Wacław Holewiński

 

Pogrom 1905 (fragment powieści)

 

Wacław Holewiński

 

Twierdza Zegrze, inaczej niż Warszawa, dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Tak, mogli sobie mówić, że jest tchórzem, że brakuje mu odwagi, aby raz na zawsze zrobić porządek w tym podłym mieście. Jak go zresztą zrobić? Dwa, trzy wybuchy każdego dnia. Zgnietli polskie powstanie czterdzieści lat temu, a dziś szykowało się nowe, znacznie gorsze. Wtedy ganiali garstkę straceńców po lasach, teraz dziesiątki złoczyńców, nie wiedzieć czemu, było gotowych rzucać bomby.

            Był tu ledwie trzy miesiące i zdążył już przeżyć trzy zamachy na swoje życie. Pięćdziesiąt sześć lat to nie jest wiek na umieranie. Nie, stanowczo nie! Co innego regularna wojna, bitwa, tych stoczył sporo, ale tak ginąć za bezdurno? Na to nie był gotów.

            — Naplewat’[1] — rzucił sam do siebie.

            Tak, słyszał plotki, że car podjął już decyzję, żeby go odwołać, że złe głosy syczały najjaśniejszemu panu do ucha, iż jest tchórzem. Co z tego? Niech gadają, ile chcą, straconego życia nikt mu nie wróci. A przysłany tydzień temu Skałon[2]? Na razie nic się nie zmieniło w dowodzeniu Okręgiem Wojskowym. Gieorgij Antonowicz został ledwie jego zastępcą. Znali się od ćwierćwiecza, nigdy za sobą nie przepadali, ale przecież jakoś się dogadają. W końcu to on, Konstantin Kławdijewicz Maksymowicz, wciąż pozostawał warszawskim generał-gubernatorem.

            Ordynans przyniósł mu do pokoju skromne śniadanie. Zwykle jadał je samotnie. Jajka na słoninie, odrobina polędwicy, chleb. Wszystko brał oddzielnie, kroił nożem na niewielkie porcje, długo żuł, by poczuć smak. Kończył zawsze kieliszkiem czystej wódki. Skończył, rzucił serwetę na stół, wyszedł na zewnątrz. Majowe słońce mocno grzało. Kazał przyprowadzić konia. Chciał odbyć przejażdżkę zanim przyjmie żandarma Margrafskiego. Był dobrym jeźdźcem. Więcej niż dobrym. Takim musiał być w konnym pułku przybocznym monarchy, a potem będąc adiutantem w carskim orszaku. Tam byli najlepsi z najlepszych.

            Buran był pięknym, brudnokasztanowym, z białymi skarpetkami na tylnych nogach, o suchej budowie ciała ogierem achał-tekińskim, sprowadzonym specjalnie dla niego z Turkmenistanu. O wierzchowcach tej rasy krążyły wśród jeźdźców legendy, a ci, którzy mieli z nimi do czynienia, twierdzili, że to charty wśród koni. Generał dbał o niego bardziej niż o swoje kobiety. Kochał tego konia z wzajemnością. Nikomu innemu wierzchowiec nie pozwalał się dosiadać, wierzgał i stawał dęba, nawet doświadczony luzak nie potrafił go okiełznać. Kilku, którzy spróbowali, felczer musiał potem składać do kupy.

            Koń miał już założony piękny munsztuk z posrebrzanymi czankami zakończonymi gustownie zdobionymi pierścieniami, który dostał kiedyś w prezencie od cesarza Aleksandra III w dowód uznania za kampanię turecką[3]. Do tego piękne ogłowie z mocnej skóry, z krzyżującymi się na pysku konia plecionymi rzemieniami.

            Ruszył w towarzystwie pięciu oficerów jego osobistej ochrony. Musiał powstrzymywać ogiera, inaczej w ciągu paru chwil wysforowałby się daleko przed inne konie. Kilka razy zresztą tak było. Patrzącemu na niego zdawało się, że Buran kłusując, płynie w powietrzu. Niósł lekko, nie dotykając prawie nogami ziemi, z wysoko uniesioną głową i szeroko rozwartymi nozdrzami.

            Przejechali kilka kilometrów wzdłuż Narwi. Rzeka była spokojna, choć toczyła sporo wody. Rozlewała się szeroko, a wiatr powodował, że lekkie fale obijały brzegi. Wiosna buchała zielenią. Bujna, soczysta, tak mocna, że aż raziła w oczy. Przez chwilę galopowali wśród białych jak śnieg krzewów tawuły, potem wśród pylących na żółto niskich poskręcanych sosen. Lubił rośliny, które wraz z żoną pielęgnował w swoim wiejskim majątku.

            Ręką wskazał pozostałym, aby podjechać do brodu. Konie zanurzyły pyski i przez chwilę piły łapczywie. Parskały radośnie. Zawrócili.

            Generał Margrafskij czekał na niego w forcie najwyraźniej od dłuższego czasu. Andriej Nikołajewicz był wysokim, przystojnym mężczyzną. Twarz miał pokrytą ciemnym, starannie wypielęgnowanym zarostem. Jasnoniebieskie, głęboko osadzone oczy, stanowiły mocny kontrast dla opalonych policzków. Pomyślał, że taki kolor oczu mają tylko noworodki.

            Urodzili się w tym samym roku, ale miał wrażenie, że tamten wygląda znacznie młodziej od niego. Skinął mu głową, ale nie podał ręki. Miał dziwną awersję do oficerów, którzy uchodzili za polonofilów, a ten miał taką opinię. Przyjaźnił się ponoć nawet z jakąś tutejszą pisarką. Dłuższą chwilę szukał w głowie jej nazwiska. Zapolskaja? Gabrijela? No tak, i snuł jakieś brednie, które publikował na łamach „Pietierburgskich Wiedomosti”. Przypomniał sobie nawet tytuł: „Czy możliwe jest zbliżenie polsko-rosyjskie?”. Na Boga, nie było możliwe, z terrorystami się nie rozmawia, do nich się strzela albo wysyła na szubienicę.

            — Wybaczcie, generale, muszę się przebrać. Proszę za mną do gabinetu.

            — Naturalnie, ekscelencjo — żandarm uśmiechnął się.

            Nie było w tym uśmiechu żadnej pokory, próby przekonania Konstantego Kławdijewicza do własnej osoby. Nie było też żadnego lęku. Margrafskij był pewien siebie i to było widać w każdym jego ruchu.

            Rozpiął i oddał ordynansowi pas z przytroczoną do niego kaburą. Od jakiegoś czasu ani na chwilę nie rozstawał się z pistoletem. Wymagał, aby jego mauser, niemiecki pistolet, który tak polubił, był zawsze naoliwiony, gotowy do strzału. Wolał go od przydziałowego nagana, z którym miewał czasami kłopoty.

            Wskazał mu fotel, kazał siadać. Służący pomógł Margrafskiemu ściągnąć juchtowe buty. Przebierał się jeszcze, gdy zaczęli rozmawiać.

            — Proszę mówić, co pan wie — zażądał.

            — Kanalie obserwowały ekscelencję od dawna. Chcieli poznać wasze przyzwyczajenia i dokonać zamachu, gdy ekscelencja będzie jechać z Belwederu na niedzielne nabożeństwo.

            — I nikt mi o tym nie doniósł? — nie mógł się nadziwić, że tak beztrosko potraktowano życie generał-gubernatora.

            — Ekscelencjo, wszystko było pod kontrolą.

            — Jego nazwisko?

            — Dzierzbicki. Tadeusz Dzierzbicki, inżynier, socjalista. Chciał się mścić, kozacy zastrzelili jego brata.

            Jak wykształcony człowiek mógł być socjalistą? Mordercą? Nie mieściło mu się to w głowie.

            — Był sam?

            — Nie, ekscelencjo. Drugiego mamy żywego — żandarm wyciągnął z kieszeni kurtki mundurowej jakąś kartkę, spojrzał na nią.

            — Bronisław Żukowski.

            — A ten Dzierzbicki?

            — Rozerwał się na strzępy. Nie było co zbierać.

            — A przy okazji dwóch naszych ludzi.

            Znał przebieg wypadków, wiedział, że wybuch nastąpił w kawiarni i że zdemaskowanie terrorysty było dziełem przypadku, donosu jakiegoś księdza, który współpracował z ochraną, ale chciał to usłyszeć od tego, który był odpowiedzialny także za jego bezpieczeństwo.

            — To prawda, ekscelencjo. Poranił też kilkanaście innych. Nie zdążyli wyrwać mu z ręki pudła z bombą. Takie są koszty, trzeba się z tym pogodzić.

            — Pogodzić? Co macie, generale, na myśli?

            Margrafskij wzruszył ramionami. W całej Rosji codziennie wybuchały bomby, polowano na gubernatorów, ministrów, cara, dlaczego tu, w Warszawie miało być inaczej?

            — Nie da się nad wszystkim zapanować.

            To nie była rezygnacja, raczej trzeźwa ocena sytuacji. Tak, mieli w Królestwie tysiące szpicli. I co z tego? O tym zamachu, że będzie i że to na generał-gubernatora polują, też wiedzieli wcześniej. Dzięki Bogu, mieli swoich ludzi w tym PPS-ie. A i tak o wszystkim decydował ślepy los. Tylko jak to wytłumaczyć temu tchórzowi? Będzie teraz siedział w twierdzy i udawał, że rządzi?

            — To od czego tu jesteście? — Konstanty Kławdijewicz czuł, że jeszcze chwila i wybuchnie, zacznie wrzeszczeć. Starał się panować nad sobą, ale czasami nie dawał rady. Teraz też podniósł głos. — Chcę mieć, generale, w ciągu trzech dni raport.

            To i tak było za długo. Minęły przecież trzy dni. Trzy dni! Na

wojnie to cała epoka. A tu mieli przecież prawdziwą wojnę.

            — Oczywiście, ekscelencjo.

            — Ten Żukowski ma wisieć, zrozumieliście?

            Andriej Nikołajewicz popatrzył uważnie na namiestnika. W jednej chwili pojął, że dla tamtego liczy się tylko własne życie, że z nikim nie chce rozmawiać, że nie obchodzą go ani ludzie, ani kraj, którym ma zarządzać, ani nawet władza.

            — O tym zdecyduje sąd, ekscelencjo — rzucił twardo.

            Konstantin Kławdijewicz Maksymowicz, który dawno skończył się przebierać i siedział teraz naprzeciwko żandarma, wyjął ze srebrnej papierośnicy papierosa. Nie poczęstował gościa. Włożył go do ust i niezapalonego trzymał przez dłuższą chwilę. Potem wyjął i odłożył na biurko.

            — Ma wisieć — powtórzył. — Zrozumieliście?

****

 

To nie był huczny pogrzeb, ale wypadało, aby się na nim pojawiła. Nawet bez Konstantina Andriejewicza, który przekonywał, że nie powinna tam iść. Jednak uparła się, jak nigdy wcześniej. Jelizawieta Władimirowna została przypadkowo postrzelona śmiertelnie w samym centrum miasta. I nikt nie wiedział, czy zginęła od kul terrorystów, czy kozaków, którzy dali im odpór. Pech, po prostu pech. Jej mąż Dmitrij Kiriłłowicz Hurko, sprzedający dywany orientalne w składzie tuż obok wysokiego kościoła Zbawiciela, zwariował trzy dni po śmierci żony. Nie mógł się pogodzić z jej odejściem, bił się po głowie, jęczał, szlochał, a potem zapadł w dziwny stan, który przypominał śpiączkę. Leżał z otwartymi oczyma, nie reagował na nic, nie jadł, nie pił, wydawało się, że nawet nie oddycha. Lekarze tylko wzruszali ramionami. Pogrzeb spadł na ramiona matki Dmitrija Kiriłłowicza. Pół miasta mówiło o tej tragedii, o dwóch małych dziewczynkach, które pozostały bez rodziców.

            Nastasja Filipowna Jurina znała Hurków przelotnie. Ją poznała w Ogrodzie Saskim na dobroczynnej loterii fantowej. Jelizawieta Władimirowna zachęcała tam do kupna ciast, cukrów, owoców, wody sodowej i cygar. A potem stanęła koło niej podczas pokazów ogni sztucznych i chwyciła ją za rękę, gdy wystrzeliły fajerwerki. Była piękną, młodą kobietą z dołeczkami na podbródku. Rozmawiały, piły lemoniadę. Uśmiechnęła się do niej, a tamta odwzajemniła uśmiech. Rzadko kiedy czuła się tak dobrze, jak wówczas. A potem, może rok później, to był zupełny przypadek, niczego nie chciała kupić, weszła do tego sklepu i od razu ją dostrzegła. Miała wielki brzuch, może to był siódmy, może ósmy miesiąc ciąży, ale na jej widok, jakby się znały nie wiedzieć ile, szeroko rozłożyła ręce. Przywołała męża, przedstawiła ich sobie.

            Dojechała na cmentarz dorożką. Była zdecydowanie za wcześnie. Zajrzała do cerkwi Włodzimierskiej Ikony Matki Bożej. Kilka osób klęczało przed trumną. Oddaliła się, zaczęła krążyć pięknymi alejami wśród klombów wypełnionych kwiatami. Wszędzie panował nienaganny porządek. Weszła między groby. Cmentarz prawosławny nie był wielki, zapełniał się powoli, a żaden grób nie miał więcej niż siedemdziesiąt lat. Przystawała przy nagrobkach. Niektóre były luksusowe, drażniły przepychem. Czytała na głos: Ewgienij Pietrowicz Rożnow ur. 1807, zm. 1875 — generał-major Imperium Rosyjskiego od 1855 roku, gubernator płocki i warszawski w latach 1863–1866, senator. Siergiej Siergiejewicz Muchanow ur. 1833 w Starej Wołogdzie, zm. 29 maja 1897 w Przemęczanach, oficer Oddzielnego Korpusu Żandarmów, prezes Dyrekcji Warszawskich Teatrów Rządowych. Aleksandr Kazimirowicz Puzyriewski ur. 3 lutego 1845, zm. 10 maja 1904 — rosyjski generał piechoty, zastępca dowódcy Warszawskiego Okręgu Wojskowego 1901–1904. Przy tym ostatnim zatrzymała się na dłużej. Znała to nazwisko, ale dłuższą chwilę trwało zanim uświadomiła sobie, kim był nieboszczyk. To o nim godzinami opowiadał Konstantin Andriejewicz bodaj trzy lata wcześniej. Bo i było o czym. Generał miał ulubieńca, dobrze pamiętała to nazwisko, choć imienia nie była pewna. Grimm. Anatolij? Oficer sztabowy. Utalentowany, wszechstronny. To on podsunął Puzyriewskiemu plan wojny z Niemcami. Ponoć fantastyczny. A potem lawinę dokumentów. I wszyscy dali się na to nabrać. A Grimm, awansowany w międzyczasie na pułkownika, okazał się być niemieckim agentem. Generała w tysiąc dziewięćset drugim wysłano na urlop. Cała jego kariera legła w gruzach.

            Konstantin Andriejewicz, zwykle spokojny, gdy afera ujrzała światło dzienne, mówił o nim w najgorszych słowach.

            — Zdrajcy, wszędzie zdrajcy — wykrzykiwał, nie mogąc się opanować. — To dlatego przegrywamy. Nie ma Rosji, nie ma, sami zdrajcy!

            Wróciła do cerkwi. Popatrzyła na srebrne tablice z wyrytymi nazwiskami[4]. Jelizawieta Władimirowna leżała przykryta lnianym, białym suknem. Mnich i diakon czytali Psałterz.

            Uklękła przy innych kobietach i zaczęła się modlić za duszę zmarłej. Ale nagle wyobraziła sobie, że to ona tam leży, że to nie dusza tamtej, a jej przechodzi do Boga. Zgubiła się, nie miała pojęcia gdzie jest, straciła rachubę czasu. Oparła się o starszą kobietę. Nie wiedziała, co czynić, wszystko jej wirowało, o mało nie upadła. Słyszała jakieś szepty, ktoś śpiewał psalm, wydało jej się, że słyszy ujadanie psów i tętent koni. Trzymała w dłoni zapaloną świecę i niczym w jakimś dziwnym tańcu poruszała się jak inni, wypowiadała słowa, których nie rozumiała, zdawało jej się, że płynie jakąś wielką łodzią, a woda obmywa jej ciało, czyści duszę, raz wyzwala, a raz spycha na dno piekieł.

            Było jej duszno, traciła oddech. Łapała powietrze jak ryba, ale wciąż jej go brakowało. Nie wiedziała gdzie jest, przez chwilę zdawało jej się, że krąży ulicami, które tak kochała: Kiroczną, Siergiejewską, przechadza się po Woskriesszym Prospekcie, że przygląda się paradom na Polu Marsowym, że te modlitwy odbywa w cerkwi Świętego Zbawiciela na Krwi. A potem zdała sobie jednak sprawę, że to nie Petersburg, a Warszawa i zadygotała, że tak się mogła omylić.

            — Pomiłuj nas, Boże — głos kapłana docierał do niej jakby zza zasłony. — Boże duchow...

            Duchowny stał nad ciałem. Zaczęły się stichiry. Najpierw bliscy, a potem wszyscy zgromadzeni żegnali pocałunkiem zmarłą. Ją też poniosła fala ludzka. I też się pochyliła.

            — Woskresyj iz miertwych Chrystus Istinnyj Bog nasz — kapłan kończył. A potem jeszcze — Wiecznaja pamiat’.

            Jak inni, wykonała trzy pokłony i zobaczyła, jak tekst modlitwy wsuwany jest w prawą dłoń Jelizawiety.

            Była na zewnątrz cerkwi. Ostre słońce na chwilę ją otrzeźwiło, przywróciło jasność myśli.

            Wyniesiono trumnę, uformował się kondukt. Kapłan i chór śpiewali Trysagijon i Ojcze nasz. Ominęli pierwszą część cmentarza, tuż przy cerkwi, gdzie chowano duchownych, oficerów, wysokich urzędników oraz kawalerów Orderu Świętego Jerzego. Zatrzymali się na drugiej, mniej prestiżowej, przeznaczonej dla niższych oficerów, kupców i urzędników. Doszli do grobu. Dopiero teraz dostrzegła dwie małe dziewczynki, trzymane za ręce przez jakąś starszą, ospowatą damę. Domyśliła się, że to ich babka, matka Dmitrija Kiriłłowicza. Starsza miała może pięć, młodsza trzy lata. Nie więcej. Były roztrzęsione, zapłakane, wyrywały się ku trumnie. Kobieta co chwilę musiała je uspokajać.

            W czasie opuszczania trumny do grobu odprawiono krótką litiję.

            — Gospodnia ziemla i ispołnienije jeja, wsielennaja i wsi żywuszczyi na niej — duchowny uczynił znak krzyża i sypnął do grobu popiół z kadzielnicy.

            Czterech mężczyzn uformowało mogiłę, wbito weń krzyż, który kapłan jeszcze poświęcił.

            Stała i nie mogła oderwać wzroku od dzieci. Nagle zdała sobie sprawę, że ma żal do Boga, iż nie obdarował jej tym szczęściem, że pozbawił ją macierzyństwa. Czuła, że płyną jej po policzkach łzy i w żaden sposób nie była w stanie się opanować.

            Ktoś ją potrącił, potem jeszcze ktoś. Uświadomiła sobie, że tarasuje przejście, że trudno ją ominąć. Odchyliła woalkę z kapelusza, otarła jedwabną chustką łzy i powoli, jakby na przekór tym, którzy już odchodzili, zaczęła się zbliżać do grobu. Podeszła do dziewczynek, chciała je przytulić, powiedzieć jakieś słowo pocieszenia, ale tylko niezdarnie je przygarnęła. Ich babka popatrzyła na nią uważnie i nie zważając na łzy, które wciąż im ciekły po twarzyczkach, pociągnęła za sobą.

            Nastasja Filipowna odczekała, aż wszyscy odejdą. Nie wiedziała, co ze sobą robić. Nie bała się śmierci, odwrotnie, czasami chciała umrzeć, miała poczucie, że niewiele osób by po niej zapłakało. Była tak strasznie zmęczona. Szła do wyjścia, ledwo stawiając nogę za nogą, i dotarło do niej, że nadchodzi starość i że już nigdy nie będzie lepiej. Że umrze w tym mieście, że pewnie pochowają ją na tym cmentarzu, a wokół nie będzie ani jednej mogiły z przyjazną duszą.

            Ale przecież wiedziała, że co innego umrzeć tak po prostu, wyspowiadawszy się, z ostatnim namaszczeniem, a co innego być rozerwanym na strzępy wybuchem bomby albo paść jak Jelizawieta Władimirowna na ulicy z przypadkowym pociskiem w piersi. Szła i szła, nie wiedzieć czemu nie wołając dorożki. Minął ją wysoki, przystojny brunet o przystrzyżonej brodzie i po rajtarsku sterczących wąsach. Rzadko zwracała uwagę na mężczyzn, niczego już od nich nie oczekiwała, a jednak za tym się obróciła i na chwilę, bo on uczynił to samo, ich spojrzenia się skrzyżowały. Więc pospiesznie, aby nie być posądzoną o jakiekolwiek zamiary, ruszyła przed siebie i zdało jej się, że mężczyzna za nią woła tubalnym głosem, że czegoś od niej chce, i czuła, jak pot ją oblewa, jak robi się jej coraz goręcej, jak serce podchodzi do gardła. Potknęła się na kocich łbach i mało nie przewróciła na hałdę brudnego piachu. Usłyszała śmiech robotników, którzy po polsku, patrząc na nią, przeklinali Rosjan. Mieli tłuste, obrzydliwe gęby, w których nie dostrzegła nawet odrobiny współczucia. Nie wiedziała, jakim cudem dotarła do miasta.

Po chodniku szli w pośpiechu przechodnie, a ona czuła się skrajnie wyczerpana. Weszła do cukierni Botta. Garson był Niemcem, ale nic jej to nie przeszkadzało. Musiała się napić. Natychmiast. Czuła tak straszną suchość w gardle, jak chyba nigdy wcześniej. Zamówiła wodę słodzoną miodem. Wypiła duszkiem i od razu zrobiło jej się lepiej. Rozejrzała się dookoła. Nikt nie mówił tu po rosyjsku. Zapłaciła piętnaście kopiejek, wyszła na zewnątrz. Poczuła, że ktoś spogląda na nią z góry, ale to był tylko miejscowy poeta Mickiewicz, stojący na wysokim cokole. Odważnie spojrzała na niego, potem podeszła, po siedmiu stopniach dotarła pod samą tablicę i gdy nikt nie widział, odchyliła woalkę i plunęła. Odetchnęła, coś z niej spłynęło. Uśmiechnęła się sama do siebie.

            O dziwo, Konstantin Andriejewicz był w domu. Wyszedł do przedpokoju, gdy usłyszał mechaniczny dzwonek.

            Przylgnęła do niego z całych sił, a on, zdziwiony, ale i w jakiś sposób pobudzony, objął ją ramieniem, a potem dłonią uniósł jej twarz do góry.

            — Nasteńka — od lat tak do niej nie mówił. — Tyle czasu... Gdzieś ty była?

______________________________

*Powieść będzie miała swoją premierę 23 kwietnia, wieczór promocyjny w Warszawie 26 kwietnia o godzinie 19 w Bibliotece Narodowej, Pl. Krasińskich. Wstęp wolny

 

[1]          Naplewat’ (ros.) — wszystko jedno, nic mnie to nie obchodzi.

[2]          Gieorgij Antonowicz Skałon (ros. Георгий Антонович Скалон , ur. 24 październi-

            ka 1847 w Petersburgu, zm. 1 lutego 1914 w Warszawie) — rosyjski wojskowy, generał

            kawalerii, generał-gubernator warszawski i głównodowodzący wojsk Warszawskiego Okręgu Wojskowego w latach 1905–1914.

[3]          Rosja toczyła z Turcją wojnę w latach 1878–1879.

[4]          Na tablicach z rozkazu cara Mikołaja I wyryto nazwiska poległych w tym miejscu podczas powstania 1831 roku.

 

Mirosław Prandota

 

ŁAŃCUCH KRWI

 

Ryszard Tomczyk

 

 

 Nastał wieczór.
Kierownik Kozakow sprawdził przed kwadransem wszystkie posterunki, rozstawione wokół ratusza. Wprawdzie nie obawiał się jakiegoś napadu  na doskonale zabezpieczony budynek, ale przecież wojna  jeszcze  trwa i człowiek powinien liczyć się nawet z tym, co  podsuwa wyobraźnia, a Kozakowa nigdy nie opuszczało poczucie zagrożenia.

Nie czuł się dobrze w roli, w jakiej obsadzili go przełożeni.
Chodził do polskiej szkoły na Białorusi i zbyt dobrze znał Polaków,  aby  nie wiedzieć, jakie trudności czekają go na drodze do zaprowadzenia  porządku w powiecie. Najbardziej jednak wiązał mu ręce kompletny brak dyrektyw w sprawie aresztowanych. Jego zadaniem było w każdym przypadku szczegółowe przesłuchiwanie zatrzymanych  odnośnie  działalności w okresie okupacji, napisanie raportu w tej sprawie i trzymanie człowieka pod kluczem „do wyjaśnienia”.  Zwrot  „do  wyjaśnienia”  oznaczał, że przyjedzie ktoś ważniejszy  od  Kozakowa i albo zabierze sobie człowieka do siebie, albo też wysłucha raportu, wzruszy ramionami i wyjedzie bez żadnych instrukcji co do losu zatrzymanych. 

 

czytaj całość>>

Zygmunt Janikowski - Za późno urodzeni

 

Filip Wrocławski

 

Wychowałem się pod miedzianymi dachami średniowiecznego miasta, gdzie Dzwon Zygmunt symbolizuje wielkość potężnego niegdyś mocarstwa. Chociaż dni chwały bezpowrotnie minęły i rozliczne klęski przeszły przez cały ten region, nawet ta ostatna, najbardziej barbarzyńska wojna w historii, nie naruszyła wspaniałej architektury miasta. Zołnierze z inskrypcją ”Gott mit uns” na klamrach pasków i znakami Totenkopft na czapkach, wysadzili tylko most na rzece i odeszli na zachód. Ci co przyszli po nich, wybudowali most drewniany, który zostanie w mojej pamięci do końca życia, gdyż przejście przez to olbrzymie monstrum było dla mnie torturą.Trzymając się kurczowo matczynej dłoni, ze strachem przeskakiwałem po deskach przejścia dla pieszych z myślą która z nich załamie się pierwsza. W szerokich szczelinach widziałem gigantyczną przestrzeń, kończącą się daleko nad powierzchnią ciemnej wody. Pomimo potwornego uczucia strachu, nigdy o tym matce nie powiedziałem. Nie pamiętam kiedy wybudowano nowy most.

W wieku siedmiu lat rodzice posłali mnie do szkoły. W gronie pięćdziesięciu chłopców z naszej klasy znalazło się kilku niepełnosprawnych uczniów z wrodzonymi wadami. Był wśród nich również obłąkany Hamlet, który mamrotał pod nosem tajemnicze monologi, w czasie gdy wszyscy inni skrobali w zeszytach swoje pierwsze litery. Nasz nauczyciel, pomimo że patrzył groźnym okiem na każde naruszenie dyscypliny, zupełnie nie reagował na zachowanie chłopca, który mówił sam do siebie i czasami wychodził ze swojej ławki, żeby pospacerować po klasie. Nieszczęsnego Hamleta przeniesiono do innej szkoły po tygodniu nauki. Nie przypominam sobie, żeby ktoś z nas żartował lub wyśmiewał się z ułomnych kolegów. Niedawno zakończona wojna sprawiła, że byliśmy przyzwyczajeni do widoku różnego rodzaju schorzeń i kalectw. Koszmarny czas okupacji minął jak koszmarny sen. Niektórzy z nas mieli dużo szczęścia. Urodzili się za późno na zastrzyk z fenolu.

1992

                                                       Nie wystarczy umrzeć

                                                        (powieść kryminalna)

                                                               Rozdział II

Tych kilka godzin spędzonych w samolocie nigdy nie było dla Eryka straconych. Podróżował dużo i wyzbył się lęku latania na dużych wysokościach. Podróż stała się dla niego formą rutyny. Kiedy zajął już swoje miejsce w samolocie i po wystartowaniu znaleźli się na wyznaczonym kursie, mógł spokojnie i bez przeszkód pogrążyć się w kontemplacji lub wspomnieniach. Wiele razy przypominał mu się jeden z pierwszych lotów w jego życiu. Miał wtedy czternaście lat. Razem z matką, która w tym czasie była młodą i wyjątkowo piękną kobietą, spędził dwa tygodnie wakacji w Rzymie. Historia i geografia były jego ulubionymi przedmiotami w szkole. W drodze powrotnej nie mógł oderwać wzroku od okna samolotu. Zarys zachodniego wybrzeża Półwyspu Apenińskiego wyglądał dokładnie jak na mapie z atlasu geograficznego. W oddali na horyzoncie, widoczny był łańcuch Alp ze śnieżnymi szczytami. Jednocześnie na dole, pod skrzydłami samolotu, mógł odróżnić pojedyncze domy, samochody na drogach a nawet samotne drzewa. Ten zadziwiający widok pozostał przy nim na zawsze.

Poza zwiedzaniem zabytków, pobyt w Rzymie pozostawił jeszcze jeden trwały ślad w pamięci Eryka.

Zupełnie niespodziewanie pojawił się w mieście kuzyn Tom. Po rozmowie telefonicznej z matką, Tom zarezerwował sobie pokój w hotelu gdzie mieszkali już od tygodnia i zapowiedział swój przyjazd z Genewy na następny dzień. Matka przyjęła tę wiadomość obojętnie, ale po pewnym czasie Eryk zauważył, że była bardzo zadowolona. Opanował ją dobry humor i była dla niego wyjątkowo dobra, gotowa spełnić każde jego życzenie. Całe popołudnie spacerowali po wąskich uliczkach Rzymu, a wieczorem dość długo siedzieli na tarasie restauracji pod Panteonem. Eryk dostał na deser duże lody,

a matka wypiła lampkę czerwonego wina. Gdy wrócili do hotelu spędziła więcej czasu niż zwykle przed lustrem, z uwagą przyglądając się swojej twarzy. Na drugi dzień przyleciał kuzyn Tom. Zamieszkał w tym samym hotelu o dwa piętra wyżej i przez następne kilka dni towarzyszył im w zwiedzaniu miasta. Ponieważ większość rzymskich atrakcji widzieli już wcześniej, odwiedzali mniej znane miejsca. Dużo czasu spędzali w restauracjach i kawiarniach. Matka zajęta była całkowicie kuzynem Tomem i Eryk czuł się zupełnie opuszczony. Nigdy przedtem nie doznał takiego uczucia.

Podczas jednego ze spacerów zauważył, że Tom zbliżył się wyjątkowo blisko do jego matki. Zbyt blisko, żeby uznać to za zwykły przypadek, ale po przemyśleniu doszedł do przekonania, że wśród członków rodziny zdarzają się czasami tego rodzaju czułości. Niemniej jednak od tego momentu, w sposób dyskretny, żeby nie wzbudzić podejrzeń, zaczął obserwować ich zachowanie. Ta sytuacja wprowadziła go w stan przyjemnego podekscytowania. Na dwa dni przed wyjazdem odwiedzili mało uczęszczane przez turystów Muzeo del Palazzo di Venezia. Byli jedynymi osobami w środku. Muzeum było zupełnie puste. Kogo w Rzymie interesuje kilka obrazów z czternastego wieku, małe brązowe rzeźby, drobne przedmioty z kości słoniowej, złota, srebra i porcelany, w czasie kiedy wszyscy podziwiają potęgę Cesarstwa Rzymskiego i Watykanu? Po godzinnym oglądaniu eksponatów dotarli do ostatnich sal muzeum, które były istnym labiryntem utworzonym z wysokich szklanych gablot. Eryk zatrzymał się przy jednej z nich, udając że jest czymś bardzo zainteresowany. W tym samym czasie kuzyn Tom szeptał coś do ucha matki i czule pocałował ją w szyję. Matka uśmiechnęła się, kiwnęła głową jak gdyby na zgodę i lekko trąciła Toma w ramię. Kuzn Tom położył dłoń na jej brzuchu i powoli przesunął...

-Kawa czy soda? - zapytała głośno sewardesa, pochylając się w stronę Eryka.

Eryk otrząsnął się ze wspomnień.

-Proszę kawę.

-Już podaję - odpowiedziała sewardesa.

-Bez cukru – dodał Eryk.

 

Odruchowo popatrzył na zegarek. Zostało dwie godziny lotu. Jeszcze nigdy nie cieszył się z powrotu do domu tak jak dzisiaj. Obiecywał sobie, że za żadną cenę do dżungli już nie powróci. Życie w chatce z patyków zmęczyło go do ostateczności. Prowadził prace naukowe przez kilka lat. Zdobył sobie zaufanie miejscowych szamanów, którzy wtajemniczyli go w najskrytsze tajemnice obrzędów. Przesłał tony materiałów naukowych i eksponatów dla zbiorów uniwersyteckich. Opublikował kilkanaście artykułów w naukowych periodykach. To wystarczy. Przez całe lata zafascynowany był swoją pracą. Teraz poczuł się bardzo zmęczony. Nawet podróże samolotem stały się coraz bardziej uciążliwe. To ciągłe czekanie

w kolejce, sprawdzanie biletów, dokumentów, deklaracji celnych i rutynowe już zdejmowanie butów, nie było zbyt przyjemne. Wspominał stare, dobre czasy, kiedy do samolotu wsiadało się jak do miejskiego autobusu. Nikt niczego dokładnie nie sprawdzał. Wystarczyło okazać bilet i paszport. Wysyłane na adres uniwersytetu kufry mało kiedy ktoś otwierał. Dzięki temu Eryk często korzystał z okazji przemycenia do kraju rzeczy, które mogły postawić go dzisiaj w bardzo kłopotliwej sytuacji. Zartował, że gdyby tylko chciał, to mógłby przemycić w częściach cały czołg. Czasy się zmieniły, ale i on zmienił się również. Był znużony prymitywnym życiem w dżungli, obrzędami religijnymi i zwyczajowymi, cudownymi uzdrowieniami i plemiennymi sporami. A na dokładkę ten klimat! Zabójczy klimat tropikalnej dżungli. Nie! Nigdy więcej!

Przyszło mu na myśl gustownie urządzone mieszkanie Susan. Białe ściany z kolekcją impresjonistycznych obrazów. Starannie odrestaurowane antyczne meble i pod oknami rzędy kwiatów w całej gamie zieleni, od ciemnej, poprzez oliwkową, aż do bladożółtej. Kilka różnej wielkości lamp w stylu Tiffaniego wprowadzało ciepły, przyjemny nastrój. Do tego trzeba dołożyć dwie lub trzy świeczki w kolorowych słoiczkach na stoliku do kawy i   dwudziesty szósty koncert fortepianowy Mozarta w tle.

Eryk zawsze szanował, a czasami nawet podziwiał ludzi żyjących w tropikach, ale jak na razie nie zamierzał do nich powrócić. W tej chwili, oprócz spotkania z Susan, jedyną rzeczą której pragnął, było iść na mecz Seahawks, wypić piwo i krzyczeć wraz z innymi na całe gardło: De-Fence, De-Fence, De-Fence...

Wyjrzał przez okno i odszukał wzrokiem sterczący ponad chmurami wulkaniczny stożek Mt. Rainera.

Ten olbrzymi wulkan oglądany z ziemi, robi na każdym tak wielkie wrażenie, że Eryk nie dziwił się ludziom pierwotnym, że mogli modlić się do jakiejś tam olbrzymiej góry. Dzisiaj Mt. Rainer jest rodzajem drogowskazu, mówiącego o zbliżającym się za kilkanaście minut lądowaniu.

Jak zwykle przed samym lądowaniem w samolocie zamilkły wszelkie rozmowy, jakby ludzie obawiali się, że coś niedobrego może się za chwilę wydarzyć. Lecieli w kompletnej ciszy, aż Eryk poczuł łagodne uderzenie kół o powierzchnię pasa startowego i kiedy już wylądowali, w samolocie zapanował gwar jak w wypełnionej po brzegi tawernie. Padał deszcz.

W porównaniu z innymi lotniskami w dużych miastach, lotnisko w Seattle jest niewielkie, mało kiedy przepełnione ludźmi i łatwe do poruszania się zarówno dla tych, którzy przylatują jak i tych, którzy odlatują z miasta. Po załatwieniu formalności w urzędzie celnym i paszportowym, Eryk udał się w kierunku głównego holu, gdzie spodziewał się spotkać kuzyna Toma, który zawsze przy takich okazjach przyjeżdżał zabrać go z lotniska. Tom miał już siedemdziesiąt pięć lat, ale cieszył się jeszcze dobrym zdrowiem. Z powodzeniem mógł prowadzić samochód, a co najważniejsze, w czasie długich nieobecności Eryka opiekować się jego domostwem. Nie wymagało to dużej pracy. Wystarczyło co kilka dni sprawdzić czy wszystko jest w należytym porządku, przejrzeć pocztę i raz na dwa tygodnie przypilnować wynajętych do obcinania trawy ludzi. Pomimo że Eryk chciał mu zapłacić za tę przysługę, Tom zawsze odmawiał. Miał dobrą emeryturę i swoje własne komfortowe mieszkanie w centrum miasta. Eryk wiedział od dawna, że Tom zajmuje się jego sprawami ze względu na dawną znajomość z matką. Był zresztą jedyną osobą, poza nim samym, która regularnie odwiedzała i dbała o utrzymanie grobu jego tragicznie zmarłej matki.

Dom Eryka, a właściwie posiadłość do której dochodziło kilkanaście akrów ziemi, oddalony był około godziny drogi od miasta. Wybudowany w tysiąc dziewięćset dwunastym roku, był główną siedzibą rodu, zajmującego się produkcją wina we wschodniej części stanu Washington. Eryk odziedziczył całość majątku dziesięć lat temu. Po śmierci ojca nie był zainteresowany produkcją wina i wydzierżawił winnicę dalekiej rodzinie. Pozwalało mu to na prowadzenie w miarę wygodnego trybu życia, gdyż uniwersytecka pensja była dla niego zbyt mała, żeby zaspokoić wszystkie jego potrzeby. W przeszłości kilka razy myślał o sprzedaniu swoich posiadłości, ale teraz cieszył się, że tego nie zrobił. Dlatego doceniał uczynność Toma, który przez kilka lat pomagał mu utrzymać w posiadaniu majątek. Znalazł też zawsze czas, żeby zawieźć go na lotnisko lub przywieźć z powrotem do domu, kiedy tylko o to poprosił. Po odebraniu swoich bagaży, Eric wszedł do głównwgo holu i skierował się na umówione miejsce, gdzie na ławce przy oknie siedział Tom. Z głową opartą o ścianę, wyglądał jakby spał.

-Na pewno siedzi już tutaj od dwóch lub trzech godzin – pomyślał Eryk.

Wymienili kilka kurtuazyjnych zwrotów powitania, po czym wyjechali eskalatorem na poziom wejścia do garażu i za chwilę byli już przy samochodzie Toma, starym lecz utrzymanym w idealnym stanie Cadillacu. W drodze z lotniska do domu samochód zawsze prowadzil Eryk. Było zimno i padał deszcz. Jechali w milczeniu.

 

 

 

Stanisław Grabowski

 

VIVAT, CRESCAT, FLÓREAT!

Jubileusz Franciszka Maśluszczaka

 

Franciszek Maśluszczak

 

                …i ja tam byłem. I wino piłem. A miód spijałem ze słów tych, którzy z okazji Franciszkowego jubileuszu siedemdziesięciolecia zabierali głos. Lał się na serce Franciszka. Należy mu się należy, zasłużył na niego. Siedemdziesiątka to taka liczba, od której zaczynają się schody. Schody do sławy, albo do piekła. Wielkiemu artyście wszystko jedno. Dzieła, które stworzył, nikt już mu nie odbierze. Przebył, dosłownie i w przenośni, swoją Via Dolores. Pozostanie w encyklopediach, czy w Wikipedii. Tylko czas pokaże, czy zmonumentalizuje się czy też docenią go kolejne pokolenia. My współcześni – prosimy o więcej!

           Mistrz Franciszek swoją ogromną wiarą w moc sztuki, nadto swoją młodzieńczą naiwnością (szczerą i bezinteresowną), w jej niesłychanie ważną rolę, zasłużył na pochwały, na piedestał, choć strach mu o tym wspominać. Jednak prawdziwym mistrzom, autorytetom, tym, którzy innym przecierają szlaki, należą się pomniki. Stawiajmy je najwybitniejszym artystom, naukowcom, wynalazcom; nie stawiajmy politykom, gdyż ich przyszłość jest zazwyczaj niepewna, pomysły na życie mają często wtórne lub przyklaskuje im na ogół niewielka grupa klakierów.

            Tylko sztuka ma szansę docierać do wszystkich, czyli trafiać i pod przysłowiowe strzechy. Sztuka u największych zawsze pozostaje niedocieczona, pełna tajemnic, wielowątkowa i metaforyczna, nie poddaje się komercji, uzurpuje sobie wszelakie prawa do wolności. Czyż u jej źródła nie stał na przykład boski Orfeusz (określenie K.K. Baczyńskiego)?

            Dlatego 22 marca br. w warszawskiej Ursynotece-Muzeum przy ul. Barwnej 8, w gronie Jego przyjaciół i miłośników jego sztuki, z satysfakcją obchodziliśmy jubileusz Franciszka Maśluszczaka malarza, rysownika, ilustratora. Była to, poza wszystkim, okazja do chwili refleksji, do próby spojrzenia z łezką na chłopca, któremu zamarzyły się studia na warszawskiej ASP, nie zatrwożyły go ani profesorskie nazwiska, ani nazwiska sławnych absolwentów. Po prostu Franciszek, powtórzmy, od zawsze wierzył, z chłopięcą i niezachwianą wiarą, że podoła akademickim wymaganiom; ba, stworzy swój własny styl, swoimi słowami opowie świat i przekona niedowiarków, że żyć to znaczy tworzyć.

            Zejdźmy z cokołu, z którego niezręcznie przemawiać, i przypomnijmy, że Franciszek Maśluszczak  urodził się 21 stycznia 1948 roku w Kotlicach k. Zamościa. Po ukończeniu Liceum Plastycznego w Zamościu studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał w 1974 roku. Skończywszy akademię, nie zerwał już ze stolicą. Przed prawie 40 laty zamieszkał na nowopowstającym osiedlu w części południowej stołecznego miasta – Ursynowie. Tu, można rzec, okrzepł artystycznie, wrósł w środowisko plastyków, mocno związał swoją twórczość z Dzielnicą, przykładem jakże wymownym Droga Krzyżowa, w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, której jest autorem.

            Maśluszczak to artysta znany i rozpoznawalny, był wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą m.st. Warszawy, nie decydujemy się by zaprezentować wszystkie wyróżnienia, jakie otrzymał. To wymaga osobnej publikacji. Także wymienić wystawy zbiorowe i indywidualne, na których prezentował swoje dzieło, przekracza ramy, jakie sobie zakreśliliśmy. W każdym razie można napisać, że był i jest obecny na wszystkich kontynentach. Także jego malarstwo, rysunki i grafika znajduje się w wielu szacownych galeriach i muzeach, zdobi ponadto wiele ważnych instytucji. „Maśluszczaki” obecne są także w licznych kolekcjach prywatnych, ciągle poszukiwane i adorowane. Są dumą ich posiadaczy. Ważne uzupełnienie jego obecności w przestrzeni publicznej to ilustracje do książek zarówno dla dorosłych, jak i dla najmłodszych czytelników. Od dziesiątków lat zaznacza swoją artystyczną obecność w prasie. Jest też bohaterem kilku filmów dokumentalnych, ale, naszym zdaniem, ten najważniejszy film o Artyście jeszcze nie powstał, boć jego sztuka stale się rozwija, a na dodatek twórca ma nam tyle do powiedzenia, i to z wielką gawędziarską swadą, że tylko włączyć magnetofon i słuchać go i słuchać.

            Franciszek Maśluszczak uczestniczy w plenerach malarskich oraz wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Odbywa podróże artystyczne. Posługuje się perfekcyjnie różnymi technikami malarskimi. Długie lata był wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

            Dyskretną, ale bardzo ważną częścią jego biografii jest udział w wielu akcjach charytatywnych, konkretna pomoc niesiona potrzebującym. Zawsze gotów jest poświęcić się celom szlachetnym, za co został wielokrotnie uhonorowany. Franciszek Maśluszczak pamięta także o tych z jego środowiska artystycznego, którzy z różnych względów potrzebują materialnej pomocy lub duchowego wsparcia.

            Z pewnością jest tytanem pracy, którego nie zawodzi artystyczna intuicja, talent i smak. Stworzył na wskroś własny świat, własne i oryginalne dzieło sztuki, pod którym mogliby się podpisać najwięksi. Głównym elementem jego kompozycji jest i pozostaje człowiek. Maluje też pejzaże, architekturę i lasy, unika jedynie martwych natur. Popiera instalacje, happeningi i inne eksperymenty artystyczne.

            Jest na warszawskim Ursynowie osobą bodaj najbardziej popularną i szanowaną. Przy całej swej wielkości kimś niezwykle skromnym i serdecznym, ciepłym. Zna go nie tylko świat plastyków, ale i środowisko literackie, teatralne czy muzyczne, wydawnictwa i redakcje. Często bywa obecny na wernisażach czy na spotkaniach autorskich przyjaciół, również w telewizji i w radiu. Jest barwną postacią przeróżnych spotkań towarzyskich. Umie nachylić się nad każdym kogo spotka na swej drodze i wysłuchać go, wspomóc czy pocieszyć jeśli tylko jest taka potrzeba.

            Na pewno Ursynów może się chwalić tym nietuzinkowym artystą nie tylko w kraju, ale i za granicą, to ikona Dzielnicy, jego znakomita wizytówka. Bo wiemy, że „naszym panem malarzem”, jest od dziesiątków lat dla mieszkańców niewielkiej miejscowości na Mazowszu – Cegłowa.

            Należy też koniecznie pamiętać, że jego Muzą i jednocześnie Aniołem Stróżem jest ukochana żona Basia, bez której trudno sobie wyobrazić żywot Artysty tak dynamicznego i wielostronnego jak Franciszek Maśluszczak. A „oczkiem w głowie” oczywiście ukochana wnuczka Julia.

            Wracając do jego twórczości, pochylało się nad nią wielu znakomitych krytyków, znawców sztuki, ale na początek chciałbym przypomnieć fragment z pierwszej książki o artyście, autorstwa Czesława Mirosława Szczepaniaka: „Świat Franciszka Maśluszczaka jest wykluty z półbaśni. Tkwi między jawą a słodkim snem. Jest bardzo liryczny i zadumany nieco. Osnowę życia nicuje snem jak tylko umie. Wie, że życie nachalnie podcina wszystko, co osobiste i skrzydlate. W swej brzydocie zawiera okruchy piękna. Deformuje rzeczywistość, żeby ocalić, to co się znijacza. Bohaterowie Jego rysunków i obrazów są jak dorosłe dzieci. Wcale tego nie ukrywa, że dopokąd żyjemy, to majaczy w nas dzieciństwo i młodość. Franciszek nie gloryfikuje realizmu i fotografii. Jest po stronie ułomności człowieka. Pochwala radość tworzenia. Kocha ten ziemski padół i ludzkie próby odlotów w inne wymiary. Nie estetyzuje życia za wszelką cenę. Jest radosny w smutku. Lubi sobie stroić żarty nie byle jakie. Wie, że na dnie śmiechu jest ludzka łza. Proponuje pewnego rodzaju żart sytuacyjny. Stąd też ludzie w jego płótnach są w ciągłej wędrówce. Trzymają się kijków, laseczek, kosturów, kul, szczudeł. Dźwigają na plecach tobołki albo motykę z końską podkową. Na nogach mają krople rosy i ziarna ziemi. Malarstwo Maśluszczaka jest śliczne i nostalgiczne. Umie myśleć poezją!”.

            Oniryczne i pełne magii malarstwo Maśluszczaka jest wyzwaniem dla wielu, zwłaszcza dla tych, których cieszy kolor, ulegają liryce, kochają szaleńców; Rosjanie nazywają ich jurodiwymi, i jest to wieloznaczne słowo.

            W każdym mieszkaniu, czy biurowym pomieszczeniu, zawieszony obraz czy rysunek autorstwa Franciszka Maśluszczaka, choćby wycięty z gazety lub skopiowany z Internetu, to radość, to struga ciepła, powrót do marzeń, do dzieciństwa, do czasów niewinności, kiedy każda  ł ą k a  była nam  r a j e m,  kiedy nie wiedzieliśmy, iż przyjdzie nam go utracić. Spoglądając jednak na obrazy Franciszka wydaje się, że nie wszystko zostało stracone, że  r a j  istnieje, tylko droga do niego jest dłuższa, wymaga wyrzeczeń. Ale czy możemy z niej zrezygnować, kuśtykając choćby przy kijaszku? Artysta całym swoim dziełem podpowiada nam, że nie wolno tego czynić, że dopóki trwa nasza  w ę d r ó w k a  zawsze jest z nami nadzieja.        

            Od wielu lat, doceniając artyzm Maśluszczaka, zastanawiając się też nad istotą jego sztuki, „popełniłem” kilka tekstów o poetyckim charakterze związanych z artystą. Jeden z nich na dowód załączam:

                       

                        Pędzlem ostrym jak skalpel

                        Nacina nasze ciała,
                        Skórę wywraca na nice.

 

                        Pod światło

                        Bada barwę tej krwi,

                        Co z rany spływa.

 

                        Krew to jest rzeka,

                        Wędruje gdzie chce,

                        Zalewa pola i łąki

 

                        Naszej wyobraźni.

                        I nagle na płótnie

                        Czerwony mak cię powitał.

 

                        Pochwycić go pragniesz,

                        Zmiażdżyć, by wiedzieć,

                        Że nie jest martwy.

 

             

             GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY

 

            Rozwiązania kolorystyczne Maśluszczaka, czyli to co w obrazie najważniejsze, są niezwykle bogate i wytworne zarazem. Tej gry drobnych, dźwięcznych plamek barwnych mogą mu pozazdrościć najbieglejsi nawet postimpresjoniści. Lecz sztuka, płynąca z mechanicznego, gdyż wrażeniowego tylko sprzężenia „oko-ręka” Maśluszczakowi nie wystarcza. On chce mówić. I mówi. Również przez właściwą sferze sacrum świetność i świetlistość koloru, lecz nie tylko. Mówi metaforą i symboliką, pozostawiając jednak ostateczną interpretację swych obrazów odbiorcy, gdyż wie, że niektóre znaczenia są zrozumiałe jedynie dla autora, który ze swej strony nie może zapanować nad osobistymi skojarzeniami odbiorców, choć może je ewokować. W pewnym przynajmniej stopniu. Mówi też poprzez strój – jego postaci noszą skrojone dla nich przez artystę i przez niego barwione kostiumy, a wiadomo przecież, iż strój jest od początku swego istnienia wyrazem kultury duchowej oraz informacji o jego właścicielu. A ponadto przenosi człowieka z jednej sytuacji w inną, co sztuki typu „Z chłopa król” i na odwrót nieprzerwanie wykorzystują. Zaś Maśluszczak nie tylko ubiera swe postaci. Również stawia je, czy też – ustawia w określonej scenerii, przenosi z rzeczywistości w światło nie tyle rampy, ile swej sztuki, w swoje teatrum żywych ludzi. Przyjrzyjmy im się bacznie, bo w ich mnogości odnajdziemy gdzieś również siebie. I uśmiechnijmy się do siebie z należną sobie sympatią.

Jerzy Madeyski

            Malarstwo Maśluszczak nie nuży, nie doskwiera jednostajnością czy monotonią powtórzeń […] nie epatuje, ani nie kokietuje, niczego nie narzuca, nie każe się słuchać, ono zwyczajnie uwodzi.

Waldemar Odorowski

            Dramaturgia ufigurowania postaci, bezwyrazowej lub głęboko tajemniczej mimiczności, samotność ludzi i przedmiotów w ich pantomimicznym przesuwaniu się przez kadry obrazów stawiają i nas w tej dziwnej przestrzeni jakichś dances philosophiques et symboliques, których istota może intelektualnie domyślna, intuicyjnie wyczuwalna, pozostaje jednak nadal tajemnicą. Wyraźna ilustracyjność zdaje się domagać tekstów, literackiego dopełnienia tych obrazów, jak w klasycznych opowieściach ksiąg dla ubogich.

Kazimierz Parafianowicz

            Jak wszyscy wiedzą, Maśluszczak to ten malarz spraw i rzeczy wiejskich, co mieszka w bloku na Ursynowie, i widzi stamtąd pól Warszawy, i absolutnie mu to nie zaciera własnego świata wyobraźni, ulokowanego całkiem gdzie indziej. Tak, jak nie wymazały mu wyobraźni regularne studia na Akademii Sztuk Pięknych i praca wykładowcy na Politechnice, i telewizor, i samochód, i komórka. Na to wszystko Franciszek Maśluszczak jest w pełni odporny. I w przeciwieństwie do większości swoich widzów funkcjonuje spokojnie w dwóch rzeczywistościach. I jeszcze trzeba dodać, że odmalowane bloczyska to niewątpliwie lekka kpina z pejzaży Edwarda Dwurnika (szczegół towarzyski), że górka, z której schodzi alter ego, to pewnie ziemia z wykopu pod kolejną mieszkalną szafę (szczegół realistyczny), że chałupka z piernika ma nieproporcjonalnie małe okienka i drzwiczki (szczegół bajeczny), że wszystko razem jest wspaniale zharmonizowane barwnie w farbkowej gamie pierwszych wiosennych roztopów (szczegół koneserski) – wtedy dopiero zbliżyć się można do aury poetyckiej obrazu. Lirycznej i autoironicznej. Dobre pół Polski pochodzi ze wsi i w pierwszym czy drugim pokoleniu zamieszkało w mieście. I nie wie, co o tym sądzić. Czy wstydzić się tej wsi, czy wybrzydzać na miasto. Maśluszczak, chodzący po warszawskich ulicach z głową we wspomnieniach jak w chmurach, uczy patrzeć na ten fenomen socjologiczny z liryzmem i autoironią. Jak można się dziwić, że jest tak lubiany?

Joanna Gondowicz

            Jeden z obrazów Franciszka Maśluszczaka wisi w gabinecie Czesława Miłosza. Poeta wybrał go, bo świat ukazany na płótnie przypominał mu atmosferę kowieńskiej prowincji z lat jego młodości. Podobne odczucia miewają także inni odbiorcy tej sztuki. Otóż wydaje im się – bez względu na to czy urodzili się w Poznaniu, na mazurskiej wsi, czy w Warszawie – że malarz oddał w prosty sposób klimat rzeczywistości znanej im i bliskiej. Może to przez melancholię, która kryje się w kącikach ust i oczu tych zapatrzonych gdzieś twarzy? A może dlatego że artysta portretuje człowieka na tle metaforycznego pejzażu. Pejzaż ów, częściowo odrealniony, pociąga grą kolorów i kształtów. Bliskość tę najintensywniej odczuwa się jednak, gdy ma się przed sobą płótna i rysunki z wizerunkami naszych sąsiadów ubranych niezbyt starannie, pogrążonych w kłótni, bójce, handlujących myślą lub goniących za marzeniem. Artysta pokazuje ich z subtelną ironią i humorem.

Eliza Leszczyńska-Pieniak

            Franciszek Maśluszczak pracuje z „przypomnienia”, a nie z natury. Nie uprawia, a nawet nie lubi sztuki naturalistycznej, odwzorowującej rzeczywistość we wszystkich jej aspektach. Ceni sobie połączenie pracowitości z pewnym luzem. Jak sam mówi – „Kiedyś byłem bardziej pracowity. Warsztat malarza z czasem ulega pewnej modernizacji. Zmienia się ostrość widzenia. Mnie chodzi o dokonanie syntezy okraszonej szczegółem”. […] Nie ma ochoty przemalowywać i poprawiać swych dawniejszych dzieł. To co namalował jest zamkniętą kroniką jego życia i myślenia w danym czasie. Twierdzi, że jego konstrukcję obrazu też pewnie można by uprzestrzennić. Przedkłada miejsca niedookreślone nad konkret. Uważa, że w przyszłości współcześni artyści będą wystawieni wspólnie w jednej sali muzealnej – tak instalatorzy, jak i rzeźbiarze oraz malarze.

Anna Kwiecińska-Utkin

            Wiele tych Maśluszczakowych obrazów ogląda się z uczuciem niewygody, czy ból malowanych postaci jest także bólem naszym? Co się dzieje między tymi barwnymi powierzchniami a oglądającymi? Nie wiem, staram się zrozumieć własne zafascynowanie czymś, co początkowo jawiło mi się takie kolczaste. Kilkanaście płócien, jakiś daleki horyzont zaznaczony niedużymi drzewami, jakieś domki, jakaś dziwna poświata i wydaje nam się, że rozumiemy coś, co było dotąd obce. Przed obrazami Franciszka Maśluszczaka zawodzą pierwsze skojarzenia, jesteśmy gdzieś daleko, w podziemiach bolesnej, najbardziej elementarnej, nieomal biologicznej części naszej jaźni. Dziwna podróż, która budzi chęć ucieczki, ale jednocześnie kusi czymś, czego nie umiem nazwać. […] Jen Cocteau kazał malarzom być szybszym niż piękno; dzieła sztuki niech zmusza piękno do wysiłku, do pościgu za sobą. Franciszek Maśluszczak wspaniale dokonuje tego w swych magicznych obrazach. Kiedy nieśmiało wychylam się ku ich nierzeczywistemu światu – początkowo bardzo nieśmiało, pełen niepokoju, dzisiaj z większą uległością – zjawiskowość tych płócien wydaje mi się mniej urojona. Wystarczy tylko uchylić malowanej zasłony, by odkryć nieświadome, by znaleźć się po drugiej stronie, nie świata, czasu lub rzeczywistości, po drugiej stronie nas samych, naszego skłębionego wnętrza. Kiedy w milczeniu przypatruję się tym obrazom, czuję lekkie dotknięcie, jakby ktoś ocierał się o mnie spojrzeniem lub dotykał niewidzialną dłonią.

Rajmund Kalicki

            Franciszek Maśluszczak […] maluje sen, myśli, beznadzieję, a nawet różnicę poglądów. Nie waha się również malować wiary, twierdząc w jednym z wywiadów, że jest ona konkretna, czyli do namalowania. Aniołowie istnieją – udowadnia – ponieważ da się je namalować. Jego malarstwo to zatem swoista teologia, tyle że pisana linią, kształtem i kolorem. Dlatego może świat, w którym Franciszek Maśluszczak umieszcza człowieka, jest nie tylko ludzki, ale i Boży. Jest to świat namalowany w barwach pastelowych, ciepłych, łagodnych, pełny miłości i nadziei, choć nie pozbawiony trosk i absurdów. Kiedyś, zapytany o początki swoich inspiracji, wskazał mamę. Dopytywany, czy to ona kupiła pierwsze farby i sztalugi, odpowiedział, że wprowadzała go w świat malarski, gotując raczej konfitury i zagniatając ciasto. I to jest tajemnica sztuki Franciszka Maśluszczaka. Niektórzy widzą w niej wiele barw Chagalla, inni ciepło i prostotę Nikifora, ale jest on przede wszystkim Franciszkiem z Zamojszczyzny, opisującym z prostotą, wnikliwością, wielką życzliwością i z urodą świat ludzkich spraw.

ks. prof. Jarosław Stoś

            W ruchach powolny, jakby chodził mrocznymi korytarzami w powietrzu. Dla nas przezroczystym. Dla niego zatłumionym, zamieszkanym przez wiele postaci, które go otaczają. W świecie który maluje, my poruszamy się łatwo. Jak wśród jego obrazów. Krajobrazów. Ludzi. Miast. Tak wiele widać, na pobieżny rzut oka, obserwatora tej sztuki: oto maśluszczaki. Znany styl. Dziwny. Kolorowy. Bajkowy. Nadrealny. Ale tam… w tle na pozór sielskich miasteczek i miast, cóż tam widać pod skórą koloru, czy nie dramat skrywany pod twarzą postaci, w oczach szeroko zamkniętych i otwartych do wnętrza… Czy to nie ból, nie samotność, nie bezradność… wobec tak wielu pytań i bezrozumnych i bezdusznych spraw tego świata? A ten drugi świat. Jest? A ten Bóg istnieje? I skąd tyle cierpienia w świecie, stworzonym z miłości?

Andrzej Pacuła

            Obrazy Franciszka Maśluszczaka odbieram jak kolorowe bajki dla dorosłych. Przestrzeń i to co ją zapełnia: ludzie i architektura są jak zaczarowane, wieloznaczne, okryte tajemnicą, nierealne, ale wyraziste. Brak im jakiejkolwiek dosłowności. Twórczość Maśluszczaka jest rozpoznawalna dzięki swojej niepowtarzalnej stylistyce […] Maśluszczak pokazuje pojedynczych ludzi i przedstawia jakieś ich myśli, jakieś cechy ludzkie. Albo przedstawia ludzi w pewnej zbiorowości. Na jego pracach widać miasto, którego fragmenty pochodzą z różnych miejsc. To nie jest architektura sfotografowana, lecz dobrane fragmenty architektoniczne dostrzeżone w różnych miejscach.

Andrzej Rogiński

            To prałat Wojdat, w chwili natchnienia, nakłonił Ciebie do wykonania Ursynowskiej Drogi Krzyżowej. Wykonałeś – szczęśliwcze – to zamówienie zdumiewająco. Chrystus jeszcze raz wędrujący ze swoim krzyżem przez nasz ursynowski krajobraz… jest twoim arcydziełem, to twoje Opus Magnum. Stojąc po wielokroć przed twoim cyklem w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, wiem, że wykroczyłeś poza malarstwo. Zostałeś kolejnym ewangelistą, mistrzem narracji, a tym samym wszedłeś mimowolnie na moje pole… opowiadacza obrazami. Czy wiesz, że przeniosłeś się do krainy… Kinematografu. Stałeś się „pełną gębą” filmowcem. Od tej pory wszystkie namalowane przez Ciebie obrazy  traktuję jako akcje równoległe, jako kolejne wątki tego Twojego najlepszego filmu. Witam cię zatem, jako „odźwierny”, w krainie Kinematografu. Rób filmy… Czekam na nie, wszak jesteś młody, zdążysz. Film to forma wypowiedzi człowieka XXI wieku. A ty masz tak wiele do opowiedzenia…

Józef Gębski