Adam Buszek

Weronika Stępkowska

 

„Powód był miłosny”. Rozmowa

 

Henri de Toulouse Lautrec
Henri de Toulouse Lautrec
Weronika Stępkowska: Latem 2016 roku debiutowałeś zbiorem wierszy "Cztery strony twarzy", ostatnio dałeś się poznać jako autor zamieszczonego w internetowym czasopiśmie "Sofa" eseju o twórczości Milana Kundery. W najsłynniejszej powieści tego pisarza pojawia się Beethovenowski motyw "Es muss sein!", jako czegoś nieodzownego, wiodącego w czyjejś twórczości lub życiu, nadającego im życiodajny "ciężar". Ciekawa jestem, co było "Es muss sein" Twojego tomu poetyckiego?

 

Adam Buszek: Trudno było mi rozstać się ze stygnącym Winnetou.

Sam kiedyś zakochałem się w stygnącej Pentezylei. Nie dlatego, że poruszyły mnie słowa Zbigniewa Herberta. Poruszyły, ale po prostu zastały mnie w bardzo ważnym pożegnaniu; może nawet najważniejszym. Nie umiem odpowiedzieć Ci inaczej niż tak, że powód jest miłosny. Najpierw chyba cztery ściany, czworo oczu, cztery strony…

Milan Kundera cierpi na ten rodzaj melancholii, który i mnie zachodzi za skórę. W powieści „Żart” nie pomaga nic: tytułowy żart zostawia bohatera sam na sam z nagą bezradnością. Nasze losy (zbyt?) często pachną żartem: czasem dobrym, czasem złym, a chyba najczęściej mamy poczucie, że takim sobie. Ten jest najgorszy: nie masz nawet siły kpiąco się uśmiechnąć.

Mimo to prawdopodobnie pamiętamy jakieś dobre wschody twarzy, dobry popłoch przedświątecznej krzątaniny, jakiś żarliwy list do Świętego Mikołaja. Pamiętamy?

Pamięć ma wprawdzie twarz czułego zabójcy, ale jej sypki oddech naprowadza nas na ślady sprzed pięknej katastrofy. Na przykład na ślady po liście do Mikołaja, gdzieś na parapecie obok doniczki. Chcę powiedzieć, że nie wszystko stracone, chociaż wiele stracone na zawsze.

Nie ma w nas wiary w Świętego Mikołaja, ale po śladach tej wiary można dotrzeć do nowych listów. Można wytropić inne zawierzenie. Przyjdzie następne pożegnanie i następne… Pożegnanie jest sztuką, podobnie jak żałoba. Wiem, co mówię, uczę się tej sztuki...

Weronika Stępkowska: Mówisz: "powód był miłosny" (w zamieszczonym w tomie motcie wyrażasz to nawet bardziej zdecydowanie cytatem z Nabokova: "Literatura to miłość. A teraz kontynuujmy".), i z niezwykłą precyzją nanosisz w swoich wierszach "współrzędne" czasu i przestrzeni, rzutujesz Wszechświat na mikrokosmos najbardziej intymny, bo twarzy, ciała, relacji z drugą osobą. Zastanawiam się, co było najtrudniejsze podczas przeprowadzania takiej kartografii, chwytania "światów w ziarnku piasku, wieczności w godzinie"?

Adam Buszek: Popatrzmy na swoje ręce. Kiedy są blisko drogiej nam osoby, nie składają się do wrogiego ciosu. Nie chcą zabić. Nie chcą zranić. Nie chcą okazać wyższości. Chcą objąć, dotknąć, podarować i zaznać przyjemności.

Czego jeszcze nie chcą bliskie sobie ręce? Nie chcą karać. Nie chcą czegoś złego wytykać. Nie chcą też się załamywać.

Znam jeszcze inne dobre chwile swoich rąk. Na przykład, kiedy piszą i kiedy radośnie wahają się na górskim szlaku.

Ręce, ciało. Nie potrafimy wyjść z siebie i tak naprawdę w erotyce wcale tego nie próbujemy. Przeglądamy się w sobie i dobrze nam z tym. A potem oczywiście, jest smutek, bo być musi.       A ponieważ nie możemy wyjść z siebie, to w erotyce jesteśmy sobie Wszechświatem. W sposób niezwykle intensywny, dobitny, dotkliwy. Ten erotyczny Wszechświat ma własne światło. Kiedy je tracimy, kiedy czujemy, że w nas gaśnie, wtedy na powrót między jedną a druga planetą panuje geograficzna odległość. Wtedy metafora wydaje się czczym kaprysem, a wszechświat czymś fascynująco odległym.

Weronika Stępkowska: Z tego, co mówisz, wyłania się piękny obraz "bycia razem wierszem", strzeżenia tej bliskości słowami i jednocześnie wychodzenia poza słowa, jak w przepięknym dwuwierszu z wiersza "Prośba": "Proszę - nie mów. / Słowo - spóźnione wahadło". W kontekście erotyki chcę Cię jeszcze zapytać o Twoją fascynację antykiem. Wiem, że lubisz wracać do tamtych mitologicznych motywów, upatrując w nich nie bez racji źródeł naszej kultury. Czytam ostatnio "Narodziny tragedii" Fryderyka Nietzschego (który, nota bene, był z wykształcenia filologiem klasycznym) i ciekawi mnie, na ile utożsamiałbyś się z takim opisem poety i źródeł jego natchnienia: "Jeśli uwzględnimy teraz najważniejsze zjawisko całej liryki antycznej, wszędzie uchodzące za naturalne zjednoczenie, a więc tożsamość liryka i muzyka (...), to na gruncie naszej wcześniej przedstawionej metafizyki estetycznej możemy następująco wyjaśnić sobie liryka. Jako artysta dionizyjski najpierw zjednoczył się całkowicie z prajednią, jej bólem i sprzecznością i wytwarza odbicie tej prajedni w postaci muzyki, jeśli tę ostatnią słusznie nazwano powtórzeniem świata i jego drugim odlewem; teraz jednak pod apollińskim wpływem snu muzyka staje się dlań widzialna jakby w symbolicznym obrazie sennym. Ów bezobrazowy i bezpojęciowy odblask prabólu w muzyce wraz z wybawieniem od niego w pozorze wytwarza teraz drugie odzwierciedlenie pod postacią szczególnej przenośni lub przykładu. Artysta zniósł już swą podmiotowość w procesie dionizyjskim: obraz, który ukazuje mu teraz jego jedność z sercem świata, jest sceną senną uzmysławiającą ową prasprzeczność i praból, wraz z prarozkoszą pozoru. >>Ja<< liryka rozbrzmiewa zatem z otchłani bytu; jego >>podmiotowość<< w  rozumieniu nowszych estetyków jest wyobrażeniem. Gdy Archiloch, pierwszy liryk Greków, oznajmia córkom Lykambesa swoją szaloną miłość, a zarazem pogardę, to w orgiastycznym odurzeniu nie tańczy przed nami właśnie jego namiętność: widzimy Dionizosa i menady, widzimy upojonego marzyciela Archilocha pogrążonego we śnie (...), i wówczas podchodzi doń Apollo, dotyka go wawrzynem. Z dionizyjsko-muzycznego oczarowania śpiącego sypią się teraz wokół jakby obrazowe iskry, liryczne poematy (zwane w najwyższym okresie ich rozwoju tragediami i dytyrambami)".

Adam Buszek: Jestem zupełnie bezradny, jeśli chodzi o kwestię natchnienia. Lubię wierzyć, że patroni tej książeczki – Eros i Hermes – nie popełnili samobójstwa (wbrew małodusznym pogłoskom). Jeśli ktoś układa wiersze i do tego rozprawia o swoim (nie-swoim) natchnieniu, wystawia swój egotyzm na ryzykowną próbę. Poniecham tej próby.

Nie chcę jednak zlekceważyć zaklęcia Fryderyka Nietzschego. >>Ja<< liryka rozbrzmiewa zatem z otchłani bytu; jego >>podmiotowość<< w rozumieniu nowszych estetyków jest wyobrażeniem. … „Zjednoczenie z prajednią”… Otworzę nawias.

(Jeśli istnieje – w nieuchwytnym dla nas wymiarze słowa „istnieć” – daimonion, to dla mnie jest duchem, który skłóca rozpacz z pragnieniem samobójstwa. Sieje niezgodę w imieniu życia. I z tego konfliktu rodzą się wiersze; rodzą się dobre sprawy. A przy tym potrzebna jest siła, która da sobie jakoś radę z przerażeniem i ekstazą wyobraźni…)

Tłumacze dawnych Greków, tłumacze „tamtej wyobraźni”, wykonują erotyczną pracę. Zawdzięczam im wiele dobrych złudzeń. Na przykład przepiękne złudzenia podróży w czasie.      I wiele innych, o których wiedzą patroni książeczki. Jakimś przecież sposobem wstrzymali się od samobójstwa (nie wszyscy).

Weronika Stępkowska: Na ile sztuka ma dla Ciebie wartość ocalającą, a na ile - jak uważa np. Karl Ove Knausgard - stanowi żywioł niszczący?

Adam Buszek: Literaturę odczuwam jako rodzaj żywiołu. To coś jakby ogień – z uwagi na światło. I oczywiście: na ogrzanie rąk, ogrzanie strawy. Jeśli zapytać o siłę niszczącą literackiego ognia, to ten rodzaj ognia nie podpali domu sąsiada. Ale może spalić autora książki, może czytelnika. W podobnym sensie, jak czyni to miłość, która nie zna granic.

Czuję na pewno, że literatura ocala przed pokusą autodestrukcji. Mówię oczywiście wyłącznie       w swoim imieniu. Jest taka granica zatracenia się w żywiole literatury, za którą migocze obłęd.

Wydaje mi się, że powiedziałem za dużo. Nigdy nie poznaliśmy się osobiście. Można jednak powiedzieć (tak myślę), że po spotkaniu w niektórych wersach znamy się dość intymnie.

Dlatego powiem Ci jeszcze, że z zachwyconym przerażeniem czytam opowieść o człowieku, który dotarł do granicy obłędu, zatracając się w sztuce szachowej. Jeszcze przez jakiś czas mogę mówić: czytam.

___________________________________________

 

Adam Buszek

Ur. w 1985 r. w Krakowie, absolwent filologii polskiej UJ. Redaktor i korektor. Publikował w prasie kulturalnej i artystycznej oraz w kilku antologiach poetyckich. Laureat ogólnopolskich konkursów literackich. Autor tekstów dla dzieci. Założyciel magazynu literackiego „Sprzedawczyni Fig”. Autor książki poetyckiej „Cztery strony twarzy” (2016).

Weronika Stępkowska

Ur. w 1978 r. w Łodzi studiowała na UŁ fizykę i kulturoznawstwo. Publikowała m. in. w „Arteriach”, „Pocztówkach poetyckich” Karola Maliszewskiego, na stronie „Pulsu miast”, w dwumiesięczniku internetowym „Sofa” i na portalu pisarze.pl. Autorka tomiku „rozszczepienie języka obcego” (Miniatura, Kraków 2013), recenzentka poetycka Portalu Pisarskiego. Interesuje się literaturą i kulturą dwudziesto- i dwudziestopierwszowieczną, lubi filozofię i feminizm, a astronomię i muzykę uważa za Stachurą za podstawę wykształcenia czującego człowieka.

Pin It