Zdzisław Antolski



OSTATNI PODRYW ELEWA WALCZAKA

 

chagall-upadek
Marc Chagall
Szeregowy, elew Józek Walczak, był naszym wiejskim bohaterem, legendarnym donżuanem, znanym z miłosnych podbojów w całym powiecie. Pracował w mieście jako urzędnik w biurze, wysławiał się poprawną polszczyzną, po inteligencku, bez gwarowych nalotów, pachniał perfumami i wodą kolońską, zawsze czysty, wygolony, spodnie wyprasowane w kant, buty: lakierki błyszczące, no elegancik, co się zowie.

Oglądał telewizję, wiedział kto to Chmurka, a kto Wicherek, jaki program prowadzi Irena Dziedzic, umiał porozmawiać na temat ostatniego spektaklu „Kobry” i czytał pisma: „Przekrój” oraz „Nową Wieś”, jednym słowem – światowiec. Słuchał regularnie radia, lubił powtarzać dowcipy z audycji „Podwieczorek przy mikrofonie”, a także wiedział na bieżąco, co słychać w Jezioranach i w rodzinie Matysiaków. Ba, na imieniny Mateusza Świtalskiego zamówił, przy pomocy swojego najlepszego przyjaciela, nauczyciela prac ręcznych, Olka, w radiowym „Koncercie Życzeń” ulubioną piosenkę kierownika szkoły, czyli „Kasztany”, w interpretacji Nataszy Zylskiej. A przy tym nie lekceważył tradycji, przyjaźnił się z byłym dziedzicem, Lubowieckim, i wiedział z pierwszej ręki, jak kiedyś bawił się generał Wieniawa-Długoszowski w przedwojennej „Adrii”.

Wyróżniał się pozytywnie na tle niezgrabnych kawalerów wiejskich, ubierających się w zbyt obszerne, workowate garnitury, którzy przez cały tydzień siedzieli w polu albo w oborze, ubierali się po ludzku tylko w niedziele, a o świecie i dobrych obyczajach nie mieli zielonego pojęcia. Szczególnie Józek upodobał sobie nauczycielki, które co roku zjawiały się w szkole w Grodziskach. Wielu dziewczynom złamał serce, a niektórzy złośliwcy plotkowali, że szeregowy, elew Walczak płaci też w tajemnicy przed otoczeniem jakieś alimenty na swoje nieślubne dzieci.

Szczycił się bezwstydnie przed kolegami wieloma erotycznymi zdobyczami, ale wyrzuty sumienia miał tylko wobec jednej, nauczycielki Mani, młodziutkiej dziewczyny, rozmarzonej, romantycznej, niewinnej i naiwnej, łaknącej uczucia, którą omamił słowami o miłości, a potem kiedy dziewczyna zaszła w ciążę, zostawił na pastwę losu i  złych ludzi. Była też najładniejszą panną w jego kolekcji, z burzą czarnych włosów, bardzo zgrabna, podobna trochę do Giny Lolobrigidy. Po romansie z Józkiem szeregowym elewem, Mania ze złamanym sercem wyjechała w świat i  ślad po niej zaginął. Różnie ludzie  mówili: jedni, że przygarnął ją jakiś starszy wdowiec i dziecko usynowił, inni, że Mania poddała się aborcji, jeszcze inni, że próbowała targnąć się na swoje życie i w efekcie wylądowała w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie, na oddziale, z którego nie ma wyjścia.

Tego grzechu nigdy Józkowi nie odpuścił nawet wikary Gurda, choć słuchał spowiedzi szeregowego, elewa i jego szczerego żalu za grzechy, bo sam dziewczynę bardzo, po siostrzanemu, lubił. A z samym Józkiem też niejeden wieczór przegadali i niejedną flaszkę wspólnie obalili, czy to wieczorem na plebanii, w pokoju wikarego, kiedy proboszcz Tarwa już smacznie spał, czy na chrzcinach we wsi, albo na weselach. Również pani Stanisława, żona kierownika szkoły, Świtalskiego, nie mogła wybaczyć szeregowemu elewowi, jego postępku, bowiem Mania miał dobre serce i zawsze wysłuchiwała ze zrozumieniem narzekań pani Stanisławy na jej męża, który w ocenie żony, nigdy jej właściwie nie doceniał i ciągle ją psychicznie zaniedbywał.

Józek często przeglądał się w lusterku odpustowym, z podkolorowaną Marylin Monroe na rewersie, ale widok nie był zbyt zachęcający, powoli konstatował, że zaczynał się nieuchronnie starzeć, a hulaszczy tryb życia zrobił swoje. Włosy mu się przerzedziły, oczy zapadły, a pod nimi utworzyły się czarne podkówki, nos i podbródek znacznie się wydłużyły, jakby chciały się zetknąć ze sobą, gdzieś w przestrzeni. Wychudł przy tym strasznie, sama skóra i kości, jak to mówiła o nim żona stolarza Kowalczyka, sama o posągowej posturze, która nie lubiła chudzielców, bez względu na płeć..

Przezwisko „elew” zawdzięczał swoim opowieściom z czasów służby wojskowej, kiedy, trzaskając obcasami, musiał meldować się przełożonym słowami: - Szeregowy, elew Józef Walczak, melduje się na rozkaz! Tych opowieści, zawsze bardzo zabawnych, było całe mnóstwo i Józek ubarwiał nimi wszystkie nauczycielskie imieniny, zakończenia roku szkolnego, a nawet przyjęcie z okazji uczniowskiej choinki.

Podobno każdy powinien umieć zestarzeć się z godnością, a nie ciągle udawać młodzika. Czasy się zmieniały i mody, a „szeregowy, elew Walczak”, jak sam o sobie mówił, pozostawał ciągle taki sam, jak kiedyś, to znaczy w epoce wczesnego Gomułki. Nie wiadomo, skąd i kiedy pojawiły się nowe, piękne i dorodne dziewczyny, ubrane w mini spódniczki. Od samego patrzenia na ich zgrabne. pełne uda, „szeregowego elewa” oblewał na przemian zimny i gorący pot. Pojawiła się nowa kawalerka, chłopaki jacyś wyrośnięci, szerocy w barach, każdy wyższy od niego co najmniej o głowę, w obcisłych spodniach dżinsach, kupionych w  mieście, w sklepie „Pewexu”, specjalnie wytarte pumeksem na udach i kolanach, szerokie wojskowe pasy, a przy nich dyndają złote breloczki z wygrawerowanymi kowbojami, z amerykańskiego telewizyjnego serialu „Bonanza”. Strach z takimi zadrzeć na zabawie w remizie, bo można mocno oberwać i nie pomoże nawet znajomość elementarnych chwytów judo, ani umiejętności bokserskie, jakich nabył w wojsku, a które były bardzo pomocne w dotychczasowej karierze podrywacza. Ci młodzi innej muzyki słuchają, już nie zespół Mazowsze, ani „Cicha woda” w wykonaniu Kurtycza, ale jacyś zagranicznicy, Anglicy, Bitelsi i Rollingstonsi, dzikie wrzaski, a nie muzyka. Miasto wkraczało do wsi za pomocą telewizorów. Najpierw we wsi był jeden, w remizie strażackiej, potem drugi zakupił ksiądz wikary, a teraz anteny telewizyjne wystrzeliwały w niebo, jak grzyby po deszczu.

Przyszła nowa moda, hipisowska, na długie włosy i koraliki, spodnie dżinsy rozszerzane u dołu, tzw. dzwony, tymczasem elew ciągle paradował w garniturku z wąskimi nogawkami u spodni, buty lakierki, niebieski sweterek i koszula non-iron, a do tego cieniutki skórzany krawacik, no i zgniłozielony płaszcz ortalionowy, którego poły powiewały na wietrze; niegdyś bojowo i zwycięsko, ale w miarę upływu czasu coraz bardziej oklapłe, podziurawione nożami na wiejskich weselach i zabawach w remizie, poszarpane sztachetami z okolicznych płotów, utytłane w grodziskim, legendarnym błocie, którego żadne proszki do prania nie były w stanie wywabić. Wyglądał teraz ten płaszcz, jak stary sztandar wojskowy, podziurawiony przez kule, który niejedną kampanię odbył i okrył się chwałą, ale już należałoby go złożyć w jakimś muzeum, na wieczną rzeczy pamiątkę.

Ostatnia miłość szeregowego, elewa Walczaka, to była panna Bożenka, dziewczyna duża i rosła, o okrągłej, nalanej twarzy, a kształtach bujnych, rubensowskich, jak mówił pan Messerszmit, który uczył rysunków. W przeciwieństwie do Mani, która unosiła się jakby w powietrzu, niby baletnica, kręcąc i furkocząc szerokimi spódnicami, spod których błyskały olśniewająco zgrabne nogi. Pani Bożenka była raczej ociężała, stąpała po ziemi wolno, bez nadmiernego pośpiechu, stawiała kroki twardo i ciężko, a przy tym ciągle coś jadła, jeśli nie podwójne kanapki z masłem, szynką i pomidorem na dokładkę, to ciągle rozwijała z szeleszczących papierków nadziewane cukierki albo batoniki, czy wsuwała do pomalowanych ust bezwstydnie całe tabliczki czekolady, oblizując przy tym łakomie palce. Stosunek do życia też miała praktyczny, niełatwo poddawała się romantycznym uniesieniom i zachwytom. „Szeregowy, elew Walczak” wyglądał przy niej jak szczapa, chudziutki, wysuszony papierosami i wódeczką, ciągle zabiegany za nowymi miłosnymi podbojami po okolicznych wsiach.

Pani Bożenka również rozmyślała o zamążpójściu. Marzył jej się kawaler z miasta, najlepiej dobrze zarabiający, na stanowisku, broń Boże rolnik, bo do pracy w polu nie miała najmniejszej ochoty. Najchętniej siedziałaby w wygodnym fotelu przed telewizorem i oglądała wszystko, jak leci, zajadając się przy tym słodyczami. Poza tym lubiła miasto, przesiadywanie w kawiarniach, seanse filmowe, obiady w restauracji, gdzie można wybierać, co się chce i wybrzydzać.

Wtedy też zdarzyło się nieszczęście, mianowicie stary ojciec Józka zachorował psychicznie. Uciekł z domu i tułał się po okolicznych wsiach i lasach. Świtalski bał się w nocy chodzić do autobusu PKS, czy też na stację kolejki wąskotorowej, ponieważ spotykał na drodze starego, brodatego Walczaka, który chodził bez celu po okolicy, czasem nawet nocą. Pojawiał się, nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy, stawał za płotem, jak nieruchomy posąg i wpatrywał się w ludzi swoim niesamowitym, nieobecnym wzrokiem. Jakby sobie coś przypominał, ale sam nie wiedział co takiego. Straszne to było spojrzenie, aż ludziom ciarki przechodziły po krzyżu. Nie zawsze można go było zauważyć, tak wtapiał się w tło, stawał się elementem pejzażu, razem z drzewami i figurami przydrożnymi. Wyglądał jak drewniany świątek wśród krzewów bzu, róży i wyrośniętych dziewann oraz pokrzyw. Józek łapał ojca, przyprowadzał do domu, kąpał go, golił i strzygł. Ludzi uspokajał, że nikomu krzywdy nie zrobi, bo jest niegroźny dla otoczenia. Najgorsze było, że podczas tych ucieczek chory nie brał leków. Oprócz starego Walczaka, we wsi było kilka osób chorych psychicznie i niedorozwiniętych umysłowo. Jedna kobieta, pod trzydziestkę, co pasała krowy, mówiąc coś do siebie, a inni też pomagali w gospodarstwie. Do kościoła ich nie prowadzono, bo to obraza Boska, gdyż nie panowali nad swoim zachowaniem, a jak ksiądz chodził po kolędzie, to ich upychano gdzieś po chlewikach i komórkach.

Wszyscy kumple Józka z kawalerki już dawno pożenili się, nawet nauczyciel Olek,  który przysięgał dozgonne starokawalerstwo, choćby miał do śmierci płacić bykowe, znalazł sobie żonę w postaci młodej, energicznej nauczycielki z Miernowa, która wkrótce zamieniła go w klasycznego pantoflarza. Mały Jacek, co miał metr sześćdziesiąt w kapeluszu, nauczyciel matematyki, ożenił się z postawną córką chłopa i też robił w gospodarstwie teścia za piąte koło u wozu. Miał jednak pensję nauczycielską, co chroniło go przed szyderstwami mieszkańców wioski. Co pensja, to pensja, zawsze pewny grosz, co miesiąc, a nie dorywczo, jak to u chłopów, przy sprzedaży tytoniu czy świnek.

Józek, szeregowy elew, Bożenkę poznał w tradycyjny swój sposób, na nauczycielskich imieninach, ale dostęp do panny nie był łatwy. Mieszkała na innej kwaterze niż wcześniej Marzena Kapitalna i Mania Kochliwa. To nie była już pusta chałupa Zimnego, ale pokój przy  rodzinie, w środku wsi. Okna sypialni pani Bożenki wychodziły na sad gospodarza Kozery. Nie wiadomo, czy przez roztargnienie, czy też świadomie, pani Bożenka jakoś często zapominała zaciągnąć kotary w oknie, kiedy rozbierała się przed położeniem się do snu. Wieść o tym przyzwyczajeniu, bujnie wyposażonej przez naturę młodej nauczycielki, rozeszła się błyskawicznie wśród okolicznej kawalerki i wieczorami wszystkie gałęzie drzew, w sadzie gospodarza Kozery, obsiadłe były przez mężczyzn w różnym wieku, w przedziale wieku od szesnastu do czterdziestu lat.

Nie każdego wieczoru tak było, czasami okna były szczelnie zasunięte ciemną kotarą, zwłaszcza w te dni, kiedy do pani Bożenki przychodził z wizytą naczelnik poczty – Plaskaty. Chłop nie był jeszcze stary, miał koło pięćdziesiątki, ale postawny, barczysty, typ sportowca-zapaśnika, kwadratowa szczęka, łapy jak bochny chleba, wyłysiał tylko przedwcześnie. Za to żonę miał chudą, małą sekutnicę, w dodatku miała odchyły religijne po śmierci jedynego dziecka, które zmarło w szpitalu przy porodzie.

Plaskaty, jako naczelnik poczty, zdobył adresy wszystkich biur matrymonialnych w kraju i łudził panią Bożenkę nadzieją, że ożeni ją z jakimś dyrektorem, albo nawet ministrem z Warszawy. Pisali więc wspólnie wieczorami listy do zgłaszających się kandydatów na mężów, a także robili artystyczne fotografie pani Bożence, ukazujące co nieco, ale nie za bardzo, choć czasem bardziej odważnie, kiedy kandydat był obiecujący i na stanowisku. To wspólne hobby, fotograficzno-epistolograficzne, tak ich wciągnęło, że seanse trwały do białego rana, a naczelnik poczty szedł do pracy prosto z kwatery pani Bożenki, a przed żoną tłumaczył się nawałem pracy biurowej.

Józek Walczak niczego nie był świadom, bo po raz pierwszy w życiu się zakochał. Wymarzył sobie przytulne gniazdko z pulchną panią Bożenką, jako odpoczynek po burzliwej młodości, i zaczął do niej smalić cholewki, ale wpuszczany był do mieszkania tylko w niedziele, kiedy naczelnik Plaskaty musiał siedzieć w domu, przy ślubnej małżonce, której przysięgał w kościele przed proboszczem Tarwą. Józek prawił ukochanej swoje, sprawdzone w kawalerskiej praktyce, komplementy i dusery, które na niej jednak nie robiły żadnego wrażenia, ale nie pokazywała tego po sobie, bowiem trzymała Józka w odwodzie, jeśli wszystkie inne nadzieje matrymonialne, roztaczane przez naczelnika Plaskatego, zawiodą.

A jednak w biurze matrymonialnym znalazł się pewien kandydat, którego ojciec był na dyrektorskim stanowisku. Pewnej niedzieli przy domu gospodarza Kozery, gdzie swoją kwaterę miała pani Bożenka, pojawiła się popielata warszawa, jako pierwszy wysiadł nieśmiały chłopiec, koło trzydziestki, ubrany w niebieski sweterek i dżinsy, a za nim pojawił się dostojny ojciec kawalera, w garniturze, kapeluszu i pod czerwonym krawatem, zaś na końcu potężna mamusia, w jasnym płaszczu i kapeluszu z piórami. Od razu widać było, że to ona tu rządzi. Wszyscy troje weszli do domu, gdzie czekała na nich wystrojona pani Bożenka.

W tym samym czasie szeregowy, elew Józef Walczak postanowi się ostatecznie oświadczyć swojej ukochanej. W tym celu zakupił olbrzymi bukiet kwiatów w Pińczowie, drogi koniak w Peweksie, pierścionek zaręczynowy w sklepie „Jubilera” i wybrał się pieszo ze swojej chaty do kwatery pani Bożenki. Mieszkał na końcu osady, więc przemarsz zajął mu trochę czasu, a obserwowali go z okien i podwórek wszyscy mieszkańcy wsi Grodziska. Nawet ministranci, którzy oglądali telewizję na plebanii, w pokoju wikarego Gurdy, wybiegli na drogę.

Była deszczowa jesień, jeszcze przed pierwszymi przymrozkami, droga straszliwie błotnista, z wielkimi kałużami brunatnej wody pośrodku. Józek dokonywał nie lada akrobacji w swoim rozwianym płaszczu ortalionowym, żeby nie poślizgnąć się w zdradziecko śliskim błocie i nie wylądować w kałuży. Jego błyszczące lakierki pokryły się błotem, tak samo nogawki spodni od garnituru, ale elew Józek na nic nie zważał i szedł twardo do celu, po raz pierwszy w życiu nie obawiając się ośmieszenia. Miłość zaślepiła go całkowicie.

Kiedy zobaczył przed domem, gdzie mieszkała ukochana, samochód, popielatą warszawę z rejestracją miasta wojewódzkiego, coś go ukłuło w sercu. Wbiegł po betonowych schodkach i zaczął się dobijać do drzwi, ale nie zostały mu otworzone. Za to w oknie na pięterku ukazała się utapirowana główka pani Bożeny, która ostrym głosem kazała mu się wynosić.

Józek cisnął kunsztownie przybranym bukietem kwiatów w sam środek kałuży. A następnie usiadł na najwyższym stopniu schodów. Próbował zapalić papierosa, ale od deszczu rozłaziły mu się w palcach. W końce uspokoił się nieco i - osłaniając się połą ortalionowego płaszcza – zapalił extra mocnego. Ludzie stali z boku i mu się przyglądali. Nikt nie podszedł, nie zagadał. wszyscy jego koledzy z kawalerki już dawno wyjechali albo się pożenili. Niektórzy mówili, że płakał, ale inni twierdzili, że to tylko deszcz. Niektórzy mu współczuli, a inni mówili, że jest sprawiedliwość na świecie, bo Józek skrzywdził przed laty Manię Kochliwą i złamał jej życie. W końcu wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki butelkę koniaku i pociągnął spory łyk. Zebrał się w sobie, zszedł po schodach i zaczął wracać do domu, zataczając się lekko, ale nie dbał już o błoto i brunatne kałuże, szedł środkiem drogi, jak kiedyś, za swoich młodych lat, kiedy był królem kawalerki. Za nim, w odległości kilkunastu kroków, skradał się za krzakami jego chory psychicznie ojciec. Ludzie martwili się, żeby Józek nie skończył tak samo, bo choroba może być dziedziczna.

Kilka miesięcy później, w dalekim mieście, odbył się ślub panny  Bożenki, w którym uczestniczył też naczelnik Plaskaty. Próbował on potem odwiedzać jeszcze Bożenkę w nowym mieszkaniu, ale jej mąż mu stanowczo zabronił.

Józek ożenił się z pewną wdową, z przychówkiem w postaci dwóch nieletnich dziewczynek. Znów, jak przez całe życie, otoczony był kobietami. Na wsi komentowano to zdarzenie przysłowiem: „U wdowy, chleb gotowy”. Podczas uroczystości rodzinnych Józek opowiadał nadal zabawne historie ze swojej służby wojskowej, kiedy to na wezwanie przełożonych trzaskał obcasami i mówił donośnie: - Szeregowy, elew Józef Walczak, melduje się na rozkaz!

.

 

Zdzisław Antolski
 

Pin It