Jan Tulik

 

Płomyki pod dębem

 

Mela MuterPaździernik przekazuje listopadowi przepiękną pogodę, w bruzdach na polu ponownie zakwitają marniutkie, ale jednak, chabry i maki, może nieco wypłowiałe. I te liście! Płoną na bukach, grabach i dębach, które przytrzymają niektóre aż do wiosny; leszczynowe i klonowe listki wyhaftowały pyszne obrusy, jakby chciały przykryć główki opieniek koło spróchniałych pniaków, a było ich tej jesieni w bród. Lasy dziwowały się borowikom i kozakom, że tak licznie obstawiają pnie ich drzew. Koło byle krzaczka zatrzymywały się auta i jak pierwotni ludzie wychylali się z zarośli ich właściciele, napełnieni dziką rozkoszą pekatych foliowych reklamówek. - Ohyda – sumował Artek Zając, który prowadził mnie jeszcze pod dębinę, bo tam mogły ostać się prawdziwki.

Dęba ze skromną kapliczką przytwierdzoną wysoko, pod pierwsze gałęzie, omijaliśmy. Pewnie nie ukryłem zdziwienia, więc Artek zaczął wyjaśniać, że od dwóch lat nie ma tu znicza. Jak Derecki umarł – będzie już trzeci rok – tak znicze znikły. A zawsze drżały w jednym miejscu, ze dwa metry od dębowego pnia. Miejsce to było latem wykoszone, właściwie cała polanka, tak, że nikt postronny nie zachodził w głowę, czemu to tak pod lasem wykoszone; może na łańcuchu ktoś krowę, może kozę w tym miejscu wiązał?

- Tak, tak. Tutaj ich rozwalili. Młodziusieńcy byli. Prawie dzieci – objaśniał Artek. Ona drobniutka jak Stasia od Zwaryczów, cicha i krucha. On roślejszy, mógłby być jej starszym bratem. Jakim sposobem znaleźli się w opuszczonej stodole przy spalonej podczas frontu zagrodzie Misiów? W chłodne dni i zimą siedzieli przylgnięci do siebie na starym sienniku, w którym kiedyś była słoma. a teraz już owsiana sieczka. Owinięci w derkę, która do wojny grzała grzbiety koni. Pewnie zachowało się to końskie ciepło, derka jak sfilcowana, zbita, choćby na wietrzne dni dobra. Ktoś im podrzucał jakąś strawę, najpewniej Derecki, mówili. Ale i chłopak coś zdobywał. Nieraz całymi dniami go nie było, podczas gdy ona drzemała pod tlejącymi kłaczkami siana. Gdy wracał, tłumili w sobie westchnienia, milczeli, żeby czasem któremuś nie przyszło do głowy się odezwać, żeby nie wymknęło się z ich płuc zbyt gęste powietrze, które w gardle rodzi krzyk. Skąd to ludzie wiedzieli?

Za dnia nikt tam nie zaglądał, nocą tym bardziej, nie tylko ze względu na godzinę policyjną. Partyzanci kryli się w lasach iwonickich, koło Lubatowej, to bliżej Cergowej; porośnięta gęstwiną jodeł góra dawała schronienie i zwierzętom, na które tak łaso czyhali kłusownicy. Jasiołka omywająca stopy Dukli także sprzyjała. Tylko nie Żydom, których naraz gdzieś wywieźli, potem szeptano, że na rampę w Bełżcu, to że wprost do Oświęcimia.

Podobno Antoś był wtedy przypadkowo koło domu Dereckiego. Może ukradkiem przemykał ku Jasiołce na klenie. Ale nie puścił pary z gęby. Ze strachu. Może i ze strachu. Kolarski wypytywał go na wszelkie sposoby. Strasznie mu zależało, żeby choć cokolwiek na ten temat wycedził. Wygadał się. Kolarski, swat sołtysa, był ciekaw wszystkiego. I pewnie wszystko wiedział. Poił Antosia bimbrem i zapewniał go w końcu, że on nic nie musi mówić. Żeby tylko kiwał głową, gdy będzie na pytanie mógł odpowiedzieć na tak, i kręcił czerepem przecząco, gdy zechce zaprzeczyć.

Zaczynał och hełmu: A tę szkopską skorupę zdobył sam? Ukręcił Niemcowi łeb? Nie. Temu „nie” towarzyszyło zaciśnięcie ust i groźny błysk w oczach. A może jednak błysk strachu? Przecież połowa wsi była w partyzantce, przecież się nie przyzna swatowi sołtysa, który jakoś tam musiał trzymać z hitlerowcami. A może znalazł ten hełm przy trupie. Niejeden we wsi ma taki hełm. Służy jako naczynie na glinę zmieszaną z bydlęcym łajnem, w którym moczono korzonki sadzonek, aby przyjmowały się i szybko wzrastały. Też nie. I nie!

Niedługo po tym „przesłuchaniu” – jak zgryźliwie  mówiła o tych rozmowach matka - ktoś do Antosia wypalił. Po wystrzale po chwili matka wyszła z chałupy i chyłkiem zakradła się za szopę, za psią budę, do warzywniaka. Wypełzła po jednym pacierzu, żeby i do niej jakiś drań nie wypalił. Antoś leżał z zakrwawioną głową, burozielony hełm stoczył się pomiędzy ogórki, błyszczał, z czarną dziurą od kuli na szczycie czaszy. Dopiero pod wieczór udało się przyprowadzić lekarza, który wykrzywił usta w podkowę i pomrukując objaśniał, że sprawa beznadziejna, ale pewnie przeżyje. Przeżył, lecz stracił mowę. Zgrzytał zębami, gdy mu się coś nie podobało, śmiał się bezgłośnie aż trzęsło go całym ciałem, gdy był z czegoś zadowolony.  Z lewej ręki często wypadał mu blaszany kubek ze zbożową kawą, emalia świeciła wieloma rdzewiejącymi okami, zwłaszcza przy krawędziach i przy denku. Wlepiał gały w okno od wschodu i jak przechodziła Fela od Kolarskiego  to aż mu z lewego kącika ust wyciekała strużka śliny – zwierzała się matka do swej siostry z Rogów.

To Ruski strzelał, jakiś sowiecki pluton zawieruszył się w pobliskich lasach, mieli gonić Szwaba, ale sami ugrzęźli. Bo co to za wojsko – karabiny na sznurkach, bagnety za cholewą, nie swoją a zdobyczną na wrogu, bo sami gnali niemal boso, w trepach, wyposażonych w onuce usztywnione śmierdzącym błotem. Wiedzieli to ludzie we wsi, nie wiadomo kto taką wiadomość rozpuścił. Nie wiadomo. Przecież nikt się nie przyzna, sąsiedzi to partyzanci, niech wszystkie wieści z lasu zamknie woda milczenia. 

Tylko sołtys mruknął do swego kuma pod kościołem po sumie: Ruski strzelił, ze strachu. Ze strachu. Aż w portki się zwalił, smród jeden. Bo i po co ten Antoś łaził po ogródku w niemieckim hełmie? Głupek jakiś. W niemieckim, a Ruscy w naszym lesie. Tak wymruczał do swego kuma z Targowisk, jednak wielu to słyszało. Skąd sołtys to wszystko wiedział? I że sześciu Ruskich złapali partyzanci. Skąd wiedział, skoro on był przeciwny partyzantce, nakłaniał  kobiety, by nie puszczały mężów i synów do lasu, by zwłaszcza w nocy pilnowały ich jak oka w głowie. Bo Niemcy spacyfikują wieś, spalą, wystrzelają albo zagonią do aut z budami i powiozą do obozów. 

Antoś wegetował, choć przecież coś rozumiał. Klękał w kościele w stosownych momentach, uchylał czapki przed znajomymi. Lubił niekiedy pomagać w przydomowych porządkach, ale nigdy nie zbliżał się do warzywniaka, dostawał na jego widok niewidzialnych dreszczy. Do czasu. Do chwili, gdy nie przechodziła przez ich zagrodę Fela od Kolarskiego. Przegięta w pół, by głowę nosić wyżej, w chmurach – jak we wsi mruczano, zwłaszcza gdy wracała w kościoła, sama, dumna jedynaczka, stroniąca od sąsiadek. Przechodziła taka przez trawnik i wtedy Antosia coś łupnęło w serce, w głowę, Bóg wie jak i co uderzyło wraz z gorącem w niego samego. Podskoczył do Feli, objął ją gwałtownie w pasie i całował nie zważając na jej pięści, drapanie paznokciami po twarzy. Matka wrzasnęła ze zgrozą raz, drugi, piąty i wtedy ją wypuścił ze swych kleszczy. Nie pozwolił się zapędzić do domu, stał tak na trawie, patrzył jak ona wieje pod górkę do domu; ugrzązł przykuty do trawnika, podrapany, z pokrwawionymi smugami po jej paznokciach. Nie minęło dwa pacierze – jak wspominała potem matka – jak z jadem i wrzaskiem wpadł na podwórko jej ojciec i bez zatrzymywania się przed Antosiem zwalił go orczykiem przez grzbiet raz, drugi, i znów, katował bez opamiętania. Gdy chłopak próbował się bronić, trafił go w głowę, między uszy. Antoś padł i malował zieloną trawę własną krwią. Matka jęcząc przepędzała intruza, ale i jej się dostało: Pilnuj matoła, ty stara kurwo – wrzeszczał Kolarski przez zaspawane nienawiścią wargi – pilnuj, bo go zatłukę gnidę na śmierć.

Milicja z czasem przyjechała na motorze, coś spisała, coś niby miało z tego być. Kolarski jednak dostał kolegium za „wtargnięcie na cudze mienie”. I tyle. Mówiło się potem, że Kolarski świadka unieszkodliwił. Podobno. Antoś od tego czasu wysiadywał całymi dniami  w oknie. Gdyby go matka nie karmiła jak niemowlę, może by wyzionął ducha. A pewnie chłopczysko mógłby był powiedzieć niejedno. Chyba jednak widział podwójną śmierć pod dębem. Widział dużo. Może za dużo. Podobno. I może – wciąż to „może” – sam Kolarski maczał w tym wszystkim paluchy, ot tak sobie ktoś rzucił niepewność na wiatr zręckiej parafii.

Przyjechali o świcie trzeciego maja. Jak na złość. Bo to Matki Boskiej Królowej Polski. Jakby na poranną mszę, po cichu, bo we wojnę dzwony musiały milczeć. Wjechali odkrytym gazikiem na skraj lasu, pod dom Dereckiego, już z wyłączonym silnikiem. Wjechali prosto w ptasi chór, w pierwsze promienie słońca nakłuwające krople rosy. Kierowca stanął w rozkroku, obuty w szkliste oficerki niemal do kolan, cholewki usztywniały je stalą od tyłu. Wyprostowany, z karabinem gotowym do strzału, z otwartą kaburą. Dwaj podobni, ale z jakimiś insygniami szarż na pagonach i czapkach, nie w hełmach, chyłkiem skradali się do stodoły. Wrzeszczeli: Hände hoch! die Hände hoch halten! raus raus!”, ale jak opowiadał Artek – młodzi mieli to w dupie. Dobrze wiedzieli, dokąd ich gonią. Zauważyli Dereckiego z uniesionymi rękami, sztychówkę rzucaną przez szofera do środka gazika. Popychani jakby żegnali się z dębem, patrzyli na jego koronę, na jego stopę przysypaną piachem. Ziemią, która za moment ich przykryje.

Wysztywniony Niemiec celował długo, dręczył ich, czy zastanawiał się, kogo kropnąć pierwszego? Niebawem lufa zmierzyła się błyskawicznie z oczami dziewczyny, nagle zamglonymi, otwartymi na oścież. Musiało to być zdziwienie. Mówili. Skąd było to wiadome? Stopiona z ciałem chłopca osuwała się, on pochwycił ją z całych sił, podnosił, unosił nad siebie, ryczał jak topornie zarzynane zwierzę. Mówili po wojnie. Po kolejnym wystrzale ciało dziewczyny ześlizgnęło się z ramienia chłopca, z ramienia pulsującego krwią, opadało. Egzekutor mógł już spokojnie, sztywno, zamienić jedną kulą czoło blade jak zimowy księżyc w pełni, zamienić w purpurę, pocisk naznaczył krater pomiędzy jego brwiami. Ale jeszcze chwilkę stał, pojawiła się pomiędzy brwiami tasiemka jak ogonek czerwonego buraka, z wolna krew zygzakiem wiła się obok nosa, na rozchylające się bezwładnie wargi za kołnierz zapiętej szczelnie koszuli. Mówili. Bo Derecki stał przy aucie, jak kazali, stał bez łopaty, oddał ją szoferowi gazika, tak dla nich bezpiecznie. Niemożliwe, żeby powiedział to Derecki, nikomu nigdy nie mówił o tym, nawet dziwił, gdy był pytany, czy to prawda – no, czy to prawda z tymi, no, młodymi. Skąd więc to wszystko było wiadome? A szeptali, że może dzięki tym dwóm śmierciom ocalała cała wieś? Może Antoś coś w domu wypaplał nim go postrzelili? Chyba nie, on bał się tego miejsca, omijał na wszelkie sposoby idąc do sklepu. Gdy natknął       się na Dereckiego zawracał, żeby tylko nie doszło do rozmowy, żeby nawet nie trzeba było uchylić czapki i wydukać: Pochwalony...

Niby nikt tego nie widział, ale we wsi mówili, że Niemcy szybko wsiedli do gazika, nakazali zakopać ciała.: nakazał nocą wykopać mu dół, Derecki sam wybrał miejsce  –

Z czasem zawiesił na dębie, dość wysoko, aby nie zerwał jej jakiś głupek z Mandżurii, czyli z najbliższego przysiółka – a było tam czterech ułomków w jednej rodzinie, czterech uchyniętych na rozumie, zawsze idących w kupie, nawet do kościoła z matką, jakby na postrach warczących na nich sąsiadów, jakby na prostowanie na baczność proboszcza a zwłaszcza czterech pulchnych dostojnych parafian, niosących w procesji baldachim.

Miejscowi milczeli, ale starsi wiedzieli o tragedii pod tym dębem. Od wojny pod tym coraz roślejszym drzewem pełgały ogniki. Najpierw świeczki, bo nie było przecież zniczy, plastików. Nikt wprawdzie nie widział, kto przykładał zapałkę do knotów, jednak wszyscy byli pewni, że Derecki. Przylepiał świeczki na wykapanej stearynie na dno słoików po musztardzie, płomyki były chronione od wiatru. Jednego roku świeciło się na miodowo, bo rzucili partię żółtych słoików z eksportu. Z Czechosłowacji. A szły przez hurtownię w Warszawie. Sklepowy wyczytał to na kartonie na dnie drucianej skrzynki, podobnej do pojemnika na mleko, tylko niższej. Sklepowy mamrotał, że przecież wystarczyło przerzucić to przez górę, o, zaraz koło przejścia w Barwinku i szlus.

Do dziś nikt nie wie, kim byli ci nieszczęśni młodzi. Domysły jedne przeczyły drugim, pytania rzucane znajomym w okolicznych wsiach też nie dały odpowiedzi.

Parę lat po wojnie młody katecheta podczas czytania wypominek przed Wszystkimi Świętymi nieśmiało dodał, że msza zaduszna będzie odprawiona także w intencji nieszczęsnych dusz młodzianków z Machnówki. Jednak podobno proboszcz go potem zrugał, że to wszystko historie zawiłe i niepewne, ciał nikt nie ekshumował. Potem już nikt pamięci o tej parze nie przywoływał. Jedynie światełka na Wszystkich Świętych. Tylko że od dwóch lat nikt ich już nie pali.

 

Jan Tulik

Zofia Maria Smalewska

 

Zaduszkowe nadzieje

/jedno z zapamiętanych opowiadań mojego ojca Kazimierza/

 

smierc artura

 

    Dżdżysty poranek cichej jesieni wypełnił nagle odgłos grzmiącego dzwonu na starej drewnianej dzwonnicy, stojącej na skraju - nędznej jak i on sam - wsi Świątniki, gdzie dwadzieścia lat wcześniej przyszło mu się urodzić.

    Donośny, przeszywający serca odgłos z wieży unosił się nad okolicą, dopełniając jednocześnie obrazu samotnie snującego się po błotnistej wiejskiej drodze orszaku żałobnego, składającego się z dwóch osób i kościstej, starej szkapy ciągnącej furmankę. 

    Furmanka chybotała się na wybojach wypełnionych błotnistą breją. Obok niej, trzymając lejce szedł od urodzenia kulawy stary Szymon Maj, który będąc woźnicą, pełnił jednocześnie funkcję urzędnika kościelnego.

    Po drugiej stronie furmanki podążał Antek Ligocki. Antek trzymał się jedną ręką burty, a drugą powstrzymywał niebezpiecznie chyboczącą się na wybojach trumnę zbitą z prostych, ledwo co z grubsza ociosanych, sosnowych desek.

    Wieko trumny zostało zbite naprędce z kilku drewnianych odpadów, prześwitując otworami, przez które poranne, leniwe promienie światła ukazywały biel prześcieradła z owiniętą w nie zmarłą.

    Nieboszczką, którą odprowadzano na cmentarz parafialny, by tam pogrzebać, była jego, jedyna dotąd na tym świecie, matka. Śmierć przychodziła do niej i odchodziła przez wiele tygodni. Czekając na jej ostateczne zdecydowanie, leżała tak w walącej się chałupie na swoim barłogu i nadsłuchiwała powrotu syna z lasu.

    W tym ostatecznym, dramatycznym momencie, gdy już wszelkie nadzieje ją opuściły, umierając i żegnając się z nim jednocześnie, zdążyła wyszeptać mu kilka przestróg.

    - Antek, bądź zawsze sobą, synu. Pamiętaj, ubóstwo nie jest wstydem. Pamiętaj też o matce. Pamiętaj, ja będę zawsze z tobą. Choć już po drugiej stronie, ale będę nad tobą czuwać jako matka. - To powiedziawszy oddała ostatnie tchnienie.

    Antek, dławiąc ból w sercu, drżącymi dłońmi pomógł zamknąć się powiekom matki, ucałował jej chłodne dłonie i splatając je ze sobą na piersiach, obwiązał drewnianym różańcem, z którym od tygodni się nie rozstawała.

    Zaraz po śmierci matki Antek od leśniczego odebrał w lesie, gdzie pracował jako drwal, należne mu pieniądze na pochówek. Do pracy na wyrębie przez dwa dnie nie poszedł, co by – jak orzekł leśniczy– nieopatrznie w żalu siekierą krzywdy jakiej sobie nie zrobił.

    Idąc tak z boku furmanki i podtrzymując trumnę z nieboszczką, zamyślił się. Ciężko mu było jako drwalowi zarobić na siebie, a na dodatek wspomagać w chorobie matkę. Miał jednak nadzieję, że…

    Krzykliwe krakanie i wrzask podrywających się nagle przy drodze czarnych kruków przywróciły jego uwagę do żałobnej rzeczywistości. Widok głębokiego dołu, przy którym oczekiwało czterech chłopów, by spuścić w jego czeluść trumnę z ciałem jego matki, wyglądał jak otchłań piekieł. Nie, matka nie zasłużyła sobie na to. Jego matka na pewno już wcześniej trafiła do nieba. To tylko jej ciało spocznie wreszcie w spokoju, którego w bólu i męczarniach śmierci potrzebowała.

    Głuchy łoskot spadającego piachu na trumnę rozdzierał serce Antka. Z trudem tłumiony szloch młodego mężczyzny, co rusz targał jego chudą, niedożywioną piersią, obezwładniając całe ciało.

    Gdy zaciekły furkot łopat ustał, gdy już na cmentarzu pojawiła się świeża, kolejna mogiła, i gdy kościelny woźnica po odprawieniu końcowej modlitwy żałobnej podszedł, by pomóc mu zabrać się na furmankę, odmówił. – Pójdę sam – wyjaśnił, pojmując zarazem, że to zadecydowanie iż chce pozostać sam, zabrzmiało w jego sercu, jak wcześniejszy odgłos żałobnego dzwonu. – Sam, sam, sam…

- Matko, czy już tam jesteś i jest ci dobrze? – zapytał, zwracając się w stronę grobu.

- Czy na pewno jesteś w niebie? – pomyślał jeszcze.

    Nad cmentarzem powoli zapadał zmierzch, a on ciągle tam tkwił i tkwił w tym samym miejscu, nie przesuwając się o krok od mogiły. Tkwił z głową nisko opuszczoną na piersi i splecionymi w bólu dłońmi, i modlił się. Za duszę matki. Na wszelki wypadek, gdyby Bóg nie zrozumiał jej wykrzyczanych w bólu gorzkich słów, które pod wpływem choroby czasami wypowiadała…

    Odszedł, do swej pustej, walącej się chałupy, gdy słotny, październikowy dzień miał się ku końcowi, zwaliste, ciemne chmury napływające zza horyzontu kotłowały się nisko, pogrążając wszystko wokoło w smutku i braku dobrej nadziei.

    Dwa tygodnie po pogrzebie matki Antka nadszedł dzień święta zmarłych, pogoda nic się nie poprawiła, chmury zalegały nisko, zalewając cmentarną ziemię gęstniejącą mżawką. Porywisty wiatr od czasu do czasu zacinał deszczem, zrywając z drzew brunatniejące liście.

    Antek z gałązkami świerkowymi i kilkoma świeczkami w ręku przecisnął się przez wąską, zbutwiałą drewnianą cmentarną bramkę, przy której dwa sędziwe posążki aniołów swoimi obłupanymi kikutami wskazywały główną aleję cmentarza.

    Przy grobie matki, modląc się klęczał najpierw na rozmokłej ziemi, a potem przysiadł na ławeczce, którą własnoręcznie zmontował pod rozłożystym grabem osłaniającym mogiłę od wiatru. Rozglądając się wokół, rozmyślał nad ułomnościami ludzkiej natury i kruchością życia. Nastrój, jaki tworzyła świąteczna sceneria z chyboczącymi na wietrze płomykami świeczek, nie tylko na niego działał przygnębiająco.

- Cześć Antek. Miło cię zobaczyć. – Nagle zza rozłożystego grabu rosnącego przy grobie matki wyłoniła się kobieca postać. Antek przyjrzał się jej uważnie, ale nie rozpoznał w jej bladej twarzy nikogo znajomego.

- Cześć. Ale… my chyba się nie znamy – wydukał niepewnie.

    W odpowiedzi dziewczyna złapała go za rękaw płaszcza i pociągnęła w swoją stronę.

-Wybaczaj, proszę - wyszeptała. – Może się zmieniłam, wydoroślałam, ale to ja, ta sama Maryla, z którą pasałeś onegdaj krowy.

- Maryla? To ty wybaczaj, ale ja znałem tylko jedną taką. Ona… - Nie dokończył, bo dziewczyna przyłożyła mu swą chłodną dłoń do ust, zatykając je, by nic nie mówił.

- Bałam się o ciebie, jak twoja matula zmarli. I szukałam cię, ale…wyprowadziłeś się gdzieś z chałupy w Świątnikach...

    Antek stał i oniemiałym wzrokiem bacznie przyglądał się dziewczynie. I starał się sobie przypomnieć, czy to naprawdę jest ona, Maryna z ich wspólnej śródleśnej łąki, gdzie pasali krowy.

    A Maryla trajkotała dalej. - Obiecałam twojej matce, że się tobą zajmę. No co? Nadal nie poznajesz? Grywałeś mi na wystruganej, z wierzbowej gałązki, fujarce.

- A tak! – Dopiero wyjaśnienie, że grał na fujarce, przywróciło mu jej obraz z nad wartkiego potoku - Przypominam sobie jak… wpadłaś do potoku, a ja?..

    I znów nie dokończył, bo Maryla zamknęła mu usta delikatnym, jak pajęcza nić, pocałunkiem.

- Opowiadaj, jak sobie radzisz bez matki? W czym mogłabym ci pomóc?

    Co za pytanie? Pewnie, że bez matki ciężko samemu żyć na tym świecie. Tyle biedy wokół, a w chałupie ani ognia nie ma kto rozpalić, ani ciepłej strawy ugotować. Chcąc nie chcąc, Antek zaczął użalać się na swój los wiejskiego drwala. A że go jakiś czas w chałupie nie było? Za lepszą pracą do sąsiedniej wsi wywędrował.

    Mówił, mówił, a Maryla słuchała, i uśmiechała się tajemniczo. Gdy opowieść skończył, odwrócił wzrok i z przestrachem dojrzał, że cmentarz opustoszał, a i jego świeczki zaczynały przygasać na grobie matki.

- Czas skończyć modlitwę – wymamrotał niepewnie.

- Musisz wracać – odezwała się wreszcie Maryla.

- Mnie się nie śpieszy. Nikt na mnie nie czeka - odpowiedział Antek.

- No to się mylisz – zaprotestowała dziewczyna. Ja czekałam na ciebie. Czekałam, żeby ci powiedzieć, co przyrzekłam przed jej śmiercią twojej matce, powtórzyła raz jeszcze, że zaopiekuję się tobą.

- Ty? Jak to ty, Maryla? – przypomniał sobie wreszcie Antek. – Skoro to ty jesteś tą dziewczyną, którą usiłowałem wyciągnąć z wartkiego nurtu strumienia to…, ty przecież nie żyjesz!..

- Ja tak, masz rację. Jestem po tej samej stronie, co twoja matka. Ale jest inna Maryla, która wodzi oczami za tobą. Odczekaj, aż minie ci żałoba i idź do niej.

    Dopiero teraz Antek poczuł przejmujący chłód, obezwładniający jego ciało. Śnił? Czy to duch był tylko? - Tej Marylki, która razem z nim w dzieciństwie pasała krowy, i której nie udało mu się uratować, gdy nieopatrznie wpadła do wartkiego strumienia?

    Stał przez chwilę, trwając w zamyśleniu. Skoro tak… i skoro matka obiecała mu, że będzie nad nim czuwać, to przecież nie może być inaczej.

    W nocy Marylka przyszła do niego raz jeszcze. Przyszła podczas snu. Ciche macki nocy pieściły ich ciała, tulili się do siebie otoczeni świetlistym kręgiem płonących świeczek, który delikatnie koił ich zranione dusze.

    Szczęśliwy sen prysnął nad ranem, gdy za oknem w jego podupadłej chacie rozbłysły pierwsze słoneczne promienie. Marylki przy nim nie było, zniknął też krąg ulotnego szczęścia, gdy byli razem. Ale… pomny jej słów, które wypowiedziała na cmentarzu, niebawem rozejrzał się po wsi, dostrzegając… inną Marylkę.

    A gdy minął mu rok obowiązkowej żałoby po śmierci matki, wziął ślub z córką kościelnego Marylą Maj i stworzyli szczęśliwą rodzinę.

 

Jan Stanisław Smalewski

 

Łąka aż do lasu

(opowiadanie zaduszkowe)

 

Aleksander GierymskiTen skrawek ziemi różnił się o tyle od innych, że leżał w wilgotnej kotlince za kilkunastohektarowym gospodarstwem rolnym i wcinając się w płaszczyznę pół uprawnych ciągnął się od samej drogi aż do lasu. Był całorocznym klinem zieleni zagospodarowywanym i uprawianym inaczej niż pozostałe grunty rolne i nazywał się łąką.

            Łąkę miał każdy, lub niemal każdy gospodarz. Stanowiła część jego ziemi uprawnej, nie była ugorem, ale też na ogół wybierana była z całości gruntów jako ten ich fragment, który najmniej nadawał się pod aktywną rolniczą uprawę.

 

            Łąki całymi latami nie zamieniało się na pole uprawne, chociaż wiadomym było, iż z czasem, gdy darń przy ziemi zrobi się zbyt gruba, a wydajność zielonej trawy zmaleje, warto ją zaorać i uprawić pod ziemniaki czy pszenicę. Warto wtedy, gdy nie leży ona na ziemi podmokłej, na której uprawy te by wygniły.

            Ta łąka właśnie na takiej ziemi rosła i jak mawiano – Bogiem, a prawdą – na nic innego się nie nadawała, jak tylko na łąkę. Stąd trzeba było specjalnych zabiegów, by jej żywot przedłużać, by wydawała nie tylko dużo trawy, ale i wartościowego siana, co w każdym większym gospodarstwie miało znaczenie o tyle duże, że nie tylko krowy tam się pasły, ale i na zimę paszę zebrać było trzeba.

Ziemię uprawiało się wtedy końmi, a koń zimą byle jakiego siana dostać nie mógł. Na tej łące rosła już wachlina i kostrzewa owcza, ale dla koni dobrze było posiać jeszcze dodatkowo rajgras i tymotkę, trawy miękkie i soczyste. Potrzeba też było zgromadzić dla nich odpowiednio dużo owsa. Koniom podawano tak zwany obrok wytwarzany z owsa i plew pszennych, no i dobre, pachnące łąką miękkie siano.

            W dużych gospodarstwach rolnych, a takie miały zazwyczaj powyżej dziesięciu hektarów uprawnej ziemi, trzymano co najmniej dwie krowy, był przy tym zwykle jakiś byczek hodowany na mięso, no i jałóweczka, która mogła z czasem zastąpić najstarszą krowę.

            Trzymano też owce, czasami kozy, i gęsi. Wszystkie te zwierzęta potrzebowały do wykarmienia traw, które stanowiły podstawę ich pożywienia. Krowy zjadały niemal każdą trawę, z wyjątkiem suchych i wyjątkowo szorstkich ostrzyc rosnących na piaskach, sitowia i trzciny łąk bagiennych. Kozy i owce nie gardziły żadnym rodzajem trawy, a gęsi wyskubywały zwykle to, czego swymi szorstkimi jęzorami nie zebrały wcześniej z łąki krowy.

            Ta łąka spełniała wszystkie te warunki, a ponadto… ciągnęła się aż do lasu. A pod lasem płynął strumień. Wiosną rosły i kwitły kaczeńce i tataraki, a latem dzikie storczyki, kukułki i inne bagienne kwiatki, które sprawiały, że o łące można było rozprawiać nie tylko w kategoriach skrawka ziemi ważnego z punktu gospodarskich potrzeb, ale i istotnej ludowej potrzeby zbioru ziół, robienia kultowych wianków, czy też wiązanek kwietnych służących do zdobienia domostw z okazji kościelnych świąt, czy dożynek.

            Ta łąka mogła na tyle być pewna swojego długiego żywota, że w dużej części leżała na terenie podmokłym, graniczyła z gospodarstwem, w jej środkowej części tkwiło niewielkie oczko wodne, wokół którego rosły gęste wikliny i fruwały ważki, a ponadto… ciągnęła się aż do lasu.

            Co roku w maju, gdy tylko zrobiło się cieplej, a trawy na tyle się zazieleniły, by można było na łąkę wygonić (od czego pochodzi wcześniejsza nazwa łąki i pastwiska – wygon) z obory krowy, łąka ożywała pełnią swego jestestwa. Najpierw pojawiały się na niej pierwsze kwiatki, stokrotki i mlecze. Potem z podwórza za krowami nad wodne oczko wędrowały gęsi i kaczki.

Nad oczkiem wodnym pojawiały się żaby, które początkowo odzywały się swym kumkaniem nieśmiało, by potem, zwłaszcza od czerwca dawać głośne letnie koncerty.

Co jeszcze można było powiedzieć o tej łące. Że tam, gdzie odcinkami palowano (wiązano na łańcuchach przy wbitych w ziemię palikach) krowy, gdzie pozostawiały one ślady swej bytności w postaci krowieńca, nie tylko rosła potem gęściejsza i bardziej zielona trawa, ale po deszczach i ciepłych letnich nocach masowo pojawiały się dorodne, białe pieczarki. Nie trzeba było chodzić aż do lasu, by do pożywienia dołączyć smaczne grzyby.

A las? No cóż, tak jak w przypadku wielu innych lasów, ten las krył swoje tajemnice. I kryje je do dzisiaj, gdyż dotąd nikt ich nie wyjaśnił. Las, który rozciągał się na lekkim wzniesieniu zwieńczonym wieżą triangulacyjną, na którą wchodziłem jako nieletni jeszcze chłopak, by z ciekawością rozglądać się po okolicy, na przestrzeni przylegającej do torów kolejowych pomiędzy Namysłowem i Sycowem skrywał kilkunastohektarowy teren ogrodzony drutem kolczastym. Kilkanaście lat po wojnie ogrodzenie zniknęło, a pusta przestrzeń trwożyła jedynie pozostałością jakiejś niedużej, zniszczonej do fundamentów budowli.

Kiedyś, gdy już byłem na tyle samodzielny, by przez tę naszą łąkę przy lesie samemu chodzić na grzyby, i kiedy odkryłem, że w głębi świerkowego zagajnika przy pagórku na którym zawsze rosły dorodne prawdziwki, znajduje się ogrodzony żerdziami cmentarzyk, zacząłem dociekać pochodzenia tych miejsc. Interesować się, kto został w tym mroku leśnym pochowany.

Ojciec niechętnie podejmował temat, by ostatecznie wyjaśnić mi, iż z tego co mu wiadomo, kiedy wraz z innymi osiedleńcami przyjechał do Ślizowa na Ziemie Zachodnie, jeden z folksdojczy powiedział mu, że w końcówce wojny mieścił się tam jeniecki obóz. Zniszczone do fundamentów mury to pozostałość wartowni, w którą prawdopodobnie trafiła bomba z samolotu. Należałoby spytać leśniczego, bo on też jest folksdojczem, czy to prawda, że na cmentarzyku leśnym przed likwidacją obozu pochowano załogę wartowni, która zginęła podczas nalotu, czy może… jakichś więźniów?

Dwie wersje latami funkcjonowały potem na ten temat. Jeden z folksdojczów mówił, że to był obóz niemiecki, a na cmentarzyku rzekomo pochowano jakichś jego więźniów. Druga wersja, leśniczego, to taka, że to był obóz radziecki, a w lesie pochowano dwóch miejscowych księży i dziewięciu innych kolaborantów przeciwstawiających się nowej władzy ludowej.

Przez wiele lat nie mogłem tego zrozumieć do końca. I mimo, że kiedyś, gdy nasza łąka połączyła się z innymi łąkami w przyleśny pas kołchozowych pastwisk, które tym różniły się od naszej prawdziwej łąki, że były tylko pastwiskiem ogólnym, na którym wszyscy mogli wypasać bydło i nikt trawy z niego nie zbierał, wraz z kilkoma kolegami pasąc krowy, przy fundamentach rozbitej wartowni odkopaliśmy skrzynie z amunicją i części do jakiejś broni, też tej ponurej tajemnicy nie wyjaśniono.

Do mojego ojca, podobnie jak do ojców innych moich kolegów, przyjechali milicjanci, którzy nakazali dać nam w skórę za grzebanie w leśnej ziemi. I wyjaśnili, że jeśli nadal będziemy interesować się tym skrawkiem lasu, który nie jest ani łąką ani pastwiskiem, może się dla nas bardzo źle to skończyć.

Byłem tam tego lata, szukałem tych starych śladów, ale ani cmentarzyka, ani tego fragmentu lasu, gdzie kiedyś stała rzekoma wartownia, już nie ma. Wycięto drzewa, wielohektarowy ugór porosły dzikie krzaki. Nie ma śladu po obozie jenieckim, ale nadal pozostała długa, ciągnąca się aż do samego lasu, nasza, o przepraszam – już nie nasza, ale nadal zielona łąka.

STANISŁAW GRABOWSKI

POMNIK. Wspomnienie

 

Jan Stępień            Spotkałem go ostatnio obok bramy miejskiego cmentarza. Sprzedawał znicze. Mocno posiwiał, ale lata nie pokonały jego barczystej sylwetki, nie odebrały mu całej młodzieńczej urody, w oczach, jak dawniej, paliły się przekorne iskierki.

            Napłynęły wspomnienia.

            Był Październik 56 roku, ważny miesiąc w naszej powojennej historii, o czym zapewne czytelnicy „Lasu Kabackiego” wiedzą ze szkoły. W kraju szło nowe, dotarło i do mojego miasteczka. Pamiętam, np. wiec na Rynku, na którym zebrali się mieszkańcy, urzędnicy i robotnicy, kolejarze, którzy z racji ciągłych podróży, byli najlepiej poinformowani. Na konnej platformie, raz po raz, stawali mówcy, nie żałowali słów krytyki. Zapamiętałem zwłaszcza jednego z nich, w cajgowym ubraniu, Steina, jak wykrzykiwał „Obiecują i nie dają!”.

 

            Sekretarz powiatowy wiadomej partii o nazwisku Mikułów, odepchnięty od zaimprowizowanej trybuny, stał blady pod ścianą budynku przedwojennego starostwa. Nikt nie chciał słuchać jego racji. Myszkując, tak jak i mój kolega Franek, pomiędzy zgromadzonymi ludźmi, dotarłem i do niego. I zobaczyłem, jak trzęsły mu się ręce. Opierał się o ścianę, jakby do niej chciał się przykleić.

            Wiec, dla nas dzieciaków, był niezwykłym przeżyciem, słowa mówców zapadały nam w pamięć.

            Jednak, co mogliśmy zrobić, by utożsamić się z tłumem, z naszymi ojcami i dziadkami? Pod ogromnymi lipami, w zmierzchającym się jesiennym ciepłym dniu, uważnie wsłuchiwali się w głos z głośnika nazywanego kołchoźnikiem.      

             Ze stolicy, z Placu Defilad, przemawiał towarzysz Wiesław, zwolniony z więzienia prosto na warszawski wiec.

            Słowa, które wówczas usłyszeliśmy, namieszały nam w głowach, ich konsekwencją była historia, które wydarzyła się kilka dni później. 

             Na początku listopada, gdy mieszkańcy wczesnym rankiem szli do pracy, zobaczyli, że w Ogrodzie Wolności, nazywanym wcześniej Ogrodem Róż, ktoś oblał czerwoną farbą postument, na którym ramię w ramię stało dwóch żołnierzy: polski i radziecki. Głowę żołnierza bratniego narodu nakrył dodatkowo wiadrem z farbą czy też minią.

            Pomnik Wdzięczności i Braterstwa, jak go nazwano, stanął w ogrodzie w 1949 roku, pisano w gazecie, że „dla uczczenia bohaterskiej Armii Czerwonej”. W ogród, przed laty, zamieniono tzw. suchą fosę. Wyżej widnieją do dziś resztki murów obronnych z XIV wieku i masywna Brama Łąkowska.

            Miejscowi milicjanci zgłupieli. Kto śmiał ugodzić w nierozerwalną przyjaźń polskiego i radzieckiego żołnierza, którzy stali na postumencie z jasnego piaskowca, kto pohańbił oswobodzicieli ojczyzny od faszystowskiej bestii?

            Sprawców wykryto bez trudu. Byli nimi... Franek i jego dwóch kolegów. Jego kolegów, czyli naszych kolegów. Wszyscy znaliśmy się od czasów przedszkola „Caritasu” przez pomyłkę nie zlikwidowanego przez władze, a następnie ze Szkoły Podstawowej nr 1 przy ulicy Pod Lipami.

            W szkole odbył się apel, na którym niegodny ucznia czyn został potępiony i napiętnowany przez dyrekcję. Widziałem siedmioklasistów, jak uśmiechali się pod sypiącym się wąsem. Oni tak nie uważali, choć nie mogli sprzeciwić się głośno kierownikowi szkoły. My, ich rówieśnicy, również nie zamierzaliśmy potępić Franka i i jego kolegów. Po cichu byliśmy z nich dumni. Zazdrościliśmy im. Taki numer wykręcić milicajom! Ależ mieli fantazję i odwagę!

            Trójki bohaterów już na apelu nie było. Zatrzymano ich w areszcie komendy powiatowej MO, a stamtąd przewieziono do milicyjnej izby dziecka, skąd trafili do poprawczaka. Całą trójką – do jednego. Trochę dziwne, że ich nie rozdzielono, nie próbowano posiać strachu: kto z nich zdradził, wyłamał się? Za głównego prowodyra uznano Franka.

             W poprawczaku przebywali aż do ukończenia szkoły podstawowej. I dopiero wtedy powrócili do miasteczka. Ale, zdaniem miejscowej władzy, ich edukacja już się zakończyła. Nie było dla nich miejsca w miejskim liceum. A że nauka poza miasteczkiem przekraczała możliwości ich rodziców... było dla nich miejsce tylko u szewca lub piekarza. I tam też zostali skierowani. A później szybko znaleziono im zajęcie, bo ciężka i prymitywna praca była wówczas traktowana przez władzę jako... kara.

            Franek był pod stałą „opieką” milicjantów z Komendy Powiatowej MO i Służby Bezpieczeństwa, ale jakoś dawał sobie radę. Nie podpadał. Wyrósł na krzepkiego mężczyznę o misiowatym usposobieniu. Kiedy ukończył naukę w piekarni i został czeladnikiem ktoś pilnował, by mu bez ceregieli wręczono wezwanie do wojska. To prawda, skierowano go do służby elitarnej, bo w Marynarce Wojennej, ale było to zamierzone. W Marynarce rekrutom nie było lekko, na dodatek służba wojskowa trwała tam nie dwa a trzy lata.

            Przystojny Franek w marynarskim mundurze ze złotym paskiem na rękawie marynarskiej bluzy, czyli w stopniu starszego marynarza, rzadko znad morza przyjeżdżał na przepustki do rodzinnego miasta.

            W czasie jednej z nich wdał się na wiejskiej zabawie w bójkę, a właściwie, jak twierdzili świadkowie, został do niej sprowokowany. Musiało go obezwładnić kilku milicjantów. Dlaczego tam tak szybko się znaleźli? Na ogół wiejskie bójki kończyły się bez udziału milicji. Zresztą, wówczas obecność pięciu milicjantów na wsi „zabitej dechami” była wydarzeniem.

            Rozprawa odbyła się przed wojskowym sądem. Że Franek skalał mundur marynarza, to nie był najważniejszy argument dla sądu. Ważniejsze było przypomnienie mu dziecięcego czynu, za który przecież odpokutował poprawczakiem!

            Jako dziesięciolatek nie mógł być zaaresztowany, teraz nadarzyła się okazja. Otrzymał karę dwóch lat więzienia, której domagał się prokurator, Choć był to jego pierwszy wyrok, sędzia nie złagodził kary, ani jej nie zawiesił.

            Po jej odbyciu Franek powrócił do domu, do matki wdowy. Ciągle właściwie niepokonany. Jednak po wyroku nie łatwo było mu znaleźć pracę w państwowym zakładzie. Innych prawie nie było w naszym miasteczku. W końcu zatrudniła go firma budowlana, choć tylko do kopania rowów.

            Ten ogromny dobroduszny mężczyzna, urodzony optymista i wesołek, raz za razem otrzymywał od władzy lekcje wychowania. Chociaż niełatwo było go złamać. Pamięć o chłopięcym wybryku zawsze szła za nim. Był traktowany w poufnych dokumentach jako „niepewny politycznie”. Ta opinia, co rusz, wykoślawiała jego życie, uniemożliwiła mu np. naukę w szkole średniej dla pracujących...

             Stałem przed skromnym stoiskiem i patrzyłem, jak Franek do foliowej torebki pakował kolorowe znicze. Robił to niezręcznie. To wyraźnie nie było jego ulubione zajęcie. Chciałem mu powiedzieć..., ale właściwie, co chciałem mu powiedzieć, co dodać do historii sprzed pięćdziesięciu lat?

            Z tyłu napierali na mnie nowi klienci.

            Bez słowa uścisnąłem mu rękę i wszedłem w cmentarną bramę, by w głównej alei zmieszać się z tłumem ludzi niosących znicze, bukiety kwiatów i doniczki z kwiatami.

            Był 1listopada – Dzień Wszystkich Świętych.

           

            Warszawa 2007

                                                                                         Stanisław Grabowski