Marek Sołtysik

 

Jak się hipnotyzuje bezrobotnego fryzjera

 

Franciszek Maśluszczak

 

 

– Teraz będzie mój koniec – usłyszała słowa wypowiadane przez syna.

Roman, dwudziestotrzyletni, odkąd rok temu stracił pracę, codziennie wychodził rano, a kiedy już robiło się ciemno, wracał do domu w dziwnym stanie, którego nie można było tłumaczyć pijaństwem. Raczej nie czuć było od niego alkoholu, a bredził.

Może więc i nie zwróciłaby uwagi na bluźniercze oznajmienie, gdyby nie decyzja w głosie i – i ten spokój! Wszedł do pokoju i zamknął drzwi na klucz. Weszła na stołek, przez oszklone okienko nad drzwiami zobaczyła, że syn coś wyciąga z kieszeni spodni. Rozległ się suchy huk. Strzał z broni palnej. Jęknęła. Pod drzwiami znaleźli się przy niej mąż, Stanisław Kowalik – ojczym Romana; brat Romana – Włodzimierz, a niebawem dotąd przez nikogo niezauważony młodzieniec Henryk Landau, który zjawił się tu po raz pierwszy. Scena trochę jak z Dostojewskiego, trochę jak z powieści brukowej. Kraków, ul. Sławkowska 21, środek miasta, 18 stycznia 1923. Godzina dziesiąta wieczór.

Panowie umiejętnie podważyli drzwi; choć solidne, gładko wyszły z zawiasów.

Kula rewolwerowa przebiła prawe płuco. Strzał śmiertelny.

Samobójca Roman Wasilkowski był bezrobotnym fryzjerem, nigdy się nie ruszał poza obręb Plant, no chyba że w ostatnim kwartale o sto merów dalej, do prowizorycznego budynku Opery i Operetki na ul. Rajską 12[1]. Z zauroczenia.

Cofnijmy się o pół godziny. Wieczór. Kwadrans, jak mówią, na dziesiątą.

Kowalik, majster stolarski, z chwilą zjawienia się pasierba na wszelki wypadek opuścił mieszkanie. Z Romanem nic nie wiadomo. Ojczym narzucił więc kurtkę i przez kuchnię wyszedł na ganek, wspólny dla mieszkańców drugiego piętra murszejącej kamienicy[2]. Zamierzał postać tak, na świeżym powietrzu, z pół godziny, do czasu, gdy dokuczliwy Roman zaśnie. Nagle pośród stukotu podkutych butów posterunkowego i okrzyków rozpoznał rozdrażniony głos żony. Przerwał „werandowanie”, wpadł do domu. Zarządził wyważenie drzwi, sam rozhuśtał zawiasy. W krwi na podłodze pasierb bez życia. W rękach trupa nie dostrzegł broni. Zresztą zrobił się tumult.

Lekarz, jeszcze przed przybyciem policji, dziwił się, że rewolwer, z którego padł strzał, jest, o czym świadczy rana wlotowa, małego kalibru, ale nie do tego stopnia, żeby go nie można było dostrzec. Ojczym teraz dopiero poczuł, że się poci. Gdy zdjął kurtkę i wieszał ją w sionce na haku, coś stuknęło. Pomacał, sprawdził. Tak, w swojej kieszeni znalazł rewolwer.

Jak to przy samobójstwach bywa, wiele spraw pozostanie ukrytych.

Kowalik potem, pytany wielokrotnie w śledztwie, powie, że to pewnie Włodzimierz, brat denata ukrył w jego kieszeni rewolwer. Ale dlaczego to zrobił (jeżeli istotnie to on?).

Ciekawe, że tylko Włodzimierz wyjawił policji, że tamtego wieczoru przyszedł z jego biednym bratem jakiś młody mężczyzna. Gdyby słuchano tylko tego, co mówią matka i ojczym zabitego, nikt by się nie domyślił, że tutaj był przy tragedii ktoś obcy. Ten ktoś utrzymywał, że jest najlepszym kolegą fryzjera i że w pierwszych chwilach nawet próbował ratować… Ten ktoś zwinął się bezszelestnie w chwili nadejścia lekarza dyżurnego pogotowia ratunkowego ze studentami-sanitariuszami i z gotową strzykawką kamfory. Tu zbędną.

Panowie redaktorzy codziennej prasy krakowskiej mieli to i owo za uszami. Mogli się martwić, że kompromitujące materiały wyskoczą jak diabeł z pudełka: musieli uważać, czy podana przez ich gazetę prawdziwa informacja o szlachetnym wydźwięku nie stanie się kluczem otwierającym sejf z papierami na nich. To takie były ich problemy, oni nie znali troski o byt, prowadzącej do walki. Czasy natomiast dla ludzi spoza tak zwanych sfer były ciężkie: głód, niepewność jutra, nieustępliwe widmo bezrobocia, poniewierka u siebie lub ciułanie na okręt do Ameryki, jak to w II Rzeczypospolitej. Kryzys ekonomiczny ledwo migał na horyzoncie, ale w tej części Europy z końcem 1922 „radość z odzyskanego śmietnika”[3] raz po raz zamieniała się w rozpacz, w żałobę. Jeszcze nie przebrzmiały echa mordu dokonanego na pierwszym prezydencie Rzeczpospolitej[4], zabójca w więzieniu, oczekując na egzekucję, „pisze ciągle”, o czym skwapliwie donosi prasa[5]. Prasa również informuje, że „generał minister [Kazimierz] Sosnkowski odmówił plutonu egzekucyjnego, mającego wykonać wyrok śmierci na Niewiadomskim”. Miast plutonu będą dwie czwórki żołnierzy. „Trumna jest gotowa i grób wykopany” [6]

W tak ciężkich czasach panowie redaktorzy, a także ludzie wolnych zawodów, ale spośród jednych i drugich wyłącznie ci, którym nie doskwierał głód i chłód, każdą możliwość wyładowania stresów łapali jak koło ratunkowe. Żeby się nie utopić w marazmie, żeby rozproszyć widmo beznadziejności, oddawali się niekoniecznie rozrywce (bo dla tych, którzy pamiętali młodopolszczyznę, wiało od niej nudą). Działające nieoficjalnie, podziemne, rzec by trzeba, domy rozrywki (recte rozpusty) wydawały się dla możnych tego miasta wybawianiem: jedyną okazję, która może się nie powtórzyć.

Redaktorzy naczelni i właściciele gazet to jedna strona medialnego medalu. Druga strona – bez której trudno sobie wyobrazić istnienie prasy – to drukarze. Otóż ci ludzie dumni i pełni zawodowej godności – zastrajkowali. W ciekawych skądinąd czasach – kiedy o posadę było bardzo trudno, a robotnik, który miał pracę, po zapłaceniu komornego pozostawał bez grosza – przestały w Krakowie wychodzić gazety![7]

Ściślej: w miejsce „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” (popularnego „Ikaca” i jego rozlicznych dodatków o rewelacyjnych nakładach), konserwatywnego „Czasu”, demokratycznej „Nowej Reformy”, socjalistycznego „Naprzodu” i klerykalnego, z akcentami antysemickimi „Głosu Narodu”, polskojęzycznej gazety żydowskiej „Naszego Dziennika” i bezpartyjnego dziennika popularnego „Gońca Krakowskiego”[8]) ukazywało się tylko jedno pismo, bez charakteru, ze zdawkowymi informacjami, „Wiadomości Krakowskie” – uwaga – składane i drukowane przez kierowników drukarni oraz delegowanych dziennikarzy wyżej wymienionych gazet.

117 dni! Drukarze krakowscy byli przez cały czas strajku solidarni, (lecz tak zwane elity nie solidaryzowały się z nimi)[9]. Coś tam wynegocjowali, ale niewiele, właściciele drukarń nie omieszkali poburczeć i postraszyć, wrócili do składania szpalt, kolumn i do drukowania rewelacji, takich mniej więcej, jak „Pogrom mediumizmu” pióra samego właściciela Ikaca, Mariana Dąbrowskiego. Jeszcze tak niedawno ukazywały się tam ze zdjęciami relacje z seansów spirytystycznych ze słynnym medium Frankiem Kluskim (pseudonim Teofila Modrzejewskiego, dziennikarza), którego sugestywnymi materializacjami zachłysnął się nawet Tadeusza Żeleński-Boy, człowiek przecież tak racjonalny. Otóż więc Marian Dąbrowski w serii artykułów „Pogrom mediumizmu” (od 26 stycznia 1923, od pierwszego postrajkowego numeru Ikaca) ostrzegał przed oszustwami metempsychicznymi. Skąd radykalna zmiana frontu? Czy dlatego, że działy się rzeczy poważniejsze, jak nagły rozwój faszyzmu włoskiego i niemieckiego, których grozę trudno objąć, gdy się ma głowę i trzewia zapchane wywoływaniem duchów? Czy po to, żeby nakierować uwagę czytelników na podejrzane i niebezpieczne praktyki z pogranicza okultyzmu, w których ktoś, kogo znasz, komu się kłaniasz z szacunkiem, uczestniczy pod osłoną nocy zupełnie blisko? Na przykład w kamienicy przy ul. Floriańskiej 44, z widokiem z okien na mury obronne. Tam jest siedziba „Zielonego Słonia”!

W „Zielonym Słoniu”, klubie nie wiadomo, czy elitarnym, ale na pewno tajnym, oczywiście bez szyldu, no, bo tylko dla wtajemniczonych, dzieją się rzeczy podejrzane, zatrącające o makabrę, o podłożu sado-masochistycznym. Czy w piwnicach są zakopane ciała ludzkie, tego jeszcze nie wiadomo, można natomiast mieć pewność, że zdarzają się tam akty bluźnierstwa. O podejrzeniach związanych z „Zielonym Słoniem” pisze nie sam Marian Dąbrowski, lecz zatrudnieni dziennikarze, którzy występują pod inicjałami, ale ich informacje sąsiadują na kolumnach z ujawnianiem przez szefa oszustw okultystów.

Drugi po IKC co do wysokości nakładu w Krakowie „Czas”, o ileż bardziej poważny dziennik, zdaje się lekceważyć problem. W niewielkich notkach, nie wyłuszczając, że chodzi o „Ikaca”, wyszydza rozpalone dziennikarskie głowy, które w „Zielonym Słoniu” klubie, gdzie się spędza czas na finezyjnych żartach, by się oderwać od nerwowej rzeczywistości, widzą jaskinię czarnej, wyrafinowanej rozpusty.

„Ikac” sugeruje, że o sinym świcie nie można rozpoznać rysów w zakrytych kołnierzami twarzach, ale ruchy i sylwetki osób wychodzących na ostatnich nogach z „Zielonego Słonia” zdradzają tych, których za dnia znamy jako szanowanych profesorów, dziennikarzy, twórców, ludzi sprawujących wysokie funkcje w administracji… Sza! Pewnie się nietrudno domyślić. Sam szacowny redaktor „Czasu”, dziennika lekceważącego to niebezpieczeństwo, Antoni Beaupré, spiżowa postać znana i pożądana w salonach, jest bohaterem fraszki:

            Do młodej aktorki rzekł redaktor Beaupré:

            – Bądź dla mnie miła, a ja ciebie poprę.

W nocy pod teatrem we wnętrzu jednego fiakra czekał redaktor taki a taki; we wnętrzu drugiego – doktor medycyny taki a taki; w trzeciej – lepiej nawet nie wymieniać zawodu i funkcji. Bo i w gruncie rzeczy po co? Przygoda z potrzeby mocniejszych wrażeń, żar chuci, krótkotrwała ulga, już jednak bez poczucia lekkości (cechującej wyłącznie młode organizmy), nazajutrz marność odczuwana w dwójnasób, za dnia męska aktywność w działaniu i znowu – żeby zdusić nieuchronne myśli o przemijaniu, plan następnego, nazwijmy to, podboju.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” podał pierwszy wiadomość o tragedii – ale i tak z dziesięciodniowym opóźnieniem i niejako do góry nogami, ponieważ komentarz został umieszczony na początku notatki. W wyraźnej opozycji do „Czasu” napisano mniej więcej:

Co do nieszkodliwości „Zielonego Słonia”, otrzymaliśmy informację, że przed kilku dniami strzałem z rewolweru popełnił samobójstwo śp. Wasilkowski – z zawodu fryzjer. Z ustaleń policji wynika, „że śp. Wasilkowski padł od kuli w pojedynku amerykańskim, który się odbył między nim a p. M. o pewną artystkę sceny miejskiej teatru «Opera i Operetka». Sprawa jest w śledztwie policyjnym i tchnie miazmatem najgorszych mętów wielkomiejskich”.

Co ma wspólnego bezrobotny fryzjer z bywalcami jaskini „Zielonego Słonia”? A jednak. Nazajutrz przed czytelnikami „Ikaca”, wyposzczonymi przez strajk drukarzy, odsłonięto rąbek tajemnicy, ogłaszając, że „amerykański pojedynkowicz” pozostawił testament. Wynika zeń, że świadkami „pojedynku” mieli być przedstawiciele krakowskiej złotej młodzieży. Tajemniczy M., który się „pojedynkował” z denatem, to Meleniewski, artysta malarz. W prasie posypią się nań inwektywy: to on mieszka (lub mieszkał) w kamienicy, w której jest ta straszliwa speluna, miejsce bezwstydnych, wyrafinowanych, jakichś trupio-erotycznych ekscesów poprzebieranych osób płci obojga z cyganerii, inteligencji i… lepiej nie mówić. Dość że dzieją się tam rzeczy, których nazwanie trądem moralnym byłoby subtelnością.

„Wystrzał z bagna” to „Ikacowa” metafora okoliczności towarzyszących owemu podobno „pojedynkowi amerykańskiemu”. Światowe życie. „Kraków ma tajemnice, jakich nie powstydziłyby się paryskie czy berlińskie dzielnice apaszów”. Nawet ów fryzjer denat podpisał się pod testamentem tak bardziej internacjonalnie: Waschilkowsky. Adwokat Adam Lewartowski, w którego kancelarii przy ul. Św. Jana 2[10] sporządzono odpis, zaznacza, że testament, spisany na papierze listowym, to dokument formalny: obok samobójcy podpisali się jego koledzy. Dostrzeżono ponadto pewne podobieństwo, ale nie zbieżność z wyświetlanym właśnie filmem z Jadwigą, Smosarską, Kazimierzem Junoszą-Stępowskim i Józefem Węgrzynem – „Tajemnica przystanku tramwajowego”. Węgrzyn grał rolę fryzjera, pana Miecia, którego Kazia (Smosarska) porzuciła dla lowelasa z tytułem hrabiowskim. Na tym podobieństwo się kończy, bo w filmie, do którego scenariusz sporządziła trójka pisarska, z której ostał się w historii literatury Stefan Krzywoszewski, Kazia, niebawem opuszczona przez lowelasa, ginie pod kołami tramwaju. Lowelas ma na tym przystanku tramwajowym wizję i ciąg dalszy: widmo Kazi prowadzi go do zakładu fryzjerskiego, gdzie obłąkany już pan Miecio podrzyna brzytwą gardło lekkomyślnego lowelasa.

– Bój się pan, redaktorze!

– Eee tam, panie kolego, to fantastyka naukowa! Nie czytał pan, że świat pozazmysłowy to blef na użytek oszustów?

„Bagno, z którego wystrzelił trujący kwiat miłości”, to było środowisko, w którym obracał się coraz bliższy rozpaczy fryzjer bez zajęcia. Czy pannę Kmiecikównę, chórzystkę, w której się beznadziejnie zakochał, poznał w piwnicach „Zielonego Słonia” przy Floriańskiej 44? A cóż on by tam robił, wśród „ptaków niebieskich i osób o znanych nazwiskach i kobiet z tzw. dobrego towarzystwa”, ubożuchny? Przecież nie stać by go było na odwiedzanie miejsca uważanego za „klub morfinistów i kokainistów, za dom schadzek i lokal eksperymentów mediumicznych”? Czy można go nazwać ptakiem niebieskim?

Do prasy przedostaje się półplotkarska informacja, jakoby przewodniczący „Zielonego Słonia” mianował się podziemnym „papieżem” i prezyduje orgiom erotycznym w tiarze na głowie. „Hurtowa dostawa brudnych wzruszeń” to misteria w aurze „narkotykowej rozpusty”. Trwa śledztwo w sprawie okoliczności samobójstwa.

„Najlepszym kolegą” denata – tym, który znikł jak kamfora (nomen omen, po pojawieniu się medyka z kamforą), a jak podała prasa, „wydalił się z mieszkania” – okazał się Henryk Landau. Dwudziestoczteroletni syn właścicielki restauracji przy ul. Ogrodowej nie musiał pracować. I nie musiał kręcić – jak kręcił bezrobotny fryzjer Roman Wasilkowski, kiedy niecały miesiąc przed tragedią nowo poznanemu w modnej kawiarni „Centralnej”[11] Landauowi przedstawił się jako kupiec drzewny.

Roman Wasilkowski był prawdopodobnie marzycielem – lub kimś w tym guście się stał wskutek bezrobocia, przechodzącego w stan notoryczny. Śmierć głodowa na razie mu nie groziła, w domu nie wzbraniano mu chochli zupy, próbował więc zaspokajać inny głód: może nie tyle mocnych wrażeń, ile głód bycia kimś pożądanym w dobrym towarzystwie. W gruncie rzeczy nieznający życia, może bardziej lekkomyślny niż naiwny, nie mógł się zorientować, że towarzystwo kawiarniane, w którym się obracał (nie na własny rachunek, przynajmniej jeśli chodzi o płacenie) toleruje go nie za piękne oczy, lecz ze zgoła innych powodów. Romek golibroda był więc dla znudzonych bywalców znakomitym materiałem na ofiarę. Czyż ojczym mu nie powtarzał, że za wszystko w życiu trzeba płacić? (Do momentu, kiedy pasierb, wróciwszy do domu z niedostrzegalnymi źrenicami, złapał głosiciela mądrości za nos).

Syci gracze, z którymi przyszło mu mieć do czynienia, byli cynicznymi naciągaczami. On tego nie zauważał, ponieważ stawiali trunki, zaśmiewali się z jego kalamburów. Imponowały mu ich spinki i sygnety herbowe, z monogramami, śnieżnobiałe gorsy i mankiety, perfumy, garnitury i buty najprzedniejszej jakości. Żył jak w nirwanie, i tak by nie znalazł pracy, szkoda czasu i podeszew. A tu – liczył na to, że wyrobi sobie stosunki i z czasem dostanie posadę. Starał się nie wyjawić, że jest fryzjerem. Nawet gdyby mu się coś wypsnęło – nie uwierzyliby. Fryzjerczyk tu, w elitarnym „Zielonym Słoniu”?

Śledztwo – po nitce do kłębka – miało wykluczyć kilka wątpliwości lub wykazać, że było inaczej. Rewolwer nie przy denacie, lecz w kieszeni obrażonego na denata ojczyma. Dziwne pojawienie się Landaua w miejscu zajścia i jeszcze dziwniejsze jego zniknięcie. Wreszcie – zażyłe kontakty ubogiego fryzjera z samym (jak się już okazało) założycielem i szefem, i niejako duchowym przywódcą „Zielonego Słonia”, Meleniewskim, artystą i … organizatorem zabaw, powiedzmy.

Dwudziestosiedmioletni, o chłopięcym wyglądzie, Bohdan Antoni Meleniewski (więcej niż niezły malarz[12]) nie miał jeszcze okazji wystawiać swoich obrazów. Urodzony w Pohyblaku na Ukrainie, właśnie ukończył sześcioletnie studia w pracowni Jacka Malczewskiego w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i szykując się do wyjazdu na dalsze studia (Paryż, Monachium, Amsterdam, w końcu Rzym, gdzie osiądzie na dłużej, żeby w 1930, po powrocie do Polski, urządzić nagłośnioną przez prasą – i jedyną – wystawę indywidualną w Salonie Garlińskiego w Warszawie)[13], uaktywnił się jako ikona, by tak rzec, „Zielonego Słonia”. Imprezy dla wtajemniczonych miały się odbywać nie tylko w piwnicach domu przy Floriańskiej 44, lecz także, jak pisano, w pobliskich podziemiach przy Placu Matejki (czyżby w pakownych lochach ASP?).

            Meleniewski, zapewne obrażony na „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nie tam, gdzie go obsmarowano, lecz, w „Czasie”, który demoniczność „Zielonego Słonia” lekceważył, zamieścił 18 lutego 1923, dokładnie w miesiąc po śmierci Wasilkowskiego, „Sprostowanie” w dziale „Nadesłane” (zapewne płatne), w którym, jako on sam, „członek Stowarzyszenia Artystów Polskich”[14] pisze, że jest nieprawdą, jakoby miał pojedynek amerykański z p. Wasilkowskim (gałki czarna i biała), „tak samo jakobym sam lub w towarzystwie miał niewolić nieletnie dziewczęta, mordować je, a trupy przechowywać czy grzebać w piwnicy, na skutek czego miano mnie aresztować itp.” … Dalej: nieprawda, że jest przełożonym jakiegoś „tajemnego klubu morfinistów, kokainistów i degeneratów lub jakoby taki klub u mnie istniał, natomiast jest prawdą, że w tym samym domu, w którym zajmuję pracownię malarską, mieszkają na parterze A. Janczyk, S. Twarog i W. Wawrzyszkiewicz, którzy w listopadzie 1922 zostali na skutek jakiejś sprawy o zniewolenie aresztowani, a lokal ich opieczętowany”. „Prawdą jest również – pisze dalej – że w karnawale zostałem przez znajomych obrany «Pape des Fous», tzn. czymś w rodzaju króla karnawału, i jako taki się zabawiałem”.

Wesoły to musiał być domek, w którym w 1922, w dniu urodzin Meleniewskiego (17 października, niedługo przed aresztowaniem sąsiadów) „w przystępie dobrego humoru utworzyliśmy order «Zielonego Słonia», co jest zwykłym żartem akademickim”… „Pape des Fous” odznaczony orderem „Zielonego Słonia” prosi w zakończeniu inseratu o przeprowadzenie śledztwa, „żeby tę sprawę wyjaśnić jak najprędzej”.

Co on sam mówił w śledztwie? (Odsuwał jako insynuacje wszelkie napomknięcia o pojedynku amerykańskim. Łatwiej mu to przyszło, gdyż kto miał znać lepiej niż rewelacje Landaua, udzielone śledczym, z naciskiem na fatalny stan nerwów fryzjera, popychający go do konfabulacji w dniach poprzedzających samobójstwo). Romana Wasilkowskiego poznał w kwietniu 1922, gdy z chórzystką Kmiecikówną, z którą łączył go romans, siedział w kawiarni na Plantach. Wyczuł – twierdzi – że nowo poznany kolega kocha się w Kmiecikównie – toteż unikał jego towarzystwa. (Jak to pogodzić z faktem przyjęcia Wasilkowskiego do towarzystwa „Zielonego Słonia”, którego Mieleniewski był szefem?) Miał różne podejrzenia, (które ktoś inny wziąłby u niego za manię prześladowczą): kiedy wieczorem wracał z mieszkania Kmiecikówny na Podgórzu, za mostem na Wiśle napadły go „jakieś indywidua”, poturbowały trochę, bardziej nastraszyły. Nie wiadomo, skąd mógł mieć pewność, że napad był inspirowany przez Wasilkowskiego.

Nie można wykluczyć, że to właśnie Mieleniewski włożył sporo wysiłku, żeby Wasilkowskiego zainteresować Kmiecikówną. Że tam w kawiarni na Plantach nie było coup do foudre; że fryzjer, nim się zakochał po uszy w Kmiecikównie, nasłuchał się o niej samych najlepszych rzeczy – od Mieleniewskiego i od „kolegów z paczki” (wtajemniczonych w wymyślną sprawę zabawową, którą było wplątanie Wasilkowskiego w sieć zauroczenia, miłości, zazdrości i w końcu tragedii z następstw ponurego żartu).

Trudno doprawdy dociec, co miał na myśli Meleniewski, gdy mówił, że on i Wasilkowski byli „ze sobą w zażyłych stosunkach” od 6 listopada 1922, gdy fryzjer przyszedł do domu malarza i go przeprosił. Dziwne: najpierw nasłać zbirów, potem przeprosić i już? Hm. Te „zażyłe stosunki” trwały „przez kilka dni”. A dopiero po dwu miesiącach, na dzień przed samobójstwem, zjawił się u Meleniewskiego Wasilkowski, prosząc o pożyczenie rewolweru, żeby „pewną kobietę postraszyć”. Dał słowo honoru: nie będzie strzelał. Malarz bez wypytywania pożyczył. Wieczorem fryzjer oddał rewolwer. W świetle tej relacji Wasilkowski wydaje się raczej nostalgiczny – zwłaszcza w porównaniu z zeznaniem Landaua. Ten w kilka dni po tragicznym zajściu raczej nie w samotności poukładał myśli i naszkicował portret człowieka znerwicowanego, gwałtownego, ale nie pozostającego pod czyjąś presją. Oto jest: Landau siedzi sobie w cukierni Michalika w towarzystwie dwu oficerów. Przystępuje doń Wasilkowski. (Wiemy, że poprzedniego wieczoru oddał Meleniewskiemu rewolwer). Prosi, żeby mu Landau dostarczył rewolwer, proponując najpierw 100 tysięcy, a potem, gdy Landau chciał go zbyć grzecznie – 200 tysięcy marek polskich, płatne w dolarach[15]. Spokojnie. Zasiedli do stołu, napili się wódki, kawy. Wasilkowski wyznaje, że pewnemu mężczyźnie dał słowo honoru – rozumie pan, panie Henryku, słowo! – że 18 stycznia o godzinie dziesiątej wieczorem obierze sobie życie. Tak, dziś! Za dwie i pół godziny. Zrywa się z krzesła, wybiega na ulicę. Landau za nim. Już go chwyta, prawie ma, lecz fryzjer grozi nożem.

– Pana i siebie zastrzelę! – syczy, kiedy po kwadransie, po powrocie do Michalika, gdzie Landau siedzi sam przy stoliku, dosiada sie jak gdyby nic się wcześniej nie stało, i gdy nagle znowu się zrywa i – jak na jeszcze raz puszczonym filmie – Landau znów go próbuje zatrzymać. Upiorne. Podobno Wasilkowski, uciekając przed Landauem, na Pijarskiej oddał w jego kierunku strzał, podobno kula ominęła Landaua, podobno Landau biegł za nim i, zdyszany, kiedy przystanął pod domem na Sławkowskiej, gdzie mieszkał fryzjer, usłyszał strzał. Zawiadomił posterunkowego, jakby wiedział już wszystko, i wolnym krokiem, przystając na podestach jak starzec, poszedł na drugie piętro… Pogotowie przybyło błyskawicznie, jeszcze przed policją.

Wasilkowski się miotał, szukał wybawienia. W modnej „Centralnej” krytycznego dnia dosiadł się także do Kleinberga, „towarzysza z paczki” – który potem zezna, że fryzjer od trzech tygodni nie krył, że „do 4 lutego ma się rozegrać pojedynek amerykański pomiędzy nim a p. Meleniewskim o p. Kmiecikównę, i że jeden z nich musi zejść z tego świata”. Wasilkowski w stanie między irytacją a rozpaczą oświadczył, że opuszcza Kraków. Wyjął 950 tysięcy marek polskich (równowartość 4 dolarów, ale, z drugiej strony, można było za tę sumę kupić np. 4750 egzemplarzy IKC) i kazał to Kleinbergowi przeliczyć. Nie bardzo wiadomo, z czym się wiązały te pieniądze, możliwe, że z transakcją wynikająca z umowy sprzed dwu dni, kiedy to fryzjer prosił Kleinberga o wyszukanie znajomego złotnika, żeby złotą bransoletkę przerobić na pierścionek dla Kmiecikówny. Teraz, zanim opuścił „Centralną”, żeby zmienić lokal na „Michalika”, zobowiązał Kleinberga do powiadomienia matki i Kmiecikówny o pierścionku, który u złotnika należy odebrać w razie gdyby długo nie wracał z podróży

Bawili się tym chłopcem, zrobili z niego ofiarę. Cóż, Bohdan Meleniewski, wodzirej, uwielbiał wpływać na rzeczywistość. W wiarogodnym leksykonie sztuki[16], a w ślad za nim w katalogach aukcyjnych, nie ma śladu aktywności Meleniewskiego po roku 1936[17].

Szukajcie, a znajdziecie.

Odnalazłem go w trochę dziwnym miejscu. Brazylia, Rio de Janeiro, jesień 1944. W polskiej placówce wywiadowczej, działającej pod przykrywką ataszatu morskiego, w tajnym raporcie dla zwierzchnictwa „Pedro” [Bohdan Pawłowicz] 6 października donosi, że prowadzi rozmowy z kandydatem do współpracy w charakterze agenta „redaktorem Meleniewskim, korespondentem «Nowego Świata»”, który jest „bardzo ruchliwy i chętny jako informator”. W następnym raporcie „Pedro” zawiadamia: „Na agenta płatnego (nie stale, a w miarę przynoszenia informacji) angażuję Bohdana Meleniewskiego. W ciągu pierwszego tygodnia współpracy wykazał, że prawdopodobnie będzie pożyteczny. Posiadając prawo korespondenta w DIP (Departamento de Imprensa e Propaganda [od 1939 Wydział Prasy i Propagandy, narzędzie promocji i cenzury rządu Brazylii]) i będąc członkiem ABI Associação Brasileira de Imprensa [Stowarzyszenie Prasy Brazylijskiej, utworzone w 1908]), tak samo jak SPRYCIARZ [pseudo innego agenta] ma dostęp do wszystkich redakcji i urządzeń prasowych, i osobiście zna większość świata dziennikarsko-politycznego Rio de Janeiro. Jest skromny, a przy tym dociekliwy”.[18]

No właśnie.

W trakcie kwerendy natrafiłem na kartę imigracyjną, wydaną w Brazylii. Antoni Bohdan Mieleniewski (taka tu kolejność imion) syn Pedro [Piotra] Meleniewskiego i Matilde [Matyldy] Modak, urodzony w 1895[19], wszystko się zgadza… oprócz panieńskiego nazwiska matki. Matka bowiem była z domu Wodak, a nie Modak (portugalskojęzyczny urzędnik odczytał ozdobne „W” jako „M”) – i nie dość że była współwłaścicielką rodzinnej od połowy XIX w. kamienicy przy Floriańskiej 44, to – o czym, pamiętając o pierwszym zawodzie syna – tu podkreślić należy: była malarką i to nielichą.[20] Ale to już inna historia. Wykraczająca poza wolnorynkowe zawołanie: – Nie wystarczy mieć rację, trzeba mieć restaurację!

MAREK SOŁTYSIK

 

Ten zwarty szkic, dotyczący zbrodni dokonanej „czystymi rękami”, jest fragmentem  najnowszej książki Marka Sołtysika Bestia nad Wisłą. Kroniki kryminalne (Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2017, str. 200).

 

 

[1] Od r. 2012 działa w tym miejscu, po rozbudowie i modernizacji, Małopolski Ogród Sztuki – centrum kultury w Krakowie.

[2] Dom bez gospodarza marnieje. Kamienica, piętrowa od frontu, dwupiętrowa od podworca, była własnością skrytobójczo zamordowanej spekulantki Wincencji Sienickiej (zob. M. Sołtysik, „Procesy artystyczne”, Najtrudniejsza sprawa kryminalna, „Palestra”, Numery 9-10/2013, 11-12/2012 i 1-2/2014, oraz w książce tegoż Zbrodniarze i cudotwórcy, Warszawa, 2014). Po tragicznej śmierci właścicielki w 1911 i niewykryciu sprawców policja obserwowała podejrzanych, głównie ludzi z najbliższego otoczenia Sienickiej, najwidoczniej długo, ponieważ jeszcze w 1917 zmarła figurowała w rzetelnym Józefa Czecha Kalendarzu Krakowskim jako właścicielka kamienicy.

[3] „Radość z odzyskanego śmietnika” to określenie znakomitego pisarza Juliusza Kadena-Bandrowskiego na polską rzeczywistość po odzyskaniu niepodległości. Zostało ono zawarte w jego powieści Generał Barcz (1922) – i weszło do powszechnego obiegu.

[4] M. Sołtysik, Czarna godzina polskiej demokracji, ”Palestra”, 11-12/2003. Przedruk w rozszerzonej wersji w: M. Sołtysik, Piękni szaleńcy, Świat Książki, Warszawa 2006.

[5] Zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza, malarz i krytyk sztuki, niedawny naczelnik wydziału w Ministerstwie Sztuki i Kultury, oczekując w więzieniu na wykonanie wyroku śmierci, w ciągu miesiąca ukończył jedną ze swoich książek Malarstwo polskie XIX i XX wieku. Także w tym czasie napisał list otwarty Do wszystkich Polaków i teksty opublikowane później jak Kartki z więzienia. (Wyrok śmierci wydano 30 XII 1922, w dwa tygodnie po zabójstwie Prezydenta RP – wyrok wykonano o świcie 31 I 1923 w Cytadeli warszawskiej).

[6] Strajk trwał od początku października 1922 do 26 stycznia 1923.

[7] Niebawem strajk drukarzy wybuchł także we Lwowie

[8] Nie należy tamtego „Gońca Krakowskiego” mylić z późniejszym pismem codziennym, nazywanym przez krakowian podogońcem – gadzinowym „Gońcem Krakowskim”, wydawanym w 1939–1945 w Krakowie w języku polskim przez niemieckie władze okupacyjne.

[9] Zadziwiające: 28 października 1922 ukazał się w owych „Wiadomościach Krakowskich” list krakowskiej inteligencji, sygnowany przez artystów, pisarzy i profesorów szkół wyższych, potępiający strajk drukarzy (którzy domagali się poprawy warunków finansowych).

[10] Narożnik Rynku Głównego przy linii A–B. Świetny, reprezentacyjny punkt miasta. (Dziś w tym miejscu modernistyczny gmach, legendarny „Feniks” zbudowany według projektu Adolfa Szyszko-Bohusza).

[11] Modny w latach dwudziestych XX w. lokal przy coraz bardziej wielkomiejskiej ul. Długiej.

[12] Nie wszystko jest czarne i nie wszystko jest białe. Nie wystarczyła mi opinia Konrada Winklera, który w 1930 określił malarstwo Meleniewskiego mianem „powierzchownego naturalizmu”. Sam Winkler bowiem, malarz i krytyk, był wówczas całkowicie pod wpływem formizmu. (Co ciekawsze – właśnie Winkler po II wojnie światowej, przeszedłszy ewolucję artystyczną, stał się naturalistą!). Przeglądałem historię aukcji z 5 marca 2007 (http://archiwumallegro.pl/bohdan_meleniewski_u_n_i_k_a_t-172687092.html – dostęp 19 listopada 2015): okazuje się, że „wypłynął” obraz Bohdana Meleniewskiego Kościół Bernardynów w Krakowie, który doprawdy  niewiele ma wspólnego z naturalizmem: ta mocna, ekspresyjna kompozycja  z oryginalna grą świateł  niskiego słońca, przywodzi na myśl symbolistów, nawet niekoniecznie młodopolskich; gdyby się dopatrywać pokrewieństw, więcej tu nawet Edvarda Muncha niż Wyspiańskiego

[13] W zbiorach muzealnych w Polsce jest tylko jeden obraz B. Meleniewskiego: pełen ekspresji i z akcentami mistycyzmu, malowany zapewne z natury Krucyfiks Wita Stwosza w kościele Mariackim w Krakowie, datowany 1918. W 1930 ambasada polska w Rzymie zakupiła obraz artysty Kapitol w śniegu. W muzeum Sztuki w Wilnie dwa pejzaże z motywami Wawelu.

[14] Informacja nieścisła. Zaczynało już w tamtym czasie działać Stowarzyszenie Artystów Polskich „Rytm”, ale istniało ono w Warszawie. Możliwe, że chodzi o założony w Krakowie w r. 1911 Związek Powszechny Artystów Plastyków (zalążek istniejącego do dziś Związku Polskich Artystów Plastyków).

[15] 100 000 marek polskich to wówczas nawet nie było pół dolara. 1 dolar to ok. 250 000 marek polskich. (Przy wymianie – po reformie Grabskiego – 1 złoty będzie równowartością 1 miliona ośmiuset tysięcy marek polskich!).

[16] Słownik Artystów Polskich, tom V, Polska Akademia Nauk, Instytut Sztuki, Warszawa 1993.

[17] B. Meleniewski po 1936 opuści definitywnie Kraków. Wcześniej, w 1933, pewnie nie tylko dlatego, że był  członkiem Związku Zawodowego Polskich Artystów Plastyków, został zaproszony jako rzeczoznawca przy dokonywanej z inicjatywy księcia arcybiskupa Adama Sapiehy konserwacji średniowiecznej rzeźby – mistycznego czarnego krucyfiksu Królowej Jadwigi Andegaweńskiej w katedrze na Wawelu.

[18]http://www.pilsudski.org/archiwa/lista_wyszuk.php?nrar=701&nrzesp=111&osoba=Meleniewski,%20Bohdan (dostęp 22 listopada 2015).

[19] http://www.myheritage.pl/names/antoni_meleniewski (dostęp 28 listopada 2015)

[20] Adam Chmiel w swej książce Domy Krakowskie, ul. Floryańska, część druga (Kraków, 1920, nakładem Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa) pisał: „W r. 1914 w sierpniu umieściły właścicielki w narożniku kamienicy na wysokości I-go piętra figurkę Matki Boskiej, rzeźbioną w drewnie i polichromowaną, która przedtem znajdowała się w krypcie kościoła XX. Pijarów w Krakowie. Przy ustawieniu tej figurki umieszczono przy niej napis na pergaminie, zamknięty w rurce, a od góry osłoniono kutym miedzianym daszkiem. Niechże wzniesiona tu ręką właścicielek Matka Boska ma ten dom «w swojej obronie»!”.

Snadź znał i bardzo lubił ten dom pięćdziesięciopięcioletni historyk kultury, archiwista, wielki znawca i miłośnik Krakowa, słusznie chodzący w nimbie przyjaciela Wyspiańskiego. Bo pisał i wcześniej w tym samym miejscu:

„Spadkobiercy: Emil Wodak, Magdalena i Olga Wodakówny oraz Matylda z Wodaków Meleniewska „może ze swoim uszczerbkiem strzegą jej, żeby pozostała tylko w polskich i chrześcijańskich rękach”.

Sam bym siebie nazwał plotkarzem, gdybym teraz przywołał aluzje redaktora Mariana Dąbrowskiego na temat ludzi z najlepszego towarzystwa nawiedzających „Zielonego Słonia” w piwnicach (suchych, po piekarni) domu przy Floriańskiej 44. A wspomniana przez Adama Chmiela Matylda z Wodaków Meleniewska  (1869-1930) to matka opisywanego tu przewodniczącego „Zielonego Słonia” – dobra malarka. Studiowała w Krakowie, Dreźnie, Monachium i w Paryżu. Wprawdzie najpiękniej malowała kwiaty, ale do końca życia była wziętą portrecistką dam z dobrego towarzystwa. Troskliwy syn, Bohdan Meleniewski,  przekazał jej obrazy w darze dla  Muzeum Narodowego w Krakowie. 

 

 

Jerzy Stasiewicz - proza poetycka

 

Franciszek Maśluszczak

 

 

        Szukam matki mojej na pagórkowatych polach. Fartuch rozwiewa wiatr. Zgarbiona zbiera ziemniaki oblepione tłustą rędziną. Dorodne bulwy pozwolą przeżyć zimę.

        Widzę matkę moją dźwigającą wiklinowy kosz ziemniaków. W duszy myśli – będą placki i kopytka.

        Szarak przebiegł pole. Nozdrza drażni dym palonych łętów. 

 

        Podmuch faluje rzepaki. Duch wiatru stąpa po miedzach, obserwuje łany tańczące żniwną melodię.

 

        W trawie gniazdo piskląt. Otwarte dzioby zwrócone ku niebu. W górze matka z dżdżownicą w dziobie. 

 

        Biegam za Tobą wietrze po górach, dolinach. Podmuch smaga moją twarz. Dlaczego próbujesz zrzucić mnie ze skały?

        W dali widzę wędrowca trzymającego dłonią kapelusz. Otulającego się płaszczem.

 

        Wędruję od wczesnej młodości. Mrozy i upał dniem powszednim. Sypiam pod gwiazdami okryty jeno derką jak partyzant. Poduszką snop słomy, zagarnięte liście, czasem głaz.

        Bywa, że przygarnie mnie pod dach świętobliwy gospodarz. Poczęstuje gorącą strawą. Wysłucha wędrownych opowieści.

        Szczęśliwy mój los.

        Inny poszczuje psami. Wyzwie od włóczęgów.

 

        Idę ku zachodzącemu słońcu. Śnieg pokrył równiny. Oczy straciły wzrok. Kij za przewodnika. Wiatr w plecy wymusza szybszy marsz. Nie czuję stóp. Brat wiatr niesie mnie w niekończącą się dal. Aż tam…

 

        Ogień popieli las. Zawodzący świergot. Pęd spłoszonej zwierzyny.

        Wędrowiec niesie deszcz.

 

        Kiedym dom opuszczał. Pytali – dokąd? Pokazywałem dłonią horyzont. I niebo z ptakami lecącymi na południe. Matka do węzełka pakowała swojski chleb i smalec z cebulą. Ojciec uklęknął przed obrazem Najjaśniejszej Panienki. I przytulił mnie do piersi. Zimą czuję jego ciepło.

 

        Ogień rodzinnego domu płonie we mnie jak lampka oliwna. Na bezdrożach widzę zastawiony stół w moim domu. Biały ser, jaja, pęta kiełbasy, zasmażana kapusta. Kot wylegujący się w rogu łóżka.

        Po podwórzu biega Reks. Stary i ślepy. Wierny stróż gospodarstwa.

 

        Koń parska bijąc kopytem zeschłą trawę stepu. Do jurty zaprasza gospodarz strudzonego wędrowca. Prosi by usiadł na baraniej skórze. Nalewa kumysu.

        Wszędzie ten sam dom rodzinny i ogień, który ogrzewa. Serce wędrowca lgnie do ludzi.

 

        Ogień Stasiewiczówki dostrzega wędrowiec z daleka. Kieruje się gwiazdami i głosem serca. Wiatr odpędza sen.

        W ganku dzwon obwieszcza dobra nowinę. Wędrowiec przysiada na kufrze, zsuwa chodaki – jaka lekkość stóp…

        Kapelusz przepojony deszczem. Płaszcz podszyty wiatrem. Buty wyczerpane drogą. Daleki trakt…

 

        Daleki trakt przede mną. Widzę gwiazdę. To nie betlejemska. Gwiazda wiecznego tułacza, od łona matki aż po grób, gdzieś na dzikich polach, który przywoła Wędrowca niespodziewanie jak każdego.

        Z planami na jutro.

 

        Echo umilkło. Wołam dzień miniony. Widzę go w potoku rzeki jak film w kinie, które martwe brakiem widzów. Zabija bezboleśnie, wciskając klin w głusz między żebra pustej sali.

 

        Szedłem lasem, wiedziony zapachem igliwia. Zza pni spoglądały borsuki licząc dni do snu zimowego. Wiewiórki częstowały orzechami, pokazując szlak.

        Dzień do dnia podobny.

 

        Musiałem zawrócić.

        Była krew i trupy starców, kobiet, dzieci. Znałem tych ludzi od lat. Gościli mnie w swoich domach jak brata. Odstępowali buty widząc moje schodzone podeszwy.

        Dziś sąsiad na sąsiada podniósł pięść.

 

        Nie. Nie można za dużo wymagać od innych. Przykład trzeba dać własnym, sercem, krwią i potem. Pilnując drogowskazu uczciwości, toczę kamień. Syzyfa nie spotykam po drodze. Jednak wiatr wieje w oczy.

 

        Hula wiatr wygnany w pola jak dziki zwierz zerwany z uwięzi.

        Przegania mgły skrywające domostwa.

        Śmigła elektrowni chwytają podmuch dla człowieka.

 

        Szukałem Ducha Wiatru.

        Z połonin krzyczałem:

        - Duchu siądź z wędrowcem przy ogniu.

        Sypiesz iskry w moją twarz.

 

Jerzy Stasiewicz

 

 

J ó z e f   H e n

                  

 JESTEM  SZCZĘŚLIWIE  ZAJĘTY

          Z Dziennika 2016

 

jozef hen              WŚRÓD TYCH POSZUKIWAŃ W STARYCH SZPARGAŁACH wpadł mi w ręce notes, o którym zupełnie zapomniałem. Znalazłem go na początku maja 1945 r.  w Neuhammer, po zachodniej stronie Nysy, w opustoszałych koszarach „SS”; obok leżał kalendarzyk SS-mana z portretem Himmlera (jacy jednak próżni są  zbrodniarze!), który wzbudził po latach zainteresowanie ubeków, kiedy robili u mnie rewizję , jednak ten trop, bojąc się może śmieszności,  w końcu porzucili. (Niektórzy moi czytelnicy pamiętają chyba, że wykorzystałem ten kalendarzyk w „Twarzy pokerzysty”).

 

         Znaleziony notes ma kształt małej książeczki, czarne okładki, pożółkłe od starości liniowane kartki. Kilkanaście kartek zapisałem, dobrym czarnym atramentem i dlatego wciąż jeszcze tekst jest czytelny.  Wypisałem też, jak się okazuje,  tytuł:  UWAGI  O BUDDENBROOKACH.  Ołówkiem dopisana data: styczeń 1953.  Tuż przed śmiercią Stalina. A więc u szczytu socrealizmu. To informacja ważna, bo w tekście nie ma śladu socrealizmu, żadnej walki klas. (A był to okres, w którym pewien znakomity  krytyk i redaktor pisma literackiego, opublikował artykuł, w którym twierdził, że smutek „Sonetów krymskich” Mickiewicza spowodowany został spadkiem cen na zboże w Odessie. Było, trzeba przyznać, sporo śmiechu))

     Więc ja coś  o „Buddenbrokach”  napisałem? Odczułem po lekturze (ponownej – czytałem tę powieść także  przed wojną) potrzebę  odnotowania swych wrażeń i myśli? (Jeszcze nie było moich „bezsennych nocy”).  Przypominam sobie teraz, że Marcel Reich-Ranicki, germanista, który pracował w wydawnictwie MON, kiedy usłyszał, że napisałem coś w rodzaju  szkicu o „Buddenbrokach”, prosił, żebym mu dał to przeczytać. Odmówiłem. Bo wtedy akurat pan Marcel wydał książkę o współczesnej prozie niemieckiej, bardzo klasowo ustawionej.

       

         Jest grudzień 2016 roku. Postanowiłem te swoje dawne rozważania o powieści Tomasza Manna włączyć do księgi moich dzienników. Może kogoś zainteresuje. No to proszę.

 „UWAGI O BUDDENBROOKACH”.  STYCZEŃ 1953.       .

  

                          Gdybyśmy próbowali szukać przyczyn „upadków rodziny” ( jak określa treść powieści jej podtytuł ), znaleźlibyśmy u Manna zaledwie kilka mglistych aluzji. Interesy po wojnie pruskiej nie szły gorzej niż w roku 1835. Można było zarobić na dostawach dla wojska, poza tym unia celna otwierała szerokie perspektywy handlowe. Wiadomo, że właśnie w tym czasie powstawały potężne banki. Byłoby jeszcze zrozumiałe, gdyby dom handlowy „Buddenbrook” upadł, bo nie wytrzymał konkurencji z drapieżnym i potężniejącym kapitałem przemysłowym. Lub też, gdyby upadek był następstwem szeregu nieudanych transakcji finansowych. Ale tak to u Manna nie wygląda, nieudane transakcje nie mają wpływu na upadek Buddenbroków.  Wpływ nowych czasów jest wprawdzie ukazany, ale raczej  aluzyjnie: Tomasz Buddenbrook nie ma już tej śmiałości, jaką miał dawniej i jaka tym bardziej potrzebna jest teraz, kiedy wielkie majątki szlacheckie (np. von Maibooma)  diabli biorą, a rodzą się potężne fortuny Kruppów i Stissenów. Stara rodzinna dewiza: „Pamiętaj, synu, byś nie robił za dnia interesów, które zamąciłyby ci twój sen w nocy” -  nie nadaje się do nowych czasów. Teraz trzeba być a interesach śmiałym i bezwzględnym.  Hageströmowie – mniej dostojni i dużo weselsi – lepiej się w tych nowych czasach czują. I oni zwyciężają. My,  czytelnicy wydanej w 1901 roku powieści, nie mamy wątpliwości, że kiedy nastanie Hitler, oni bez wahania go poprą. A Buddenbrokowie?  Nie próbujmy tego przeniknąć. Przyjmijmy, że gdy nastał Hitler, Buddenbrooków już nie było. Jakieś odpryski może zachowały tak zwaną „zbrojną neutralność”. Gorszyły się wszechwładztwem zbrodni i chamstwa, ale nie protestowały. O wiele bardziej przerażał je – lud.

      Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby 16-letni Jano   miał zamiłowanie do kupiectwa, tak jak jego poprzednicy, albo gdyby miał je choćby stryj Chrystian, firma by nie upadła. Tak, jak nam to przekazuje Mann, Buddenbrokowie upadają z przyczyn biologicznych.  Można się domyślić  degeneracji fizycznej. Na szczęście, sprawy te nie są uproszczone. Jano różnił się od poprzednich Buddenbrooków nie  tylko  tym, że był słaby fizycznie, ale także tym, że był muzykiem. Artystą. Chrystian był nie tylko hipochondrykiem, ale i zmarnowanym aktorem. Poznać u młodego autora pazur wielkiego pisarza. Chorobliwość tych dwóch artystów była wywołana nie tyle degeneracją fizyczną ( o której nie wolno nam  zapominać, gdyż Mann niewątpliwie ją podkreśla), ile sprzecznością między ich powołaniem a tym, czego żąda od nich „firma”. Urojone obowiązki wobec „firmy”, wobec „rodu” (liczącego nie więcej niż sto lat, ), wobec różnych wyspekulowanych „tradycji”, pętały dusze, wykoślawiały jednych (takich jak Chrystian), zabijały innych (takich jak Jano). I tak, według młodzieńca tworzącego tę powieść, należy pojmować śmierć  ostatniego z Buddenbrooków.

      A więc degeneracja biologiczna i przymus duchowy. Czy tylko to?  Na ostatnich stronicach powieści Mann zarysowuje kapitalny w swojej syntezie obraz szkoły niemieckiej po triumfach Bismarcka.:

         „Dyrektor Wulicke był… następcą  jowialnego i miłego starego jegomościa, pod którego dyrekcją studiowali ojciec i stryj , a który zmarł wkrótce po roku siedemdziesiątym pierwszym.  Wówczas to został naznaczony doktor Wulicke, dotychczasowy profesor  p r u s k i e g o  gimnazjum, a wraz z nim nadciągnął do szkoły inny, nowy duch. Tam gdzie niegdyś wykształcenie klasyczne uważane było za pogodny cel, do którego dążono ze spokojem, swobodą i radosnym idealizmem, obecnie najwyższego szacunku zażywały pojęcia autorytetu,  obowiązku, władzy, służby i kariery, a „kategoryczny imperatyw” naszego filozofa Kanta, był sztandarem, który dyrektor Wulicke  groźnie rozwijał podczas każdej uroczystej mowy. Szkoła stała się państwem w państwie, w którym pruska służbistość zapanowała tak mocno, że nie tylko nauczyciele, ale i uczniowie czuli się niby urzędnicy troszczący się o awans oraz o dobrą notę u potentatów…” (Tłum. Ewa Librowiczowa).

     Najbardziej charakterystycznym przejawem ducha nowych czasów, który przyszedł z pruskim militaryzmem, był Strach. „Boję się” – mówił Jano do Kaja przed lekcją łaciny. „Boję się szalenie, Kaju, aż do bólu”. Co było przyczyną tego strachu? Czy tylko ten ustęp z Owidiusza: „Aurea prima sata est aetas…”?  Tekst Owidiusza wprowadzony jest tu po to, by tym bardziej oskarżyć pruski militaryzm. Kiedy Jano na lekcji łaciny „ze ściągniętymi brwiami czytał o złotym wieku, który był na początku świata, gdy bez mścicieli, z wolnej woli, bez praw pisanych, czczono wolność i sprawiedliwość – czyż nie było w tym gorzkiej ironii, ach jakże gorzkiej?! - Kara ni bojaźń nie istniały – mówił po łacinie. – Nie czytano groźnych słów wypisanych na tablicach spiżowych, nie lękała się trwożliwa gromada oblicza sędziego” Tak może było za tamtych Buddenbrooków – mógł pomyśleć mały Jano. Wówczas, gdy młodzież niemiecka czytała Wertera, a uniwersytety niemieckie były awangardą wolnomyślicielstwa i romantyzmu.  Ale Jano nie miał nawet czasu o tym myśleć. „Czytał z umęczonym i pełnym wstrętu wyrazem, czytał umyślnie źle i bez związku…’        

           Mann daje „dzieje upadku rodziny” scenami: przeskakuje po kilka lat, wydawałoby się nieraz bardzo ważnych w czyimś życiu. I nagle – drobiazgowy opis całego dnia szkolnego, lekcja po lekcji. O, nie myli się mistrz taki. Ta szkoła mówi nam wszystko. Jest doskonałym komentarzem do tego, co się zdarzyło potem. Weźmy choćby profesora Marotzke; jakże typowy  w swoim prostactwie! To już nawet gotowy wzór późniejszego o ćwierć wieku hitlerowca: matematyk i filozof wpół mistyk, a zarazem oficer rezerwy „i to zapalony”, zaznacza młody autor.

        A kandydat Modersohn? Tu znów inna cecha właściwa dla  reżymu deptania ludzkiej godności. Kandydat Modersohn nie umie utrzymać klasy w ryzach, na jego lekcjach panuje hałas, rozwydrzenie, uczniowie ignorują go lub płatają złośliwe figle.

        Kandydat Modersohn udaje, ze tego nie widzi, nie pamięta nawet nazwisk uczniów. Ale pamięta nazwisko Jano Buddenbrooka:, ucznia, który wyróżniał się spokojnym zachowaniem. I jego właśnie Modersohn tyranizował, „przywoływał do porządku” i „okazywał mu bez przerwy swój autorytet”.          

           Ta sama klasa, która znęcała się tak nieludzko nad Modersohnem, wykazywała  żenującą karność (diabelnie przy tym zewnętrzną!) na lekcjach innych profesorów. „Jesteś pan zakałą klasy” – mówi profesor do ucznia. „Skazany Petersem usiadł. Można było zauważyć, że jego sąsiad odsunął się od niego. Wszyscy patrzyli na niego z mieszaniną wstrętu, współczucia i grozy. Był powalony, samotny i najzupełniej opuszczony – dlatego, ze został złapany”. Nie zapominajmy, że uczniami tej szkoły byli synkowie kupieccy, a lekcje te odbywają się w dniach młodości i prężności pruskiego militaryzmu. Wnukowie rówieśników Jano Buddenbrooka – zostali hitlerowcami.

        Jano był inny. Jano umarł. Oto trzecia nakreślona przez autora przyczyna śmierci najmłodszego z Buddenbrooków: triumf prusactwa. Jano nie chciał żyć. Przyszłość wydawała mu się ohydna. Nie tyfus go zabił – ale wstręt do życia.  Niemcy poezji i muzyki giną zdławione przez Niemcy militaryzmu.

           Rozegranie tych problemów właśnie na terenie szkoły (bo przecież można to było ukazać również na innym tle) nastąpiło chyba na skutek głębokiego przekonania Tomasza Manna – podziwiajmy 25-letniego prozaika! – że prusactwo to przede wszystkim system wychowawczy. Inna szkoła, inne  wychowanie – i mielibyśmy  innych Niemców. Przekonanie to, jak wynika z powieści „Poddany”, podzielał także jego brat Henryk.

           (…) (Tu trochę moich uwag o systemie wychowawczym brytyjskim,  kształcenie zimnych, zewnętrznie poprawnych  dżentelmenów w wysokich cylindrach, z poczuciem wyższości nad prymitywnymi ludami – tylko tak można rządzić. Opuszczę to. Bo dalej znowu o „dziejach  upadku rodziny”).

         Zastanawia, dlaczego Mann przypisał Buddenbrookom stopniową degenerację biologiczną. Czyżby odczuwało się brak przypływu świeżej, zdrowej  krwi?  A może nastąpiło zwyrodnienie na skutek bezczynności, lenistwa etc.? Nie, Buddenbrokowie są czynni i pracowici. A jednak w tej powieści, w której jest tyle opisów śmierci, każdy następny Buddenbrook żyje krócej. Od starego       pana Jana, który zmarł mając lat 76 – aż po jego prawnuka Jano, który żył tylko lat 16.  Autor zarysował tu świadomie matematyczną krzywą upadku sił witalnych rodziny.

         Ta krzywa, w zetknięciu z nowymi czasami – przemysłowego kapitalizmu – gwałtownie spada. Pochodzenie Buddenbrooków (tak jak Forsyte’ów Galsworthy’ego) jest plebejskie. Gdzieś w przeszłości był jakiś krawiec w Rostocku, „który miał się nieźle”. Stąd, według Manna, płynie ta zdrowa, witalna siła rodziny.  Praca fizyczna plus dobrobyt („dobrze się miał!” )  Dobrobyt był i potem, ale skończyła się praca fizyczna. Nie muszę akurat tego poglądu Manna podzielać; moje osobiste doświadczenia są inne. Byłoby głupstwem wysnuwać z tego jakieś wnioski.  Chodzi o co innego: wzbogaceni Buddenbrokowie zaczynają się kreować na arystokrację. Ta miejska arystokracja – w bogatych miastach hanzeatyckich – nie była mniej ekskluzywna niż  ziemiańska. Bardziej jeszcze niż tamta strzegła różnicy stanów. U Buddenbrooków nawet podczas nabożeństw służba stała w drugim pokoju. Nie będąc arystokracją z pochodzenia, Buddenbrokowie mieli nazwisko, dopóki byli „firmą”. Bez tej „firmy” – byli niczym. Stają się niewolnikami „firmy”. Poświęcają jej pamięć, nerwy, szczęście osobiste. Pobierają się wbrew swemu sercu, nie znając uczucia odwzajemnionej miłości, a może w ogóle jej nie znając. Mówią nie to, co by mówić chcieli, jedzą nawet tak, żeby było widać, iż są bogaci, gdyż tylko to daje im pozycję.  „Siedzieli na ciężkich, sztywnych krzesłach, jedli dobre, ciężkie potrawy z ciężkich, srebrnych talerzy, popijali ciężkie, dobre wina i wypowiadali swe zapatrywania”. Mann pisze też, jakie były skutki tego jedzenia: niestrawność, choroby gastryczne (cierpi na nie później Tonia).

        Przyczyn degeneracji biologicznej Buddenbrooków należałoby jednak szukać w sferze psychicznej.  Niepowodzenia „firmy” ciążyły i zabijały. Duch czasów był przeciw nim. Przerażała ich zarówno Wiosna Ludów, jak i ekspansywność nowoczesnego kapitalizmu.  Kiedy Jano, muzyk, się zbuntował i okazywał wyraźną niechęć do handlu – Tomasz, jego ojciec,  zrozumiał, że „firma” jest fikcją. Przestała go interesować. Budził się późno, wychodził z biura wśród pracy, żeby grabić żwir w ogrodzie. Stracił cel i życie straciło sens. Został tylko strach przed śmiercią. Strach przed śmiercią nie przedłuża życia. Wystarczyło błahego powodu, żeby Tomasz odszedł ze świata. Wszyscy się dziwili: „Ząb? Umrzeć z powodu zęba?”

       Ten związek „buddenbrookizmu”  z degeneracją wyraźnie widać w postaci wuja Chrystiana. Skłonności do hipochondrii (jak również talent aktorski) objawiał Chrystian już w dzieciństwie. W  ogóle Tomasz Mann bardzo chętnie pokazuje, jak w dzieciństwie   można dostrzec cechy właściwe tej postaci w jej dorosłości. (Chyba jeszcze bez wpływu Freuda).  Tomasz jest inny w dzieciństwie niż Chrystian, bardzo mało zmienia się Jano, a szczególnie Tyldzia. Ale predyspozycje psychiczne tych dzieciaków nie musiały decydować o ich późniejszych losach. Autor mówi: tacy oni są – od dalszego biegu życia zależy, jakie cechy wezmą górę. Kto wie, gdyby Chrystianowi pozwolono wygrać się w teatrze, może znikłaby jego hipochondria? Przecież ten przymus uczestnictwa w kupiectwie powoduje, że duszą go niespełnione pragnienia, każe mu wglądać w siebie i rejestrować – z jakimż upodobaniem! – swoje dolegliwości. Do dramatu Jano nie muszę powracać… Ale Tyldzia, wiecznie głodna Tyldzia, gdyby – wyposażona! – założyła swój dom, była gospodynią i sama dysponowała zasobami kuchni… Ach, biedna Tyldziu!  Że też tego nie dożyłaś! Że też nie wpadło im na myśl, by cię wyposażyć! A mogliby, mogliby. Dziesięć tysięcy ciepłą rączką – i  przestałabyś być dziwaczką. Przeszkodę stanowił tylko brak posagu, Mann wyraźnie to zaznacza. Dziesięć tysięcy marek, no, choćby pięć – Buddenbrokowie mogli sobie a to pozwolić. Ale „firma”?! Jak to zaksięgować, jak wytłumaczyć  stratę, jak ją pokryć w bilansie? I niby dlaczego, dlaczego, u licha, wyrzucać pieniądze za okno?   Co więcej, kiedy jest mowa o rencie  dla biednej, głodnej Klotyldy, okazuje się, że i tym razem nie stanie się to z uszczerbkiem dla kieszeni jej własnej rodziny: o rentę wystarają się Buddenbrokowie w pewnym towarzystwie dobroczynnym.

        Uczucie i serce, dobroć i ludzkość – wszystko składano w ofierze na ołtarzu pieniądza. Nie ma się co dziwić, że doprowadziło to do stopniowego zwyrodnienia.

        

Mieczysław Machnicki

 

Opowieść wigilijna

 

Olga Boznańska

 

Chodziłem po domach i naciskałem klamki. Jeśli drzwi ustępowały, nabierałem pewności, że jestem oczekiwany, a gospodarze dołożyli wysiłków, by starannie mnie ugościć i całym sercem wyposażyć na drogę.

O zmierzchu przywdziewałem strój świętego Mikołaja i wyczekiwałem chwili, kiedy rodzina będzie wypatrywać przed domem pierwszej gwiazdki. Prześlizgiwałem się za plecami i siadałem przed talerzykiem dla niespodziewanego gościa.

Powróciwszy do stołu nikt mnie nie zauważał, tak był przekonany, że tradycja tradycją, ale dodatkowego talerzyka aż do końca kolacji nie pobrudzi mięsisty, dymiący zapach zagrzybionych lasów.

Pałaszowano czerwony barszczyk, koniuszkiem języka wysuwano z ust zabłąkaną ość karpia, rozgryzano pieroga z kapustą w nadziei, że przypadkiem utkwiła w niej rozpływająca się cząsteczka golonki.

A mnie ślina podchodziła do gardła i syciła się świątecznym nastrojem. Po chwili rodzinne ciepło niemal do temperatury wrzenia podgrzewało ścianki spragnionego żołądka.

Byłem ugotowany i nie potrafiłem nie uronić łzy dobrze mi znanej ze smutnego dzieciństwa. Ale czekałem cierpliwie, aż gospodarze znużeni odklepywaniem kolęd pogaszą świeczki na choince i przejdą z salonu na pierwsze piętro willi.

Kiedy tylko pierze w obszernych pierzynach przestawało trzeszczeć, zabierałem sie do dzieła.

Nie ukrywam, że żal mi było rozstawać się z ogołoconym do żywego drzewkiem. Jego srebrno-zielone szpileczki czułem niemal pod skórą. Złote banieczki obijały się jedna o drugą w przepastnych kieszeniach kożucha, skrojonego na miarę zdobywcy prawdziwych skarbów.

Jeszcze tylko w serwecie, pełnej okruszków ciast i jęczmienia kutii, rzeźbiłem kozikiem nazwisko Arsena Lupina i znikałem po angielsku.

Odsunąwszy zasuwki w dębowych drzwiach, zanurzałem się w rozświetlonej płatkami śniegu wilgotnej nocy. Żadnego szczekania złych psów, tylko rozkoszny chrzęst, idący spod stóp. Jeszcze żyłem, zamiast już dawno umrzeć w pamięci pokoleń.

Latem przebierałem się w slipy i modne majteczki plażowicza. Starałem się wywrzeć wrażenie, jakobym przed chwilą wyszedł z pobliskiej glinianki i ociekając sokiem wodorostów chciał tylko odparować ciało w płomykach dogasającego domowego ogniska.

Prosiłem gospodarzy o ręcznik, o nic więcej. No, czasem o kostkę lodu, zanurzoną w ostrym, łaskoczącym język płynie.

Jeśli trafiałem na uczynną panią, świeżym ręcznikiem okręcałem biodra i wyciągałem spod niego mokre slipki. Niedbałym gestem wrzucałem je do bębna pralki. Przyjdę po nie następnym razem, mówiłem, choć zwykle na gościnie upływało tyle czasu, że zdążyły się odwirować i przeschnąć.

Ale latem stać mnie już było na drobny prezent, jeśli tylko na wigilię udało mi się zdobyć wystarczającą liczbę złotych bombek.

Choć i teraz z gościnnego domu nie wychodziłem z pustą moszną. Biała koszula, garnitur od Bossa, wyglansowane buty, wyścielone błyszczącymi stronicami "Twojego Stylu", by dobrze przywierały do stóp.

Tego roku zima przyszła wcześniej niż zwykle i zastała mnie w slipach. Nawet pospieszniej niż w ubiegłych latach zaświeciła pierwsza gwiazdka na korpusie nowej chińskiej rakiety kosmicznej.

Gdy klamka, mosiężna i rzeźbiona, ustąpiła przed zgrabiałą ręką, rzuciłem się do narożnika stołu i skryłem zmrożone slipy pod przymarszczonym rogiem serwety. Nie traciłem nadziei, że wkrótce z ciężką wazą barszczyku i świeżym ręcznikiem, który by wchłonął jego wylane przypadkiem krople, pojawi się moja letnia narzeczona.

Dodatkowy talerz wyraźnie odstawał od zastawy. To był znak, że w tym domu nie miano szacunku dla domokrążców. Tradycja wydawała się uciążliwym i zbędnym rytuałem. Świąteczny znaczyło niedzielny i nudny, jak każdy siódmy dzień tygodnia.

Czyżbym pomylił wille? Wstąpił do tej, w której nigdy jeszcze nie byłem, ani zimą ani latem? Boże ty mój, jakże szybko teraz budują szklane domy.

Usiadła przy mnie. Tak, już wiedziałem z całą mocą, że tylko ona jest powierniczką obyczaju i pocieszycielką strapionych ubóstwem i bezdomnością. Tylko ona rozumie, jak drogocennym znakiem wierności, wartym nieustannego odnawiania, jest dodatkowe nakrycie dla tułacza. Odstający zaś od zastawy talerz to wyróżnienie, a nie wyszczerbione naczynie z dawnego kompletu.

Nagarnęła chochlą barszczu i szeroką strugą upuściła na mój talerz. Sterane przez całe lata uderzeniami łyżek, porysowane  dno jakby czekało na tę, przez żądzę pożądaną chwilę. Pękło, nie, rozstąpiło się jak usychająca z tęsknoty za deszczem ziemia, jak kania spragniona dżdżu. Pociekły ożywcze rzeki. Na slipki i na podłogę, ba, przeniknęły nagie ciało i zmieszane z krwią umoczyły twarde oparcie krzesła, głęboko wsiąkły w miękkie siedzisko.

Z ręcznikiem rzuciła się na mnie, wplotła w skórę jego delikatne sploty i świeży oddech materii. Sprawna, staranna, operowała niedopieszczoną dłonią przy mojej piersi, brzuchu, nogach. Na oparciu i siedzisku nie było już żadnych śladów, choć krzesło, czułem, rozgrzało się do białości, jakby też chciało świadczyć o wzajemnym pożądaniu.

Nie wiem, jakim sposobem umiłowanie czystości połączyło się z pracowitym miłosnym zapałem. I jak zostałem doprowadzony do wręcz patriotycznego uniesienia. W każdym razie na podłodze do czerwonych kropel barszczu dołączyły gęste, białe krople nektaru Amora.

Nie chcąc zbrukać narodowego sztandaru nie wytarłem o niego nóg, tylko chyłkiem umknąłem sprzed stołu. Już byłem przy szafie, zarazem przepastnej i pękatej.

A to się zdziwi gospodarz. Co tu robią zakrwawione slipki? Gdzie moja odświętna szuba, przesiąknięta antymolowym sprayem? Gdzie czapka uszatka i walonki? Jak bez tych atrybutów prawdziwego myśliwego, upoluję chętne młode sztuki.

Dość tych przebieranek, powiedziała. Nie możesz kochać się normalnie?

Buhahaha, zaśmiał się opętańczo jak prawicowy bloger. Chcę się spocić! Chcę, by po moim brzuchu popłynęły rzeki słodkiego potu. Chcę, byś mnie też wytarła świeżym ręcznikiem. Po same dno serca. Do samych kości.

Tymczasem naciskałem następną klamkę, rozgrzaną od słońca. Czekałem na upragnione słowa: Nie musisz osłaniać się kożuchem. Masz tu swoje slipki na te twoje złote banieczki.