Zygmunt Janikowski – Impresje amerykańskie

 

Jacek Durski

 

 

Miejsce urodzenia

O drugiej w nocy zamykają wszystkie tawerny w mieście, więc chcąc nie chcąc wychodzimy na ulicę i wlokąc się w stronę najbliższego przystanku autobusowego, zastanawiamy się jak długo będzie trwała nasza podróż do domu. Wypiliśmy tylko po kilka piw i Stanley jak zwykle zaczyna marudzić, że nie wziął ze sobą odpowiedniej ilości trawy, przez co od kilku już godzin fatalnie się czuje i nie jest pewny jak długo jeszcze w tym stanie wytrzyma. Ja nie mam takich pragnień. Preferuję podwójną whisky na lodzie, a jedynym miejscem gdzie nie mogę obejść się bez trawy są koncerty muzyki rockowej. Po wypaleniu jednego skręta, bez względu na to kto występuje na scenie, wszystko dookoła robi się bajecznie interesujące. Na trzeźwo nie mógłbym tego przetrzymać, więc jeszcze na długo przed zakupem biletów upewniam się czy będziemy mieli odpowiednią ilość towaru.

Wanda Nowik - Pala - opowiadania

 

 

PECH

 

Jacek Durski

 

 

            Znów dopadł go ten przeklęty pech. Pierwszy raz w życiu wziął po kryjomu samochód ojca i jak to się skończyło? Miał ważną randkę z dziewczyną, musiał zaryzykować. No i ma za swoje! Siedzi teraz w rozbitym samochodzie przeklinając pecha, a tak naprawdę to siebie i tego durnia w mercedesie, co mu zajechał drogę. Możliwe, że zbyt gwałtownie wdepnął w hamulec, ale gdyby nie to zamarznięte bajoro na środku szosy, na pewno nie wylądowałby w rowie.

Jana Stępnia miniaturki

Jan Stępień

 

Atmosfera

 

Okropna atmosfera w chacie. Kot Pyza prycha na podrzutka  Melę a pies Apo warczy na koty, bo zakłócają mu spokój, który tak bardzo lubi.

- Przecież to nie do wytrzymania  - odzywa się Maria i pyta po chwili: - Dlaczego nic nie mówisz?

- Nie wiem co powiedzieć – odpowiadam nieśmiało.

- Ty zawsze nie wiesz, co powiedzieć, gdy są ważne sprawy.

- Nie zawsze, nie zawsze!

- To wymyśl coś! – Maria podchodzi do Pyzy i chce go pogłaskać, ale kot obrażony zeskakuje ze stołu.

- Bardzo zazdrosny – mówię.

- Szkoda, że ty nie jesteś o mnie zazdrosny – słyszę głos Marii.

- Ależ jestem, Mario!

- Jakoś tego nie czuję!

- Jestem o ciebie zazdrosny metafizycznie.

-    To bądź fizycznie zazdrosny! Twoją metafizyczną zazdrość mam w nosie!

Walentyna Mikołajczyk - Trzcińska

 

Felix, pies aktorki

 

schulz obraz chlopiec z psemNazywam się Felix i wiem, że w którymś z dawnych ludzkich języków, słowo to znaczyło - szczęśliwy. I taka jest prawda. Jestem szczęśliwym psem!  Zastanawiam się natomiast dość często nad tym, co było pierwsze: czy to ja byłem od początku szczęśliwy, czy też przedtem nadane mi zostało moje piękne imię. Kłopotliwe jest to, że zupełnie nie pamiętam momentu, w którym nazwano mnie tak po raz pierwszy, bo jak daleko sięgam pamięcią - a dotyczy to moich najwcześniejszych, szczenięcych czasów - nazywano mnie Felixem. Tak zwracała się do mnie Emilia, jej obie córki, a także wszyscy ich znajomi, którzy przychodzili oglądać mnie, gdy byłem szczeniakiem i już wtedy mówili, że jestem piękny. Bo rzeczywiście - jestem piękny. Piękny i szczęśliwy. Wprawdzie nie mieszkam w dużym domu z ogrodem, pełnym pachnących nor, chaszczy i niekoszonej trawy, lecz w zwyczajnym, nowoczesnym bloku, i to na trzecim piętrze, ale Emilia i jej córki pozwalają mi nie chodzić na smyczy, nie mówiąc już o noszeniu kagańca czy kolczatki. Nie każą mi też całymi dniami przesiadywać w domu. Pozwalają natomiast wychodzić na spacer samemu i wtedy, kiedy ja tego chcę. Owszem, zdarza się, że robię im przyjemność i wychodzę na spacer razem z nimi, ale to zależy wyłącznie ode mnie. Taką swobodę każdy mądry pies potrafi docenić, więc kiedy wychodzimy razem, nigdy nie zostawiam żadnej z nich samej, nie biegnę do moich przyjaciółek czy kolegów, tylko spokojnie idę obok tej z nich, która właśnie ze mną wyszła. Po prostu chcę, żeby czuły się pewnie i wiedziały, że są pod moją opieką. Wszystkie kobiety lubią być pod opieką i powinien o tym wiedzieć każdy dorosły pies.

Jan Chruśliński

 

Złapcie go…

 

Ryszard Tomczyk         Rozdział I

     Miasteczko dyszało upalnym wrześniem, barwiło się owocami w sadach  i na straganach, ciągnących się kolorowym sznurem wzdłuż targowiska. Od Regi biegł rozprażonymi ulicami wilgotny powiew, rozpraszając między domami osłabiony odległością warkot maszyn czerpiących piasek z dna rzeki. Gmach gorzelni czerwonym monumentem wynosił się ponad bujną zieleń skweru oddzielającego go od drogi biegnącej do Drawska Pomorskiego. Oko biegło ku przeciwległemu brzegowi rzeki; nad jaśniejącą mieliznami wodą unosiła się nienazwana melodia szczęścia i radości; wibrowała pieśnią wygrywaną na akordeonie przez Edka Dulkę i śpiew dziewcząt i chłopców cieszących się swoją młodością. Gdzieś plusnęło opalone, brązowe ciało, gdzieś zabrzmiał okrzyk radosny czy przywołujący? Fale rzeki pluskały głucho o dna czerniejących smołą łodzi rybackich. Na prawo widoczny most, okraczał swoim przęsłem dwie części miasta leżące na dwóch przeciwległych brzegach rzeki. Miasto jaśniało w blaskach słonecznych promieni i strzelało w niebo ostrą, późnogotycką wieżą kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Skwer tonął wśród kwiatów i krzewów różnorakich, pogmatwanych wzajemnie gałęziami. Na ławce młoda mama wpatrzona w kolorowe pismo, poruszała rytmicznie nogą wózek z dzieckiem.