Jan Chruśliński

 

Złapcie go…

 

Ryszard Tomczyk
Ryszard Tomczyk
         Rozdział I

     Miasteczko dyszało upalnym wrześniem, barwiło się owocami w sadach  i na straganach, ciągnących się kolorowym sznurem wzdłuż targowiska. Od Regi biegł rozprażonymi ulicami wilgotny powiew, rozpraszając między domami osłabiony odległością warkot maszyn czerpiących piasek z dna rzeki. Gmach gorzelni czerwonym monumentem wynosił się ponad bujną zieleń skweru oddzielającego go od drogi biegnącej do Drawska Pomorskiego. Oko biegło ku przeciwległemu brzegowi rzeki; nad jaśniejącą mieliznami wodą unosiła się nienazwana melodia szczęścia i radości; wibrowała pieśnią wygrywaną na akordeonie przez Edka Dulkę i śpiew dziewcząt i chłopców cieszących się swoją młodością. Gdzieś plusnęło opalone, brązowe ciało, gdzieś zabrzmiał okrzyk radosny czy przywołujący? Fale rzeki pluskały głucho o dna czerniejących smołą łodzi rybackich. Na prawo widoczny most, okraczał swoim przęsłem dwie części miasta leżące na dwóch przeciwległych brzegach rzeki. Miasto jaśniało w blaskach słonecznych promieni i strzelało w niebo ostrą, późnogotycką wieżą kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Skwer tonął wśród kwiatów i krzewów różnorakich, pogmatwanych wzajemnie gałęziami. Na ławce młoda mama wpatrzona w kolorowe pismo, poruszała rytmicznie nogą wózek z dzieckiem.

 

    Na innej ławce leżał Wojtek Mrówka, czytając z książki otwartej nad głową. Od Regi szedł, ulotny, nieuchwytny, a jednocześnie ciężki, nawiewany przez wiatr niezwykły zapach rzeki. Na chwilę odłożył książkę.

     Wczoraj otrzymał kartę powołania do wojska. Dlatego do końca września widział tylko jedną chmurkę na jasnym niebie: niepewność, co go tam czeka, i jak to wszystko przyjmie Krystyna. Gdyby był sam… Albo raczej: gdyby był tym samym co przed spotkaniem Krystyny, nie miałbym żadnych obaw. A teraz? Wczoraj rozmawiali o tym w przeświadczeniu, że niebawem, najpóźniej w czasie przysięgi, znów się spotkają. A potem, za dwa lata, będą na zawsze razem.

    Nagle ciszę przerwał natarczywy turkot i z cienistej ulicy Kościuszki wyłonił się mały chłopiec z kółkiem. Z wysuniętym językiem przebiegł z przenikliwym zgrzytem naciskanej fikuśnie wygiętym drutem żelaznej fajerki.

    Chłopiec miał na imię Michał – ponoć po pradziadku. Świat Michała ograniczał się do ciasnego mieszkanka pachnącego naftaliną, szpitala, w którym pracowała jego mama, gdzie wszyscy byli zabiegani i śmierć przechadza się po korytarzach, zostawiając za sobą niemiły odór środków dezynfekujących. Było jeszcze podwórko, z jednym dogorywającym w milczeniu drzewkiem, więc nie warto było się tam bawić. Lepiej tworzyć swój świat, po którego powierzchni można się było po prostu miękko prześlizgiwać i nie budzić zainteresowania. 

    Obrazek ten sprawił, że przed oczyma jego Wojtka stanęła przywołana pamięcią i sercem scena z przed kilkunastu lat. Jakże inne było jego dzieciństwo.

     Wstał z ławki i spacerowym krokiem skierował się do swojego mieszkania.
Z każdym klapnięciem stóp po chodniku coraz bardziej się rozluźniał. Gdy dotarł do żwirowanych alejek parku, oddychał głęboko i czuł się zrelaksowany. Park pachniał żywicą, chrzęściło pod stopami wyschnięte igliwie i otwarte do światła miodowo złote szyszki. Przypominały dzieciństwo. Zbierał je do domu na opał. Buzowały wtedy w kuchennym piecu, trzaskały, pachniały lasem, mieszając się z wonią grzybowej zupy z koprem gotowanej na kolację. Usiadł pod starą sosną, opierając się o jej chropowaty pień. Patrzył na młode świerczki, przeświecające świeżutką zielenią między starymi pniami sosen. Cieszył się tą chwilą samotności, chociaż obraz Krystyny prześladował go nieustannie. Wrócił do mieszkania. Wziął prysznic i wciągnął luźne spodnie i golf. Ich niezmącona czerń podkreśla jego wzrost. Na ramiona narzucił miękki jasnoniebieski dres.

   Najbliższą niedzielę spędzili razem z Krystyną, w jego pokoju, na niekończącej się rozmowie. Wspominali początki swojej znajomości i rozmawiali o przyszłości.
W pewnym momencie Krystyna westchnęła, niby to rozbawiona, ale była w tym kropla goryczy.

   - Posmutniałaś. Dlaczego?

   - Bo nadszedł czas naszego pożegnania – odezwała się sięgając po torebkę, była z białej skórki, na długim pasku.

   Odprowadził ją do domu.

   Deszcz powoli zacichał. Na poczerniały wilgocią asfalt skapywały z drzew ostatnie krople. Wiatr przeganiał po niebie obłoki ukazując skrawki błękitu. Uśmiechnął się do niego promiennie, chociaż tak naprawdę nie było mu wcale wesoło.

    Obydwoje nie przypuszczali, że była to ich ostatnia taka rozmowa i nigdy więcej się nie spotkali.

    Rozdział II

    Następnego dnia była całonocna jazda koleją, w zatłoczonym wagonie. Obce miasto, szare i smutnawe w porannej, październikowej mgle, przejście przez bramę koszar, przy której stał na warcie młody żołnierz z karabinem i bagnetem zadzierżyście sterczącym ku górze. Tuż za bramą czekali na poborowych podoficerowie. Pokrzykiwali, wydawali komendy, trudne dla nich jeszcze do wykonania. W końcu uformowali ich w kolumnie marszowej. W tym momencie padła komenda:

   - Naprzód marsz!

   Ruszyli, ich kroki zabrzmiały, jakby ktoś rzucił garść kamyków na blaszaną płytę. Ktoś komuś nadepnął na pięty, ktoś się zachwiał, jeszcze inny zaklął.

       - Ach, wy, ofermy! – chodzić nie potraficie – nie wytrzymał starszy sierżant Blaszka, a oficer dyżurny tylko pokiwał głową.

    W izbie chorych, stanęli przed komisją lekarską. Jedni spokojnie czekali na przegląd lekarski, nie zwracając uwagi na nagość swoją i innych. Inni obserwowali ukradkiem gołe ciała. Niektórych można było podziwiać; ich dobrze rozwinięte mięśnie, mocne nogi, zgrabne sylwetki.  Wśród pozostałych wyróżniał się jeden – Edek tak się Wojtkowi przedstawił - cherlawy, nad miarę chudy. Każde żebro dokładnie zaznaczało mu się pod skórą. Ręce miał niezbyt umięśnione, a w dodatku chude, cienkie, z dużymi dłońmi, które wstydliwie zasłaniały jego nagość.

   Któryś spojrzał na niego i krzyknął rozbawiony:

   - Ej, prawiczek, co tak sobie zasłaniasz? Boisz się, żeby ci nie pofrunął ten twój ptaszek?

   Huknęli śmiechem i zgrupowali się wokół niego. Jeden, taki kawał byka, pociągnął mu palcami po żebrach. Wystają ci jak klawiatura; można ci na żebrach grać jak na harmonii!

   - Chłopaki, a może to dziewczynka, trzeba sprawdzić, co tam tak zasłania?

   - Słuchaj, dupku – odwal się od niego – odezwał się dobrze zbudowany i umięśniony jak kulturysta chłopak potrząsając pięścią pod nosem, temu który się naigrywał.
– I obchodź go z daleka, bo będę musiał ci przypomnieć, że ze mną nie ma zabawy.
A teraz zadzieraj kiecę i spadaj, bo inaczej moja noga pozna twoje cztery litery i nie będzie mogła o tym szybko zapomnieć. Zrozumiałeś?

   - Coś taki obrońca? – odwarknął. 

   Nagle drzwi od poczekalni otworzyły się. Stanął w nich kapral Nowak. Od razu spostrzegł zamieszanie.

   - Kurwa, co tu się dzieje? – wrzasnął. – Ustawić się w kolejce – rozkazał. – Raz – dwa, nie tracić czasu…

   - Wal się – mruknął Wojtek cicho do siebie, zajmując miejsce w kolejce.

   - Poborowy, krzyknął w jego kierunku. – Nawet jak mamroczecie, musicie dodawać „obywatelu kapralu”!

   Zbliżył się do niego.

       -  No, posłuchajcie – patrzył z bliska groźnym wzrokiem. – Tym razem wam się upiecze, bo dopiero was wcielono, ale uważajcie, bo następnym razem nie będę już taki pobłażliwy. Rozmowę ze mną, potraktujcie jako ostrzeżenie i dobrze wykonujcie swoje zadania. My, wasi dowódcy,  będziemy dbać o wasze potrzeby, będziemy wam szli na rękę, a wy już na początku postępujecie wbrew. Tak nie może być, musicie się starać i wtedy czeka was nagroda:  wyróżnienia, urlopy, listy gratulacyjne… Jest o co się starać, choć służba wojskowa w naszym pułku jest ciężka i trudna. Rozumiecie to, prawda?

   Sapał jeszcze przez chwilę i rozpoczął wydawać komendy.

   Starali się dobrze wykonywać jego polecenia. Przypadek spowodował, że Wojtek znalazł się tuż za „kulturystą”. Pierwsi wchodzili już do gabinetu. Lekarz oglądał ich, osłuchiwał, mierzył, ważył. Na ogół byli zdrowi, choć wielu było niedożywionych.

   Przed wejściem do gabinetu „kulturysta” obejrzał się na niego. Niespodziewanie puścił perskie oko i powiedział.  

   - Dobra jest, to było niezłe z tym dupkiem. Kazik jestem.

   - A ja Wojtek.

 Weszli do środka. Nie zdążyli jeszcze ochłonąć, kiedy usłyszał.

     - No podejdź bliżej,  nie bój się, krzywdy ci tu nikt nie zrobi? – mówił lekarz. 

    Spod niedbale narzuconego kitla wyglądał mundur, na wieszaku wisiała czapka z dystynkcjami kapitana.

    Wykonywał wszystkie czynności, które mu kazano: przysiady, wdechy i wydechy, zważono go i zmierzono. Kapitan wykonywał wszystko mechanicznie; spieszył się, za drzwiami stała jeszcze długa kolejka, a chciał zbadać wszystkich przed kolacją.

   - No szybciej, szybciej, popędzał. Jesteś zdrowy, tylko za chudy, słabo się odżywiałeś synu, ale w wojsku się odkarmisz… Będzie z ciebie dobry wojak... No to zmykaj. Siostro proszę zanotować: zdolny do odbycia służby wojskowej… Następny… Nazwisko…

   Już Wojtek otwierał usta, żeby coś powiedzieć, zapytać, gdy zorientował się, że stoi przed młodą, piękną dziewczyną. Jej widok przypominał pejzaż z zachodzącym słońcem, rudozłote wijące się, lśniące włosy, mądrze patrzące oczy koloru miodowego, karnacja przypominająca w kolorze i gładkości owoc brzoskwini. W tym momencie uświadomił sobie, że jest nagi, jak go Pan Bóg stworzył. Zaczerwienił się. Odruchowo skrzyżował dłonie poniżej brzucha. Dziewczyna zdawała się tego wszystkiego nie widzieć. Zapamiętał jej twarz w czarującym, zagadkowym uśmiechu. W tej kobiecie dostrzegał, niezwykłą dziś i najważniejszą dla niego cechę - dar dawania miłości. To spowodowało, że niepowtarzalny obraz jej twarzy zachował w pamięci na zawsze.

   Do poczekalni przyprowadzono następną grupę poborowych. Chłopcy rozpytywali się, jak wyglądają badania. Właśnie z gabinetu lekarskiego wyszedł poborowy Józek, który dał się już poznać barwnym gawędziarzem i pytającemu z dużą dozą emocji zaczął opowiadać: 

   - „Po wejściu, kazali mi się rozebrać do bokserek. Wtedy facet w białym kitlu, kazał mi zrobić pięć  kroków do przodu i z powrotem po białej linii pomalowanej na podłodze. Potem kazali mi usiąść na taborecie, i jeden młoteczkiem stukał mnie w kolano i drugiemu stojącemu obok  powiedział, że odruchy są całkiem prawidłowe, na co ten drugi pokręcił głową i sam zaczął stukać mnie w kolano, podczas gdy pierwszy rozchylał mi powieki i oglądał źrenice. Po badaniu wzroku i słuchu, idziesz za parawan. A tam taka śliczna pielęgniarka każe robić skłony; mówi "spodenki w dół", w połowie ściągania mówi "spodenki w górę", potem przychodzi jeszcze jakaś lekarka, kładziesz się, a ona cię osłuchuje. Na koniec podchodzisz do stołu pełnego lekarzy i wojskowych, którzy oświadczają, żeś zdolny i wypad za drzwi.”

   - „Ze mną było podobnie, tylko za parawanem, ta śliczna dziewczyna powiedziała: pokaż te swoje klejnoty, zobaczymy czy wszystko masz w porządku? To ja wyłożyłem „interes” na stół. Lekarze bardzo długo mu się przyglądali... Jeden podszedł pomacał, żeby się upewnić, że w mosznie jest komplet. Drugi podnosił jądra długopisem, po czym w geście kontemplacji wziął ten  długopis do buzi i długo się mi  przyglądał. – Nie martw się przeżyjesz”.

   - A mój kolega Andrzej, chciał wyłgać się z wojska na wzrok i kiedy okulista zasiadający w komisji zapytał go:  

 - Czy widzicie tam jakieś litery?
- Nie widzę.
- A widzicie w ogóle tablice?
- Nie widzę.
- I bardzo dobrze, bo tam nic nie ma! Zdolny!
     Chłopcy słuchali tego wszystkiego oszołomieni, nie bardzo wiedząc co się wokół nich dzieje. Wtem ogłoszono zbiórkę. Kiedy podano komendę, „ na wprost marsz”, Wojtek obejrzał się odruchowo, w drzwiach gabinetu lekarskiego raz jeszcze spostrzegł pielęgniarkę z pięknym czarującym uśmiechem na twarzy.

     I wreszcie wielka hala sportowa, Zaczęto przerabiać ich na żołnierzy. Najpierw strzyżenie. Od razu na zero! Potem rozbierali się do naga i pakowali cywilne ubrania do worków, z których trzeba było zrobić paczkę do domu. I łaźnia. Nadzy i łysi pod prysznicami z ledwie letnią wodą. Teraz Wojtek, już zupełnie nie mógł poznać nowych kolegów. Byli grupą anonimowych golasów.

Z łaźni przeszli do dużej sali, w której w kilku punktach wydawano bieliznę, umundurowanie i oporządzenie osobiste. Sympatyczny sierżant pomagał każdemu dobrać mundur odpowiedni do wzrostu. Wojtek długo nie mógł sobie dopasować butów, a on robił wrażenie rozbawionego tymi jego poszukiwaniami.

Pokazano jeszcze, jak najszybciej zawiązywać onuce (coś nieprawdopodobnie trudnego!), a potem wszystko pod pachę i na kompanię.

   Wychodzili z hali obładowani wyposażeniem szeregowca. Drzwi były szeroko otwarte, bo na dworze panowała piękna, ciepła, jesienna pogoda. Las, który dotykał niemal ogrodzenia koszar, mienił się pięknymi kolorami jesieni, od ciemno zielonego do złotego i purpurowej czerwieni. Stamtąd, zza wierzchołków drzew, świeciło ukośnie słońce. Promienie ukłuły ich boleśnie. Mrużyli oczy. Dopiero po chwili oswoili się z tym potokiem światła i mogli patrzeć swobodniej.

    Przed nimi rozciągał się obszerny plac alarmowy, otoczony białymi budynkami. Od strony bramy dolatywały słowa komendy, słychać było twardy stuk podkutych butów o beton. Stuk urywał się nagle, wówczas padały słowa komendy i znowu rozlegał się rytmiczny odgłos marszu. Ćwiczyła tam jakaś kompania piechoty.

   Koszary pułku zajmowały rozległy obszar na zachód od centrum miasta, po wschodniej stronie ulicy Wojska Polskiego. Był on w całości ogrodzony, z główną bramą od ulicy Kościuszki oraz dwoma wejściami od ulicy Traugutta.

    Pierwszy od bramy budynek, gdzie mieściło się dowództwo pułku i kompania wartownicza pilnująca całego obiektu, był starannie zagospodarowany. Przed frontem budynku stał wysoki drewniany maszt, na którym przez cały dzień powiewała biało czerwona flaga. Na ziemi, tuż przy maszcie, żołnierze ułożyli z kamyków i drobno potłuczonej cegły białego orła na czerwonym tle.

   Zachowany był tu charakterystyczny, prosty układ ulic i budynków. Główna ulica koszarowa przebiegała na linii wschód-zachód od głównej bramy przy ulicy Kościuszki do bramy wjazdowej na teren pułku. Od niej odbiegały równolegle na północ i południe boczne ulice przy których stały budynki koszarowe. Wśród zabudowy dominowały budynki pokryte jasnym wpadającym w biel tynkiem. Były one jedno -
i dwukondygnacyjne, większość z nich cechowały się specyficznym, jednolitym stylowo wystrojem. Tuż obok głównej bramy przy ulicy o tej samej nazwie, działał wybudowany w stylu socrealistycznym duży gmach Garnizonowego Klubu Oficerskiego z nawiązującymi do stylu renesansowego, arkadami na elewacji frontowej, przeznaczonego na uroczystości i cele kulturalne – była tu między innymi biblioteka i  sala kinowa. Sporą część koszar zajmował plac alarmowy i tereny zielone, a szczególnie szeroki pas drzew i krzewów, mający charakter parku. Reszta koszar, składających się z kilkunastu dużych budynków, przeznaczonych na garaże i warsztaty, prezentowała się mniej elegancko. 

   Drużynę do której przydzielono Wojtka, zakwaterowano w jednej izbie żołnierskiej. Sala była wielka, podłużna, z niewielkimi oknami. Grube mury pomalowane były na biało. Podłogę pokrywały deski pomalowane olejną farbą na kolor brązowy – mocno wydeptane żołnierskimi nogami. Przez całą długość sali, pod ścianą stały piętrowe łóżka, zasłane ciemnymi kocami. Twarde sienniki i poduszki, wypchane słomą, obleczone były w sprane i mocno już pofatygowane poszewki. Wąskie szafki między łóżkami z trudem mieściły żołnierski rynsztunek. Sala powoli zapełniała się, ponieważ poborowi dopiero zjeżdżali się do tych wielkich białych koszar, opustoszałych, nie uporządkowanych po odejściu do rezerwy żołnierzy starego rocznika, którzy opuścili je, pozostawiając po sobie niebywały bałagan.

   Zaczął się proces przerabiania poborowych na żołnierzy. Przed frontem kompanii stanął szef kompanii starszy sierżant Józef Blaszka i w krótkich żołnierskich słowach objaśniał co to znaczy być żołnierzem…

   - Jesteście teraz w wojsku, a być żołnierzem to znaczy… Nie myśleć! Myślenie macie pozostawić koniom, bo mają większe od was łby i przede wszystkim jaja! – Sierżant chodził spieniony przed frontem kompanii i spoglądał spod opadającego daszka czapki na dwa szeregi wyprostowanych poborowych.

   - Od tej chwili – kontynuował – myślenie przejmują za was podoficerowie i im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej będzie dla was dla plutonu, kompanii i całego wojska. Gdy podoficer będzie twierdził, że na drzewach rosnących wokół koszar liście nie są zielone, tylko czarne, to znaczy, że te liście są czarne i koniec rozmowy. Kto będzie miał problem, żeby zrozumieć ten prosty fakt, to będzie miał w woju przesrane, a już szczególnie u podoficerów. A mieć u nas przesrane, to znaczy brak przepustek, służby poza kolejnością, sprzątanie rejonów i inne nieciekawe sprawy, o których się sami wkrótce przekonacie. Więc nawet jeśli macie ukończone studia i kilka fakultetów, to morda w kubeł i przytakiwać. Tu jest wojsko, a nie przedszkole  i tu trzeba wypełniać rozkazy, a nie próbować robić użytek z głowy i z tego co jest w jej środku. My i tak wiemy, że macie tam tylko sieczkę. Szkoła was tego nie nauczyła, ale daję wam słowo, że tutaj opanujecie tę czynność w sposób zadawalający.

   - Słuchajcie, z jakich stron wy jesteście? – zwrócił się nagle – do stojącego w pierwszym szeregu poborowego.

   - Urodziłem się i mieszkam na stałe w Krakowie.

   - A więc mieszczuch, lebiega i inteligent? Widzicie ta między nami różnica, że ja jestem z wielkopolskiej wsi, zatem dobry żołnierz, a wy, zblazowany krakus, nigdy nim nie będziecie. Wy sobie pewnie różnie o mnie myślicie, co? A wiecie wy, że ja marnując się w tym pułku, muszę jeszcze patrzyć na takich jak wy zgnilców? Myślicie, że przyjemnie mi wam to mówić?

   Przerwał na chwilę, zaczerpnął powietrza, udając, że nie dostrzega poirytowanych spojrzeń ze strony stojących kaprali, których pozbawił ich ulubionych fraz uświadamiających młodym żołnierzom, jak mają się zachowywać przez następne kilkanaście miesięcy.

   - Wasz pobyt w jednostce, przez najbliższe tygodnie, będzie ograniczał się do następujących  czynności. Pobudka, ścielenie łóżek, robienie porządków, jedzenie, nauka piosenek marszowych, musztra… Trochę ćwiczeń fizycznych i zwiększona koordynacja ruchów, która nikomu jeszcze nie zaszkodziła… I tak będzie do wieczora, a później będziecie mieli wolne… Czyli capstrzyk i spanie z rączkami na kołderce. Przypominam, że wszystko robicie na rozkaz swoich starszych kolegów.

   Rozdział III

  - Nie słyszeliście pobudki? – Wyskakuje z łóżka – już, raz, dwa! Sam nie wiem dlaczego się do was odzywam! Macie zdziwioną minę, jakbyście spali w domu u mamusi i czekali, że wam poda do łóżka jajecznicę na bekonie? No co? Pytam po raz drugi. Nie słyszeliście pobudki? Wstawajcie do jasnej cholery, co się tak na mnie gapicie, jak wór popiołu?

   Wojtek poczuł, że ma wilgotne i zimne nogi, że od spodu kłuje go w plecy słoma z siennika, a z wierzchu drapie koc, że w ustach ma niesmak i szum w głowie, że jest mu w głowę i ręce lodowato, a pod kocem w miarę ciepło, że wokół zgrzytają podkute buty i słychać gwar, a oddalający się kapral oznacza koszary, a nie niedzielny poranek w rodzinnym domu. Jest drugi tydzień w jednostce wojskowej. W nocy ma jakieś przyjemne sny, a rano budzi się z uczuciem, że mu ktoś nerwy powiązał w supełki i z opóźnieniem wyskakuję z łóżka na pobudkę. Opuszcza nogi na zimną podłogę, ubiera się dość szybko, ale niestarannie, i ma taką kotłowaninę we łbie, że nie wie gdzie się znajduję, i po co się ubiera. Kiedy był już gotów wybiegł z izby żołnierskiej na zbiórkę kompanii, ale plutony już opuściły pododdział i udały się na zaprawę poranną, i nie może nadążyć za tempem tego wszystkiego, co się tu dzieje. Wczoraj zgubił pas główny, został za to zwymyślany przez szefa kompanii. Capstrzyk też przyniósł ze sobą wiele niespodzianek, ale potem szybko usnął, nad ranem miał piękny sen i nagle brutalna pobudka, twarzą w twarz z kapralem Nowakiem. Brrr!

    Przybiegł z zaprawy porannej. Teraz słanie łóżek. Prawie wszystkie, te górne i te dolne już prawie zostały posłane, równo, gładko, z zakładką pośrodku. Ubiera się szybko, jak tylko potrafi, jest mu już wszystko jedno, bo i tak jest spóźniony Mnóstwo łóżek, a on wśród nich zdenerwowany stoi, jak słoń w składzie porcelany. Nie zdążył jeszcze włożyć munduru, czy kurtki, nie wiedział jeszcze jak to się nazywa, kiedy tuż za sobą usłyszał stuk butów, to kapral Nowak pojawił się przede nim, jak z pod ziemi i ironicznie mówił:

- Pozwólcie, pomogę się wam ubrać. Ja dla was, jeszcze przez jakiś czas będę taki grzeczny i dobry, bo mnie interesujecie swoją straszliwą nieporadnością. Co nie możecie trafić? Rękaw tu, o tutaj. Inteligencik po maturze, który jest ponad szarym życiem pułkowym. Czekajcie, już ja się postaram, byście zeszli na ziemię i poczuli smak życia wojskowego. Zapnijcie pas, co nie macie pasa? Racja, żeście go już wczoraj nie mieli, pewnieście go w sraczu zaprzepaścili.

 - Obywatelu kapralu, pasy chyba ktoś kradnie. – To pilnujcie. Jasne!

   - A teraz, zameldujecie się do szefa kompanii, to wyda wam inny, a przy żołdzie zapłacicie  za niego. Powiadam wam jeszcze raz – cichutko na ucho – że jeszcze przez jakiś czas będę dla was dobry i miły, ale potem dobiorę wam się do dupy, oj dobiorę! Ja chodź bez wykształcenia, ale jestem psychologiem i na ludziach się znam, gadać też potrafię, jak słyszycie. A postawili mnie na dowódcę drużyny, żebym was na żołnierza przerobił. Szyderczą macie tę swoją mordeczkę. No poczekajcie! Jeszcze trochę, a ja was…

Wykonał zwrot w tył z zamiarem wykonania polecenia. W tym momencie usłyszał:

- Szeregowiec Mrówka!

- Słucham?

- Co, nie wiecie jak się odpowiada – usłyszałem za sobą, to starszy sierżant Blaszka, szef kompanii, zwrócił się do mnie.

- Tak jest panie sierżancie…

- Nie tak jest, a melduję się. I nie panie sierżancie, a obywatelu sierżancie. Zapamiętajcie: W Polsce Ludowej nie ma już panów, bo wszyscy wyjechali do Londynu! Jasne?

- Tak jest.

- Dobrze, że choć tyle już umiecie. Reszty was nauczymy.

- Tak jest, panie… obywatelu sierżancie.

- No, już dobrze. Chodźcie tu bliżej…

Ruszył do przodu skonfundowany tym strofowaniem. W tym momencie usłyszał cichy chichot chłopaków, ale głośno żaden się nie odezwał. Nie mieli odwagi otwarcie okazać uciechy z tego, że nie oni dostają tę lekcję…

- Pójdziecie ze mną do magazynu mundurowego, wydam wam pas główny i dołączycie do drużyny która sprząta pułkowe garaże.

- Zrozumiano?

- Tak jest obywatelu sierżancie.

   Pobrał pas, zapiął na mundurze i wybiegł przed budynek, czuł się oszołomiony, że już od samego rana tyle się uwag nasłuchał od przełożonych. Na placu koszarowym było pusto, powietrze wilgotne, zimne, przejmujące i wietrzne. Co jakiś czas zza chmur zaświeciło jesienne słonce. Z głośnika od strony Klubu Żołnierskiego dolatywała znana, swojsko brzmiąca melodia: 

„Z poza gór i rzek. Wyszliśmy na brzeg”.   

    Spojrzał w lewo, ze sztabu pułku wybiegł żołnierz, z torbą polową przewieszoną przez ramię i drobnym kroczkiem pędzi przez plac alarmowy; ręce miał wciśnięte w  rękawy… – tyłem ustawiał się do wiejącego wiatru, cały był zgarbiony i pokręcony. Wojtek szerokim łukiem ominął sztab, żeby nie natknąć się na kogoś z kadry. Idąc rozglądał się niespokojnie, odczuwał przykre osamotnienie. Sadził kroki po warstwie, sypkiego żużlu, który miał kształt morskiej bryzy. Po wschodniej stronie placu alarmowego między budynkami koszar wypłynęło słońce, duże okrągłe jak patelnia z korynckiej miedzi, po brzegach pozłacane, w środku krwisto purpurowe. Zatrzymał się, uniósł głowę i zastanowił się nad pięknem tego widoku.

    Ruszył jednak szybko naprzód, żeby dołączyć do drużyny sprzątającej. Przyśpieszył kroku, kiedy usłyszał za sobą ostry, nieprzyjemny głos.

   - Żołnierzu zatrzymajcie się!

   Biegł jednak dalej nie odwracając głowy, gdy wezwanie do zatrzymania dotarło do niego po raz drugi:

   - Żołnierzu do mnie! – Co ogłuchliście do ciężkiej cholery? 

   Zatrzymał się i poznał, porucznika Kowalskiego, postać na krótkich krzywych nogach, dowódcę swojego plutonu. Podbiegł do porucznika. Zatrzymał  się.

   - Co tak stoicie, jak wór popiołu? – Do was mówię! – Meldujcie się natychmiast! 

   Głos jego huczał nad placem zbiórki i odbijał się od koszarowych murów. Był to glos potężny, syty, zadowolony z siebie; naoliwiony i zahartowany wyziewami piwa i dymem papierosowym. Stał w rozkroku z rękami założonymi z tyłu, w płaszczu z grubego sukna i butach z miękką pomarszczoną cholewką. Czapka okrągła z czerwonym otokiem, z okutym na brzegu daszkiem założona była na bakier. Okrągła, zdrowa, lśniąca twarz wydłużyła się, a spierzchnięte rozchylone wargi ukazały ładne białe zęby.

   - Co wy chodzicie taki poskręcany? Wyprostujcie się. Stańcie na baczność!

   - Jest zimno i dlatego jestem taki skulony.

   - Żołnierzowi nigdy nie może być zimno. Przebiegniecie kilka razy plac alarmowy dookoła i od razu będzie wam cieplej.

   - Tak jest!

   Porucznik Kowalski mówił szeptem i powoli, stał nieruchomo i wyglądał odpychająco.

   - A co wy tam trzymacie w ręku?

   - Ze stołówki zabrałem sobie drugie śniadanie.

   - To nie do uwierzenia. Co wy żołnierzu, u babci jesteście na wakacjach? Drugie śniadanie sobie wyfasował i szwenda się po placu alarmowym jak w Ciechocinku po  deptaku i patrzy się na słońce. Z tego można wnioskować, że nie macie zamiaru dołączyć do swojej drużyny i wykonywać powierzone wam zadanie. Oj, niedobrze to dla was rokuje! Myślicie, że przyjemnie mi to wam mówić?

   - Przykro mi z tego powodu obywatelu poruczniku.

   - Wam przykro, a mnie myślicie miło?

   - Kowalski odwrócił się powoli i kołysząc się charakterystycznie ruszył w jego stronę.

   - Mrówka – powiedział naoliwiając swój donośny głos życzliwością – chcecie wyświadczyć mi przysługę?

   Poczuł, że zbladł.

   - Tak jest, obywatelu poruczniku! – zawołał gromko.

   - Nie musicie, jeżeli nie chcecie. Nie jest to rozkaz. Nie mogę tego rozkazać. Jeżeli nie macie ochoty, proszę mi to spokojnie powiedzieć. Wtedy zajmiecie się czyszczeniem pisuarów w ubikacji. Chcecie?

   - Tak jest obywatelu poruczniku!

   - Co? Czyścić pisuary?

   - Co obywatel porucznik rozkaże!

   No zuch! – powiedział Kowalski z zadowoleniem. – Nie oczekiwałem niczego innego. Zameldujcie się do starszego szeregowca Świerczyńskiego. Wspólnie wysprzątacie mój garaż.

Rozdział IV

 Już od pierwszych dni po wcieleniu, zaczynało się liczyć dni: do przysięgi, do pierwszej przepustki, do najbliższego urlopu…

Młodych poborowych wrzucono w nieznaną zbiorowość i wydawało im się, że świat tam, za murami, przestał nagle istnieć. Zanim Wojtek otrzymał pierwszy list – jedyne potwierdzenie istnienia tamtego świata – upłynęło dwa, może trzy tygodnie. Już myślał, że wszyscy o nim zapomnieli.

Młodzi żołnierze, na początku poruszali się i wykonywali wszystko jak automaty. Reagowali tylko na krzyk i tryb rozkazujący. Biegali, maszerowali, śpiewali, czołgali się, myli, jedli, spali – wszystko na rozkaz.

   Ostrzyżenie wszystkich na łyso, ciągłe poganianie krzykiem, wymaganie aby wszystko robić na czas, zawsze zdawały egzamin. Poborowi kompanii byli zdezorientowani, w takiej sytuacji podporządkowali się każdemu, kto zaczynał wydawać rozkazy, wyczuwając w nim przywódcę.

   Jedną z najtrudniejszych rzeczy, obok skomplikowanego sposobu słania łóżek, było poranne mycie. Dokładnie trzy minuty na nogi, ręce (do sprawdzenia), twarz i jeszcze golenie.

    Właśnie golenie było najgorsze. W domu Wojtek robił to wolno, dokładnie i możliwie najlepszą żyletką. Tutaj wszyscy musieli mieć identyczne przybory – najprymitywniejsze maszynki żyletkowe. Toteż po każdym goleniu wyglądał jak uciekinier z weselnej awantury.

    W pierwsze wojskowe wieczory nie mogli spokojnie spać, bo kaprale wymyślili sobie zabawę. Otóż kiedy wszyscy leżeli już w łóżkach, oni wchodzili na salę:

– Dobranoc wojsku!

– Dobranoc – odpowiadali żołnierze.

A oni, co wojsku nie chce się spać, i zbiórka przed blokiem koszarowym w  deszcz lub mróz.

– Dobranoc wojsku!

Milczenie. Oni na to, co wojsko się gniewa, i znów zbiórka biegiem przed blokiem. I tak do pierwszej, drugiej w nocy. Po takiej zabawie z trudem rano budzili się na poranną zaprawę.

 Uczestniczył w tym obyczaju również kapral Mieczysław Fluder, dowódca trzeciej  drużyny, do której należeli szeregowcy Chłystek i Makuch, koledzy z cywila. Fluder miał lat dwadzieścia jeden, zdobiły go blond falujące włosy; średniego wzrostu, szeroki w barach, sprężysty i pełen energii, był człowiekiem ambitnym, żył tak, jak tego wymagały regulaminy wojskowe. Był pierwszy na zbiórkach  kompanii i plutonu, ostatni szedł na salę podoficerską po apelu wieczornym. Ubierał się nienagannie, recytował na pamięć wszystkie punkty regulaminów wojskowych; demonstracyjnie, na oczach wszystkich, sam czyścił na korytarzu swoje buty, których blask był w swoim rodzaju jedyny.

   Fluder był bezkompromisowym, przebojowym przełożonym. Służba wojskowa była dla niego eliksirem życia. Nie było takiej sprawy, której nie podjąłby się wykonać. Nie było zadania do którego nie zgłaszałby się na ochotnika. Tego samego wymagał od swoich podwładnych.

    Posiadał „Złotą Wojskową Odznakę Sprawności Fizycznej”, z powodzeniem uprawiał lekkoatletykę, był mistrzem pułku w biegach i skoku w dal, mieścił się w czołówce w rzucie granatem i pływaniu. Na długodystansowych marszach pododdziałów, potrafił z pełnym obciążeniem maszerować trzydzieści kilometrów, przy czym głos jego podczas wydawania komend nie tracił na sile.

   Był synem wachmistrza jakiegoś pułku kawalerii, który brał udział w kampanii wrześniowej przeciwko Niemcom, a potem Sowietom; pod koniec września wzięty do niewoli sowieckiej, wrócił do Polski z Pierwszą Armią Wojska Polskiego. Kapral Fluder wychowany w duchu patriotycznym, nienawidził sowietów. W rozmowach z kolegami mówił, że zamierza zostać podoficerem nadterminowym. Miał po temu wysokie kwalifikacje. Jego niezmordowana  gorliwość służbowa, była bezwstydnie wykorzystywana przez przełożonych. Podczas wieczornych pijatyk z kolegami, w pomieszczeniu gospodarczym w piwnicy zwykł stawać na środku pokoju i śpiewać manierą znanego i lubianego aktora Adolfa Dymszy, piosenki wzorowane na ułańskich żurawiejkach:

Młot i sierp na czole, a na dupie gwiazda

To sowiecka pędzi jazda.

Lance do boju

Szable w dłoń,

Bolszewika goń, goń, goń!

Rzecz to jest ogólnie znana,

Polak w dupie ma iwana.

Lance do boju…

      Lepszego, bardziej doskonałego podoficera dyżurnego nie mógł wymyślić najbardziej wyrafinowany regulamin. Rozkazy dla niego były naprawdę czymś świętym. Wypełniał je według najlepszej wiedzy i sumienia.

    Każdy ranek wstający nad koszarami budził w nim ożywienie i ruch. Kapral Fluder podoficer dyżurny drugiej kompanii piechoty spojrzał na zegar kompanijny. Dochodziła godzina piąta trzydzieści. Zgodnie z obowiązującym porządkiem dnia pobudka miała nastąpić o godzinie szóstej, ale dowódców drużyn o pół godziny wcześniej. Fluder postępował inaczej, budził ich o piętnaście minut wcześniej dlatego, że znał obyczaje kaprali, nie przyczyniające się do podniesienia dyscypliny i je potępiał. Po pobudce, zwykli około godziny szóstej narobić trochę hałasu, co miało uchodzić za pobudkę, po czym znowu kładli się spać. Ich dewizą na tą okoliczność było: „Nie niepokoić, żeby samemu mieć spokój”.

  Było powszechnie wiadomo, że kapral Fluder postępował inaczej, wykonał wszystko ściśle według regulaminu. Żołnierze traktowali kaprala Fludra tak, jak się  traktuje klęskę żywiołową, jak deszcz, burzę z piorunami, albo wichurę.

   Punktualnie o godzinie szóstej ogłosił pobudkę:

   - Pobudka! Pobudka! Pobudka! Wstać! – donośny głos podoficera dyżurnego kompanii poderwał wszystkich na nogi. Więcej: wyrzucił wprost z łóżek. Wojtek stał boso na podłodze, wytrzeszczając nierozumiejące nic oczy na postaci w bieliźnie, wyskakujące z sąsiednich łóżek. Każda chwila ociągania się groziła przykrymi skutkami. W uszach drgał wysoki dźwięk szarpniętego jak struny głosu, ale musiało to być wspomnienie sprzed paru sekund, bo właściwie poza trzeszczeniem piętrowych łóżek i tupotem nie było tam żadnych innych hałasów. Przez chwilę przyglądali się sobie wszyscy w milczeniu z głupimi uśmiechami, i wyrazem zdziwienia na twarzach. Naprzeciw mnie stał Staszek Kiełb, ze zmierzwioną czupryną, niezmiernie długi w swojej wojskowej koszuli.

– Co się tu dzieje? – zadał Staszek pytanie pełnym głosem, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia.

– Pobudka! Jesteście w wojsku żołnierzu – odpowiedział stanowczym głosem podoficer dyżurny .

– Pobudka? – zwalisty Zygmunt Jasnocha teraz dopiero zeskoczył z jednego z górnych łóżek, gdzie dotąd leżał cichutko wśród skołtunionej pościeli. Na salę wpadł kapral Nowak.

– Przygotowanie do zaprawy porannej! – podał komendę już od progu. – Ubierali się w gorączkowym pośpiechu.

– Raz! Dwa! Dodatek dla łajzów! Dwa i pół! Dwa i trzy ćwierci! Trzy!

- Pierwszy pluton! – wydał komendę Nowak.

Zgodnie z regulaminem, stanęli wszyscy na baczność. Staszek Kiełb nie zdążył włożyć buta   i pochylony nad nim zamarł w bezruchu. Kapral udał, że nic nie zauważył. Po chwili opuścił salę.

– Pierwszy pluton! Na korytarzu zbiórka!

Rozkaz musiał być natychmiast wykonany. Wybiegli rozebrani do pasa i stanęli w dwuszeregu.

– „Spocznij”!

– Co tak słabo? To ma być „spocznij”? Krowa ogonem lepiej chlasta! – wykrzykiwał kapral Nowak dla fasonu, bo jak na początek wypadło wcale nieźle.

– Baczność!

– …cznij!

Trrach! Trrach! Posadzka drżała od szybkich i zgranych uderzeń żołnierskich butów Teraz dobrze.

-   W prawo zwrot! – kierunek plac alarmowy biegiem marsz!

   Pierwszy na zbiórkę wybiegł szeregowiec  Ajmon. Kapral Fluder zwrócił na to baczną uwagę i nie bez zadowolenia zanotował w pamięci. Stał w drzwiach i zaróżowiony, wyprężony obserwował  zaspane przeciągające się wśród powstrzymywanych przekleństw postacie, wybiegające na plac alarmowy.

    Głośny tupot po kamiennych schodach. Staszek, korzystając z lekkiego zamieszania, włożył w biegu drugiego buta. Wypadli przed blok koszarowy. Deszcz zacinał dotkliwie, trzęśli się z zimna. Ale wnet się rozgrzali.   Najpierw bieg na tysiąc  metrów. Rozebrani do pasa, w ciężkich, podkutych gwoździami butach, w źle zawiniętych onucach – katastrofa na całej linii. Większość już po pięciuset metrach potykała się ze zmęczenia, ale kapral poganiał… Szybciej… dalej… Brakowało tchu, ale nie wolno było się zatrzymać. Nie wolno stawać, bo inni zostaną ukarani, dla przykładu, bieganiem wokół tego, który stanął czy upadł z wyczerpania. Szybciej… dalej…Kiedy po roku tych naszych szybciej, dalej przyszli młodzi kaprale, to błagali, żebyśmy tak szaleńczo nie pędzili na zaprawie. Potem gimnastyka „na szesnaście temp”. Poszczególne plutony zajmowały miejsce na placu.

– Raz, dwa, trzy, cztery… – liczył kapral Nowak.

– Szeregowiec Kiełb! Co tam się z wami dzieje?

– …stem! – Wywołany wyprężył się na baczność i z niepokojem oczekiwał nagany. Pozostali tymczasem trwali w pozycji, oględnie mówiąc niezbyt wygodnej; właśnie ćwiczyli przysiady, trzymając ręce wyciągnięte przed siebie.

– Tułów wyprostowany, ręce poziomo. Schowajcie to swoje dupsko – pouczał Kiełbia kapral.

Kiełb starał się jak mógł. Nieproporcjonalna budowa jego ciała – długie nogi i krótki tułów – utrudniała mu prawidłowe wykonywanie ćwiczenia. Po dłuższej chwili udało mu się wreszcie zrobić przysiad, ale wnet stracił równowagę i podpierał się rękami zanurzonymi w błotku. Przykry widok. Ale trudno się dziwić. Większość poborowych po macoszemu traktowała w szkole WF. Niełatwo było te zaległości odrobić.

– Ćwiczenia rozluźniające!

Podskoki raz na lewej, raz na prawej nodze. Mięśnie luźne. Dobra była ta gimnastyka! Wojtek uśmiechał się, bo jemu nie sprawiała żadnego problemu. Wyczynowe uprawianie sportu pozwoliło mu bez większego wysiłku wykonywać wszystkie czynności.

   Jakieś dziesięć minut po opuszczeniu pomieszczeń kompanii przez żołnierzy, kapral Fluder kontrolował izbę za izbą aby się przekonać, że wszyscy wstali, że każdy z obudzonych starannie odrzucił do wietrzenia swoją pościel na oparcie łóżka.

   Po zaprawie porannej, w kompanii poranny rozgardiasz. Jedni sprzątali rejony wewnętrzne, inni kończyli poranną toaletę. Po czym kolejna komenda:

– Kompania! Do śniadania na korytarzu… zbiórka! – darł się podoficer dyżurny.

 Śniadanie spożywali w pośpiechu i w zupełnym milczeniu. Nigdy nie było wiadomo kiedy padnie komenda: „powstań koniec śniadania”. Wszystko zależało od tego, kto pełnił służbę. Zdążyli już poznać swoich dowódców drużyn, którzy dowodzili drużynami w kompanii. Najgorszymi z nich byli kaprale Nowak i Golec. „Śniadanie” trwało dziesięć minut. Nikt nie zdążył dokończyć jedzenia. A potem powrót do pododdziału krokiem defiladowym, „baczność” i „baczność”. „Śniadanie musi się „ubić” w żołądku” – uzasadniał Nowak przed frontem kompanii. Staliśmy w milczeniu, z trudem hamując wściekłość. Nowak nigdy nie zdobył zaufania żołnierzy.

   Ostatnie kęsy chleba, jeszcze łyk kawy. Tym razem nie przerwano nam posiłku. W plutonie ciągle głodnym był Witek Jacuła, który nie mógł zapomnieć smaku przaśnych placków ze zdobytego spleśniałego ziarna, które z rodzicami suszyli, tarli na kamieniach, piekli je z tej niby mąki i delektowali się nimi, kiedy przymusowo przebywali na nieludzkiej radzieckiej Syberii. Przysmakiem była tam również zupa z dziko rosnącego i zakiszonego czosnku – Sup s czeremszy.

– Przygotowanie do apelu porannego! – komenderowali poszczególni dowódcy plutonów, gdy kompania wróciła po skończonym śniadaniu. Nałożyliśmy płaszcze i pasy główne. Na głowę czapki polowe – rogatywki. U boku raportówki. Oficerowie, po odebraniu raportów od podległych dowódców drużyn, składali z kolei raport dowódcy pierwszego plutonu, porucznikowi Kowalskiemu.

– Kompania na moją komendę… baczność! Na prawo patrz! – rozkazywał porucznik Kowalski, ujrzawszy zbliżającego się dowódcę kompanii, kapitana Dolatę.

Prężyły się zwarte szeregi. Oficerowie salutowali.

– Obywatelu kapitanie! Melduję drugą  kompanię piechoty na apelu porannym. Stan: trzech oficerów, jeden podoficer zawodowy, dziewięćdziesięciu szeregowców! – meldował porucznik.

– Czołem żołnierze!

– Czołem! …telu …tanie! – gromki okrzyk powitania, jeszcze nie całkiem zgrany, ale donośny. Kapitan Dolata, oficer z wieloletnim doświadczeniem w dowodzeniu, stanął pośrodku, przed frontem kompanii.

– Żołnierze – mówił – od dzisiejszego dnia rozpoczynamy normalne szkolenie. Dowództwo pułku  dołoży wszelkich starań, aby zapewnić wam jak najbardziej sprzyjające warunki dla poznawania wiedzy wojskowej. Domagam się od was trzech rzeczy. Po pierwsze: powinniście w najbliższym czasie nauczyć się dobrze władać bronią, którą otrzymacie. Broń będzie wspaniała, najnowocześniejsza. Musicie stać się mistrzami w posługiwaniu się nią. Po drugie: powinniście być karnymi żołnierzami, słuchać swoich dowódców, oficerów i podoficerów. Bez dyscypliny nie ma zwycięstwa na polu walki. Po trzecie: Nie zapominajcie o łopatce saperskiej, kochajcie łopatkę, nauczcie się okopywać. Chcę podkreślić, że nie będziemy tolerowali żadnych, nawet najdrobniejszych wykroczeń przeciwko obowiązującym regulaminom i ustanowionemu porządkowi życia wojskowego. W sprawach ewentualnych zażaleń można się zwracać do mnie w każdy poniedziałek w wyznaczonych godzinach oraz codziennie do zastępcy dowódcy batalionu do spraw politycznych. Są pytania? Nie słyszę.

   - Kompania na moją komendę … baczność! Plutonami do zajęć odmaszerować! Spocznij!

Rozdział V

W kompanii zawsze były jakieś prace porządkowe zlecone przez przełożonych,  które wykonywali tylko żołnierze młodego rocznika. Tak nakazywało niepisane prawo rygorystycznie tutaj przestrzegane. Wedle niego żołnierze mający ponad rok służby za sobą nie zajmowali się pracą, a co najwyżej dozorowaniem, żeby młodsi solidnie pracowali. Prawo to funkcjonowało w myśl zasady: kiedyś mnie goniono, teraz ja gonię. Takie było pojęcie sprawiedliwości.

I w ten sposób młodzi żołnierze, nieustannie popędzani, wykonywali podwójną robotę. Za siebie i za stary rocznik. W tego rodzaju sytuacjach „wyżywał się” przede wszystkim kapral Golec.

Lubił nadzorować sprzątanie rejonów, sprawiało mu to wielką przyjemność. Przed apelem wieczornym nikt mu nie przeszkadzał, cały rejon kompanii należał wyłącznie do niego. Miał swobodne pole działania, mógł rozsmakowywać się we wszystkich  możliwościach, a często przekraczać przepisy zawarte w regulaminach.

Rozkraczywszy nogi stawał pośrodku korytarza i wydawał na cały głos komendę:

- Do sprzątania rejonów zbiórka!

Drużyna sprzątająca pracowała dokładnie według planu, który kapral Golec wcześniej ułożył. Wyglądało to tak: po dwóch żołnierzy do czyszczenia ubikacji i klatki schodowej, po jednym do sali podoficerów, umywalni, trzech do sprzątania korytarza łącznie z myciem okien. Ponadto porządki obejmowały schody, piwnice i rejon zewnętrzny.

Żołnierze powinni sprzątanie zakończyć do godziny dwudziestej pierwszej trzydzieści, ale sprzątano znacznie dłużej, mniej więcej do dwudziestej trzeciej. Kapral Golec nie przyjmował wykonanych prac. Nie wysilając się zbytnio znajdował wciąż miejsca, które nie odpowiadały stuprocentowo jego wymogom czystości

W stosunkach międzyludzkich w wojsku istniał problem daleko ważniejszy niż kontakty młodzi – starsi. Chodzi o podoficerów służby zasadniczej, czyli kaprali, dowódców drużyn. W pewnym sensie byli to tacy sami żołnierze jak wszyscy inni. Też z poboru na dwa lata. A jednak ich wojskowa edukacja przebiegała nieco inaczej. Pierwsze dziesięć miesięcy służby spędzali w szkołach podoficerskich, gdzie uczyli się dowodzenia na szczeblu drużyny. Wiedzieli, że w hierarchii wojskowej stali niżej od żołnierzy zawodowych, ale z drugiej strony byli święcie przekonani, że są kimś daleko lepszym od każdego szeregowego.

Zdarzały się przypadki znęcania nad żołnierzami, przodował w tym kapral Nowak. Jego ulubioną szykaną stosowaną wobec podwładnych było, za niedopięty mundur odrywanie guzików, a potem przyszywanie ich na rozkaz i na czas.

Było to wieczorem kilkanaście dni po wcieleniu do pułku. Wojtek Mrówka biegł korytarzem kompanii do ubikacji, na korytarzu rozmawiali dowódcy drużyn. Przechodzącego zatrzymał Nowak i kazał mu zawrócić i zameldować się do niego z prośbą o ukaranie. Powód: nie poprosił o pozwolenie przejścia.

   Na korytarzu było głośno. Ktoś, napotkany pewnie jak on przed chwilą, biegał karniaka. Ktoś inny domagał się pozwolenia pójścia do ubikacji. Przekleństwa, krzyki, wymówki, ogólny harmider i zamieszanie…

Za karę, kapral Nowak nakazał Wojtkowi wyczyścić ubikację – a tak naprawdę kilkanaście pisuarów, których ścianki pokryte były kamieniem i brudem z oddawanego moczu. Zadaniem Wojtka było usunąć ten kamień i brud za pomocą żyletki do golenia i szczoteczki do mycia zębów! Wojtek odmówił.

Nowak zarządził zbiórkę drużyny na korytarzu.

- Żołnierze! - To niewiarygodne – szeregowiec Mrówka odmówił wykonania rozkazu, będę musiał przedstawić go do raportu służbowego wyższym przełożonym.

- Rozkaz wydany przez obywatela kaprala jest niezgodny z Regulaminem Służby Wewnętrznej, i dlatego odmówiłem jego wykonania, odezwał się z szyku Wojtek.

- A kto wam, kurna, pozwolił się odezwać?! Był rozkaz mówi

?! Kapral rozejrzał się po nich z surową miną. – Nie było takiego rozkazu – odpowiedział sam sobie. – Więc siedź jeden z drugim na dupie i czekaj, aż pozwolę mu się odezwać! Jak będę chciał, aby jakaś mameja odezwała się słowem mówionym, to zwrócę się do niego osobiście! Zrozumiano?!

- Ja to bym mu pogonił kota, aż ogon by mu opadł – szepnął kapral Golec do stojących kolegów, i mówił na tyle głośno, że wszyscy musieli to słyszeć, a już na pewno kapral Nowak. – Albo zrobił im nonstopa… Zaklął cicho pod nosem. Chciał, aby „koty” wiedzieli, że nie jest tu zwykłym zupakiem i mają się go bać, bo inaczej z nimi porozmawia, gdy zostaną sami. Porządek przecież musi być…

Dwuszereg stał nieruchomo i nikt nawet się nie uśmiechnął, choć wszyscy, wszystko słyszeli. Kapral Nowak wytrzymał długą chwilę milczenia i uśmiechnął się do stojących, którym już się wydawało, że nie stać go na żaden ludzki odruch.

- Widzę, że na dobranoc muszę was trochę wyedukować. – Podziękujcie za to szeregowcowi Mrówce, może zapamięta, że wszystkie rozkazy należy bezwzględnie wykonywać.

     - Wyprowadzono wszystkich przed budynek koszarowy i tu na rozkaz kaprala musieli chodzić, trzymając się za kostki. Było to niesamowicie wyczerpujące. Po pewnym czasie znowu rozkaz: wrócić do budynku. I kolejne zadanie: razem z szeregowcem Piotrem Wieczorkiem wymyć cały korytarz przy użyciu tylko własnych szczoteczek do zębów. Tysiące płytek, które trzeba było pocierać szczoteczką i polewać wodą. Syzyfowa praca, szczególnie kiedy kapral specjalnie i z drwiną przechodził po czystych płytkach i rysował butem brudny ślad. Wtedy od tego miejsca rozpoczynało się pracę od początku. Pot zalewał oczy i nerwy wysiadały. Dopiero około drugiej w nocy, wspaniałomyślnie, dano sprzątającym szansę na sen. Ale po nieprzespanej nocy i przy odczuwanym zmęczeniu zaprawa poranna była następnym nadludzkim wysiłkiem.

Wojtek nigdy nie potrafił zrozumieć, jak kaprale dali sobie wmówić tę nieprawdopodobną wyższość. Prawie żaden z nich nie spoufalał się z szeregowcami. Zresztą przepisy chroniły ich przed takim zbytnim kumplowaniem się. Spali w osobnych salach zwanych podoficerskimi, w stołówce jadali przy wydzielonych stolikach. Mieli daleko więcej praw niż przeciętny żołnierz. Nigdy nie byli wyznaczani do prac porządkowych. Nawet sale podoficerskie sprzątali im inni żołnierze.

Wpływ na stosunki między żołnierzami w kompanii oprócz różnych czynników społecznych i psychologicznych był brak nadzoru kadry zawodowej. Żołnierze byli przekonani, że dowódca kompanii, dowódcy plutonów i jej szef nie wiedzieli o tym, co dzieje się w pododdziale po ich wyjściu do domu. Zazwyczaj się nie skarżono, bo to w ogólnym rozrachunku nigdy się nie opłacało.

Przysięga wojskowa była chyba najdziwniejszym ze świąt świeckich. Może wynikało to z niecodziennych warunków, w jakich się odbywała, w każdym razie przypominała ona wszystkie sakramenty na raz. Tak jakby z każdego z nich brała po trochu.

A w jednostce, wśród młodych żołnierzy, już na tydzień przed przysięgą panowała nerwowa atmosfera. Dzień w dzień wielogodzinne próby defilady i samej uroczystości. Aż do znudzenia, do upadłego. Kaprale kazali ćwiczyć krok defiladowy  w takt wierszyka.  Więc maszerowali w tę i z powrotem dwunastkami i skandowali:

Rączka

sprzączka

nóżka wyżej

do przysięgi

coraz bliżej

    W przeddzień przysięgi zebranie w żołnierskiej świetlicy. Prowadził je dowódca kompanii, porucznik Dolata.

– Obywatele, już jutro wasze wielkie święto. Przysięga, po której staniecie się żołnierzami w pełnym tego słowa znaczeniu. Zwiększy się zakres waszych obowiązków, ale i zwiększą się uprawnienia. Będziecie już mogli jeździć na przepustki i urlopy, a wiem, że oto chodzi wam najbardziej. Tylko ostrzegam: żeby mi nie było żadnego picia na przysiędze. Jeżeli stwierdzę, że któryś z was, chociaż trochę sobie wypił, ma z głowy przepustki. Myślę, obywatele, że doskonale się wszyscy rozumiemy i nie będzie żadnych nieprzyjemnych zdarzeń.

A popołudniu, gdy kadra spokojnie odpoczywała w domach, taką samą pogadankę urządzili poborowym dowódcy drużyn.

- Kociarstwo słyszało, że ma nie pić, nie? Słuchajcie obywatele, powoli przestajecie być jebanymi sierściuchami. Ale nie myślcie sobie za wiele. Jak mi kto podskoczy, to i tak go zajeżdżę, choćby miał i tysiąc przysiąg. Zrozumiano? I pamiętajcie, żadnego picia. Jak wam przywiozą wódkę, to najpierw swojego kaprala poprosić, żeby z wami wypił. Jasne? No! A wy żołnierzu – zwrócił się do szeregowca Pacyny – podobno macie siostrę. Fajna chociaż? Jak fajna to mnie z nią zapoznasz. A spróbuj tego nie zrobić, to będziesz miał kocie przesrane do końca mojej fali.

Styczniowa niedziela. Po mroźnej nocy, dzień był cichy i pogodny. Od wczesnego rana przed bramą jednostki zbierały się tłumy, rodzice, dziewczyny, koledzy, z tobołami wypchanymi mięsem, wędliną, ciastem i wódką. Przyjeżdżali wszyscy gromadnie. Bo trzeba. Albo po prostu dlatego, że nadarzała się jeszcze jedna okazja do wypicia.  Jedyne polskie święto, które zawsze spędzało się poza domem. Żołnierze z biura przepustek początkowo sprawdzali wszystkie bagaże w poszukiwaniu alkoholu. Na jednej przysiędze przeciętnie brało się na przechowanie ponad sto litrów wódki. A wiadomo było, że co najmniej drugie tyle udawało się odwiedzającym wnieść na teren jednostki. Potem niecierpliwe oczekiwanie. Jeszcze tyle godzin. Uroczystość zaczynała się dopiero około dziesiątej.

I już. Maszerują!

    Stanęli w kolumnach czwórkowych na nasłonecznionym placu. Powtarzali słowa przysięgi wojskowej. Wojtek wpatrywał się w trybunę honorową. Dowództwo jednostki, ojcowie miasta, i kilku kombatantów drugiej wojny światowej.

    Na trybunę wszedł jeden z żołnierzy składających przysięgę. Wyciągnął kartkę i czytał podziękowania dla przełożonych – za przygotowanie ich do pełnienia służby wojskowej, i dla rodziców – za ofiarność w wychowaniu synów i przybycie na przysięgę. I zapewniał, że nie zawiedziemy…

   I padła komenda:

– Pododdziały do defilady w prawo, maszerować!

   Ruszyli!

   Pułkowa orkiestra gra Warszawiankę:

Oto dziś dzień krwi i chwały

Oby dniem wskrzeszenia był!

   Wyrównane szeregi, drugi, trzeci, piąty. Ręka do pasa. I mocno, i jeszcze mocniej butem o asfalt! Niech wszyscy słyszą stukot kroków! Huragan oklasków. Szli, wszyscy jakby stworzeni do defilady.

    Często trudno było poznać tego, do którego się przyjechało. Taki jakiś obcy. Bez brody, bez włosów i bez tej domowej kurtki. Ale w sumie, popatrz matka, całkiem mu do twarzy w mundurze. No, elegancko. I na twarzy się trochę poprawił.

   Na placu ogarnęło Wojtka radosne podniecenie. Czekały go przecież odwiedziny. Przyjechała Jadzia – jego siostra. Tak długo bez osobistego kontaktu, tak mało czasu teraz… Słowa otuchy i wsparcia od rodziców – nie przyjechali, bo za daleko, i od rodzeństwa. Wojtek wracał do koszar z pewną ulgą. Do miejsca, w którym już nie czuł skrępowania, chociaż nie było też przyzwyczajenia. Większość kolegów była pijana. Częstowali dowódców drużyn. A raczej dawali im haracz. Dowódcy nie pytali, czy mogą. Chodzili między nimi, dosłownie wydzierając co smakowitsze kąski.

Następnego dnia szeregowiec Wojciech Mrówka obudził się już jako tak zwany świadomy żołnierz.

Jan Chruśliński

 Pierwsze rozdziały nowej powieści Jana Chruślińskiegoj przygotowywanej do publikacji.

 
Pin It