Monika Sznaucner - Telka

 

Białe  kormorany

Bruno Schulz
Bruno Schulz
    W powietrzu unosił się zapach spirytusu i antybiotyków, jałowych gazików i bandaży. Przez szpary, w ledwo rozchylajacych się powiekach, przebijały się odłamki ostrego światła. Natarczywie kłuły w oczy, odbierając chęci do patrzenia. Wokół głowy, nad głową, obok niej, dało usłyszeć się szum rozmów, odgłosy ruchu trudnego do określenia; przesuwania się jakichś przedmiotów po podłodze, szurania ludzkich stóp? Tuż przy głowie wysokie głosy kobiece. I ujawniający się od czasu do czasu, baryton. Nie było słów, ani zdań, były kawałki i cząstki artykulacyjne: „ba”, „zr”, „ szko”, „roztw”… Już blisko, bo w samej głowie, pustka; ból zamykający mózg w ciaśniejszej niż zwykle puszce. Oczodoły cofające się w głąb czaszki, uciskające ją z mocą imadła. W nozdrzach nieznośny smród własnego ciała i wymiocin. Brudnych ubrań. Pytanie: czy ja jeszcze żyję? – skierowane w głąb ciała, bezgłośne.

 

 

 – Chyba już wystarczy, przejmijcie go siostrzyczki – lekarz dyżurny skończył swoje i oddalił się w kierunku pokoju lekarskiego. – Za chwilę to i ten żołądek nam wyplujesz, biedaku – .

 – A cóż tam więcej mogło zostać w środku, już nie pierwszy raz cię tu leczymy, kochany…  a ty swoje; przegniła wątroba, dziurawe nerki… Oszczędnie się piło; teraz doszedł rak, może w końcu się opamiętasz…– pielęgniarka około pięćdziesiątki, o łagodnych rysach twarzy, słusznej kobiecości, pomogła położyć się na boku mężczyźnie; poskręcanemu, zapadniętemu w sobie. Wychudzonemu, z wystającymi na rękach żyłami, tłustymi włosami na głowie. Obok stała młodsza, stażystka; świeża i ładna młodością, wypełniała dokumenty, nie kryjąc przy tym obrzydzenia widokiem sino-fioletowych kończyn mężczyzny; dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że patrzy na topielca, chwilę temu wyciągniętego z wody, z mułu; szczęśliwie, albo i nie, jeszcze żyjacego. – Madziu, zawołaj salowego, pomoże nam go umyć – powiedziała starsza pielegniarka.

    Na w pół zamknięte powieki mężczyzny, opuchnięte, wysiniałe, jak jego twarz, zdawały się kapitulować wobec całego procesu płukania żołądka. Ciało, ogarnięte wyczerpaniem, zrezygnowane, wciąż opadało, zagłębiało się bezwiednie w pościeli; stanowiło dla Topielca jakiś kłopotliwy naddatek. Zwichrowane, ociężałe, sprawiało ból. Jak otulina dla marnej zawartości, w której życie krąży z nieznanego nikomu przeznaczenia, a bardziej przyzwyczajenia, którego nie da się przerwać; wypełnianego w ciągu całego życia.

 

    Tej nocy w szpitalu Topielec wisiał rozpięty na krzyżu i wznosił się w uwielbieniu do nieba; tyle samo razy żegnał się z życiem, co zaczynał je od nowa. Widział się jakby we wnętrzu silosa zakończonego sufitem; silos przypominał wewnątrz romański kościół; u sufitu było małe okno, wpuszczało szare światło do środka; wokół Topielca jakaś rada najwyższych, w fioletowych togach, z fioletowymi infułami na głowach; przed chwilą odbywał się tu krwawy rytuał; na posadzce były ślady świeżej krwi; nagle, Topielec złapany pod ręce z tyłu przez dwóch silnych mężczyzn, których twarzy nie widział, został rzucony na posadzkę; dostrzegł, że był nagi; jeden z rady wyciągnął zardzewiały sierp i rozciął mężczyźnie brzuch, popłynęła z niego ciepła czarno-czerwona ciecz; wnętrze niby-kościoła wypełniło się szmerem modlitw w nieznanych mężczyźnie językach; on sam, zostawiony na podłodze, przyglądał się następnemu nieszczęśliwcy, którego schwytano i skrępowano. Topielec nękany całonocnymi torsjami, gorączką, przyrzekał zapomnianemu dawno Bogu, że to już ostatni raz tak się sponiewierał, że już jutro zaczynie nowe życie, że przestanie…, że znów będzie żył jak człowiek… Byle by krwawiący żołądek przestał boleć, byle by głosy w głowie ucichły.

…………………………………………………………………………………………………..

    Kormorany w oknach, na białych, przyżółkniętych gdzieniegdzie firanach, wznosiły się ku niebu wśród rosnących paproci i mnóstwa gęsto tkanych wzorów; nie wiadomo czy bardziej ciekawiły, czy straszyły Topielca. Ale lubił na nie patrzeć; w niewielkiej chatce, drewnianej, w środku osiedla, istniejącej wśród bloków jak wysepka obcej ziemi, Topielec podziwiał ten zatrzymany na chwilę lot ptactwa na firanach. Domek przypominał Topielcowi jego dom rodzinny; tamten też drewniany, z dwiema izbami, dubeltowymi, drewnianymi oknami. Wokół domu rosły pomarańczowe lilie, czerwone róże; różowe maciejki i białe hortensje. Prześcigające się we wzrastaniu kępy traw. Wszystko wyrastające pod ciepłą ręką matki Topielca. Namaszczone jej cierpliwością i troską. Tu, wokół domu Staśka, rosły tylko kupy śmieci i pierzące się gołębie i wrony. Zostawiające dokoła ślady swojego niezaprzeczalnego istnienia. Pióra też walały się wszędzie. Miasto należało do wron i gołębi. Na każdym kroku spotykało się ich chmary i stada żerujące w śmietnikach i na kontenerach. Wydziobywały resztki jedzenia przebranego przez brodatych bezdomnych. Czasem żebrały na osiedlowych skwerkach i chodnikach.

    Do Staśka niosły Topielca zawsze te same sprawy. Chęć wypicia i przespania się w cieple. Tym razem przyniosła go potrzeba azylu; nie miał, gdzie się podziać po wyjściu ze szpitala, pieniędzy na bilet do domu, też nie miał. Wieś Topielca była oddalona o ponad dwadzieścia kilometrów, a on nie miał siły dojść tam pieszo; nie chciał wracać. W domu czekał na niego ojciec i widmo zmarnowanego życia. Ojciec, który bił go pogrzebaczem i znęcał się nad zwierzętami w gospodarstwie, a który czekał już tylko na śmierć Topielca i święty spokój za życia…

…………………………………………………………………………………………………...

    Miejsce Topielca było przy oknie, w którym wisiała firana z kormoranami. Na starej, poprzepalanej żarem papierosów wersalce. Mężczyzna wylegiwał się na niej każdego dnia do znudzenia. Uczynił z tego swój codzienny rytuał, zaraz po porannej, mocnej, czarnej kawie i papierosie. Zostawiane przez gospodarza, czekały na Topielca co dzień na kuchennym, obdartym z białej farby, stole. Mężczyzna przyglądał się przechodniom i starał się odgadywać ich zamiary, cel wędrówek. Z pasją neofity odprawiał ten swój codzienny ceremoniał. Oglądał te same twarze, rozpoznawał przechodniów.

    O tej samej godzinie pojawiał się w oknie biało-rudy kot, a za nim jego właściciel. Kot spacerował na niewidocznym sznurku. Nie oddalał się zbyt daleko od właściciela; próbował się bawić, droczyć z napotkanymi psami i kotami, zawsze w bezpiecznej odległości od pana. W swojej miłości do niego, wyrzekł się kociej, dzikiej natury. Właściciel kota, zawsze w pobliżu, miał zażółkniętą twarz; prawą dłoń jak zwichnięte ptasie skrzydło, przygiętą w haczyk; chodził na nogach ugiętych w kolanach, kulejących. Pewnie zasłużył na takie kocie przywiazanie do siebie; Musiała ich łączyć jakaś niesamowita więź samotności; Reszta przechodniów była całkiem zwyczajna. Pospolita w swojej codziennej rutynie. Tylko przechodzące tędy dzieci wydawały się być nieustannie zdumione tą drogą.

    Któregoś dnia Topielec zobaczył przez okno młodą pielęgniarkę ze szpitala. Tę samą, która z takim obrzydzeniem przyglądała mu się na sali chorych. Dziewczyna stała na drodze z młodym mężczyzną, z gestów wynikało, że się kłócą. Nagle mężczyzna zamachnął się i uderzył dziewczynę w twarz. Topielec, kierowany dziwnym, nieznanym sobie porywem, wybiegł na drogę do dziewczyny. Stanął naprzeciw niej, chciał powiedzieć coś odpowiedniego do sytuacji. – Nie jest ciebie wart, nie marnuj sobie życia – Topielec przez moment nawet był dumny ze swoich słów, chociaż czy były najwłaściwsze? Wiedział tylko, że patrzy na piękną, młodą dziewczynę, z lekko różowiejącą od uderzenia skórą na policzku. Na piękno świata skupione w jej włosach, dłoniach, oczach; piękno, które już kiedyś, na krótko, dostrzegł w swoim życiu… Pielęgniarka po chwili podniosła wzrok, rozpoznała Topielca – I mówi to ktoś, kto przepił całe swoje życie? A może ten chłopak to najlepsze, co mnie w życiu spotkało?!...Odpieprz się, człowieku! – Dziewczyna oddaliła się, a Topielec, oszołomiony i zdziwiony, stał jeszcze na drodze. Zupełnie nie rozumiał dziewczyny, która dopiero zaczynała żyć, a już tak bardzo była zagubiona. On sam, owszem, nie trzeźwiał, ale to był jego wybór… A ta mała, no tak, też chyba wybrała…

    Kiedy ostatni raz był trzeźwy, nie pamięta. Wie, że to było dwadzieścia lat temu i, że przemknęło to przed nim jak jedna noc. Jedynie jakieś migawki wspomnień, jak promienie niechcianego słońca, świdrowały od czasu do czasu jego pamięć. Niedziele, ciepłe dni, procesje na Boże Ciało w wiosce oglądane z nad wysokich traw przydrożnych łąk, gdzie mężczyzna układał zemdlone nogi i ręce. Pokawałkowany, z leżącą drętwo i osobno każdą kończyną, patrzył na ogarnięty gorącem tłum modlących się, idących w procesji; patrzył z pobłażaniem i w poczuciu wyższości. Meżczyzna miał swoje ołtarze; wino i boże ciało, wino proste i boże ciało bułek dziabanych w poprzecieranej reklamówce.

 

    Topielec położył się w pokoju przy swoich kormoranach i rozmyślał; leżał nieruchomo, jak w trumnie, z założonymi na piersi rękami; Przyglądał się świętym obrazom na ścianach; wiszących w grubych, zdobionych ramach. Widok tej młodej pielęgniarki wywołał w nim jakieś niezwykłe poruszenie. Już kiedyś widział równie piękną dziewczynę. Miała złote włosy, bladą skórę. Małe, dziecinne dłonie. Spojrzenie równie naiwne. Czyste i pełne życzliwości. Już prawie nie pamiętał, że kiedyś, pełen sił, był królem życia, pięknym dwudziestoletnim; hardym i bezczelnym; Burzyła się w nim młodzieńcza krew, nieposkromiony charakter i pierwiastek odziedziczonej skłonności do przemocy. Mordobicia, które było sensem jego wypadów gdziekolwiek. – Z drogi! Szajba idzie! – wołał, gdy szedł drogą przez swoją wieś, torując ją sobie strachem innych przed zarobieniem niepotrzebnych ciosów. Ludzie usuwali się z drogi; nie chcieli szarpać się z pijanym młokosem. Ale to było wieki temu; dziś jego siłę pokonałby mocniejszy powiew wiatru…

    Topielec jak przez mgłę widział sceny minionych chwil. Spędzał wakacje nad morzem. Hel. Lipiec. Upalne, pijane lato. Kormorany wiszące w nieustannym locie nad ziemią. Plaża paląca w stopy; poczucie okiełznania życia i żywiołu morza wypełniające całe ciało.

    Pływali z przyjacielem w Bałtyku, gdy na plaży pojawiła się ta dziewczyna. Roześmiana i promienna, grała z koleżanką w dziwną grę, podawała i odrzucała jej siatkową piłkę; Filigranowa postać dziewczyny w czarnym bikini; z łagodną linią ramion, cienką talią, poruszała się w rytm podrzucanej piłki; turkusowa przepaska na biodrach falowała po jej szczupłych udach. Dziewczyna poruszała się lekko, jak niesione wiatrem ciepłe powietrze; Promienie słońca skupiały się tylko na tej jednej dziewczynie na plaży; chodziły bezkarnie po jej białym ciele, obejmowały jej ramiona i całowały ją po twarzy; w kształtach ciała dziewczyny tańczyła radość życia; Topielec chciał ją poznać, dotknąć, mieć przy sobie…

    Wyszli z Romkiem na plażę, nasiąknięci słoną wodą i chęcią przeżycia nowych wrażeń. Jak młodzi bogowie, z wyrzeźbionymi torsami, opaleni, roześmiani, cali napięci obsesją zaspokojenia młodzieńczej żądzy przeżyć. Podali sobie z dziewczynami ręce na powitanie; oczy tej od złotych włosów, Kariny, uciekały nieśmiale poza wzrok chłopców. Jej koleżanka, Ola, już po chwili umawiała się z nimi na jutro, na wieczorne ognisko i wspólne pływanie w Bałtyku. Widocznie zadowolona z takiego obrotu spraw, dała na pożegnanie obydwu po soczystym całusie w policzek. – Do jutra! – rzuciła głośno za plecami odchodzących chłopców.

    Następnego dnia Topielec nie mógł usiedzieć na miejscu. Trawiła go niecierpliwa chęć zobaczenia Kariny. Zaraz po śniadaniu wyszedł z hotelu, w którym zatrzymali się z Romkiem. Wyszedł, w zasadzie bez celu, żeby rozchodzić narastające podekscytowanie. Niedaleko hotelu, wzdłuż głównej drogi, ciągnęło się targowisko. Niewielkie pawilony w biało-niebieskie pasy, handlarze na rozkładanych krzesełkach i stoły uginające się od dóbr  dla przyjezdnych. Bursztynowe naszyjniki, łódeczki z muszelek, pocztówki i wielkie muszle, w których magicznie i nastrojowo szumi morze. Topielec zatrzymał się przy statkach w butelce; Kupił jeden z nich i gdy już odchodził od stoiska, zobaczył znajomą  twarz. Karina stała kilka kroków dalej; jak zaczarowana, przebierała naszyjniki z bursztynów. Dziewczyna, wpatrzona w morskie kamienie jak w największe cuda świata, nie mogła się zdecydwać, który wybrać. Topielec podszedł do dziewczyny spokojnie, by jej nie spłoszyć zbyt szybko; bez słowa kupił jej taki na cienkim łańcuszku, z bursztynowym okiem, okrągłym i świetlistym, z zaklętym wewnątrz blaskiem słońca.  – Tam na plaży, wczoraj, od razu mi się spodobałaś… – chłopak powiedział cicho.

    Poszli razem na plażę. Usiedli obok siebie na piasku; wpatrywali się w siebie, gdy drugie nie patrzyło; długo toczyli między sobą tę zabawę przyjemnych niedomowień. Rozmawiali. Milczeli. Chłopak musnął ustami włosy dziewczyny; pachniały słoną wodą i miętą. Dziewczyna nieco onieśmielona, wstała i pożegnała się z Topielcem. – Do zobaczenia wieczorem – powiedziała. Dźwięczały mu w uszach te słowa jak zaklęcie. Śledził wzrokiem odchodzącą Karinę; położył się na plecach i zasnął. Obudziły go wrzaski; kilku chłopaków z jego hotelu piło w najlepsze; zawołali go do siebie; niechętnie, ale poszedł. – Tylko na jednego – zastrzegł młody mężczyzna…

    Nazajutrz wylądował na komisariacie. „Pobicie i zakłócanie porządku publicznego”- usłyszał. – A gdzie Karina? – pytał sam siebie – była ze mna? Policjant nic o niej nie wiedział. Wtedy Topielec przypomniał sobie bieg wydarzeń. Gdy go wypuścili, pobiegł szybko do hotelu. Romek pokręcił tylko głową – Ale okazja przeszła ci koło nosa. Ta mała tak na ciebie czekała… Za to mnie się poszczęściło – zaśmiał się. – Nie, już wyjechały…

    Topielec długo nie mógł sobie darować, że nie pojawił się tamtego wieczoru na plaży, że nie poznał lepiej dziewczyny; czuł, że mogła stać się dla niego kimś ważnym; zostało mu tylko niewyraźne wspomnienie po niej, które zapijał…

    Topielec, gdy ocknął się z zamyślenia, postanowił wyjść na zewnątrz. Odrętwiały od nasilenia wspomnienia, wyszedł powoli. – Jestem sam. Zmarnowałem dwadzieścia lat życia… Wszystko mogło potoczyć się inaczej… Może miałbym rodzinę, dom…; Czy ja w ogóle żyłem kiedykolwiek jak człowiek? – jego myśli przerywało silniejsze bicie serca. Wtedy doszedł do wniosku, że jego życie przypomina śmierć; jednostajny ciąg uśpienia, czarny i milczący… Świadomość tego umierania za życia stało się dla mężczyzny tak bolesne, że pragnienie życia, pragnienie odmiany tego stanu, pojawiło się samo... Głód tego pragnienia rósł z dnia na dzień. Topielec już nie mógł pić; musiał zacząć żyć;  Zaczął wychodzić na zewnątrz przyodziany w jakąś nieokreśloną bliżej nadzieję. Odmiany losu. Zmiany. Zaczerpnięcia głębszego oddechu. By dołączyć do ogólnego ruchu, jaki panował we wszechświecie. I w tym miejscu, gdzie się znalazł. W mieście wron i gołębi.. Zapomniał o domu na wsi, o ojcu. Zaczął od rozruszania obolałych mięśni, przyschniętych do kości. Wychodził co dzień bez celu, jak wtedy nad morzem i łudził się, tak jak wtedy, że dopnie swego.

…………………………………………………………………………………………………...

 – Wczoraj umarł twój ojciec – usłyszał Topielec któregoś dnia od brata ojca. Topielec nie uwierzył. Od dawna nie wierzył w tę smierć. Kiedyś życzył jej ojcu z całego serca. Ciężkiej. W męczarniach. Dziś - poczuł dziwne ukłucie. Przeszywającą pustkę i zagubienie. Przestał być jego synem. Już nie miał powodu, żeby walczyć z poczuciem przynależności do tego świata. Powód, dla którego kiedyś zaczął pić, przestał istnieć…

 

    Cmentarz był położony nisko. Przy drodze. Otoczony zabytkowym murem z niewielkich kamieni. Poprzecinany brukowanymi ścieżkami. Wysokie lipy kwitły dumnie między alejkami. Było gorąco. Słońce odbijało się w gładkiej tafli błyszczących płyt pomników. Czterech mężczyzn niosło na swoich barkach trumnę. Brązową. Długą. Topielec szedł za nią i wpatrywał się w tabliczkę z napisem: ”Spoczywaj w pokoju”. Ojca mężczyzny złożyli do grobu. Gotowego od kilku lat. Obok tandetnego pomnika z szarego lastryko, w którym pochowano matkę i starszego brata Topielca.

 

    Topielec zastał przed domem ojca uschnięte krzaki i gąszcz chwastów. Wewnątrz brudne okna, strzępy firanek, sterty znoszonych ubrań na łóżkach. Tumany kurzu na wytartych, pasiastych chodnikach na podłodze. Trudna do rozpoznania Matka Częstchowska na ścianie. Obrazki z pierwszej komunii. Miał wrażenie jakby znalazł się w grobie, ciemnym, dusznym, samotnym. Zaczął wspólczuć ojcu, że tak spędził ostatnie chwile życia. Po podwórku pałętał się pies gospodarza. Stał się bezpański. Topielca nie znał, więc uciekł któregoś dnia.

    Topielec wrócił na dobre. Miał tutaj dom, kawałek pola… Sąsiedzi cieszyli się, że w końcu przestał pić. A on roztrząsał stale zmarnowane chwile, kiedy mógł odmienić swoje życie. Już wiedział, że nie zdoła tego dokonać. Widoki kolejnych dni odbijały się od jego oczu jak od śliskich szyb; odbijały, nie docierały tak do końca do wnętrza; Jego oczy stały się nieme, bez wyrazu, pozbawione nadziei na cokolwiek. Nie czekał na nic, nie potrafił rozbudzić w sobie tego pragnienia, nie wiedział, że skazuje się przez to na powolną śmierć. Rozpacz umarłego za życia. Wiedział tylko, że chce żyć.

 

 Teraz chodzi tylko prostymi ścieżkami, po zakupy i w pole, czasem do kościoła; Jest sam.  Strach przed zanurzeniem jest zbyt wielki;  a zdrowy nie będzie już chyba nigdy…

  

Pin It