mu więc ogonem, no może nie tak mocno jak Emilii, podprowadzam do kolejnych klatek schodowych i do skrzynek na listy wiszących przy każdym wejściu do budynku. A raz pozwoliłem mu nawet zerwać całe naręcze bzu z naszego podwórzowego krzaka:

  - Zaniosę je dziewczynom na poczcie - powiedział na usprawiedliwienie listonosz.

Może właśnie w którejś z nich był zakochany? Znam te jego dziewczyny z poczty, bo nie jeden raz byłem tam z Emilią. Pomyślałem więc sobie, że tym bardziej nie będę im żałował bzu: siedzą przy tych swoich okienkach od samego rana, stukają pieczątkami, wysłuchują grymaszenia ludzi, którzy są źli, że muszą im zanosić swoje pieniądze, podczas gdy ja - pies szczęśliwy - oddycham tu sobie wiatrem i powietrzem. Tak więc pozwoliłem listonoszowi narwać tyle bzu, ile chciał. Tym bardziej, że tamtej wiosny było go wyjątkowo dużo i pachniał tak, że aż trudno było wytrzymać. Nawet piwniczne koty nie mogły pod nim wysiedzieć, bo jego zapach przytłumiał wszystkie inne i koty wiedziały, że nie jest to dla nich bezpieczne - nie mogłyby  wyczuć zbliżającego się przeciwnika. Po tym, co teraz piszę mogłoby się wydawać, że nie lubię kwiatów. Nic podobnego. Lubię zapach kwiatów, ale w niczym przecież nie należy przesadzać. Kwiat może sobie pachnieć, może sobie kwitnąć i rozrastać się, ale nie może tłumić wszystkich innych zapachów, z których składa się powietrze. Chodzi o to, że o ile ludzie porozumiewają poprzez słowa, listy czy telefony, to my, zwierzęta, jako jedyną poufną informację mamy właśnie zapachy. Żeby też ludzie zdawali sobie z tego sprawę... Na pewno nie zlewaliby się wówczas od stóp do głów prefumami, nie spryskiwaliby się dezodorantami, które dość skutecznie kryją wszystkie ich indywidualne cechy. Skąd mam wiedzieć, jakiego rodzaju człowiek zbliża się do mnie, jeżeli z daleka czuję jakiś tam "Old Spaic" czy "Les fleurs"? Te sztucznie produkowane zapachy skutecznie ukrywają wszelką informację o charakterze, nastroju czy samopoczuciu zbliżającej się osoby i zupełnie nie mogę pojąć, czemu ludziom na tym właśnie tak zależy? Zupełnie jakby szczególnie im chodziło o dezorientowanie się nawzajem... Może się siebie wzajemnie obawiają, nie mają do siebie zaufania? Jeżeli jednak tylko o to miałoby chodzić, to perfumowaliby się wyłącznie wtedy, kiedy wychodzą z domu, do obcych. Ale oni skrapiają się tymi płynami również w domu, wlewają je sobie do kąpieli, idą nasączeni nimi spać. Tego nie jest w stanie pojąć żaden pies...

Niestety, pod tym względem Emilia i jej córki w niczym się od innych nie różnią: gdy tylko pojawiają się w domu pieniądze, wszystkie trzy znoszą z miasta flakoniki z perfumami, lakierami, wodami toaletowymi i płynami do kąpieli, wzajemnie je sobie zachwalając. Całe mieszkanie przypomina wtedy coś w rodzaju salonu fryzjerskiego, do którego czasem odprowadzam Emilię, ale z oczywistych powodów nigdy tam za nią nie wchodzę. W takie popołudnia wolę wynieść się z domu nawet, jeżeli pada deszcz i panuje tak zwana "psia pogoda", a ja jestem jedynym psem przesiadującym na podwórzu. Wolę po prostu przeczekać to zapachowe szaleństwo i jeśli nawet na dworze jest zbyt zimno - nie narzekam. Zresztą urodziłem się jesienią i nawet lubię, kiedy pada deszcz. Wystarcza mi mały kawałek suchego miejsca pod daszkiem przy wejściu, skąd widać krople deszczu spadające do coraz to większych i głębszych kałuż. Lubię patrzeć, jak podjeżdżające samochody rozpryskują wodę, a wysiadający z nich ludzie wyglądają tak zabawnie, kiedy wzdrygają się od wpadających im za kołnierze kropli deszczu i truchtem biegną od samochodu do wejścia. Nawet, jeżeli mają całe torby zakupów do przeniesienia. No a kiedy jeszcze wieje bardzo silny wiatr... Trzeba wtedy widzieć te wyginające się parasolki, te trzepoczące na wietrze poły palt... I fruwające gazety... Kiedy słucha się deszczu, siedząc na przykład na zadaszonym balkonie, albo w mieszkaniu pod uchylonym oknem, do uszu dobiega tylko monotonny jego szum. Natomiast, gdy jest się przed domem - słychać i widać wszystko. Emilia, gdy tylko zrozumiała, że padający deszcz wywabia mnie z domu na samotne spacery, nawymyślała mi od dziwaków, postraszyła psim reumatyzmem, ale w końcu dała mi spokój. Także gdy jesteśmy na wsi lubię w czasie deszczu leżeć nie w domu, ale na naszej drewnianej werandzie. Między innymi dlatego, że Brudencja unika deszczu jak ognia i na widok deszcowych chmur zaszywa się w głębi swojego domu. Mam więc gwarancję, że nie wypadnie znienacka z tym swoim wariackim ujadaniem. Poza tym - co jak co, ale takiego szumu kropli deszczu wydobywającego się z krzewów i gałęzi drzew, jak tam, na wsi, w naszym mieście nigdy się nie usłyszy.

Krócej mówiąc,dzięki mojej spokojnej nieustępliwości, udało mi się poradzić sobie z nadopiekuńczością Emilii i kiedy przekonała się, że będę siedział wzdychając pod drzwiami wyjściowymi tak długo, aż mnie  nie wypuści, przestała mi się sprzeciwiać:

- Dziewczynki, Felix domaga się sekwencji w deszczu - mówi w takich wypadkach i przez nią osobiście, albo przez którąś z córek, jestem wypuszczany na świat. Dowodzi to naszego wzajemnego szacunku dla indywidualnych potrzeb. Podobnie jak to, że kiedy któraś z nich ma chandrę, gdy zamyka się w swoim pokoju, albo telefonuje bez przerwy, ja z kolei wiem, że nie należy im się w takiej chwili narzucać ani ze swoimi potrzebami, ani ze współczuciem. Wiem także, że za moment przyjdzie pora, kiedy i tak wszystko mi opowiedzą. Najczęściej są to zresztą całkiem niewinne głupstewka i nieważne smutki, którymi ja nigdy bym sobie głowy nie zawracał. Bywa jednak, że zdarza się im jakieś prawdziwe nieszczęście i wówczas muszą wiedzieć, że mogą na mnie liczyć. Prawdziwym kobietom, nawet tym najsilniejszym i najmądrzejszym, też jest czasem potrzebne oparcie. I ja je im daję.

Pamiętam, że kiedy umarła mama Emilii - Emilia pojechała wtedy do miasta, w którym mieszkała starsza pani, zdążyła się jeszcze z nią w szpitalu pożegnać i potem ściągnęła na pogrzeb dziewczynki, a mną opiekowała się podczas ich nieobecności pewna zaprzyjaźniona z nami osoba - Emilia wróciła do domu spokojna, ale gdy dziewczynki poszły już spać, usiadła przy stole w kuchni i zaczęła głośno szlochać. Łzy toczyły się jej po policzkach tak gęsto, że po chwili cała twarz była zupełnie mokra. Podszedłem wtedy do niej, położyłem pysk na jej kolanach i też płakałem. Nie wiem, ale chyba gdybym tak nie postąpił, moja Emilia zapłakała by się na śmierć. A tak - płakaliśmy sobie razem. Mnie robiło się coraz ciężej na sercu, ale wiedziałem, że to ból z serca Emilii przechodzi ciężarem w moje, więc nawet tak bardzo nie cierpiałem. W końcu, gdy już zdjąłem jej z serca cały jej ból, a przynajmniej znaczną jego część, Emilia powiedziała:

- Nie ma już naszej staruszki, piesku. I co my teraz zrobimy?

- Jak to nie ma ? - odpowiedziałem. - Czuję ją przecież w swoim sercu. A ty ją czujesz w swoim. I zawsze będzie w tych naszych dwóch sercach i w sercach dziewczynek, tylko że nie będzie to już takie ciężkie i takie smutne, i takie bolesne, jak teraz. Wytrzymamy to Emilio, bo wiele już razem wytrzymaliśmy i ty dobrze o tym wiesz.

Oczywiście, wtedy Emilia nie mogła przyznać mi racji, ale kiedy poszła spłakana spać, położyłem się cicho koło jej posłania i jeszcze długo w nocy zdejmowałem z niej ból, nie śpiąc i  myśląc o staruszce, o Emilii, o dziewczynkach i w ogóle o ludziach, którzy - w przeciwieństwie do psów i wielu innych zwierząt - nauczyli się życia w stadach, po kilka pokoleń na raz. Z jednej strony nic w tym złego, bo starsi opiekują się młodszymi, potem młodsi opiekują się starymi, jedni drugim wiele tłumaczą, czegoś siebie wzajemnie uczą... Jednak z drugiej strony - sprawiają sobie wzajemnie dużo bólu. Chorobami, nieprzewidzianymi sytuacjami, a na koniec śmiercią.

Czy jest to dowód na ludzką mądrość, czy też na ich nieporadność? Zastanawiałem się tamtej nocy i nad odpowiedzią na to pytanie, ale - jak zwykle, gdy chodzi o odpowiedź na ważne pytanie dotyczące ludzi - do niczego mądrego nie doszedłem. W końcu zasnąłem, bo nie mogłem już w swoim sercu pomieścić więcej emilkowego żalu i bólu, a kiedy obudziliśmy się rano, znów rozpoczęliśmy dzień od naszej porannej, słodkiej, czarnej kawy. Oczywiście oboje byliśmy bardzo zmęczeni, obolali w sensie dosłownym i przenośnym, ale miałem uczucie, że zrobiłem wówczas dla Emilii wszystko, co mogłem. Czułem także, że Emilia o tym wiedziała i że nigdy mi tego nie zapomni.

Natomiast nie znoszę, gdy któraś z nich - Emilia albo jedna z naszych dziewczynek - wraca do domu wściekła i próbuje wyładowywać swoją złość na pozostałych domownikach. Jeżeli zdarza się to jednej z dziewczynek, nie przejmuję się specjalnie, bo wiem, że Emilia szybko przywoła ją do porządku. Gorzej, gdy wściekła do domu wraca Emilia. Wówczas dziewczynki wolą schować się w pokojach i nie wchodzić jej w drogę, a i ja wolę przeczekać taki atak udając, że śpię w swoim legowisku. Raz jednak nie wytrzymałem. Tego roku moja Emilia znów postanowiła wyjść za mąż. Kręcił się koło nas taki jeden, może nawet sympatyczny i na pewno z pieniędzmi, których zazwyczaj nam brakowało. Wydawał się dobroduszny i wesoły, ale dla mnie było w nim coś, co nie pozwalało mu do końca ufać. Któregoś dnia Emilia zrobiła z dziewczynkami naradę, obgadały go ze wszystkich stron i doszły do wniosku, że jeszcze ten jeden raz spróbują:

- Niech będzie: wychodź za niego - orzekły dziewczynki. Wszystkie trzy były tak przejęte, że żadna nawet nie zwróciła uwagi na moje znaczące westchnięcie.

Co dokładnie się stało, nie wiem, ale któregoś wieczoru Emilia wróciła wściekła. Od samego progu zaczęła się rozbierać i rozrzucała garderobę gdzie popadnie, a swój nowy kapelusz - nowe kapelusze Emilia darzy szczególnym sentymentem - rzuciła prosto we mnie. Od razu też zaczęła krzyczeć, że nie ma takiej ceny, żeby ją kupić. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi z tym kupowaniem czy sprzedawaniem, ale zorientowałem się od razu, że musi to mieć jakiś związek z owym jegomościem, o którym wszystkie trzy mówiły per " nasz narzeczony".  Dziewczynki wybiegły w nocnych koszulach ze swoich pokoi i próbowały Emilii tłumaczyć, że to wszystko było jej własnym pomysłem i że im, jako im, żaden "narzeczony" nie jest tak koniecznie potrzebny. Że im, czyli dziewczynkom, wystarcza , jak każda spędzi miesiąc wakacji ze swoim własnym ojcem i że one w gruncie rzeczy zgodziły się na te całe zaręczyny Emilii tylko ze względu na nią samą, czyli Emilię. Nic to jednak nie pomogło. Emilia ciskała się po całym domu, walnęła o podłogę cukiernicą i własną puderniczką, a walnęłaby jeszcze czymś, gdybym się nie wtrącił. Co zrobiłem? Po prostu wszedłem do kuchni, gdzie właśnie były wszystkie trzy i wyszczekałem to, co miałem do powiedzenia. A więc, że Emilia, jeżeli musi się złościć, to niech się złości sama na siebie, bo to właśnie ona wpadła na pomysł z tymi zaręczynami, które miały się skończyć ślubem i hucznym weseliskiem. Że kto to widział, żeby po dwóch nieudanych małżeństwach myśleć o trzecim. Że jeżeli dwa razy w życiu zrobiło się głupstwo, to już tylko wyjątkowa tępota może skłonić kogoś do zrobienia tego samego po raz trzeci i że ja, Felix, gratuluję jej opamiętania się i zerwania z tym, pożal się boże, narzeczonym, który nawet dezodorantu nie umie sobie dobrać takiego, żeby nie przesycić swoim zapachem całego mieszkania z przedpokojem włącznie:

- To zwykły, nadęty bufon!- szczekałem. - Gdzie wyście miały oczy?! Trzeba było mnie zapytać, a przynajmniej nie śpieszyć się z głupimi deklaracjami!!!

 Wszystkie trzy umilkły i stanęły jak osłupiałe.

- Skończyłem! - szczeknąłem ostatni raz i poszedłem do siebie na legowisko.

W kuchni zapanowała cisza.  A potem - zupełnie dla mnie niespodziewanie - wszystkie trzy wybuchnęły... śmiechem. Tak, śmiechem! Śmiały się i śmiały, aż w końcu jedna po drugiej zaczęły opadać na podłogę i - śmiały się dalej. Do łez. Co mogłem zrobić? W końcu wstałem i poszedłem pośmiać się z nimi, bo lubię ludzką wesołość.

Potem zadzwoniliśmy do narzeczonego i powiedzieliśmy  mu, że rozmyśliliśmy się. To znaczy - zadzwoniła Emilia, grzecznie przepraszając i mówiąc, że jednak się rozmyśliła. Że nie jest dobrym materiałem na żonę, że wszystko to i tak długo by nie potrwało, oraz jakieś tam jeszcze inne głupstwa. Potem on przyjechał i bardzo długo oboje rozmawiali w kuchni. Potem on pojechał. Od tego dnia, kiedy dzwonił, dziewczynki odpowiadały, że Emilii nie ma w domu i nie wiedzą, czy w ogóle dziś wróci. Po jakimś czasie jegomość dał sobie spokój i przestał dzwonić, a Emilia już na dobre przestała wychodzić za mąż. Mam nadzieję, że jest to jej ostateczna decyzja.

Sprawy miłości nie są mi obce, bo nie raz przez nie przechodziłem i nie zdziwiłbym się, gdybym jeszcze przynajmniej raz w życiu je przeżył. Wiem jednak także, że w moim przypadku będzie się to zawsze mieściło w zdroworozsądkowych granicach pięknej przygody. Kiedy byłem jeszcze bardzo młodym psem, zakochiwałem się dwa razy do roku. Nie wiedziałem wtedy, rzecz jasna, że był to naturalny dla każdego psa pociąg do płci przeciwnej, która w okresie psich godów wabiła i kusiła zapachami do zawrotu głowy, do utraty tchu. Byłem tak podatny na te uroki, że nie bacząc na nic, biegłem za każdą przechodzącą suczką. Przyznaję, że kilka razy przydarzyły mi się w związku z tym przygody, o których wstyd nawet wspominać dziś, gdy jestem psem dojrzałym i poważnym. Zresztą, były to doznania wprawdzie bardzo silne, ale jednak dość przelotne. Szybko też przemijały i jeżeli nawet niektóre z nich w efekcie sprowadziły na świat jakieś moje potomstwo, to nic mi o tym bliżej nie wiadomo.

Przeżyłem jednak także i ja czas miłości głębokich, długotrwałych. Takich, o jakich nie zapomina się z przeminięciem jednej tylko wiosny. Najbardziej oczywiście pamiętam pierwszą z nich. Miała na imię Niusia, piękne włosy z kolorze beżowym i wspaniały, wesoły zapach. Była bardzo schludna, zawsze pięknie wyczesana przez swoich ludzi i okropnie delikatna. Pamiętam, że zwróciłem na nią uwagę, gdy zobaczyłem, jak zatrzymała się przed niewielką kałużą, rozejrzała się niespokojnie i szczeknęła do chłopca, który jej towarzyszył. Po czym - poprowadziła go dokoła kałuży tak, żeby nie pobrudzić sobie łapek. Zakochałem się w niej od pierwszego spojrzenia, a Niusia powiedziała mi potem, że też tego dnia zwróciła na mnie uwagę.

Nie była to łatwa miłość. Przez pierwszy wiosenny sezon dziesięć dni spędziłem w piaskownicy przed jej domem. Nic nie jadłem, piłem wodę z najbliższej kałuży, zamiast spać drzemałem tylko i czekałem. A ją wyprowadzano na tzw. krótkiej smyczy i tylko na kilka niezbędnych minut. Za to chłopiec z nią wychodzący miał zawsze przy sobie długi, gruby kij. Cierpiałem bardzo. Obca, starsza kobieta, któregoś dnia przyniosła mi do piaskownicy coś do jedzenia... Jakieś paskudne resztki, których w domu nie wziąłbym do pyska. Pożarłem je szybko i dalej czekałem wpatrzony w drzwi, z których mogła wyjść Niusia. Aż po wielu dniach -sam dobrze nie wiem, po ilu - przypomniałem sobie Emilię. Akurat wyprowadzono Niusię na spacer i w tym momencie odegnałem w sobie to wspomnienie, a jednak - zaczęło uparcie powracać. Pod wieczór tego samego dnia spadł śnieg i wtedy zdecydowałem się wrócić do domu. Byłem tak słaby i wycieńczony, że wlokłem się wolniutko na rozchybotanych łapach, a do domu dobrnąłem chyba tylko dlatego, że bardzo mi było żal Emilii i jej ciepłego głosu. Gdyby nie to, wolałbym chyba zdechnąć gdzieś po drodze. Było mi jednak bardzo, bardzo smutno i dopiero radość, jaką wzbudził mój powrót w domu sprawiła, że znów zachciało mi się żyć...

Pod dom Niusi wróciłem jesienią tego samego roku. Znów warowałem w najbliższej od jej wejścia piaskownicy wpatrzony w drzwi, w których mogła się pojawić. Po zapachu wiedziałem, że ciągle jeszcze tu mieszka i miałem nieśmiałą nadzieję, że jeszcze mnie pamięta. Pamiętała! Kiedy wybiegła wieczorem bez smyczy i zbliżyła się na odległość mojego zapachu, zapiszczała radośnie i podbiegła przywitać się. Popędziliśmy oboje w ciemność, w mokre jesienne liście, w wilgotne światła ulicznych latarń. Jakiś głos wołał Niusię, ktoś gwizdał na nią, ale my pędziliśmy przed siebie szczęśliwi, ze nareszcie jesteśmy razem. Z tego naszego miłosnego spotkania urodziły się trzy szczeniaki, a Niusia mówiła, że były bardzo do mnie podobne. Pozostała także przyjaźń, która przetrwała kilka wiosen i jesieni. Potem Niusia, razem ze swoimi ludźmi, przeprowadziła się do innej dzielnicy i nigdy już jej nie spotkałem.

Drugą moją - powiedzmy, że miłość - przeżyłem dzięki Emilii i jej przyjaciółce, która koniecznie chciała, żebym był ojcem szczeniaków jej suczki. Przyjaciółka Emilii ma na imię Zofia i - jak każda kobieta - jest nieco afektowana:

- To musi być Felix - upierała się Zofia , a Emilia zaakceptowała jej pomysł, mówiąc jednak lojalnie, że nie będzie mnie do niczego zmuszała. Dobry Boże, czy w takich sprawach można kogoś do czegoś zmusić? Może u ludzi tak się zdarza, ale u nas, psów, nigdy...

Zofia i Emilia postanowiły najpierw zapoznać nas ze sobą. Wprawdzie zapach przynoszony do nas przez Zofię nie był najgorszy, ale wolałem jednak rzucić okiem na tę ślicznotkę. Przyznaję - miło się rozczarowałem: miała uśmiechniętą mordkę i młodzieńczy wdzięk. Zlekceważyłem nawet             nieznaczną domieszkę jamnika w sylwetce, chociaż niezbyt przepadałem za krótkonogimi suczkami. Polubiliśmy się i wyjeżdżaliśmy razem na wieś, aż wreszcie, gdy przyszło co do czego - mieliśmy ze sobą kilkoro udanych szczeniąt. Emilia woziła mnie do nich kilkakrotnie, żebym - jak mówiła - wiedział, co to znaczy być ojcem. Gdy zobaczyłem je pierwszy raz, były jeszcze ślepe i tak nieporadne, że poczułem wzruszenie. Były małe i zupełnie bezbronne. Ich matka, Perła, niezbyt chętnie mnie powitała. Chyba czuła się skrępowana swoim wyglądem: miała obwisły, pofałdowany brzuch pachnący mlekiem, którym bez przerwy karmiła nasze dzieci. Druga wizyta była jeszcze mniej udana, bo Perłę tak już zmęczyła opieka nad szczeniętami, że po prostu poszła się zdrzemnąć, a małe zostawiła pod moją opieką. Co miałem robić? Pozwoliłem, żeby targały mnie za uszy, wdrapywały mi się na plecy i robiły sobie ze mnie coś w rodzaju zjeżdżalni. W końcu uspokoiły się i spróbowały mnie ssać, na co już nie mogłem pozwolić. Pogoniłem je więc do matki, co bardzo rozbawiło Zofię i Emilię, które natychmiast zaczęły porównywać mnie do wszystkich swoich byłych mężów, ale przyjąłem te niechlubne przymiarki wyniośle i już tylko czekałem chwili, gdy nasza wizyta dobiegnie końca. A potem dowiedziałem się od Perły, że wszystkie trzy nasze latorośle zostały oddane do starannie wybranych przez nią i Zofię ludzi. A także, że jednego z nich widuje od czasu do czasu i że wyrósł z niego wielki, większy nawet ode mnie, pies. Szczęśliwie zamieszkał u ludzi mających dom w dużym ogrodzie. Tylko imię dano mu okropne: Bobik! Ludzie czasem jak coś wymyślą, to nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Jest tyle pięknych psich imion, a oni mojego syna nazywają B o b i k i e m! Perle również to imię niezbyt przypadło do gustu, ale jej raczej ze względów ambicjonalnych: wolałaby, żeby wabił się na przykład Hektor lub Victor. Mnie natomiast nie podoba się imię Bobik z zupełnie innego powodu: ja po prostu wiem, co znaczy określenie "kozie bobki"! Najzwyczajniej w świecie są to...kozie ekstrementy. Wiem na pewno, bo spędzaliśmy kiedyś lato na prawdziwej wsi, gdzie spotkaliśmy to dziwaczne, złośliwe, dojne zwierzę. A było  tak: Emilia przeczytała gdzieś, że kozie mleko jest bardzo zdrowe i chociaż u nas nikt mleka nie lubi, wymyśliła, że trzeba spędzić wakacje tam, gdzie można kupić świeże kozie mleko i pijać je przynajmniej przez miesiąc. Okazało się, że wcale nie musimy wyjeżdżać daleko: ktoś z przyjaciół wskazał nam wioskę pod Warszawą, w której mieszkała gospodyni posiadająca oprócz krów dwie kozy. Od początku nie czułem się tam najlepiej, poza tym zaraz pierwszego dnia opadły mnie pchły. Po dwóch dniach byłem nimi tak zdenerwowany, że rozjuszał mnie każdy drobiazg. Emilia, licząc się właśnie z obecnością pcheł, starała się przetrzymywać mnie w naszym wynajętym pokoju, a na spacery wychodziliśmy na pola lub do lasu, co samo w sobie nie było złe, ale odbywało się tylko dwa razy dziennie. O żadnym wylegiwaniu się na ganku, czy spacerowaniu po wiejskim podwórzu oczywiście nie mogło być mowy. Niejaki Azor, wiejski pies łańcuchowy uwiązany do podwórkowej budy, miał lepsze życie ode mnie, co zresztą nader często, złośliwie i buńczucznie ogłaszał informując o tym wszystkie okoliczne wiejskie Burki i suki. Za to pchły, mimo iskania mnie co wieczór przez Emilię i dziewczynki, coraz bardziej dawały mi się we znaki. Poza tym mnie też kazano pijać to kozie świństwo, które cuchnęło nie znanym mi wcześniej, obrzydliwym zapachem.

Przemęczyliśmy się tak chyba z dziesięć dni, aż któregoś ranka nie wytrzymałem i wyskoczyłem przez otwarte okno. Nie był to specjalny wyczyn, bo okna tamtejsze były wyjątkowo niskie i w każdej innej sytuacji nic by się nie zadziało, ale zaraz za budynkami obejścia poczułem okropne swędzenie w miejscach po pchlich ukąszeniach i jednocześnie - okropny kozi odór. Wtedy zobaczyłem to stworzenie. Stało naburmuszone, z  rogami wycelowanymi prosto we mnie i przeraźliwie beczało. Koza była wprawdzie uwiązana i kiedy ją pogoniłem, zaczęła biegać dokoła swojej uwięzi, a ja podszczypywałem ją, zresztą bezkrwawo, aż nagle poczułem bardzo silne uderzenie w zęby i odrzuciło mnie do tyłu. Przewróciłem się na plecy, co psom rzadko się zdarza, w oczach zawirowały mi gałęzie jabłonki i usłyszałem straszliwy wrzask kobiety, która była naszą gospodynią. Przykry ten incydent sprawił na szczęście, że dłużej już w tym miejscu nie zabawiliśmy, ale pamiętam do dziś naszą podróż powrotną, w której ja bez opamiętania się drapałem, a Emilia i dziewczynki zatykały nosy i śmiały się, że mam całą sierść w kozich bobkach. Rzeczywiście, tak cuchnąłem tym paskudztwem, że nawet po długiej kąpieli w naszej domowej wannie czułem sam od siebie obrzydliwy kozi smród. W tej sytuacji imię Bobik, wybrane dla mojego syna, w żaden sposób nie mogło mi się podobać.

A wracając do spraw miłości... Moje kontakty z Perłą w niczym nie przypominały tego, co łączyło mnie wcześniej z Niusią. Z Perłą był to miły, grzecznościowy właściwie i pozbawiony wielkich emocji, związek. Lubiłem ją na swój sposób i gdy dowiedziałem się, że zginęła przejechana przez samochód, było mi przykro. Ale tak samo byłoby mi przykro, gdybym dowiedział się o przypadkowej śmierci każdej innej mojej znajomej. Może dobrze się stało, że Niusia przeprowadziła się do innej dzielnicy? Przynajmniej mogę sobie nadal wyobrażać, jak przechadza się swoim eleganckim kroczkiem po jakimś parku czy dużym skwerze i może nawet od czasu do czasu wspomina mnie z sympatią. Wolę to, niż gdybym się dowiedział, że to ją, a nie Perłę, przejechał samochód... Oczywiście też jakoś bym to przeżył, ale już pewnie na zawsze pozostałby we mnie ten sam smutek, który narodził się w Emilii po śmierci jej matki i tkwi w niej do tej pory. Inni prawdopodobnie nie dostrzegają tego, ale ja wiem, że od tamtego czasu Emilia zmieniła się. Przede wszystkimi - zniknęło gdzieś to, co dotąd się w niej zachowało z małej, czasem nawet mocno kapryśnej i lekkomyślnej, dziewczynki. Do śmierci matki - mimo, że sama urodziła i wychowywała dwie kilkunastoletnie córki - Emilia od czasu do czasu bywała jeszcze dzieckiem. Po prostu wiedziała, że jest ktoś, kto ma prawo ją skarcić, pochwalić, pouczyć. U ludzi istnieje bardzo silna współzależność pomiędzy matkami i dziećmi, bo jak już wspomniałem, ludzie żyją w stadach. Czasem bardzo niedużych, kilkuosobowych, ale jednak. Nawet, gdy jest to stado rozproszone, gdy mieszkają w różnych miastach, albo wręcz w różnych krajach, ludzie pielęgnują związki między sobą. Również wówczas, gdy niezbyt się lubią. Na przykład obaj byli mężowie Emilii mieszkają od nas tak daleko, że dziewczynki muszą latać do tych swoich ojców samolotami, a sama Emilia wspomina ich obu bez szczególnej serdeczności. Ale mimo to utrzymuje z nimi kontakty. Telefonuje do nich, pisują do siebie. Ja wiem, że łączą ich przede wszystkim sprawy dziewczynek, bo każdy z byłych mężów jest ojcem jednej z jej córek. Ale to właśnie podkreśla tylko fakt, że są stadem, które rozpaść się do końca nie może. Ludzkie więzy krwi są widocznie znacznie silniejsze niż nasze. My rodzimy się, wprowadzamy się do ludzi i zapominamy o sobie. O ile Niusię czy Perłę poznałbym od razu, nawet po wielu latach, to mojej matki zupełnie nie pamiętam. Ojca - tym bardziej. Perła powiedziała mi kiedyś, że z daleka rozpoznaje naszego syna, a on w ogóle nie zwraca już na nią uwagi. Było jej nawet trochę przykro z tego powodu, choć ja uznałem, że zupełnie niepotrzebnie: nasz syn zachowywał się normalnie. To tylko Perle udzieliły się ludzkie przyzwyczajenia i bez zastanowienia chciała je przenieść na stosunki między nami. Perła w ogóle była sentymentalna i zupełnie w tym podobna do swojej opiekunki, Zofii, która potrafiła płakać z byle jakiego powodu, z czego lubiła żartować nawet tak serdeczna jej przyjaciółka, jak Emilia.           

            Tymczasem pies, niezależnie do płci, tworzy sobie własne, nowe stado w momencie, gdy trafia do ludzi. Bo to oni stają się dla nas stadem, naszymi siostrami i braćmi, a ich dzieci stają się niemal naszymi własnymi. I tak już musi zostać, bo tak zostało psie życie zaprogramowane. Owszem, znam przypadki, kiedy ludzie zostawiają przy matce szczeniaka i potem oba te psy mieszkają razem z nimi. Zdarza się i tak, bo wszystko może się zdarzyć, ale w gruncie rzeczy nie ma specjalnej różnicy, czy jest to prawdziwy nasz krewny, czy też inny pies, który trafił do domu. Po prostu - są ludzie, z którymi mieszka tylko jeden pies i są ludzie, z którymi mieszka więcej psów. I tak jest to lepsze, niż gdy w jednym domu mieszka pies i jakieś inne gatunki zwierząt, a bywa, że nawet ptactwa. Po sąsiedzku z nami mieszka na przykład rodzina, z którą w pewnym momencie - oprócz psa - zamieszkały kot i papuga. Skończyło się na tym, że papuga nie wytrzymała i tylko dlatego nie doszło do tragedii, że ludzie jakoś się wszystkiego domyślili i oszalałego ptaka oddali w końcu do innego domu. Nie wiem, czy papuga doszła w końcu jakoś do siebie, ale kot z psem odetchnęli nie słysząc już więcej jej wrzasków. Zresztą kot został wykastrowany, więc psu udało się na niego wpłynąć i ułożyć go na tyle, że ich współegzystencja stała się całkiem znośna.

 Ludzie oczywiście nie zastanawiają się nad tym, czy psy lubią mieszkać z innymi stworzeniami, a że w ogóle są skłonni do eksperymentów, chętnie tworzą takie konfiguracje i opowiadają sobie z lubością o rzekomej przyjaźni psów, kotów, papug, kanarków, żółwi, a nawet patyczaków. Nie zdają sobie sprawy z tego, że to tylko zwierzęce poczucie przyzwoitości nakazuje nam w takich przypadkach raczej pogodzić się z losem i tak układać sobie życie, by wzajemnie się tolerować. Wytłumaczył mi pewien znajomy, który od lat mieszka z rodziną posiadającą kota, że w takiej sytuacji zwierzęta po prostu się ze sobą umawiają wyznaczając sobie zakres praw, konkretne terytoria i uwzględniając najbardziej żywotne potrzeby. Ale mówił też, że dzieje się tak wyłącznie dlatego, że nie mają innego wyjścia. Bo co na przykład mógł zrobić ten mój znajomy pies, gdy do jego domu w jesienny, deszczowy wieczór przyniesiono małe, chore i wychudzone, kocie szczenię? Czy miał się na nie rzucić, jak na dorosłego kocura? I - co powiedzieliby na to jego ludzie? Tak więc małe, chude kocię zostało w domu, wyzdrowiało, urosło i natychmiast próbowało wszystkich zdominować, ale udało mu się to tylko z ludźmi. Mojemu znajomemu, dorosłemu i doświadczonemu psu, wystarczyło kilka zdecydowanych zachowań i stosunki się ułożyły. Oczywiście ani jednemu, ani drugiemu z nich nie jest tak dobrze, jak mnie u Emilii, czasem nawet dość mocno działają sobie na nerwy, ale mogłoby przecież być gorzej... Tak, nie do końca możemy wpływać na warunki naszego życia, ale pocieszające jest to, że ludzie też sobie ze swoim losem nie radzą. Taki już jest ten świat i im szybciej się sobie to uświadomi, tym lepiej i szczęśliwiej układa się życie. Psie czy ludzkie - bez specjalnej różnicy.

Zresztą, czy warto nad tym się zastanawiać? W moim przekonaniu o wiele rozsądniej brać życie takim jakie jest. Pod warunkiem oczywiście przestrzegania jednej, podstawowej zasady: by nie schodzić nigdy z osiągniętego pułapu. Pamiętam, że Emilia - będąc kiedyś w posiadaniu większej sumy pieniędzy - zdecydowała się zatrudnić kobietę do sprzątania. I tak w naszym domu zaczęło się dwa razy w tygodniu pojawiać nieduże, niezbyt już młode, żeńskie stworzenie, które co jak co, ale sprzątać umiał . Przez kilka pierwszych miesięcy byliśmy wszyscy czworo bardzo szczęśliwi. Nawet ja, bo moje posłanie było teraz zawsze wytrzepane, wywietrzone i nie wiem, co tam jeszcze owa pani Helenka z nim zrobiła, ale czułem się jak król. Emilia też była zadowolona, bo przecież znacznie przyjemniej wraca się do domu, w którym wszystko leży na swoim miejscu, podłogi aż lśnią, a kurzu nigdzie nawet na lekarstwo. Mijały miesiące i nawet nie spostrzegliśmy, że nasza idylla stopniowo zaczęła zamieniać się w piekło: malutka, grzeczniutka, przymilna pani Helenka zaczęła się robić coraz ważniejsza i potężniejsza. Nie, wzrostu jej nie przybyło, ale zaczęła wszystko i wszystkich sobie podporządkowywać. Najpierw - tłumacząc dobrotliwie, że tak będzie poręczniej i wygodniej dla każdego - poprzestawiała wszystko w kuchni: tam, gdzie zawsze stały talerze postawiła kubki, kubki przeniosła na miejsce szklanek i kieliszków, garnki wystawiła do schowka w  przedpokoju, lodówkę wyekspediowała pod okno, a moją metalową miskę przeniosła spod okna w kąt za drzwiami. Potem już wszystko zaczęło zmieniać swoje miejsca, niektóre rzeczy zmieniły nawet swoje przeznaczenie, a poza tym  zaczęliśmy postępować tak, żeby pani Helenka nie miała powodu do niezadowolenia.

 Do domu, który był zwyczajnym, może niezbyt spokojnym, ale szczęśliwym domem, zaczął wkradać się niepokój. Pani Helenka już nie przychodziła dwa razy w tygodniu w umówione dni, ale zjawiała się codziennie i praktycznie wtedy, kiedy ona sama uznawała to za stosowne. Emilia, w dni wolne od prób w teatrze, nie mogła już wysypiać się do dziesiątej, bo zaraz po ósmej rozlegał się brzęczyk domofonu i zjawiała się rozszczebiotana, rześka pani Helenka, cała zaaferowana jakąś scysją na swoim podwórzu, kolejną kłótnią z najbliższą sąsiadką, lub  wiadomościami politycznymi. Poza tym - bez przerwy coś kupowała do naszego domu, co chyba nie zawsze podobało się Emilii, bo zdaje się, że nie wszystko było zakupem niezbędnym. Pierwsze zbuntowały się dziewczynki, bo pani Helenka krytycznie nastawiała Emilię do wszystkiego, co robiły i co lubiły: od wyklejonych plakatami szafek w ich pokojach po modne buty, niechęć do jedzenia mięsa i inne tam takie duperele, z których do tej pory nikt nigdy w naszym domu nie robił problemu. Dziewczynki protestowały coraz głośniej, Helenka wynajdowała coraz to nowe powody do skarżenia się na nie Emilii, a mnie dosłownie puchła głowa. Potem zaczęła się buntować Emilia, a końcu doszło do tego, że nawet ja czułem narastającą we mnie złość. Szło nam głównie o te najścia o każdej porze dnia i bez zapowiedzi. Emilia tłumaczyła to sobie samotnością i rosnącym przywiązaniem do nas  pani Helenki, ale zaczynaliśmy się czuć coraz bardziej tą miłością zmęczeni. Przynajmniej ja mogę tak o sobie powiedzieć, bo w końcu już nie było dnia, żebym mógł spokojnie zmrużyć oko: jeżeli nie było coś odkurzane, to było prane. Jeżeli nie było prane i odkurzane, to było pastowane, malowane, gotowane, szorowane lub prasowane. Nasza „cudowna” pani Helenka okazała się niespożyta w wynajdywaniu sobie zajęć na tyle ważnych, żeby cały dom i wszyscy jego lokatorzy musieli się temu podporządkować, a nasza czwórka - od rana aż do jej wyjścia późnym wieczorem - czuła się we własnym mieszkaniu jak autentyczni intruzi. Najbardziej przeszkadzałem oczywiście ja, a zaraz po mnie - dziewczynki. Ja, bo podobno przynosiłem z podwórza kurz i piasek, oraz - rzekomo bezustannie - liniałem. Nie muszę chyba dodawać, że gdyby to ostatnie było prawdą, do tej pory byłbym łysy, a przecież na czym jak na czym, ale na mojej pięknej sierści mogę polegać. Dziewczynki z kolei za często się kąpały, za dużo miały ubrań i zeszytów, za często się kręciły po domu, za dużo słuchały muzyki... Najwięcej wolno było Emilii, ale i ona od czasu do czasu dostawała za swoje. Przede wszystkim, gdy dużo grała w teatrze czy w filmie, gdy miała dużo prób i w ogóle - często bywała poza domem. Przypuszczam, że chodziło o to, że nie miała wtedy czasu wysłuchiwać tyrrad naszej Helenki..Trwało tak i trwało, ale któregoś dnia bomba pękła. Leżałem właśnie na dywanie i jednym okiem oglądałem sobie telewizyjny program o zwierzętach, co - przyznaję - pasjami uwielbiam.

- Pani Emilio, pani tu przyjdzie! - usłyszałem jadowity jazgot naszej, jak ją zaczęły nazywać dziewczynki, Frau Helen. - Czy pani widzi, jakie to psisko bezczelne?! Dopiero co wyczyściłam i odkurzyłam dywan w salonie, a on już się na nim uwalił!. Te dziewczyny włączyły telewizor specjalnie dla psa!!! Same tego nie oglądają, tylko psu robią przyjemność... Dawno już mówiłam, że miejsce psa jest na wsi, przy budzie! Po co pani w mieście pies?! To trzeba mieć źle w głowie, żeby takie bydlę trzymać w mieszkaniu!!!

Emilia stanęła  z tekstem, którego się właśnie uczyła, w drzwiach swojego pokoju. Widziałem, że trudno się jej przestawić z roli, do której się właśnie przygotowywała, na to, co dzieje się w naszym domu. A tym czasem pani Helenka gadała i gadała biorąc najwyraźniej milczenie Emilii za zgodę:

- Trzeba dać ogłoszenie w gazecie, że oddajemy psa na wieś! Ludzie sami się zgłoszą! Moja jedna znajoma...

- Ten pies mieszkał  tu, mieszka i będzie mieszkać. To jest jego dom, pani Helenko. Jego i nasz!

Helenkę zamurowało - Emilia odezwała się do niej głosem, który przypominał zgrzyt żelaza po szkle:

- Ale ... - próbowała jeszcze coś powiedzieć Frau Helen.

- Tu nie ma żadnego "ale", pani Helenko - powiedziała Emilia i weszła do swojego pokoju.   Nawet nie trzasnęła drzwiami tylko, odwrotnie: bardzo spokojnie je zamknęła. W mieszkaniu zapanowała cisza. Długa, przerywana tylko dźwiękiem telefonów i postukiwaniem przez Helenkę garnkami. Nie była to jednak taka cisza, jaką lubię: spokojna, pozwalająca podrzemać, pomyśleć, polenić się błogo. W powietrzu wisiała awantura, która prędzej czy później musiała nastąpić. I - nastąpiła.

Frau Helen jakby nigdy nic wkroczyła do pokoju Emilii z odkurzaczem, bo - jak to było w jej zwyczaju - doszła do wniosku, że będzie odkurzała właśnie tam i właśnie teraz. Emilia spokojnie odłożyła maszynopis, przeszła do przedpokoju, przeliczyła pieniądze w portmonetce, a kiedy Helenka skończyła odkurzanie, zapytała:

- Pani Helenko, ile ja jestem pani winna?

- Przecież rozliczamy się w piątki - zaterkotała pani Helenka - a dzisiaj jest środa i niech mi pani nie zawraca głowy!

- W moim przekonaniu tyle powinno wystarczyć - powiedziała Emilia kładąc przed Helenką pieniądze. - I proszę już więcej nie przychodzić.

Znam moją Emilię i wiem, że nie było jej łatwo w ten sposób zamknąć sprawę. Tym bardziej poczułem się z niej dumny, chociaż nie wiem, czy pani Helenka do końca zrozumiała, o co Emilii poszło. W każdym razie parę razy próbowała jeszcze wedrzeć się do naszego domu i naszej rodziny, ale Emilia stanowczo dziękowała jej za wszystkie proponowane usługi i przysługi. Tak skończył się luksus, który po dwóch latach stał się dla nas jednym wielkim ciężarem.

Czemu wszystko to opowiadam? Nie bez powodu. Przytaczam przykład pani Helenki, żeby unaocznić, że każdy musi znać swoje miejsce. I że nawet jeśli ktoś z grzeczności znosi coś, co mu się niezbyt podoba, to zawsze w końcu nadejdzie moment, kiedy spadnie jedna kropla za dużo, dopełni miary i nastąpi sprawiedliwe rozliczenie. Cieszę się, że to moja skromna osoba przyczyniła się do oswobodzenia Emilii i całego naszego domu od nadopiekuńczej dominacji kobiety nie znającej miary. Charakterystyczne, że takie cechy charakteru zdarzają się głównie u ludzi. My, psy, bywa że też nazbyt się angażujemy uczuciowo, czasem nawet narzucamy się ze swoją sympatią ludziom, ale to zdarza się właściwie w odosobnionych przypadkach. Zwykle umiemy zachować umiar, akceptujemy ich takimi, jakimi są i nie próbujemy zmieniać. Najczęściej hołdujemy szlachetnej zasadzie kompromisu, co mniej inteligentni ludzi biorą za posłuszeństwo. Na przykład, gdy odbiegamy za daleko i człowiek nas woła - przybiegamy. Robimy to dlatego, że jego głos dobiega do nas ze zbyt daleka, a my przecież wyszliśmy razem na spacer i przypominamy sobie, że naszemu człowiekowi też należy się nieco przyjemności. Niech się wychodzi, wywietrzy i wyspaceruje, a potem niech siedzi spokojnie w domu. Gdybym wyszedł z domu w jakimkolwiek innym celu,m to nawet Emilia mogłaby mnie wołać, a ja i tak poszedłbym tam, gdzie postanowiłem. Najlepszy dowód, że za każdym razem, gdy się zakochiwałem nie było siły, która mogłaby mnie zatrzymać. My po prostu wychodzimy z założenia, że skoro razem mieszkamy, to trzeba się wobec siebie zamchowywać z poszanowaniem wzajemnych praw. Emilia i jej córki dbają o mnie, o moje jedzenie i moje potrzeby, więc czemu ja, pies mądry i szczęśliwy, miałbym je zaniedbywać i na przykład porzucać na spacerach? Czemu nie miałbym ich bronić przed obcymi i otaczać codzienną opieką?

Podobnie postępują mądrzy ludzie. Opowiadał mi Muki, pies przyjaciół Emilii mieszkających na Mazurach, że gdy tylko zamieszkał ze swoimi ludźmi, zjechali do nich goście. W takich sytuacjach jest zazwyczaj sporo zamieszania, więc nikt nie zauważył, że na dziedzińcu pozostało na noc rozłożone składane łóżko. Rankiem gospodarze wypuścili Mukiego na podwórze, a sami z gośćmi zasiedli do śniadania. Muki sprawdził podwórze, obiegł jego wszystkie zakamarki, aż w końcu zauważył, że piękna i ciepła plama słoneczna osuszyła z rosy właśnie to zapomniane łóżko.

- Poleżę sobie - zdecydował Muki.

I tak też zrobił. Od razu zdrzemnął się i przyśniło mu się najpaskudniejsze wspomnienie z dzieciństwa, jakie zapamiętał: znów zobaczył człowieka, który wrzuca go w okropny, głęboki śnieg i odchodzi. Muki poczuł zimno, poczuł jak ciężki jest śnieg, w który się zapadł jako szczeniak i ze skowytem skoczył na wszystkie cztery łapy. Jego przerażenie było całkiem prawdziwe, a składane łóżko, potrząśnięte tym wskoczeniem na cztery łapy, przechyliło się i z trzaskiem się złożyło. Muki - zarówno ze starego strachu, jak i z nowego, spowodowanego tym, że łóżko się złożyło - zaczął szczekać jak oszalały. Dopiero po chwili z domu wyszedł jeden z gości. Przyjrzał się sytuacji i rozstawił łóżko tak, żeby Muki znów mógł  wygodnie się ułożyć:

- Siedzicie  tam i gadacie, a tu psu leżanka się wywróciła - powiedział z naganą w głosie  gość do tych, którzy siedzieli w domu.

Wszyscy wylegli tłumnie na podwórze, przyjrzeli się Mukiemu i jego Barbara powiedziała:

- Trzeba będzie kupić nowe łóżko, bo to już należy do Mukiego

A Muki szeroko ziewnął i pomyślał sobie, że z tymi ludźmi warto zostać. Chodzi mi o to, że często jedna mądra decyzja człowieka potrafi dotrzeć do psiego serca i na zawsze je ujarzmić. Muki był tego najlepszym przykładem: składane łóżko rzeczywiście zaanektował sobie na caluteńkie lato. Wpadliśmy tam  z Emilką na kilka dni i znam całe to w wydarzenie z relacji Mukiego. A składane łóżko sam widziałem i Mukiego, rozwalonego na nim jak pasza, też. Żył sobie w tych wygodach aż do samej jesieni, kiedy składane łóżko trzeba było schować przed słotami... Jesienią Muki zginął tragicznie, pozostawiając po sobie wielki smutek i żal w sercach Barbary i Jerzego, u których tak wygodnie się zadomowił.

Jak można zginąć tragicznie mieszkając w dużym, wiejskim domu, z daleka od szosy i od miasta, w miejscowości gdzie samochodami jeżdżą tylko spokojni, ostrożni ludzie? Widocznie można i właśnie Muki jest tego przykładem. Muki urodził się w dalekim, górskim kraju, gdzieś na pograniczu Armenii i Azerbajdżanu. Był dużym, silnym mieszańcem afgana z czymś jeszcze, co w efekcie dało przepiękną mieszankę o gęstym, niesfornym futrze. Do Polski przywieziono Mukiego jako małego szczeniaka po to, żeby go dobrze sprzedać. Niestety, ktoś kto go sobie zamówił, nie zgłosił się po niego w umówionym terminie i ten Azjata, który psa przywiózł, po prostu wrzucił szczeniaka w głęboką zaspę. Myślał pewnie, że Muki zamarznie, ale Mukiemu się poszczęściło: wygrzebała go ze śniegu pewna pani weterynarz, wyleczyła z silnego zapalenia płuc, zaszczepiła i zaczęła odkramiać. Kiedy się okazało, że Muki zaczyna osiągać wzrost sporego cielaka kobieta uznała, że nie da rady go utrzymać w swojej małej, miejskiej kawalerce. Zaczęła więc rozglądać się za przytulnym, wiejskim domem dobrych, troskliwych ludzi. Trafiła na panią Barbarę, która razem z mężem przeniosła się właśnie z miasta na wieś. Ich dom jest duży, otaczają go dwa ogrody - warzywny i owocowy, no i jest mnóstwo przestrzeni do biegania. Czułby się Muki u nich jak w raju, gdyby nie jego azjatycka natura, która kazała mu co jakiś czas wyruszać na szaleńcze wyprawy do pobliskich lasów. Muki znalazł sobie dobrego koleżkę do takich wypraw, mieszkającego po sąsiedzku Lolitka. Lolitek jest najzwyklejszym wiejskim Burkiem i koleżeństwo z Mukim prawdopodobnie bardzo mu imponowało. Wystarczyło, że Muki, zmyliwszy swoich opiekunów, pojawiał się w pobliżu zagrody Lolitka, żeby ten porzucił wszystko i pognał za klegą do lasu.

Który którego nauczył polowania na młode zające i sarny, trudno dziś stwierdzić, bo obaj się do tego przyznawali. Właściciele Lolitka, prości mieszkańcy wsi, niezbyt tym się przejmowali, ale pani Barbara i jej mąż bardzo byli niezadowoleni z myśliwskiej żyłki Mukiego przewidując słusznie, że niczym dobrym to się nie zakończy. Ile było perswazji, nagan i tłumaczeń po każdym powrocie Mukiego z łowów - nic nie skutkowało: Muki raz na dwa, trzy tygodnie urywał się z domu i wyruszał na swoją eskapadę. Aż pewnego dnia nie wrócił. Okoliczni chłopi mówili, że słyszeli w lesie strzały myśliwych. W każdym razie przez dwa dni nie było ani Lolitka, ani Mukiego. Trzeciego dnia pojawił się w swoim obejściu Lolitek. Mukiego nadal nie było, a Lolitek wyglądał na bardzo przestraszonego i brudny był tak, jakby się ukrywał w bagnie. Musiało to wszystko mieć coś wspólnego ze strzałami, bo Lolitek do dziś dnia zaszywa się w sobie tylko znanej kryjówce, gdy jego pan sięga po strzelbę. Wszystko więc wskazuje na to, że strzelano do psów. Lolitek, jako mniejszy i mniej ufny od Mukiego, uciekł, ale - prawdopodobnie na jego oczach - został zastrzelony Muki. Piękny Azjata, który nie umiał cenić życia w spokoju. Wspominam go z żalem i z sympatią, bo był to towarzyski, pełen poczucia humoru i gościnności pies, który przybyłemu z wizytą miejskiemu koledze pozwalał nawet uszczknąć coś z własnej miski, a to zdarza się wśród nas  niezwykle rzadko.

Po co opowiadam o Mukim? Bo jest przykładem kogoś, kto zdawałoby się osiągnął szczęście, ale go to nie zadowoliło: przedłożył pogoń za nieznanym ponad spokój i bezpieczeństwo. Żył pięknie, ale krótko. Czy jest czego Mukiemu zazdrościć? Rzecz gustu. Tak, to rzecz gustu... Ale nie wydaje mi się, że mógłbym się z Mukim zaprzyjaźnić. I to nie z powodu jego młodego wieku, bo wśród psów często zdarzają się przyjaźnie zawiązywane pomimo dużej różnicy lat i powiedziałbym nawet, że zawiązują się po trosze dzięki temu, że młody pies traktuje starego tak, jak u ludzi traktuje się mistrza. Z Mukim nie mógłbym się zaprzyjaźnić z powodu jego pochodzenia. Musiałem mieć w           ród swoich przodków zbyt wiele pokoleń psów domowych, żebym mógł zrozumieć, co może dziać się w sercu i duszy tego bezpośredniego potomka psich górali. On nie mógł darzyć niczym poza szacunkiem należnym staremu psu kogoś, kto tak jak ja spędził całe życie w warunkach dużego miasta, w miejskim mieszkaniu, wśród samych kobiet. Jego rodzice najprawdopodobniej, tak samo jak wszyscy wcześniejsi przodkowie Mukiego, wędrowali za stadami po górach Kaukazu, żywili się w dużym stopniu tym, co upolowali, z ludźmi mieli kontakt czysto zawodowy w rodzaju: ja ci pilnuję stada, a ty o mnie dbasz, bo ci jestem niezbędny. Tak więc mogliśmy ze sobą zawrzeć tylko przelotną znajomość, która przerodzić się w cokolwiek więcej nie mogła, a i trwała krócej niż powinna. Pamiętam jednak Mukiego, bo do jego ludzi zaglądamy każdego lata na kilka dni i ciągle jeszcze odnajduję w ich domu, słabnący wprawdzie z każdym rokiem, ale wciąż obecny, zapach Mukiego. Co się stało z jego leżanką? Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie podzieliła los wszystkich innych rzeczy, które ludzie - by nie przypominały im o nieobecnych -- utykają w jakiś odległy kąt domostwa, by nie natykać się na nie i na wspomnienia. Ludzie, w przeciwieństwie do nas, są nadzwyczaj sentymentalni. Gromadzą, zbierają, zachowują, kolekcjonują...

Na przykład moja Emilia na górnych półkach przepastnej szafy gromadzi kapelusze, których nie nosi, torebki z popsutymi zamkami i przetartymi paskami, pojedyncze rękawiczki, jakieś kołnierze i szaliki, chustki i apaszki. A wszystko to nie dlatego, że taki staroć znajdzie kiedykolwiek jakieś praktyczne zastosowanie, ale z sentymentu właśnie, z przywiązania do wspomnień z tym przedmiotem związanych, z jakiegoś dziwacznego przywiązania do lat, gdy te drobiazgi wykorzystywała zgodnie z ich przeznaczeniem. Ludzie w ogóle przywiązują się głównie do przedmiotów, podczas gdy my - do miejsc i ich zapachów. To jeszcze jedna cecha, która nas tak bardzo różni.

Są jednak i cechy wspólne. Należy do nich przede wszystkim wzajemne przywiązywanie się do siebie. Na przykład moje do Emilii i Emilii do mnie. I nie jest to sprawa zależności od siebie, ale poważnego wyboru i emocjonalnego, stałego zaangażowania. To znaczy z tym wyborem bywa różnie. Ja, szczerze mówiąc, nie miałem wyboru żadnego znalazłszy się w domu Emili jako szczeniak na tyle piękny, jak niemądry... Wiadomo przecież, że to ostatnie prychodzi z wiekiem tak, jak tego drugiego, czyli urody z wiekiem dość często - szczególnie ludziom - ubywa. Nie mniej miałem szczęście, bo trafiłem dobrze: wzajemne zrozumienie, poszanowanie praw i - miłość. Czy można chcieć więcej od życia?

Właśnie: od życia. Opowiadam to wszystko z pewnym dystansem, bo moja obecna egzystencja nie jest zwyczajnym psim bytowaniem. Nie chcę się wdawać w opisy objawów i przebiegu choroby, która przyszła na mnie nagle i której objawy były bardzo niemiłe. Zarówno dla mnie, jak dla całego otoczenia. Właściwie tylko starsza córka Emilii nie przeżywała tych okropieństw razem z nami, bo wyjechała daleko, bardzo daleko i w bardzo ważnych, dla niej dość przykrych sprawach. Po powrocie płakała - nie wiem, czy bardziej na wiadomość o moim odejściu, czy też opowiadając o śmierci własnego ojca, którego prochy przywiozła z odległego kraju. Nie mniej Emilia - a wiem to z całą pewnością - płakała bardziej z mojego powodu: z ojcem starszej córki, tak samo zresztą jak i z drugim mężem a ojcem młodszej, od dawna nic jej nie łączyło. Co mógł ją obchodzić człowiek, którego nie wdziała od lat, skoro zabrakło jej mnie - prawdziwego przyjaciela, z którym od dwunastu lat przebywała na co dzień?

Płakały więc wszystkie trzy. Przedtem, gdy byłem już bardzo chory, Emilia i jej młodsza córka trzymały się dzielnie i udawały przede mną, że wszystko jest w porządku, ale po ich zaczerwienionych oczach, po ściszonych głosach, po smutnych spojrzeniach rzucanych na mnie, gdy się im wydawało, że śpię, mogłem domyślić się więcej, niż gdyby mi wpost powiedziały:

- Felix, odchodzisz od nas na zawsze.

Nie powiedziały tego aż do samego końca. Tak, jakby myślały, że w ten sposób uratują mi życie. Aż  - usnąłem. Moje psie ciało nadal pozostawało na posłaniu, ale ja - nadzwyczajnie lekki i nad podziw radosny - poczułem, że unoszę się sam nad sobą, ponad podłogę, ponad dom, ponad ziemię. A jednocześnie wszystko znakomicie widziałem i wiedziałem. Widziałem, jak młodsza córka Emilii podeszła do mojego pozostawionego na posłaniu ciała, dotknęła go i z płaczem pobiegła do telefonu. W tym samym czasie widziałem Emilię, jak po odebraniu komórkowego telefonu wybiega             z pobliskiej apteki pozostawiając na kontuarze lekarstwa przeznaczone dla mnie. Nawet poczułem zadowolenie, że nie będę już musiał połykać tego paskudztwa. Emilia z piskiem opon podjechała pod dom i nie wyjmując nawet ze stacyjki kluczyka, co świadczyło o tym, że zupełnie straciła głowę, pobiegła do mieszkania i potem już płakały obie. Aż do samego wieczora. Wieczorem, otulając to, co po mnie zostało w najnowszy, ciepły koc - głuptaski, czyżby martwiły się, że będzie mi zimno? - zeszły na podwórko i przy pomocy sąsiada z parteru wykopały głęboki dół pod tym samym krzakiem bzu, z którego niegdyś pozowliłem młodemu listonoszowi ścinać kwiaty. Teraz na krzaku nie było już nawet liści: nadeszła późna jesień.

Czułem, że żegnają mnie na zawsze, a właściwie to one tak czuły. Skąd mogły wiedzieć, że psy wcale nie odchodzą, skoro ja sam wcześniej o tym nie wiedziałem? Bo ja nadal jestem z Emilią i jej córkami. Nie tylko z obowiązku, że ktoś musi mieć na nie oko, ale - ze zwykłego przywiązania, z przejmowania się ich losem i ich kłopotami. Ech - nie ma co ukrywać: ze zwykłej, psiej miłości.

W moim bytowaniu niezbyt wiele właściwie się zmieniło: nadal wszystko wiedziałem i czułem. Przyglądałem się z wielkim niepokojem, jak w pierwszych dniach po moim odejściu, Emilka przeprowadzała dyzenfekcję całego mieszkania. Wiedziałem przecież, bo mówili to wszyscy weterynarze, którzy zajmowali się mną podczas choroby, że ta odmiana psiej żółtaczki, na którą chorowałem jest zakaźna także dla ludzi. Martwiłem się więc o zdrowie i życie tych wszystkich ludzi, którzy stykali się ze mną podczas choroby. Na szczęście nikt się ode mnie nie zaraził i dla ludzi wszystko dobrze się skończyło. A ja?

No cóż, nadal sypiam w swoim dawnym kącie w przedpokoju Emilki mieszkania i nadal wstaję rano razem z Emilką. Towarzyszę jej przy śniadaniu i przeczekuję jej długie, poranne rozmowy telefoniczne. Za to teraz mogę bywać w takich miejscach, do których przedtem miałem wstęp wzbroniony. Na przykład dowiedziałem się wreszcie, na czym polegają emilkowe próby w teatrze i przestała mnie już ta zagadka zajmować. Byłem nawet na planie serialu, o którym Emilka mówiła „znakomita fucha”. Nie wiem, chyba         z powodu pieniędzy, bo nerwy Emilka tam traci ogromnie. A nawet - jak mi się chce - wlokę się za nią na wieczorne przyjęcia, których ani ja, ani Emilia, specjalnie nie lubimy. Ją nudzą te wszystkie plotkarskie konwektykle i chadza na nie, jak mówi, żeby nie wypaść       z obiegu. A ja? Teraz, gdy mogę w nich uczestniczyć bez przeszkód, najczęściej z nich rezygnuję ze względu na zapachy. Bo okazało się, że nam, psom, w tym drugim życiu pozostaje rzecz dla nas najważniejsza - węch. To właśnie on pozwala nam na prawdę uczestniczyć w życiu naszych ludzi: wiemy co jedzą, trafiamy za nimi po zapachu tam, gdzie przebywają. I właśnie dlatego wymykam się najczęściej z wieczornych przyjęć, bo gromadzi się tam taki konglomerat perfumeryjno-alkoholowo-nikotynowych woni, że nawet mój duch nie może tego wytrzymać.

Czasami zaglądam - już teraz sam, bo nie potrzebuję do przemieszczania się ani swoich łap, ani emilkowego samochodu - na „naszą wieś”. Głównie wtedy, gdy spodziewam się tam zastać durnowatą Prudencję, którą mogę bezkarnie podrażnić strącając jej na przykład coś przed samym nosem, a potem oddalić się bez kłopotu i nie słuchać jej jazgotliwego szczekania. Nawet ją polubiłem, bo kiedy chcę oddalam się pozostawiając tę wariatkę w pełnym przerażenia hałasie, który sama powoduje swoim szczekaniem.

Poza tym nie jestem psotnym psim duchem, bo zawsze byłem psem zrównoważonym i nie mam zamiaru się zmieniać. Tym bardziej, że nie na tym polega sens mojej obecnej egzystencji. Po śmierci psy stają się  czymś w rodzaju opiekuńczego ducha czuwając nad domem i rodziną, z którą byliśmy emocjonalnie związani. Może dlatego, że my, psy, najczęściej umieramy na rękach swoich ludzi, lub tuż obok nich, patrząc im w oczy. Żeby pamiętali, jak ich kochaliśmy. Inaczej jest na przykład z kotami, które też przecież ludzi po swojemu kochają, ale wolą umierać w ukryciu, w samotności. Właśnie dlatego przed śmiercią najczęściej giną, gdzieś nagle odchodzą i nie wracają... Może dlatego, że nie chcą sprawiać ludziom kłopotu?.. Nie wiem, zawsze kiepsko żyłem     z kotami, a i one ze mną też.

W moim obecnym życiu po życiu nie jestem wcale samotny, bo żyjąc nadal sprawami Emilii i jej obu córek, nieoczekiwanie znalazłem prawdziwą przyjaźń. Ma na imię Nana i odeszła od swoich ludzi, gdy miała trzynaście lat. Nie pamiętałem jej chociaż mieszkała kiedyś w sąsiednim bloku. Odeszła, gdy byłem jeszcze szczeniakiem, którego córki Emilki nosiły po podwórku na rękach. Teraz jesteśmy prawie w tym samym wieku, ponieważ w drugim życiu psy się nie starzeją. Okazało się, że mamy wiele do przegadania. Głównie ja korzystam z doświadczenia mojej towarzyszki, chociaż przyznaję, że i ona z ciekawością słucha moich uwag. Twierdzi, że nowe spojrzenie na wiele spraw właśnie mnie zawdzięcza! To miłe, prawda?

Nana była wyżlicą bez rodowodu. Nigdy nie miała dzieci, co skończyło się tragicznie - rakiem sutka. Mówi, że kilka razy miała urojone ciąże i to one doprowadziły ją do tej strasznej choroby. Teraz pozostaje w pobliżu swojego domu i swojej pani, którą bardzo kocha. Mniej więcej tak, jak ja kocham moją Emilię. Przy ładnej pogodzie siadujemy sobie na jej albo na moim ganku i - oboje niewidzialni - mamy oko na wszystkich i wszystko. Zastanawiamy się, czy ludzie, którymi się opiekujemy czują naszą obecność... Może jednak czują? A może tylko o nas pamiętają? Pani Nany ma na przykład koło swojego łóżka mały obrazek z jej portretem. A Emilia? Nie ma mojego portretu, ale ma za to mnóstwo fotografii ze mną. Głównie ze mną i z dziciewczynkami, bo Emilia zawsze lubiła nas fotografować. Kiedyś, gdy Emilia przestanie mieć te swoje wieczne kłopoty - ciekawe, kiedy to wreszcie nastąpi? Może jak dziewczynki powychodzą już za mąż? - usiądzie sobie w spokoju i zrobi porządek z fotografiami. Wtedy przypomni o swoim najwierniejszym przyjacielu.

 

Pin It