Grzegorz Walczak

DYPTYK  PROWINCJONLNY

Bagiennik

Ryszard Tomczyk
Ryszard Tomczyk
Jak co dzień wyłaził z błota przy mostku, odgarniając faszynkę, kiedy dziewczyny po ciężkim, gorącym dniu wracały pokryte potem niby kapiące ospą. Niosły kosze pełne wiórów słonecznego złota i śmiertelniki pozbawione barwy, by siać je przed krzyżem albo przed świątkiem, co się wpół drogi rozkraczał żałośny. Wyłaził z błota utytłany szlachetnym bagienkiem, cały nagi i roześmiany przy tym, ręce ku pannom wyciągał - bagiennik, strach na dziewczyńskie oczy, zawsze jednakowo rozlatane, z zadziwienia rozszerzone o trzy krągłości złotówki, by nie przesadzić, takie wielkie ze zgorszenia, obawy i rozhukanej uciechy. Znały go dobrze, bo nieraz na nie dybał, ale koślawiec był, nogi miał poplątane, więc daleko zagonić ich nie mógł. Zębiska miał za to mocarne, włosy jak kaczan kukurydzy, tyle że zmierzwione w błotnej kąpieli i lepkie. Pognał i teraz z krzykiem okropieńskim przy wtórze tych gładkołydkich pomykających przed nim, co kosze porzucały. A z koszy zamiast promieni słonecznych, powiązanych w wianki, sypały się dymiące mrowiska i jadowite jeżyny albo kłębek zatrutego jeża. Wpadł na to rozpędzony, raniąc się niemal śmiertelnie, więc zaprzestał gonitwy, na dziś swe zadanie wypełniwszy, wykąpał się tym razem w czystym piasku i założył ukryty w zaroślach garnitur.

            Tego dnia, kiedy już późnym wieczorem w leniwym miasteczku rozciągniętym na dwu nierównych pagórkach jak nieruchoma glizda albo ponura kluska, aptekarz - jeszcze się nie domyślacie, kto to taki? - zmieniał przy kontuarze aptekarzową, tego dnia, powiadam, zanim się niebo rozstąpiło przed sceptykami, by im pokazać wielką figę opatrzności, trzy wyrostki majstrowały przy torach kolei żelaznej. Od zamierzchłości o 1809 zwykł był pędzić tą drogą elektryczny ekspres gdzieś z wielkiego kraju w jego odległe i urodzajne zakątki. Ryży Stefcio rej wodził, bił w pysk regularnie Maćka od Borysów i grubego Wiączka. Nie mogli pojąć swymi kukułczymi mózgami, że już przyszedł ich czas, że kiedy majtki krótkie zamienili na długie i wąs im się rzadki puścił tam, gdzie powinien, a dziewczyny rezolutnie pokazywały im gołe zęby w biegu, to był właśnie czas, by powziąć decyzję, dać światu znać o sobie i nieźle się w końcu zabawić. Zrobili więc cudaka, w samej rzeczy podobnego do ludzi i na torowisku równiutko ułożyli. Zaczaili się w rowie, odmawiając zdrowaśki z wielkiej pobożności, by swą cierpliwość Wiekuistemu okazać.

 

 Szły też modły w niebo z drugiej strony. To katecheta łajał nad grobem jakiegoś mądralę oberwańca za to, że zanurzony w kale grzechów, zwiał z tego padołu, nim zdołał zarobić na uczciwy pogrzeb. Katecheta łajał, pokorne oczy wraził w niebo, a wskazującym palcem godził w delikatny pierzasto-kłębiasty miękkisz chmur, gdzie zwykł przysypiać święty Piotr leniwy, zbyt łatwowierny klucznik Pańskiego stolca. Dzień utrudzony sobą łeb przechylił we skłonie. Z białego piasku po swym rytualnym czynie otrzepywał się wesoły bagiennik, w zapłociach wszawa Jargulka macała jaja kurom i międliła w gębie straszliwe przekleństwa, a ten jej spowolniały i zawsze zgodny Maciej wbijał ostatni palik przy chwiejnym parkanie. Wyrostki ziewały w zaczajeniu na rzecz ostateczną, katecheta nadal lżył biedaka, któremu udało się zemrzeć ze zgryzoty nad wciąż wzrastającą wartością gorzały. Spotworniały pędem ekspres elektryczny gnał jak strzała Zenona z Elei, ukazując cały bezsens wykonywanego pośpiechu. Jakaś parka w stogu siana na sąsiedniej łączce dochodziła właśnie z niemałym mozołem, szczypiąc się w przyrodzenia. I tak to wszystko zmierzało ku czemuś, czerpiąc siłę z nadziei, że wreszcie to się spełni, nie rozumiejąc, że właśnie sens największej i najmniejszej aktywności wynika z jej niedokończenia, z owego czekania na to, co nadciąga, z trwania. Powiadam wam, nie miał ów racji, który się dał pochować. Dopiero w skończoności jest nieskończoność - śmiertelnie nudna, jak śmierć z nudów. Zaczęła ona ogarniać chłopaczków w rowie i przyszła do nich nie od torowiska, ale od zaziewanej gęby, co się sama rozwarła po czterdziestu pięciu minutach opóźnienia ekspresu, który miał świetliście przelecieć przez utajone w czekaniu prowincje. I mógłbym wam tak jeszcze dużo mówić i wszystko ładnie zakończyć, upiększyć, zaskoczyć niespodziewanym rozwiązaniem, ale nie lubię rozstawać się z prawdą. Wyobraźcie więc sobie bagiennika od wielu godzin siedzącego w trzęsawisku. Siedzi w błocku i wierzy, że jeszcze raz mu się uda wydobyć i nie zatonąć, i co ważniejsze - wierzy w to, że przyjdą dziewczęta urodne, jeszcze nieskalane, które spąsowić można, zobaczą jego błotny taniec, usłyszą jego członków wiatr, i osłupieją z przerażenia, i padną na kolana, i prosić będą o to, by zechciał, co by tylko zechciał. A on rozedrze niebo wbrew wszystkim pokorny i nie ufający potędze rozumu człowieka, rozedrze niebo na dwie wielkie połowy wbrew wszystkim sceptykom i wyciągnie spomiędzy wezbranych wszelką słodkością obłoków niedojrzały, zielony kwiat cytrynowego drzewa. I poda im czystym, a one wciąż jeszcze klęczące przyjmą z jego łaskawych rąk rozkwitłą gałąź niby pierwszą komunię. Taka jest szczera dążność i taka niemożność w tym plugawionym błotnym szmalcem ciele, wśród pojękliwie, dychawicznych pęcherzyków, co się wydobywają na powierzchnię trzęsawiska.A może ów bagiennik natchniony inną zbawienną gorączką, która równie oczyszczająca jak żrąca soda albo gorzka sól, przyjdzie nad wiecznie równoległe szyny, napotka człowieczą kukłę, manekina, mistrzowskie dzieło trzech wyrostków i weźmie owo za smutnego straceńca, pojmie jego duszę, zapłacze razem nad życiem, które jak dżdżownica sama niewiedząca, co czyni, znajduje wytchnienie na polerowanej wstążce szyn już rozedrganych, już pulsujących niewstrzymanym rozpędzeniem. Poleży tak sobie z wiernym manekinem czas jakiś, zdrowo się wynudzi i pójdzie w ślad za wyrostkami, co splunąwszy na nieskazitelność naszego kolejnictwa, opuścili rów i udali się do miasta, by podłużyć spodnie. I pójdzie tak za nimi obojętnie markotny, bo tak naprawdę to mu nie zależy, by podzielić z kimkolwiek smutny lub radosny los, tak jak mu nie zależy, by wreszcie dogonić przechodzące mimo trzęsawiska dziewice - ot tylko uczepił się tej myśli, bo trzeba mieć w życiu jakąś zachciankę. Wróci więc do miasteczka, kiedy już mrok na dobre zgęstnieje i chociaż go swojskie psy obszczekają, zupełnie innym, już nie błotnym, lecz niezmiernie godnym krokiem, w pełni swej garniturowej urody przekroczy od tyłu próg ceglanej apteki, by zmienić za kontuarem swą apatyczną żonę. Stanie więc za tym kontuarem on, bagiennik, aptekarz spokojny, zapięty na ostatni guzik, by uczonym wzrokiem śledzić receptury, wyznaczone przez podobnych mu, rozumnych, wykształconych ludzi. I mógłbym to wam tak zakończyć, byście o ludzkich rozmaitych zamiarach i dziwnościach przez czas jakiś w zastanowieniu rozważali, ale zakończę wam inaczej. Każdy ma swojego capa. Ja na przykład lubię przymierzać ludzkie skóry. Zakładam je sobie z ciekawości, ponoszę chwilę i już wiem, jak mi bardzo w nich niewygodnie. W lustrze jak panna nie staję, lecz przyglądam się sobie obcemu, co siedzi pod moją nową skórą. Źle się czuję, dopóki nie założę skóry, która mnie ciekawi, bawi, albo nawet drażni. Kiedy już bardzo trzeszczy i w szwach się pruje albo zwisa pomarszczona, za obszerna, przejdę w niej parę kroków i zrzucam zużytą, ale mi potem lepiej, pełen jestem otuchy, bo mam czego szukać - skóry, która wreszcie będzie dopasowana, równiutko przylegająca, napięta i świeża. Nie dziwcie się  zbytnio, że kiedyś w wędrówce przez kraj mój przepiękny, na północno-wschodniej jego rubieży, zboczyłem nieco koło mostku i widząc w bagienku człeka radośnie zanurzonego, pławiącego się ochoczo i bez obawy, i ja co prędzej szat się mych zbywszy, zaraz się do połowy zapadłem w trzęsawce. Pożerało mnie coś soczyście miękkiego, wchłaniało w głąb swej elastycznej materii, puszczało bąki jak stara Barbarka. Po wierzchu rozlazł się zielony liszaj, z wpół ściętej brudnej galaretki wystawały zbutwiałe łapska duchów bajorkowych. Za mną gulgnęła ropucha wielkości zająca, między nogami rdzawym zygzakiem przemknął jakiś wężowaty cień. Zapadałem się miękko, zadowolony z niepewności gruntu. Z natury jestem chwiejny i niekonsekwentny, nie znoszę zbyt twardego podłoża i absolutnej pewności. Wciągało więc mnie w głąb szalenie łatwo, chociaż powolutku. I byłbym może spokojnie dokonał żywota, gdyby przez dłuższy czas osłupiały ze zdziwienia kolega bagiennik nie rzucił się na mnie z krzykiem wśród bulgoczącej melasy i nie chwycił mazistymi palcami za moje bujne włosy, wrzeszcząc - precz stąd ohydny plagiatorze! Ciągnął mnie z trudem za sobą, dyszał, charczał najgorszymi wyzwiskami, a szły natenczas wiejskie z pewnością prawiczki, które nas widząc, z uciechy aż przysiadły, bo czegoś podobnego nie były sobie w stanie wyobrazić. Więc już na twardym brzegu przewracaliśmy się cali nadzy, błotem upiększeni i byłbym może zmógł chudziaka, gdyby mnie nie zamroczył widokiem potężnego węża, który mu się zapewne w bagnie między nogami uczepił. Powalony tym nadprzyrodzonym zjawiskiem, czekałem, aż mnie dobije, ale on wstał nieoczekiwanie, chwycił węża w garście i z płaczem uciekł leśną drogą. Zobaczyłem, że panny nieskromnie mi się przyglądają, dałem więc również susa między pobliskie, karłowate sosenki. Kilka dni później, ogólnie szanowany aptekarz z niewiadomych przyczyn wyniósł się ze swego spokojnego miasteczka z całą rodziną na odległe kresy, gdzie się rozciąga urokliwa kraina, tak pełna zastępów leśnych, manowców, uroczysk, niezliczonych jezior i prawdziwych soczysto-mięsistych trzęsawisk. Wiele lat trwał na swym bagiennym posterunku. Kiedyś jednak na służbie dostał kataru lub go zmógł reumatyzm, a może zaplątał się we własne korzenie, gdyż wrósł w podłoże i nie był już w stanie wydobyć się na wierzch. Nawet miałem zamiar zastąpić go w trwaniu bagiennym i po latach ponownie wybrałem się na kresy, lecz na miejscu, gdy już wzrokiem powiodłem dookoła, rozpłakałem się rzewnie, zaniechawszy czynu. Jestem przecież indywidualistą i lubię robić wrażenie. A jakaż dziewczyna może się dziś przestraszyć nagości bagiennika pod miasteczkiem, w którym punktualnie zatrzymuje się transkontynentalny ekspres, a wyrostki nie szukają już swojej wielkiej szansy w tragedii manekina, lecz prawdziwych ludzi układają na torach. Ach, któż się może przejąć moją postacią bagienną, skoro całe plantacje samozwańczych bagienników sterczą gromadnie coraz niżej nad powierzchnią błota. I tylko czasem czyjaś ręka plaśnie w ostatnim uniesieniu i jakiś biały gołąbek sfrunie znad zwierającej się z pomlaskiem topieli.

Orka

Chłopcy wyjmowali jakieś robaczki z leszczyny, wyjmowali i prosto do ust.  Smakowało im to.

-            Dobry dzień, Ziomku. Ziomek ocknął się i odpowiedział: dobry.

Wokół czerniały zarośla, a gdzieś tam skrzyło się jasne słońce, całkiem jak z lodu.

Gdzieś w dali mężni oracze głaskali biczami ciężkie zady koni i rozpływali się w niemym żalu nad udręczoną ziemią. Cuchnęło.

-    Dzień dobry, Ziomku.

Ziomek ocknął się i odpowiedział: dobry. Wyrwał go z zadumy ptasi głos sąsiada.

          - A no pewno, że dobry. - Przyparł mocniej do ziemi rogala. Sąsiad szedł za nim i opluwał mu skiby.

-  Ziomku, a to wy wiecie, że wasza szkapa będzie się kocić?

-    Dlaczego zaraz kocić? - pomyślał Ziomek. Przyrżnął szkapie kilka razy,
aby nogami zamajtała i poszli dalej.

Bez żadnego uszanowania dla ojca - ciągnął sąsiad. Wgryzł się w
dziewuchę, i na widoku, przy torach.

-  Aby nogami zamajtała - pomyślał Ziomek i znów ją zaciął po bokach.

-  A mówili tacy i inni, żeby wziął się do jakiejś materii, postawiłby co.
- A co, pili? - ożywił się Ziomek.

Długa krecha rysowała się po niebie. Chyba będzie pękać, ale nie, rysowała się tylko. Można by ją było dłutem odklepać. Blade buraczki zapuszczały się coraz ukośniej ku zachodowi i wysuwały za horyzont swoje postrzępione korzenie.                              

-   Nie. Mówię, że chałupę by postawił, ale nie, chory jest widać na lenia, bo leży, jucha, gdzie mu popadnie i się w brzuch drapie.

Wyprostował się godniej, zapatrzył na kresę jak kura. Ziomek zaś jeszcze się niżej pochylił, stęknął i śmoknął na konia. Znów ruszyli. Sąsiad posuwał się z pustymi rękami, wyprostowany jak smyczek za przygiętym Ziomkiem. Irytował go sąsiad, bo mówił o próżniaku.

- I bez poszanowania ojca, matki - zacietrzewił się tak, że nie wiadomo jak. - Ojca, matki taki lebiega, pstro mu, pstro... - rzucał się jak przejechana dżdżownica, zapluwał się, skiby zwilżał. - Albo to, albo tamto i już ani tak, ani siak.

Czarne latawce spuszczały się co chwila na ziemię i darty ją dziobami. Chłopcy zostawili wyjadanie robaków, wyrzygali się porządnie, więc podstawiali teraz nogi pod pług, żeby Ziomek nie mógł dalej jechać. Śmiali się i przepychali. I Ziomek nie mógł dalej jechać. Zawarczał bat na łodydze i otarł się raz po raz tam i ówdzie.

Spulchniona ziemia wypinała się jak dupa na nieskończony bezkres nieba. Oracz przystanął, odpryskał się obficie, swobodnie, patrzył z dumą na swój zagon. Tym razem sąsiad pochylił się jak stary płot, bo wypatrzył coś pod nogami.

 - Tfu, zwykły kamień, - odrzucił od siebie precz, aż wrony się poderwały.

Ziomek rozkoszował się rozdartym obszarem.

-  Jak tu Kachna zasieje, to się poobradza.

-   Myślałem, że to co innego - pogadywał do siebie sąsiad - a to zwykły kamień.

Ziomek znów schwycił za rogala. Rumak naprężył się, łeb naddał do przodu, podniósł ogon, ruszył i zaczął z siebie wyrzucać.

Nie mógł, kiedy stał. Dopiero jak idzie, to wyrzuca - zauważył smutny oracz.

Rysa na niebie zelżała. Roztopiła się w pajęczym mleczku. Tylko zawstydzone nieobyczajnością konia jej liliowe skrawki zaróżowiły się na moment. Zgasły zresztą niedługo i uspokojone niebo znów szło najprostszymi drogami.

I co to taki się do niej przypina? — pomrukiwał sąsiad. — Pieprz mu rośnie
nad lewym okiem i taki sam, te, co widziały, mówiły, też poniżej pępka.

- Tak, tak. - Ziomek popadał w uśpienie. Mógł tak całymi godzinami wbijać się ostrzem w glebę, którą szanował, posuwać się do przodu z utkwionym wzrokiem w końskim zadzie i zawracać, zawracać niewiedzący, że trzeba już zawracać, bo to już koniec jego gruntu. Znał grunt na pamięć, więc patrzył tylko, jak się koniowi odbyt otwiera.

-    Pieprz mu rośnie nad lewym okiem, ale żeby to wiadomo było, co z tego będzie. Przykleił się, przylizał się do niej taki, zakleszczył na amen. Ziomek, a wiecie, jak?!

W olszynie chłopaki wycinali strucla. Chwycili jakąś gałąź i kozikiem darli z niej skórę, ale nie do końca. Patyk wpierw skrócili, a potem przy drugim końcu pozdzierane łyka pospuszczali w dół, na powietrze. A że skóra była nacięta, to takiego bożka łapali za nogi i pociągali długą czupryną po gołych pniach.

- A no ostwórz się, pniu, kiej cię łaskocze - nawoływali. To samo czasem robili nie pniom, lecz dziewuchom. Dziewuchy strasznie się bały i lubiły strucla.

-    A jak ją odzadnie pochwycił - ciągnął sąsiad - to aż taka jej żyła
wylazła, na wierzch, na szyi jej wylazła, ale ona go wtedy w bebech, widać go
nie chciała.

-    Czyby się koń mógł zesmakrać? - dumał Ziomek. - Bo gdyby się mógł,
to bym mu powiedział, niechby się zesmarkał przed sąsiadem.

Koń jednak nadal mozolnie nadwyrężał swe mięśnie, bo już taki był.

-  Ale potem jak jej przynicował, to się już nie broniła.

 Wreszcie zapanowała cisza. Powietrze całkiem ustało. Rozklejało się coś w gorącu, niebo posplatało się z ziemią. Ziomek wjechał na zdechłego kota.

-  Parszywa jucha, nie mógł u Mazura zdechnąć.

Znał widać tego kota dobry gospodarz Ziomek. Wiedział, że to kot Mazura, chociaż trudno było poznać, bo chyba nie po oczach. Rozkładał się i śmierdział i białą łapę trzymał w górze.

-  Ziomku, a to wy, wiecie, że od tego może się okocić?

Ziomek już nie pomyślał, dlaczego zaraz okocić. Zbyt był zły na sąsiada, który nie tylko, że z pustymi rękami chodzi za nim tyle czasu i gada, gada zamiast co powiedzieć, ale i że kota nie dopilnował jak trza. Co mu będzie taki gnił na jego gruncie! Schwycił więc ścierwo za obie kończyny i prasnął z rozmachem za miedzę na pole sąsiada. Sąsiad jakby nie dowidział. Nie powiedział nic. Wzrok tylko przychytrzył. Jakiś słodki, a niedobry błysk zaigrał mu w oczach. Pomilczał chwilę, a potem spytał.

Ziomek, a czy wy na pewno wiecie, kogo ten darmozjad i leń przy torze
chędoży, hę?

Ziomek spojrzał na niego z ukosa.

A to waszą Kachnę. Myślałem, że wiecie.

Niebo jak gdyby trochę pociemniało. Spojrzał Ziomek do góry w ten rozpalony czerwony rondel. Ścisnął bat mocniej, puścił lejce i niespodziewanie oderwał się od rogala. Biegł jak pingwin na swych grubych rozstawionych nogach przez zagon czarny pracą i dumą zroszony. A kiedy był coraz dalej, pomniejszał się, pomniejszał, aż pingwinie nogi całkiem krótkie się zrobiły, jakby mu wrosły w tyłek. Tylko bat merdał się niczym diabli ogon. Sąsiad stał, patrzył za nim długo. Pociągał chudą ręką po spiczastej brodzie, marszczył nos. Cuchnęło.

 

Pin It