Wacław Holewiński

 

 

Nim wypowiesz słowo, jesteś jego panem

 

holewinski

 

 

Osoby:

Mieczysław Widaj – emerytowany sędzia wojskowy, płk. Ludowego Wojska Polskiego, l. 95.

Ewa Vitroux – dziennikarka, l. 32.

 

Mieczysław Widaj: O czym pani chce rozmawiać?

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, jeśli pan pozwoli…

Mieczysław Widaj: Wolę, jak się do mnie mówi mecenasie. Przyzwyczaiłem się…

Ewa Vitroux: A nie sędzio? Przecież tyle lat był pan sędzią. Jeszcze przed wojną. W Mościskach, Przemyślu…

Mieczysław Widaj: Widzę, że pani sporo o mnie wie. Więc o czym mamy rozmawiać?

Ewa Vitroux: Chciałabym zapytać o „Huzara”.

Mieczysław Widaj: O kogo?

Ewa Vitroux: Kazimierz Kamieński, pseudonim „Huzar”. Pamięta go pan? Wydał pan na niego wyrok…

Mieczysław Widaj: Wydałem setki wyroków, uczestniczyłem (chwila zastanowienia), tak, gdyby dobrze policzyć, w paru tysiącach posiedzeń sądów. Podsądni, skazani, gdybym miał wszystkich pamiętać…

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Zygmunta Edwarda Szendzielarza, syna Karola, posługującego się pseudonimem „Łupaszka”, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: No tak. Setki wyroków. Ale tego pan skazał na karę śmierci.

Mieczysław Widaj (nerwowo): Jak nazwisko?

Ewa Vitroux: Kazimierz Kamieński, pseudonim „Huzar”.

Mieczysław Widaj: W którym to było roku?

Ewa Vitroux: (słychać przewracane kartki papieru) 26 marca 1953 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Łapach. Pan przewodniczył. Naprawdę pan nie pamięta?

Mieczysław Widaj: Coś pamiętam. To był bandyta.

Ewa Vitroux: 13 marca 1997 roku Sąd Wojewódzki w Białymstoku unieważnił wyrok.

Mieczysław Widaj: Młyn historii. To pani dziadek? Dlaczego on panią interesuje?

Ewa Vitroux: Dużo o nim czytałam. To był ciekawy człowiek.

Mieczysław Widaj: Ciekawy dlatego, że zabijał milicjantów? Chłopów? Dzieci?

Ewa Vitroux: Milicjantów tylko rozbrajał. Strzelał do tych z PPR-u. Skąd panu przyszły do głowy dzieci? Tego nie było nawet w akcie oskarżenia…

Mieczysław Widaj: Chce pani rozmawiać o historii. Nie warto. Ani pani, ani ja nie mamy na nią wpływu.

Ewa Vitroux: Historia to ludzie.

Mieczysław Widaj: Pani jest młoda. Ile pani ma lat?

Ewa Vitroux: 32. Ale nie chcę rozmawiać o historii. Chciałam zapytać o jego twarz. Co pan w niej zobaczył?

Mieczysław Widaj (śmiech): Twarz. Każdy z nich popuszczał w gacie. Przecież on wiedział, że go powieszą.

Ewa Vitroux: Wierzył, że przyjechał do Warszawy, aby wyjechać na Zachód.

Mieczysław Widaj: A tu niespodzianka. Strzelał do naszych.

Ewa Vitroux: Ślepymi nabojami. Podmieniliście mu amunicję.

Mieczysław Widaj: To bez znaczenia. Bezpieczeństwo robiło dobrą robotę. Trzeba było zlikwidować terror. W Polsce była wojna…

Ewa Vitroux: Panie sędzio, w ’53 roku? Przecież V Komenda WiN-u to była wasza prowokacja.

Mieczysław Widaj: Toczyła się gra, albo oni nas, albo my ich.

Ewa Vitroux: (głębokie westchnienie) Ich już nie było. Mogliście ich bez problemu wyłapać, wsadzić do więzienia… Policzyłam – pan sam wydał 106 wyroków śmierci. Niech pan spojrzy na jego zdjęcie. To jeszcze młody człowiek. Miał 34 lata, kiedy go powiesiliście. Był niewiele starszy ode mnie.

Mieczysław Widaj: Pani mi się bardziej podoba.

Ewa Vitroux: Panie sędzio…

Mieczysław Widaj: Mecenasie.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, dlaczego…

Mieczysław Widaj (nerwowo): Pani nie rozumie, czy jest pani taka głupia? Żadna władza nie pozwoli, aby do niej strzelano. Niech pani pomyśli, Amerykanie strzelają do Arabów, Rosjanie do Czeczenów, nikt, nikt nie pozwoli…

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, chciałam zapytać o jego twarz... To był odważny człowiek.

Mieczysław Widaj: Komu była potrzebna ta odwaga? Niech pani sama sobie odpowie.

Ewa Vitroux: Wierzył w inną Polskę.

Mieczysław Widaj: Te wszystkie bzdury, które się teraz czyta… Ta ich odwaga… Rycerze bez skazy…. Jeden w jeden bohater. Każdy z Matką Boską i Jezuskiem w sercu…

Ewa Vitroux: Mógł pan być jednym z nich. Przecież pan też był w podziemiu, w AK.

Mieczysław Widaj (stanowczo): Nie mogłem! To była droga donikąd. Trzeba było przetrwać. Teraz mówią, że Stalin to, że Stalin owo… Trzeba tam było być…

Ewa Vitroux: Pan się przestraszył?

Mieczysław Widaj: Nic, dziewczyno, nie rozumiesz, nic. Masz źle pomalowane paznokcie.

Ewa Vitroux: Pan ma dobry wzrok.

Mieczysław Widaj (dumnie): Wciąż czytam bez okularów.

Ewa Vitroux: W ’39 bił się z Niemcami. Jak pan. Byliście po tej samej stronie. Pan był dowódcą plutonu w 60 Dywizjonie Artylerii Ciężkiej.

Mieczysław Widaj: A on? Zaraz, zaraz, niech pani nie mówi… 9. Pułku Strzelców Konnych. Po bitwie pod Kockiem dostał się do niewoli niemieckiej.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Stanisława Skalskiego, syna Szymona, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: Pan ma świetną pamięć. Tak, dostał się do niewoli. Ale uciekł Niemcom.

Mieczysław Widaj: Gdyby nie uciekał, posiedziałby w jakimś stalagu, przetrwał wojnę, wrócił. Może dalej byłby żołnierzem. Zwróciła pani uwagę, podchorąży rezerwy, a parę lat później kapitan…

Ewa Vitroux: Wojna daje szybkie awanse.

Mieczysław Widaj: Zwłaszcza tym, którzy walczyli z Sowietami. Teraz dają im ordery, Virtuti Militari, jakieś Polonie Restituty… A za kilka lat będą odbierać. Niech pani pamięta. Będą odbierać.

Ewa Vitroux: Ordery?

Mieczysław Widaj: Będą odbierać, niech pani zapamięta.

Ewa Vitroux: Będę pamiętać. Pan go pamięta, prawda, panie pułkowniku?

Mieczysław Widaj: Mecenasie! Jakie to ma znaczenie? To był bandyta, to pani też niech pamięta!

Ewa Vitroux:To był dzielny człowiek…

Mieczysław Widaj (jakby recytował z pamięci): 1945–1946 wykonano 30 wyroków śmierci na informatorach i funkcjonariuszach UB, NKWD, działaczach komunistycznych, nadgorliwych milicjantach.

Ewa Vitroux: Często to byli pospolici przestępcy.

Mieczysław Widaj: Walki z WP oraz grupami UBP i MO, wiosną 1945 zajęcie posterunków w Szulborzu i Łapach, a latem 1946 w Kosowie Lackim. Napady na sklepy, poczty, pociągi, kasy kolejowe…

Ewa Vitroux: Przecież nie brali tych pieniędzy dla siebie…

Mieczysław Widaj: 17 lutego ’46 roku w Kitach przeprowadzono akcję na pociąg relacji Łapy–Warszawa, podczas niej zginął oficer WP i troje cywilów, zdobyto broń oraz 700 tys. zł., a na początku kwietnia na pociąg na stacji Czarnowo-Undy. Mało? Już za to powinien dostać kulę w łeb.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, dlaczego pan poszedł do sądu?

Mieczysław Widaj: O co pani pyta? Przecież byłem prawnikiem…

Ewa Vitroux: No tak, ale jak pana wzięli do armii (chwila przerwy, przewracane kartki) 15 marca ’45, mógł pan pójść na front…

Mieczysław Widaj: Co pani plecie? Te paznokcie, a nie, już pani mówiłem… Wojsko, wojna to nie przedszkole. Dostaje się rozkaz, przydział i wio. Zresztą to już była końcówka, ostatni akord. Wie pani, co to jest akord? Współbrzmienie co najmniej trzech dźwięków…

Ewa Vitroux: …o różnej wysokości i nazwie. Ale przecież pan wiedział, że będzie pan sądził swoich.

Mieczysław Widaj (jakby kończył poprzednią myśl): Współbrzmienie kilku dźwięków oddalonych o oktawę lub jej wielokrotności nie stanowi akordu. (wracając do rzeczywistości). Jakich swoich?

Ewa Vitroux: Bał się pan?

Mieczysław Widaj: Frontu? Nie. Chciałem się bić.

Ewa Vitroux: Z Niemcami?

Mieczysław Widaj (ze zdumieniem): A z kim?

Ewa Vitroux: No, mógł pan, jak „Huzar” bić się z Sowietami. Pański dowódca z AK…

Mieczysław Widaj (ze złością): Niech pani nie opowiada głupstw. Polska nie miała wyboru.

Ewa Vitroux: (cicho) Polska nie, ale pan miał.

Mieczysław Widaj: Coś pani powiem. Naczytała się pani jakichś głupot, ale z rozumem krucho. Rosjanie byli we Lwowie w ’39. Wie pani, co się działo, jaki był strach?

Ewa Vitroux: Pan wie, że on cudem uniknął wywózki w ’41?

Mieczysław Widaj: Kto?

Ewa Vitroux: „Huzar”. Matkę i siostrę zabrali.

Mieczysław Widaj (śmiejąc się): No widzi pani. Mógł się uratować. Wyszedłby z Andersem…

Ewa Vitroux: Gdyby przeżył.

Mieczysław Widaj: Był młody, miał szanse większe od innych.

Ewa Vitroux: Wie pan, dlaczego on mógł tyle lat z wami walczyć? Bo ludzie go kochali. Bo ich chronił przed kontyngentami, przed bandytami.

Mieczysław Widaj: Kochali? Bali się. Niech pani poczyta zeznania świadków.

Ewa Vitroux: Czytałam. To była pokazówka. Zanim zaczął pan sądzić, wydał pan wyrok.

Mieczysław Widaj: Pani chce mnie obrazić? Do tego trzeba rozumu. Niech pani wyłączy magnetofon.

Ewa Vitroux: Ale dlaczego? Przecież to ważne, co pan mówi.

Mieczysław Widaj (agresywnie): Niech pani wyłączy, albo wyrzucę panią z mieszkania.

Ewa Vitroux: Dobrze (słychać jak dziennikarka wyłącza magnetofon).

Mieczysław Widaj: Sądziłem uczciwie. Na podstawie relacji świadków i dokumentów. Kamieński mógł mówić, co chciał.

Ewa Vitroux: Przecież pan mu odbierał głos.

Mieczysław Widaj: Sąd to nie miejsce do agitacji politycznej.

Ewa Vitroux: Nie pozwolił pan na zeznania świadków obrony.

Mieczysław Widaj: Nie mogli wnieść niczego do sprawy. To sąd decyduje… Zresztą, po co ja o tym mówię? Pani jest prawnikiem?

Ewa Vitroux: Tak, skończyłam prawo, zrobiłam aplikację, ale nie chcę być sędzią. Panie mecenasie, pan pamięta jego twarz?

Mieczysław Widaj: Po co to pani? Po co pani do tego wraca? Pół wieku… Nikogo pani nie wskrzesi. I nie wywoła we mnie wyrzutów sumienia. Gdzieś przeczytałem takie mądre zdanie, że na wyrzuty sumienia zdobywają się tylko przegrani. Całe życie się tego trzymam…

Ewa Vitroux: Mówią, że pan wydał tych wyroków najwięcej. Chciałam pana zapytać…

Mieczysław Widaj: Coś pani powiem. Widziałem i pamiętam. Każdego z nich. Nawet tego biskupa, jak on się nazywał…

Ewa Vitroux: Czesław Kaczmarek

Mieczysław Widaj (głośno): Tak, pamiętam. Wszystkich. Ale śpię spokojnie, nie budzę się w środku nocy.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Mieczysława Gągorowskiego, syna Józefa, posługującego się pseudonimem „Mietek”, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: (szum przewracanych kartek) Jego łączniczka tak pisała: „Psy zupełnie inaczej szczekały na nich – delikatnie, piskliwie, przyjaźnie. Wtedy mówiliśmy: «Partyzanci idą, bo psy tak szczekają». I faktycznie, zaraz ktoś stukał w okno i pytał: «Spokój we wsi?». A jak przyjeżdżało wojsko czy milicja, to psy ujadały, że mało łańcuchów nie pozrywały”.

Mieczysław Widaj (śmiejąc się): Ci wstrętni komuniści… (poważniejąc) Po co pani czyta takie głupoty? Dziś można powiedzieć wszystko. Strzelali oni, strzelali nasi…

Ewa Vitroux: Panie sędzio, kiedy pan uznał, że oni to pan? Że może pan razem z Rosjanami i z tymi, którzy zdradzili… Wiedzieli, że pan był w podziemiu?

Mieczysław Widaj: A dlaczego miałem to ukrywać?

Ewa Vitroux: Aby nie pojechać na Syberię.

Mieczysław Widaj: Wcześniej czy później i tak wyszłoby to na jaw.

Ewa Vitroux: Pan wolał być ze zwycięzcami.

Mieczysław Widaj: A kto kocha porażkę? Tylko głupcy.

Ewa Vitroux: Odpierali ekspedycje UB i NKWD.

Mieczysław Widaj: Łatwo dziś to tłumaczyć.

Ewa Vitroux: Mówił pan, że strzelali. Tak, na przykład w maju 1945: (czyta) „Pod Łapami zabito pięciu funkcjonariuszy UB i Milicji, ośmiu odniosło rany, w tym trzech ciężkie. Pozostali poddali się i otrzymali pewną ilość gum dla zapamiętania, żeby nie strzelać, kiedy każą się poddać oraz jako nagrodę za wierną służbę dla PKWN-u, rozebrani do bielizny – puszczeni”.

Mieczysław Widaj: Pięciu funkcjonariuszy zabitych, ośmiu rannych… Sama pani widzi…

Ewa Vitroux: Widzę, że polowaliście na nich, nie dawaliście odetchnąć, że wygoniliście tych ludzi do lasu. A ta reszta, która się poddała…

Mieczysław Widaj: Powinna zostać rozstrzelana. Zasrańcy. Trudne czasy wymagają radykalnych środków.

Ewa Vitroux: Pan by kazał ich rozstrzelać? Naprawdę? Przecież pan wie, mecenasie, że nikt was nie popierał, że PPR to była garstka agentów przysłanych z Moskwy, że gdyby nie było tu Rosjan…

Mieczysław Widaj: Ale byli…

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, dlaczego pan nie chce zrozumieć, że można było być wiernym przysiędze, że dla nich Polska…

Mieczysław Widaj: Niech pani da spokój, bo zaraz się rozpłaczę. Ojczyzna, honor, jeszcze Bóg pani został…

Ewa Vitroux: O Niego też zapytam…

Mieczysław Widaj: Wie pani, co się w życiu liczy? Przeżyć. Każdy żołnierz siedzący w okopach to pani powie.

Ewa Vitroux: Pan nie siedział w okopach.

Mieczysław Widaj: Były amnestie, w ’45, w ’47, w ’52…

Ewa Vitroux: No, ta już go nie dotyczyła, była w listopadzie, a on był w waszych rękach w październiku…

Mieczysław Widaj (jakby nie słyszał): miał szansę się ujawnić, zacząć normalnie żyć.

Ewa Vitroux: Przecież i tak byście go nie puścili, choćby za te Łapy. A poza tym (słychać jak wyciera nos w chusteczkę), a poza tym tysiącom ludzi, którzy wam uwierzyli, nie daliście żyć…

Mieczysław Widaj: Tylko tym, którzy byli groźni dla państwa. Pani niczego nie rozumie.

Ewa Vitroux: (szum kartek) Nie było tu mowy o jakichkolwiek ekscesach, rabunkach, samowoli czy też niestosownym zachowaniu nawet w stosunku do „niezorganizowanych” gospodarzy. Obowiązywał zakaz nadużywania alkoholu, zabierania mieszkańcom wartościowych przedmiotów, ubrania – dopuszczano wymianę zniszczonego obuwia za zgodą gospodarzy i dowódcy oddziału – a nawet żywności. Zabronione były surowo samowolne akcje – ze wszystkich działań dowódcy patroli musieli rozliczać się, składając przed kapitanem „Huzarem” okresowe sprawozdania.

Mieczysław Widaj: Tak, a chłopskim dzieciom dupy podcierał.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, przecież to chłopi się przeciw wam buntowali, nie chcieli kołchozów, bronili się. Gdyby nie oni, gdyby nie miał w nich oparcia… (wydmuchuje nos w chusteczkę) a poza tym tysiącom ludzi, którzy wam uwierzyli, nie daliście żyć… Zapełniliście nimi więzienia…

Mieczysław Widaj: Tylko tym, którzy byli groźni dla państwa. Pani niczego nie rozumie. Chłopi, powiada pani. To mierzwa. Wystarczyło plunąć…

Ewa Vitroux: Pan pogardza ludźmi…

Mieczysław Widaj: Ludźmi? O nie, nie. Każdy chciał mieć ziemię. Wie pani, jaki w Polsce był głód ziemi?

Ewa Vitroux: Wiem, że się bronili. I że KBW i UB paliło całe wsie.

Mieczysław Widaj: Tylko te, które współpracowały z bandytami.

Ewa Vitroux: Ale przecież to była odpowiedzialność zbiorowa. Tak działali Niemcy i Sowieci. Nie przerażało to pana? Nie wierzę…

Mieczysław Widaj: Pani to robi specjalnie, prawda?

Ewa Vitroux: Co?

Mieczysław Widaj: Myśli, że mnie wyprowadzi z równowagi. Może pani mówić pułkowniku, sędzio, jak pani chce. Nie mam się czego wstydzić.

Ewa Vitroux: A śledztwo?

Mieczysław Widaj: Co śledztwo?

Ewa Vitroux: Przecież pan wie, że go katowano. Że go bito, wyrywano paznokcie, przetrzymywano na mrozie, oblewano ekskrementami.

Mieczysław Widaj (ironicznie): Naprawdę? Pani to widziała? Jak go zobaczyłem, był rumiany, dobrze ubrany, nawet chyba nie schudł…

Ewa Vitroux: Nikogo nie wydał. Wiedział, że go powiesicie.

Mieczysław Widaj: A na co miał liczyć? Na koronę cierniową? (ironicznie) Tłumy w jego obronie nie pojawiły się na ulicach. Wie pani, co słyszałem na sali sądowej? Ludzie krzyczeli, żeby go powiesić, że nie ma łaski dla morderców.

Ewa Vitroux: Przecież to wy dobraliście publiczność. Pamięta pan tę salę w parafialce?

Mieczysław Widaj: Co pani plecie? W jakiej parafialce? O czym pani mówi?

Ewa Vitroux: W Łapach, w sali parafialnej przy Cmentarnej. Tam się odbył jego proces. Wpuściliście sto osób. Ale tylko wasi, aktyw partyjny. Sami entuzjaści nowego porządku. Na ulicach megafony, aby ludzie słyszeli. Chcieliście ich zastraszyć.

Mieczysław Widaj: W ’52? Nikogo już nie trzeba było straszyć.

Ewa Vitroux: Odwrotnie. Chcieliście ludzi przygnieść do ziemi. Przecież kary śmierci otrzymali też jego podwładni: Mieczysław Grodzki „Żubryd”, Wacław Zalewski „Zbyszek” i Tadeusz Kryński „Rokita”.

Mieczysław Widaj: Temu ostatniemu Rada Państwa zamieniła wyrok śmierci na dożywotnie więzienie.

Ewa Vitroux: (jakby nie słysząc) Na karę więzienia skazał pan też współpracujących z „Huzarem” ks. Czesława Rakowskiego, ks. Wiktora Borysewicza i kolejarza Kazimierza Łapińskiego.

Mieczysław Widaj: Według ciebie, dziecino, księża nie podlegają prawu?

Ewa Vitroux: Zarzuciliście im współpracę z gestapo. Po co?

Mieczysław Widaj: Likwidowali partyzantkę sowiecką. To była współpraca z okupantem.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, przecież to nieprawda. Żadnych sowieckich partyzantów nie zabili. Pan nie wierzy w to, co mówi.

Mieczysław Widaj: Niech pani popatrzy (słychać szum rozkładanej gazety), jaka durna krzyżówka, trzeba wpisać nazwę serialu telewizyjnego. Ogląda pani seriale?

Ewa Vitroux: Nie, nie oglądam. Specjalnie przenieśliście ten proces do Łap. Bo tam go ludzie wspierali, chronili, był ich.

Mieczysław Widaj (jakby do siebie): Rzeka w Bazylei na trzy litery. Ren.

Ewa Vitroux: Chcieliście zniszczyć legendę. Nie wystarczyło go zamordować, prawda? Nawet grobu nie można było mu zrobić. Nawet tego się baliście. Bo ludzie by przychodzili. Legenda, mit, duch oporu, to było groźniejsze niż sam człowiek.

Mieczysław Widaj: Jaka legenda?

Ewa Vitroux: A ten cyjanek? Przecież też mu podmieniliście. Chciał do was strzelać, ale miał ślepe naboje, zgryzł ampułkę z trucizną, a tam pewnie proszek do pieczenia…

Mieczysław Widaj: Zrobili wam wodę z mózgu.

Ewa Vitroux: Trzynastokrotna kara śmierci, utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze, przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa.

Mieczysław Widaj (jakby do siebie): „Zachowuje kamienną twarz” na osiem liter. P-o-k-e-r-z-y-s-t-a. Nie, za dużo liter.

Ewa Vitroux: Jego brat też siedział. Wie pan mecenas o tym? We Wronkach. Wyszedł w ’56

Mieczysław Widaj (twardo): Siedział, znaczy zasłużył.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, wyście się nigdy nie mylili, prawda?

Mieczysław Widaj: Powinna pani już iść. Chce pani prawdy? Nie ma jednej prawdy. Była ich prawda i nasza prawda. I one się nie mogły zejść. Rewolucja, historia, ludzka mierzwa. Banał.

Ewa Vitroux: Śmierć tylu ludzi była banałem, pstryknięciem palców?

Mieczysław Widaj: Powinniśmy dziękować Bogu, że się obroniliśmy. Pani by wolała, żeby tu była sowiecka republika, żeby nie było Polski?

Ewa Vitroux: Pan wie, że przed wojną to byli zamożni ludzie? Mieli gospodarstwo, w ich domu była szkoła, mieszkała u nich nauczycielka. Niczego im nie brakowało. Ale byli dumni z tej Polski, którą mieli, nie z tej, którą chcieliście im dać.

Mieczysław Widaj: Pani jest… pani jest… strasznie… widzi pani, stary człowiek, czasami mi brakuje słowa. Mam: pani jest strasznie infantylna. Pani nie wie, jaka przed wojną była nędza. Ludzie przychodzili do gospodarza pracować tylko za jedzenie.

Ewa Vitroux: Brat widział, jak Sowieci brali ich matkę. Siedział w krzakach, płakał. Mieli was pokochać? Za co?

Mieczysław Widaj: Za co? Za co? Władzy nie trzeba kochać. Trzeba ją szanować.

Ewa Vitroux: Wyście chcieli, aby się was bano. A Polska marzyła, żeby przyszli tu Amerykanie, żeby was pognali do Moskwy.

Mieczysław Widaj: Pani jest śmieszna. Niech pani poogląda filmy, kroniki z tamtych lat…

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, mam wrażenie, że wyście nawet w sądzie się ich bali.

Mieczysław Widaj: Przecież pani mówiłem, że to oni srali w gacie. Wszyscy, bez wyjątku.

Ewa Vitroux: Panu dali jego akta, pan je czytał?

Mieczysław Widaj: To był sąd. Panie tego nie rozumie? Był prokurator, obrońca, podejrzani mieli prawo do… Po co ja to pani mówię? Mógłbym pani powiedzieć, że nic nie pamiętam…

Ewa Vitroux: Chyba kilka razy pan tak mówił prokuratorom. I zasłaniał się stanem zdrowia… Instytut Pamięci Narodowej chciał pana postawić przed sądem, ale okazało się, że jest pan chory. Bardzo chory.

Mieczysław Widaj (ze złością): IPN, IPN, kto to jest? Banda łobuzów, która chce na nowo napisać historię. (krzyczy) Tak się nie da, rozumiesz, tak się nie da!

Ewa Vitroux: (spokojnie) Niech pan popatrzy: wysoki, przystojny mężczyzna. Dobrze ubrany. Dobrze wykształcony. Był prymusem w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Chłopskie dziecko.

Mieczysław Widaj: Państwo ludowe dało szansę setkom tysięcy dzieci robotników i chłopów na edukację. Przecież pani nie zaprzeczy. Więc kto miał rację? Oni czy my?

Ewa Vitroux: Komisja Mazura po śmierci Bieruta w ’56…

Mieczysław Widaj: Niczego mi nie zarzucono… Niczego!!!

Ewa Vitroux: Uznano, że pańska działalność powinna być przedmiotem śledztwa.

Mieczysław Widaj: I na tym się skończyło. Nie rozumie pani? Państwo to jest najwyższa wartość. Najwyższa! A ja byłem… działałem w imieniu państwa…

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Andrzeja Rudolfa Czaykowskiego, posługującego się pseudonimem „Garda”, syna Witolda, na karę śmierci.

Ewa Vitroux: „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej. Stać nieugięcie na straży Jej honoru, o wyzwolenie z niewoli walczyć ze wszystkich sił…”

Mieczysław Widaj: Niech pani da spokój tym bogoojczyźnianym pierdołom.

Ewa Vitroux: (spokojnie) „…aż do ofiary mego życia. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, Naczelnemu Wodzowi i wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy bezwzględnie dochowam. Cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg”. Przecież obaj składaliście tę przysięgę.

Mieczysław Widaj: W związku z tym obaj powinniśmy byli poświęcić życie. Jest tylko pytanie: po co?

Ewa Vitroux: Ciągle próbuję zrozumieć, dlaczego…

Mieczysław Widaj: Nie ma „dlaczego”. Historia nie wybiera.

Ewa Vitroux: To my tworzymy historię.

Mieczysław Widaj: Jesteś, gówniaro, zabawna. Co ty wiesz o życiu? Wszędzie były trupy…

Ewa Vitroux: A pan mecenas dodawał kolejne.

Mieczysław Widaj: Sami się o to prosili. Wiał wiatr historii, co ja mówię, huragan…

Ewa Vitroux: Kto nie z nami…

Mieczysław Widaj: Żebyś wiedziała, pannico. Widziałem tych milicjantów. Oni też mieli rodziny, dzieci…

Ewa Vitroux: Przecież to nie „Huzar” organizował na was obławy, to wyście go tropili, szukali, przekupywali ludzi. A on był wierny…

Mieczysław Widaj: Tym, którzy bezpiecznie przesiedzieli wojnę w Londynie, tak?

Ewa Vitroux: Wierny przysiędze. Nie czuł się z niej zwolniony… Przecież on nic nie miał poza własnym życiem. Gdyby poszedł do was na służbę, zdradził, wydał kolegów…

Mieczysław Widaj: Znów te patriotyczne frazesy. Liczą się fakty, pani redaktor. I spluwa przystawiona do skroni. Tylko to. Ja wciąż żyję. 95 lat (chichot)… Nawet krzyżówki jeszcze rozwiązuję. Żaden Alzheimer… I kobiety ładne lubię. Te pani paznokcie. Tak, tak, wiem, już mówiłem. No, czasami zapominam.

Ewa Vitroux: Chciałabym wiedzieć…

Mieczysław Widaj: Wtedy nie zadawaliście pytań…

Ewa Vitroux: My?

Mieczysław Widaj: Przecież przyszłaś tu rzucać oskarżenia. Mówisz, że miałem gotowy wyrok przed procesem. Ty, zanim tu przyszłaś, też uznałaś mnie za mordercę. Dziennikarz… (nerwowo) Jesteście gorsi od dzikich psów. Chcecie dopaść i zagryźć. A jak się nie da, to przynajmniej złapać za nogawkę. Zrobić szum. Macie tego, który zabił, pluńcie mu w twarz… Nie masz prawa mnie osądzać…

Ewa Vitroux: Nie chcę pana sądzić. Chcę zrozumieć. Mogliście być w jednym oddziale, mógł pan być jego dowódcą…

Mieczysław Widaj: Siedzieć na tej samej ławie oskarżonych. To chcesz powiedzieć?

Ewa Vitroux: Patrzę na jego zdjęcie…

Mieczysław Widaj: Idź na Powązki, zobaczysz setki, tysiące zdjęć na grobach. Wszyscy zapłaciliśmy cenę…

Ewa Vitroux: Pan też?

Mieczysław Widaj: Chciałabyś, żebym się rozpłakał, bo 50 lat temu jakiś dureń poszedł do piachu… Nie mam nic do ukrycia… Prawo państwa socjalistycznego jest narzędziem dyktatury proletariatu i walki klasowej.

Ewa Vitroux: Pan sędzia wciąż wierzy w marksistowskie teorie? W burżuazyjne przesądy, interes kolektywu? Człowiek nic nie znaczy? A ja wciąż będę wracać… Kamieński…

Mieczysław Widaj: Strzelali do ludzi za samo podejrzenie donosu. Żaden wyrok, bo i kogo. Szast-prast, był człowiek, nie ma. Pani nawet nie wie… Konspiracja degeneruje, tworzy bandytów. Ludzie ci pomagają, informują, dają żreć, potem się odsuwają, chcą żyć w spokoju… A ty bierzesz, mają dać i koniec. A jak nie, to spluwa. Zabijesz raz, potem coraz łatwiej. Znasz, dziewczyno, sprawę, jaką sprawę, mord w Sokołach. Ci Żydzi przeżyli wojnę i przyszedł twój „Huzar” i powystrzelał dzieci…

Ewa Vitroux: Przecież pan miał jego zeznania. Był wyrok na donosiciela.

Mieczysław Widaj: Dlatego zabili dzieci?

Ewa Vitroux: Przecież nawet nie wiedział, kogo mają zabić. I to nie on, nie jego oddział, on obstawiał posterunek milicji, a do mieszkania poszedł „Zemsta” ze swoimi ludźmi. Ktoś się na niego rzucił z siekierą. Przecież nie da się uniknąć…

Mieczysław Widaj: Pamięć, przeklęta pamięć. Przeżyli koncentrak i przychodzi bandzior i strzela. Nawet nazwiska mogę ci przypomnieć. Dawid Żółty, Basia Wajnsztajn i czteroletnia Tolka Żytawer, Dawid Kaszczewski, Szajna Olszak, trzynastoletni Szyjke Litwak. Milczysz? Skończyły się argumenty?

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku…

Mieczysław Widaj: Postawcie im wszystkim pomniki, dajcie ordery, emerytury, niech się dzieci w szkołach o nich uczą… W styczniu ’45 zwolniono go, dziewczynko, z tej przysięgi… „Niedźwiadek” wszystkich nas z niej zwolnił. Więc mi nie zarzucaj…

Ewa Vitroux: A potem pojechał do Moskwy, na wycieczkę? Panie pułkowniku…

Mieczysław Widaj: Chcesz się licytować na ofiary? Ciesz się życiem, napij się wódki, przytul do mężczyzny, idź na spacer. Ten „Huzar” nie jest wart ani twojej, ani mojej pamięci.

Ewa Vitroux: Zrobiliście wszystko, aby zabić o nim pamięć. Ta książeczka (słychać szum przewracanych kartek, czyta tekst z okładki)… „W tomiku odtworzono walki żołnierzy KBW z bandą «Huzara»”.

Mieczysław Widaj: Wszystko prawda.

Ewa Vitroux: „Bandyta, syn kułacki i płód sanacyjnego wójta, wyrafinowany zdrajca i zbrodniarz...” Wie pan, czyje to słowa?

Mieczysław Widaj: Jakie to ma znaczenie?

Ewa Vitroux: To pan. Na procesie. A wasi agenci…

Mieczysław Widaj: Po co to? Komu to ma służyć?

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Tadeusza Cieślę, syna Jana, posługującego się pseudonimem „Żbik”, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: Sieńko o nim mówił, że był inteligentnym bandytą, a Reniak, że zrobił na nim dodatnie wrażenie, że jest sprytny. Baliście się go do końca. Był wspaniałym dowódcą, po co przeczyć? Pożoga, wasz generał, mówił, że namieszał wam w głowach. (czyta z kartki) „Nasza agentura zaczęła się wzajemnie podejrzewać”.

Mieczysław Widaj: Chcesz, dziewczyno, skłócić Polaków, rozgrzebywać trumny.

Ewa Vitroux: Chciałabym, aby ich rodziny wiedziały, gdzie są kości ich ojców, braci…

Mieczysław Widaj: I żeby urządzali tam demonstracje, o to ci idzie. Zobacz, jak ten naród jest podzielony. Kiedyś tego nie było.

Ewa Vitroux: Pan ma swoje groby, ale innym tego nie dał.

Mieczysław Widaj: Co ja miałem z tym wspólnego?

Ewa Vitroux: Przecież to pan, panie pułkowniku, wydał te wyroki. Wrzucili ich do jakiegoś dołu, polali wapnem. Przecież pan wie, że ich krewni będą ich szukać, że Polska będzie wolna dopiero wówczas, gdy ich kości…

Mieczysław Widaj (sarkastycznie): Znów ta Polska. Ten kraj pochował miliony, których nikt nie szuka. Gdyby mnie ktoś wtedy palnął w łeb, byłoby inaczej? Przecież na mnie polowali.

Ewa Vitroux: Panie sędzio, miałby pan uroczysty pochówek, wojskowy ceremoniał, miejsce na Powązkach. Nikt nie musiałby szukać pańskiego grobu.

Mieczysław Widaj: Jakie to ma znaczenie? (zaczepnie) Jakie?

Ewa Vitroux: Niech pan spojrzy. To list gończy, który za nim wystosowaliście. Podpisał go mjr Sikora, komendant województwa białostockiego MO. Pomyliliście datę urodzenia, wpisaliście 1918. Urodził się rok później. Ale to drobiazg. Napisaliście: „działając celem przysporzenia sobie korzyści materialnych, pod płaszczykiem obłudnych haseł politycznych, dokonał całego szeregu bestialskich morderstw i rabunków na bezbronnej ludności cywilnej”. Pan wie, że to nieprawda. Nigdy nie rabował…

Mieczysław Widaj: Dla pani nie liczy się prawda. Chcesz, dziewuszko, oskarżyć system, pokazać, że był nieludzki, że… a zresztą, po co ja to mówię…

Ewa Vitroux: Pamięta pan, jaką pan miał wówczas pensję?

Mieczysław Widaj: Chcesz zaglądać mi do kieszeni?

Ewa Vitroux: Ależ skąd. Na tym liście gończym nie ma daty. Ale wiem, ile zarabiano w ’50 roku. 551 zł. A za informację o Kamieńskim, niech pan spojrzy, dawaliście 20 tys. „Nazwisko zawiadamiającego nie będzie ujawnione”. Wiedzieliście…

Mieczysław Widaj (krzyczy): Ty nic nie rozumiesz! Polska to nie Dziki Zachód…!

Ewa Vitroux: (spokojnie) Wtedy trochę był. Tylko kto był dobrym szeryfem? Chcieliście zbrukać jego dobre imię. Ale nikt wam nie chciał pomóc…

Mieczysław Widaj: Nie chciał? Dziewuszko, przychodzili, gadali…

Ewa Vitroux: Mówi pan, że gadali. Łamaliście ludziom kręgosłupy. Przecież pan, panie pułkowniku, wie, jak to się odbywało.

Mieczysław Widaj: Byłem sędzią, miałem kodeksy, dekrety…

Ewa Vitroux: To wystarczało?

Mieczysław Widaj: A czego chcesz jeszcze?

Ewa Vitroux: Niech pan posłucha, mam tu wspomnienia siostry jednej z łączniczek kapitana… (spokojnie) „Jedynym się «Huzar» podobał, innym nie, ale dla mnie on był jak święty. Jak oddział stał we wsi i u nas kilku nocowało, a «Huzar» gdzie indziej, to zawsze witał ich: No jak, chłopaki, wyspaliście się? A co wam się śniło? – mówił takim łagodnym głosem – Co słychać? Strasznie miłe to było”.

Mieczysław Widaj (zaczyna się śmiać, potem śmiech przechodzi w kaszel): Święty, święty… Pewnie ta krowa się w nim kochała, ciągnęła do wyrka. Oni wszyscy byli tacy sami… Dziewuchy i wóda. A potem… Te mundury, a te głupie wiejskie baby…

Ewa Vitroux: Może nie były głupie?

Mieczysław Widaj: Co ty, panienko, wiesz. Po wojnie chłopów było jak na lekarstwo, wszystkie rozkładały nogi.

Ewa Vitroux: Pamięta pan majora Jana Płonkę? Porucznika Władysława Marszałka?

Mieczysław Widaj: Nie.

Ewa Vitroux: To wy wydaliście na nich wyrok. A podpułkownik Henryk Ligęza? To prokurator.

Mieczysław Widaj: Wie pani, ilu było sędziów, prokuratorów?

Ewa Vitroux: W wojskowych sądach? Nie tak wielu. Brali tam tylko najbardziej zaufanych. Pan był…

Mieczysław Widaj: Nawet, dziecinko, nie wiesz, ile napisano na mnie donosów…

Ewa Vitroux: Czytałam, pańscy podwładni. Pracowali dla Informacji Wojskowej. Ale to panu wierzono, prawda? Panu ufano. Ale chcę o „Huzarze”. I o sędziach, pańskich kolegach.

Mieczysław Widaj: Nie byli moimi kolegami…

Ewa Vitroux: Żaden z was nie miał wątpliwości, nie zaprotestował, nie zgłosił zdania odrębnego.

Mieczysław Widaj: Niech by spróbował. To był front…

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, w ’53 roku, w październiku? Od pół roku nie żył Stalin…

Mieczysław Widaj: I we wszystkich demoludach zapadały wyroki. Oni wieszali nawet swoich… Masz szczęście, że nie urodziłaś się pół wieku wcześniej. Inaczej byś śpiewała. Cieniutko. A historia to nam przyznała rację, nam!

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Antoniego Olechnowicza, syna Ferdynanda, posługującego się pseudonimem „Pohorecki”, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: Wam? Naprawdę pan tak sądzi?

Mieczysław Widaj: Nam, bo tylko my mamy głos. Bohaterem nie jest ten, kto się daje zabić. (patetycznie) Czasem trudniej żyć, niż umrzeć.

Ewa Vitroux: Panu było trudniej?

Mieczysław Widaj: Łatwo nie było. Trzeba było dokonywać wyborów… Decydować…

Ewa Vitroux: Panie sędzio, po co po tylu latach udawać? Przecież pan o niczym nie decydował, kazali, a pan tylko podpisywał.

Mieczysław Widaj: Gdyby tak było, to o co ten krzyk, że Widaj morderca?

Ewa Vitroux: Pamięta pan jakie miał oczy? Ich kolor?

Mieczysław Widaj: Myślisz, że mógł zrobić karierę jako amant filmowy? Nie mógł. Miał coś z nosem, ciągle nim pociągał. To nawet przeszkadzało w procesie.

Ewa Vitroux: Uszkodziliście mu biciem przegrodę nosową.

Mieczysław Widaj: Lepiej bić, czy zostawić gdzieś bandziora? Sama sobie odpowiedz…

Ewa Vitroux: Proces trwał trzy dni. Po co?

Mieczysław Widaj: Trwał tyle, ile trzeba. Trzeba było przesłuchać świadków, wysłuchać prokuratora, obrońców, oskarżonych.

Ewa Vitroux: Chcieliście zachować pozory? Przecież nikt nie miał co do was złudzeń.

Mieczysław Widaj: To był uczciwy proces, ale wyrok mógł być tylko jeden.

Ewa Vitroux: Stefana Sieńko „Kłosa”, Stefana Kowalskiego „Kazimierza”, Edwarda Wasilewskiego „Wichury” i Janusza Terlikowskiego „Rytla". To tak zwana V Komenda Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, sami wasi agenci. To dzięki nim wpadł w wasze ręce.

Mieczysław Widaj: Dzielni ludzie, dobrze zasłużyli się Polsce.

Ewa Vitroux: Wie pan, panie sędzio, że Sieńko zmienił potem nazwisko?

Mieczysław Widaj: Mecenasie. Tak, coś mi się obiło o uszy.

Ewa Vitroux: Andrzej Kazimierowicz pracował jako dziennikarz. Jak pan myśli, dlaczego zmienił nazwisko?

Mieczysław Widaj: Niech pani nie udaje naiwnej. Miał się sam wystawić?

Ewa Vitroux: Komu? Przecież już ich wszystkich wykończyliście…

Mieczysław Widaj (nerwowo): Polacy to głupi naród, niech mnie pani nie prowokuje. Mógł się znaleźć jakiś szaleniec. Po co miał ryzykować?

Ewa Vitroux: Ci, co go aresztowali, mieli mundury kolejarskie. Ilu ich było?

Mieczysław Widaj: A skąd mam wiedzieć. Czy nie rozumiesz, że sędzia nie zajmuje się tym, czym zajmują się służby? Każdy ma swoją rolę. Mylisz, że dziś jest inaczej?

Ewa Vitroux: Dzisiaj to polskie służby.

Mieczysław Widaj: A wtedy czyje były? Nie polskie? To po jakiemu gadali?

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, przecież pan wie, że od groma tam było, jak to się wówczas mówiło? Radzieckich?

Mieczysław Widaj: To byli nasi sprzymierzeńcy… Dziś macie Amerykanów. Trwała zimna wojna…

Ewa Vitroux: Pan wie, że ten Edward Wasilewski to był zdolny oficer w czasie okupacji? Był w AK, a w ’45 uwolnił więzionych Polaków w obozie w Rembertowie koło Warszawy?

Mieczysław Widaj: No widzisz, poszedł po rozum do głowy.

Ewa Vitroux: Aresztowaliście go w ’47, siedział na Koszykowej. Terlikowski też był aresztowany.

Mieczysław Widaj: Mieli wybór.

Ewa Vitroux: Między życiem, a zdradą.

Mieczysław Widaj: Dokonali dobrego wyboru. Życie, tylko ono się liczy. Już ci to mówiłem.

Ewa Vitroux: A jeśli, nie jeśli, bo tak było, wierzył w Boga, w zbawienie?

Mieczysław Widaj: Zabawna jesteś. Lecisz do klechy, wyspowiadasz się, był grzech? Odmów pacierz, trzy zdrowaśki, nie ma grzechu. Znasz piąte przykazanie?

Ewa Vitroux: Nie zabijaj.

Mieczysław Widaj: Zabijali. A potem szli się wyspowiadać.

Ewa Vitroux: Jest też ósme przykazanie. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Wszystko, co robiliście, przeczyło temu przykazaniu…

Mieczysław Widaj (śmieje się, później śmiech przechodzi w kaszel): Ale myśmy byli komuniści. Nam Bóg wybaczył zanim zgrzeszyliśmy. Otwórz z łaski swojej okno. (słychać kroki, otwierane okno, szum ulicy, klakson samochodowy)

Ewa Vitroux: Wierząc w Boga…

Mieczysław Widaj: Nie bał się śmierci? Bał się jak każdy, może nawet bardziej.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Henryka Borowskiego, syna Józefa, używającego pseudonimu „Trzmiel”, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: Mówi pan, że każdy się bał. Trudno, żeby było inaczej. Ale wielu nawet w obliczu śmierci zachowało godność, przecież pan o tym wie. Sądził pan „Trzmiela”, Henryka Borowskiego, sądził go pan, panie pułkowniku razem z „Łupaszką”…

Mieczysław Widaj: Też bohater…

Ewa Vitroux: I „Trzmiel” w ostatnim słowie powiedział (słychać rozkładane kartki): „Oskarżyciel publiczny żąda kary śmierci. Trudno, żołnierska to rzecz ginąć. Ale czuję się uczciwym człowiekiem i dobrym Polakiem dzisiaj jeszcze. Więcej do powiedzenia nic nie mam”. „Huzar” też nie uległ, nie poddał się. Był dzielnym człowiekiem.

Mieczysław Widaj: Powtarzasz to jak mantrę. Ci twoi bohaterowie wszyscy gadali, rwali się do zeznań. Jeden drugiego oskarżał. Bez ich zeznań nawet połowy byśmy nie skazali.

Ewa Vitroux: Znam zeznania „Huzara”. Nikogo nie oskarżył.

Mieczysław Widaj: I jesteś pewna, że wszystko było w papierach?

Ewa Vitroux: Panie sędzio, sugeruje pan…

Mieczysław Widaj: Niczego nie sugeruję. Pluję na ich groby, pamięć, na to, co chcecie z nich zrobić. Byli łajdakami, zrozum to, łajdakami, którzy mordowali, za nic mieli cudze życie.

Ewa Vitroux: Major Płonka, on z panem sądził Kamieńskiego…

Mieczysław Widaj: Dobry sędzia, wzorowy oficer. Dokładny, precyzyjny, jasno formułował pytania.

Ewa Vitroux: To on był przy śmierci „Huzara”. Pan nie chciał?

Mieczysław Widaj: Nie.

Ewa Vitroux: Dlaczego?

Mieczysław Widaj: Była masa roboty. A sędzia Płonka był z Białegostoku.

Ewa Vitroux: Oprócz Płonki był naczelnik więzienia, podporucznik Tadeusz Należyty, prokurator kapitan Sylvester Ströcker, lekarz kapitan Tamerlan Smolski i dowódca plutonu egzekucyjnego starszy sierżant Aleksander Jurczuk. To on wykonał wyrok.

Mieczysław Widaj: Po co ci, dziewczyno, te nazwiska? Po co cała ta historia?

Ewa Vitroux: Chciałabym wiedzieć… 11 października ’53 o 13.30. Tak zapisano w aktach. Chciałam pana zapytać, przecież pan wiedział, że to patrioci…

Mieczysław Widaj: Bandyci, a nie patrioci. Bandyci!

Ewa Vitroux: Chciałam zapytać, czy tych procesów nie można było przeciągnąć? Trzy lata później już byście ich nie zabijali.

Mieczysław Widaj: Niech pani zamknie to okno. Strasznie śmierdzą te spaliny. (słychać kroki, zamykane okno, niknie szum pojazdów)

Mieczysław Widaj: Napije się pani koniaku? Dobry, gruziński.

Ewa Vitroux: Nie, dziękuję.

Mieczysław Widaj: To niech mi pani naleje. Lekarz mówi, że na podniesienie ciśnienia (po chwili) Już, już, wystarczy. W moim wieku kieliszek i już się we łbie kręci.

Ewa Vitroux: Więc nie dało się?

Mieczysław Widaj: Dura lex, sed lex. Twarde prawo, ale prawo. Stosować się do przepisów należy bezwzględnie.

Ewa Vitroux: Ale przecież jest coś takiego, jak domniemanie niewinności. Wyście stosowali domniemanie winy. In dubio pro reo. W razie wątpliwości na korzyść oskarżonego

Mieczysław Widaj: Nic nie mogło świadczyć na ich korzyść.

Ewa Vitroux: No właśnie, nic nie mogło świadczyć na ich korzyść.

Mieczysław Widaj: Nie łap mnie, głupiutka, za słowa. Zamachy, zabójstwa, kradzieże. Przecież oni na procesie nawet się tego nie wypierali. Rozumiesz? Nawet się nie wypierali.

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, wyrok, który wykonali to był zamach.

Mieczysław Widaj: Jaki wyrok? Czyj wyrok? Kto im dał takie prawo? Wyrok wydaje sąd, tego cię nie nauczyli na studiach. I Polska miała swoich sędziów. Nie w lasach, a w sądach.

Ewa Vitroux: Czasami w garnizonach.

Mieczysław Widaj: Wojsko wszędzie na świecie ma swoje sądy.

Ewa Vitroux: W czasie pokoju nie wszędzie, to raczej wymysł komunistów.

Mieczysław Widaj: Sama odpowiedz na pytanie, to tu była wojna czy jej nie było. Myśmy się bronili…

Ewa Vitroux: Bronili?

Mieczysław Widaj (gwałtownie, uderzając kilkakrotnie pięścią w stół): Terror trzeba zdusić w zarodku, nie dać mu się rozwinąć, okrzepnąć…

Ewa Vitroux: I do tego wam byli potrzebni Sowieci? Musieliście kopiować ich wzorce?

Mieczysław Widaj (sarkastycznie): Tu była wolna Polska. Kraj, który uznawał cały świat, ONZ, organizacje międzynarodowe… Nie było innej Polski.

Ewa Vitroux: To prawda, nie było. Ale chciałam pana zapytać o jego twarz. Wie pan, kiedy o nim czytałam, oglądałam zdjęcia, rozmawiałam z jego towarzyszami broni…

Mieczysław Widaj (stanowczo): Żadni towarzysze broni. Oprawcy.

Ewa Vitroux: Śnił mi się po nocach. Czasami z nim rozmawiałam.

Mieczysław Widaj: Masz dziwny talent.

Ewa Vitroux: Pan nie ma snów? Nie rozmawia pan w nich ze zmarłymi?

Mieczysław Widaj: Powinnaś iść do psychiatry. Nalej mi jeszcze tego koniaku. I sama też się napij. Dobrze ci zrobi.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Lucjana Jana Minkiewicza, syna Antoniego używającego pseudonimu „Wiktor” na karę śmierci…

Ewa Vitroux: I miałam w oczach taki obrazek, jak przyjmuje konną paradę w Wysokiem Mazowieckiem, gdy zajęli miasteczko. I wie pan, co czułam?

Mieczysław Widaj: Będziesz mi teraz opowiadać sny? Za dużo się naoglądałaś, złych filmów.

Ewa Vitroux: (jakby nie słyszała Widaja): Czułam, że ci ludzie, którzy stali na ulicach, byli z niego dumni. I wierzyli, że przyniósł im kawałek Polski. Wolnej Polski.

Mieczysław Widaj: Dumni? Z mordercy? Bali się i mieli czego. Tam nie było żadnego tłumaczenia, słuchania. Nie spodobałeś się, krzywo spojrzałeś i bandzior walił ci między oczy. To jest prawda, a nie (przedrzeźniając) byli z niego dumni.

Ewa Vitroux: Panie sędzio, w grudniu ’44 roku został schwytany przez MO. Uciekł wam. Zresztą uciekał wam tyle razy. Gdyby nie prowokacja…

Mieczysław Widaj: Wobec wrogów klasowych można stosować wszystkie chwyty. Wszystkie!

Ewa Vitroux: Pan wtedy, w ’44, nie był marksistą, co się stało…?

Mieczysław Widaj: Co się stało, co się stało… Zmądrzałem, przejrzałem na oczy. Nie dałem się dłużej wodzić za nos. Reakcja międzynarodowa… Czy ty wiesz, że gdyby nie Rosjanie, nie byłoby Ziem Zachodnich? Kto by nas obronił? Churchill? Dogorywający Roosevelt? Truman? Wiesz, gdzie oni mieli Polskę? Polska była dla nich kłopotem, wrzodem…

Ewa Vitroux: A Rosjanie ten wrzód zoperowali…

Mieczysław Widaj: A żebyś wiedziała. Skutecznie zoperowali. Dali ludziom pracę, chłopom ziemie, skończył się analfabetyzm… Stalin wiedział, dobrze wiedział, co robi. I nikt, kto chciał tu siać niepokój, nie mógł liczyć na pobłażanie. Bo pobłażanie rozzuchwala, puszczają hamulce, ludzie pokazują najgorsze oblicze.

Ewa Vitroux: Herbert napisał: „Nie dajmy zginąć poległym”…

Mieczysław Widaj: Nie znam.

Ewa Vitroux: To bez znaczenia. Oni wciąż żyją, przypominają o sobie, krążą jak duchy, czasami ścisną za gardło.

Mieczysław Widaj: Napij się, dziewczyno, koniaku, może te duchy cię opuszczą.

Ewa Vitroux: Pana opuściły? Panie sędzio…

Mieczysław Widaj: Mecenasie.

Ewa Vitroux: Panie mecenasie, niech pan pomyśli, ponad 60 lat pluliście na nich, robili z nich złoczyńców, morderców, złodziei, a oni wracają. To jak to jest, kto tu zwyciężył?

Mieczysław Widaj: To nie oni wracają, to państwo czyni z nich bohaterów.

Ewa Vitroux: Przecież w PRL-u tych, którzy o nich przypominali, skazywaliście za „rozpowszechnianie fałszywych informacji mogących wyrządzić szkodę interesom PRL”.

Mieczysław Widaj: Macie swoją wymarzoną wolność (ironicznie) Śpiewaliście po kościołach „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie”… No to macie. I bohaterów takich, jakich dało wam państwo. Morderców i bandytów.

Ewa Vitroux: Nie, panie sędzio. III Rzeczpospolita wcale o nich nie dbała, to ludzie zmusili władzę, aby o nich pamiętać…

Mieczysław Widaj: Taka władza, dziewuszko, taka władza. Kiedyś to nie było możliwe.

Ewa Vitroux: Widział pan młodzież… Ci młodzi krzyczą „Cześć i chwała bohaterom”.

Mieczysław Widaj: A przed wojną co krzyczeli: „Żydzi, getto ławkowe”…

Ewa Vitroux: Pan w nim nie uczestniczył?

Mieczysław Widaj: Chciałaś zobaczyć mordercę? Po to przyszłaś? To zobaczyłaś i wynocha.

Ewa Vitroux: Chciałam zapytać o jego twarz…

Mieczysław Widaj: Już pytałaś.

Ewa Vitroux: Wiem. Ale pan nie odpowiedział.

Mieczysław Widaj: A co mam ci powiedzieć. Zwykła chłopska gęba. Ani lepsza, ani gorsza od innych. Taka prawda.

Ewa Vitroux: W walce z wami zginęło 10 tys. żołnierzy podziemia. Ponad 5 tys. stracono po procesach, ponad 21 tys. ludzi zmarło w komunistycznych więzieniach i obozach do ’56 roku… A przecież to nie wszystkie ofiary. Panie sędzio, przyszłam do pana pełna nadziei…

Mieczysław Widaj: Na co? Że uklęknę przed tobą? Przed ołtarzykiem, który chcesz stworzyć, że się pokajam, krzyknę jak ci młodzi „Cześć i chwała bohaterom”?

Ewa Vitroux: Pan mówi, że ma dobrą pamięć. I że pamięta tych, których skazał.

Mieczysław Widaj: I mam teraz zapłakać? Pokajać się? Opowiedzieć, jak mnie zmuszono do wysyłania szlachetnych Polaków na łono Abrahama? Nic takiego nie będzie! (podniesionym głosem) Nic takiego nie będzie!

Ewa Vitroux: (słychać szum przekładanych papierów) Niech pan popatrzy na te zdjęcia.

Mieczysław Widaj: Co to ma być?

Ewa Vitroux: Nie wie pan? Tak ich układano po zastrzeleniu. Z podniesioną głową. Przecież pan widział takie zdjęcia. Więcej, pan ich widział po egzekucjach.

Mieczysław Widaj: Oszczędź sobie. Jestem starym człowiekiem. Został mi miesiąc, dwa, może rok życia. Po dziewięćdziesiątce ceni się każdy dzień.

Ewa Vitroux: Pan nie czuje…

Mieczysław Widaj (żartobliwie): Każdą kosteczkę swego ciała…

Ewa Vitroux: Pan nie czuje się odpowiedzialny, winny jego śmierci?

Mieczysław Widaj: Byłem żołnierzem.

Ewa Vitroux: Był pan sędzią.

Mieczysław Widaj: Kodeks był jednoznaczny. Trzymałem się ściśle litery prawa.

Ewa Vitroux: Hitlerowscy sędziowie też tak mówili. Trzymali się ściśle litery prawa.

Mieczysław Widaj: Chcesz mnie do nich porównywać?

Ewa Vitroux: Nic pan nie czuł.

Mieczysław Widaj: Czułem. Czułem, że albo oni, albo my.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Adama Mireckiego, syna Dominika, na karę śmierci…

Ewa Vitroux: Panie sędzio, pan miał matkę, ma żonę… One wiedziały, kim pan jest?

Mieczysław Widaj: To znaczy kim? Bo ty, dziewczyno, sugerujesz, że przed tobą siedzi jakiś potwór, prawda? I że matka, żona, wszyscy krewni, znajomi powinni się ode mnie odsunąć?

Ewa Vitroux: Piszą o panu „bestia”.

Mieczysław Widaj: Piszą też „morderca sądowy”. Ale mnie to nie rusza. W moim wieku są ważniejsze sprawy. Zobacz, ile leków stoi na stole. Co i rusz biorą mnie do szpitala.

Ewa Vitroux: Niech pan powie, pańska żona…

Mieczysław Widaj: Była piękną kobietą. I miała dobrze poukładane w głowie.

Ewa Vitroux: Wiedziała?

Mieczysław Widaj: Trzymałem się kodeksów, przepisów. Dlaczego miała nie wiedzieć? Przecież o tym pisała prasa, mówili w radio.

Ewa Vitroux: Była dumna z pańskiej kariery.

Mieczysław Widaj: Szkoda, że jest w sanatorium, zobaczyłabyś, jak dobrze gotuje. Goloneczka. Albo ruskie pierogi. To co, nie napijesz się? Popróbuj, dobry koniaczek, nie za mocny, ale swoją moc ma.

Ewa Vitroux: Myśli pan, że „Huzar” nie tęsknił za domem? Za spokojem, ułożonym życiem?

Mieczysław Widaj: O czym ty, dziewucho, mówisz? Wchodzili do wsi, brali którą chcieli. I nie było, że tak albo nie. Gwałcili, mordowali. Uwierz mi, to były zwierzęta, a nie ludzie.

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, nikt tak, prócz pana o nich nie mówi, nikt.

Mieczysław Widaj: Wiesz, jakie to przekleństwo, długo żyć? Te wszystkie bandziorki już poumierały, co ty tam wiesz.

Ewa Vitroux: Niektórzy żyją. Młodsi od pana. Byli dziećmi, ale pamiętają. Mówią, że ich chronił przed bandytami, że tam, gdzie był „Huzar”, nie było kradzieży, napadów, że ludzie nie bali się wychodzić z domu.

Mieczysław Widaj: Na procesie inaczej śpiewali.

Ewa Vitroux: Panie sędzio, na procesie nie było świadków obrony. A pan wie, że historii nie tworzą masy, tworzą ją jednostki. Takie jak on. Człowiek, który swoją postawą, heroizmem, rusza nawet zatwardziałe sumienia.

Mieczysław Widaj: Tacy jak on lądują na śmietniku historii. Bo tam ich miejsce. Próbujecie z nich zrobić bohaterów i nic wam z tego nie wychodzi, nic. A wiesz czemu?

Ewa Vitroux: Bo to byli bandyci, tak?

Mieczysław Widaj: Bo to byli bandyci, śmiecie, wyrzutki społeczne. Bo nie umieli dostrzec, że ich czas minął. Że władza nie może i nie będzie tolerować (kaszel)…

Ewa Vitroux: Mógł mieć tę rodzinę, żonę, dzieci, spokój… Dlaczego z wami walczył?

Mieczysław Widaj: Bo nauczył się zabijać i nie umiał przestać.

Ewa Vitroux: Nie wydaje się panu, że to za proste? Że może ważniejszy od wszystkiego był honor i to, czego go nauczyła II Rzeczpospolita? Umiłowanie wolności, duma, tradycja, dane słowo, przysięga? Próbuję was zrozumieć. Jego i pana. Ale tylko pana mogę słuchać. I tak myślę, jak wyważyć racje. Panie pułkowniku…

Mieczysław Widaj: Mecenasie. Było, jest i zawsze będzie prawo. Którego – chcesz czy nie – trzeba przestrzegać.

Ewa Vitroux: Prawo to nie są kodeksy. Prawo to to, co sąd albo prokuratura zrobi z daną sprawą, to też dotrzymywanie słowa. A wyście słowa nigdy nie dotrzymywali. Dawaliście ludziom nadzieję, a potem lądowali w więzieniu, niektórzy na szubienicy.

Mieczysław Widaj: Raczej dostawali kulę w łeb.

Ewa Vitroux: (ironicznie) Honorowo. Dla żołnierza kula w łeb.

Mieczysław Widaj: Ale z tymi paznokciami coś zrób. Idź do manikiurzystki. Ty ich nie obgryzasz przypadkiem?

Ewa Vitroux: Nie, panie pułkowniku, rozdwajają się.

Mieczysław Widaj: Wszyscy jesteście teraz jacyś popaprani, niedorobieni. Cherubinki. Jak wy chcecie tej Polski bronić. Patrzę w telewizji, wszystko to jakieś ciamajdowate, słabe, nikt nie potrafi podjąć decyzji, zająć się porządkiem. Każdą decyzję władzy się podważa, kontestuje. Władza ma być władzą. Bo jak władza jest słaba, przyjdą inni i zrobią tu porządek. Polska zawsze była słaba…

Ewa Vitroux: Nie zawsze, panie pułkowniku… Ale ja chciałam…

Mieczysław Widaj (przedrzeźniając): Chciałam, chciałam.

Ewa Vitroux: Znalazłam takie słowa Mołotowa: „Ponoszę odpowiedzialność za represje i uważam, że były słuszne. Wszyscy członkowie Politbiura ponoszą odpowiedzialność. Ale rok 1937 był konieczny”. Pan wie, co było w ’37 w Sowietach?

Mieczysław Widaj: W Związku Radzieckim.

Ewa Vitroux: Niech będzie, w Związku Radzieckim. Pan nie czuje, że ponosi odpowiedzialność? Za system, za represje, za setki ofiar? Za prochy porozrzucane po polach, samotne kobiety? Naprawdę nigdy nie przyszło panu do głowy, że był pan częścią machiny zbrodni?

Mieczysław Widaj: Wszystko to sofistyka.

Mieczysław Widaj: Twój „Huzar” nie był ofiarą. Był katem, dziką bestią. I dla takich ludzi nie ma przebaczenia.

Ewa Vitroux: Dziś też wydałby pan taki wyrok?

Mieczysław Widaj: Historia, dziewczyno, historia.

Ewa Vitroux: Pytałam prawników. Każdy z nich znalazł dziesiątki argumentów…

Mieczysław Widaj: Na obronę? Zbrodnia, śmierć, zabójstwo, gwałt, kradzież… Każdy sędzia na moim miejscu wydałby taki sam wyrok.

Ewa Vitroux: Każdy z nich znalazł dziesiątki argumentów, aby obalić pański wyrok.

Mieczysław Widaj: Po co rozdrapywać rany?

Ewa Vitroux: Co pan widział w jego twarzy? Widziałam go raz, drugi, piąty. On się was nie bał.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia skazuję Władysława Lisieckiego, syna Jana, posługującego się pseudonimem „Orzelski” na karę śmierci…

Mieczysław Widaj: Zostaw to, dziecko, tyle lat minęło. To już nie ma znaczenia.

Ewa Vitroux: Nie miało znaczenia przez pół wieku. Kiedyś musi mieć znaczenie, nie sądzi pan, panie pułkowniku?

Mieczysław Widaj: Mecenasie.

Ewa Vitroux: Kiedyś musi mieć znaczenie… Zło musi być nazwane złem, a dobro musi być uhonorowane.

Mieczysław Widaj: Człowiek przywyknie do wszystkiego, uwierz.

Ewa Vitroux: Przywyknie, ma pan rację. Zwłaszcza, gdy przykłada mu się spluwę do skroni. Czasami, panie sędzio, myślę, że oni, że bez nich by nas nie było.

Mieczysław Widaj (śmiech): Nas… nas by nie było. Co ty, dziewczyno, za brednie opowiadasz. Przecież jesteś, ja jestem, wyjrzyj za okno.

Ewa Vitroux: Pan dobrze wie, o czym mówię. Nas, Polaków… Bez takich jak „Huzar”…

Mieczysław Widaj: Przyjmijmy na chwilę, że masz rację. Ale czy najważniejsze nie jest bezbolesne przejście z tamtego systemu do, jak wy mówicie, wolności?

Ewa Vitroux: Sporo ludzi się o nich upomina. „Łupaszka”, „Huzar”, „Rój”, „Młot”, „Pług”, „Inka”, „Orlik”, „Szary”, przecież mogłabym wymieniać w nieskończoność… Ale pan wie nie mniej ode mnie. Co ja gadam, pan wie więcej, nieporównanie więcej. Gdyby pan chciał…

Mieczysław Widaj: Czego ty chcesz, panienko?

Ewa Vitroux: Mógłby pan powiedzieć, gdzie szukać… Kości, prochów, pamięci. Zgodził się pan na tę rozmowę…

Mieczysław Widaj: Żona mówiła żeby nie rozmawiać, że tylko mnie zdenerwujesz. Ale teraz jest w sanatorium. To dobra kobieta. Nie mam na co narzekać. Tyle lat. Jak ją poznałem była bardzo ładna. Wszyscy mężczyźni się za nią oglądali.

Ewa Vitroux: Kiedy zaczęłam o nim czytać, rozmawiać z ludźmi… Musiałam z panem, panie pułkowniku się zobaczyć. Bo jego oczy nie dają mi spokoju. Chciałam wiedzieć…

Mieczysław Widaj: Niczego się nie dowiesz.

Ewa Vitroux: Pan po tylu latach wciąż jest jego sędzią, wciąż pan go oskarża. Jak to możliwe?

Mieczysław Widaj: Oskarżam? Prawda. Twoja, moja, każdy ma inną.

(Chwila milczenia)

Ewa Vitroux: A moralność? Pan, pułkowniku, chce, abym uwierzyła, że pan nie ma zasad? Że świat, pański świat, to wyłącznie cynizm? Zdrada? Wyzucie z poczucia wspólnoty?

Mieczysław Widaj: Moralność? Dobrze usłyszałem? Pluń na nią. Życie. Tylko ono się liczy. Ile razy mam ci powtarzać. Ja przeżyłem, a on?

Ewa Vitroux: A cena, którą pan zapłacił?

Mieczysław Widaj: Miałem dobre życie.

Ewa Vitroux: Mieszkanie, samochód, pieniądze, kobiety. Tak, miał pan przywileje, lepsze życie od innych. I to wystarczy?

Mieczysław Widaj: Szukasz jego prochów?

Ewa Vitroux: Chciałabym wiedzieć, położyć kwiaty, uklęknąć, pomodlić się.

Mieczysław Widaj: Sama sobie odpowiedziałaś. Honor, powiadasz? Nie honor, a czas jest ważny. Jedno, dwa pokolenia…

Ewa Vitroux: (gwałtownie) Myśli pan, że nikt by nie pamiętał?

Mieczysław Widaj: Macie wolność, pootwierane granice, samochody. Latacie po świecie. Czy ktoś tam mówi o trupach sprzed pół wieku? Zapomnieć. Czasami trzeba zapomnieć. I nie wracać… Wszystko w życiu ma swoją cenę.

Ewa Vitroux: Pan ją wyznaczył Kamieńskiemu?

Mieczysław Widaj: Po co udajesz? Nie wiesz? Widaj był za malutki… To nie ja ten system instalowałem…

Ewa Vitroux: Był pan ważną figurą…

Mieczysław Widaj: Tylko dlatego, że był ten twój „Huzar”, „Młot”, „Pług”, „Inka”. Wojna wszystko zmienia. Mogłem być kim innym, sędzią w małym miasteczku gdzieś na Kresach, przeżyć życie, którego nikt by nie zauważył. Podobnie jak on. Zginął…

Ewa Vitroux: Panie pułkowniku, czy pan rozumie, że pan zmienia znaczenie słów? On nie zginął…Został zamordowany, pozbawiony honoru, opluty, zakłamany, utopiony w szambie nienawiści. To może wasza największa wina?

Mieczysław Widaj: Nasza?

Ewa Vitroux: Zna pan takie powiedzenie, że strach jest trucizną, która trawi sumienia powoli, lecz nieuchronnie. Strach zatruł wasze sumienia nieodwołalnie, do końca, do ostatniego dnia. I wciąż was nawiedza.

Mieczysław Widaj: Znam inne. Poczekaj, zaraz znajdę (słychać szum kartek). Już mam „Wolę, gdy ludzie popierają mnie ze strachu niż z przekonania. Przekonania są zmienne, strach zawsze jest ten sam”. Wiesz, kto to powiedział?

Ewa Vitroux: Nie mam pojęcia.

Mieczysław Widaj (z satysfakcją): A widzisz. Stalin!

Ewa Vitroux: Wiedział, że umrze, że nie może liczyć na jakąkolwiek łaskę. Nie prosił o nią…

Mieczysław Widaj: Prosił, prosił. Każdy prosił. Te pomniki zbudowaliście z za dużą porcją piasku. Sypią się jeden po drugim. Wiatr powieje i nic z nich nie zostanie.

Ewa Vitroux: Więc o nic was nie prosił…

Mieczysław Widaj (gwałtownie): Był tchórzem, rozumiesz, tchórzem! Zostawił swoich ludzi i chciał uciekać. Przecież po to przyjechał do Warszawy.

Ewa Vitroux: Więc o nic was nie prosił. Pewnie mógł uratować życie, wyjechać, kiedy był czas. Pewnie dziś mogłabym z nim zrobić wywiad, poznać żonę, napić wina…

Mieczysław Widaj: Tylko o czym byłby ten wywiad? O tchórzostwie?

Ewa Vitroux: Nie był tchórzem. Pan dobrze wie. Nikt z tych, którzy przedzierali się na Zachód, nie był tchórzem. Mieli w sercu…

Mieczysław Widaj: Daj spokój, panienko, tego się nie da słuchać. Była wojna…

Ewa Vitroux: Była okupacja.

Mieczysław Widaj: Niemcy były pobite.

Ewa Vitroux: Sowieci byli lepsi? Panie pułkowniku, przecież pan był oficerem, polskim oficerem, walczył pan w ’39, był w AK.

Mieczysław Widaj: Wojna się skończyła…

Ewa Vitroux: I połamano wam kręgosłupy. Więc, staram się zrozumieć, dlaczego, dlaczego… Dlaczego im nie połamano, a wam tak?

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia na podstawie artykułu pierwszego paragraf jeden Dekretu z dnia 31 sierpnia 1944 roku o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego skazuję Wiktora Stryjewskiego, posługującego się pseudonimem „Cacko”, na karę śmierci…

Mieczysław Widaj: Niczego nie rozumiesz, niczego… To były straszne czasy, jedni się bali, inni zamykali się w sobie, głupcy strzelali…

Ewa Vitroux: Ciągle pan powtarza, że niczego nie rozumiem. Ale ja pytam o proste rzeczy: pamięć, dobre imię, pochówek. Pan wie, kiedy on pierwszy raz strzelał do NKWD?

Mieczysław Widaj: Za pierwszej okupacji.

Ewa Vitroux: Otóż to, dobrze pan to ujął, za pierwszej okupacji. Pod koniec ’39, na początku ’40. Był kurierem, przechodził z sowieckiej strefy do Generalnej Guberni. Wtedy też by pan powiedział, że był bandytą?

Mieczysław Widaj: Łapiesz mnie za słowa, panienko. Wtedy nie strzelał do chłopów, nie mordował dzieci.

Ewa Vitroux: Nigdy nie mordował dzieci, strzelał do zdrajców, tych, którzy się zaparli ojczyzny. Chciałam pana zapytać, czy wtedy, w ’39, ’40, ’41, Sowieci byli dla pana wrogiem? Przecież pan, jak „Huzar”, przysięgał…

Mieczysław Widaj: O nie, nie. Nie namówisz mnie na takie wyznania…

Ewa Vitroux: Ale przecież to jest prosta sprawa.

Mieczysław Widaj: Prosta? Nasze życie nie było proste. Proste było tylko to, który z nas dostanie kulę w łeb. I od kogo.

Ewa Vitroux: Mogliście dostać od tego samego.

Mieczysław Widaj: Lepiej byś się czuła, wiedząc, że zginął jeszcze jeden Polak?

Ewa Vitroux: Panie sędzio, każda śmierć jest bólem, każda czyjąś tragedią, płaczem bliskich, niespełnieniem… Ale wyście im nie dali szansy.

Mieczysław Widaj: Szansę dostaje się raz, góra dwa razy. Jak ktoś nie korzysta, znaczy, że jest głupcem. Świata głupotą nie zawojujesz. A oni myśleli, że będą się po tych lasach włóczyć w nieskończoność, chlać bimber, strzelać do milicji, babom kiecki na łeb zarzucać. I że władza na to pozwoli.

Ewa Vitroux: Ta władza, panie pułkowniku, tak nie całkiem polska, co?

Mieczysław Widaj (gniewnie): Polska, polska.

Ewa Vitroux: Gdyby nie Sowieci, ci leśni skończyliby was w tydzień.

Mieczysław Widaj: Bandyci, a nie żadni leśni. To wy (emocjonalnie), wy wmawiacie młodym…

Ewa Vitroux: Pan mówi o bezprawiu. Przecież każdy wyrok, który wykonali, musiał być poprzedzony rozpoznaniem wywiadowczym, a wniosek wskazujący kogoś do ukarania podpisany przez kilka wiarygodnych osób z siatki. I jeszcze zatwierdzony przez „Huzara”. Tyle osób się myliło?

Mieczysław Widaj: A idź ty, dziewucho, do diabła. Dla mnie liczył się kodeks karny…

Ewa Vitroux: Dekret o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy…

Mieczysław Widaj: Dla zdrajców narodu polskiego! Bo Polska była tu, a nie w Londynie, nie rozumiesz? Tu! I nigdzie indziej!

Ewa Vitroux: Nosili polskie mundury i mieli orła na rogatywkach. Z koroną.

Mieczysław Widaj: Chcesz powiedzieć, że mój był gorszy? Bo bez korony?

Ewa Vitroux: Panie sędzio, wciąż bijemy się o słowa. Zdrada, honor, Polska. Historycy mówią, że pan był marionetką…

Mieczysław Widaj: Historycy? Łobuzy, z tego, z tego… Jakże on się nazywa…?

Ewa Vitroux: Instytut Pamięci Narodowej.

Mieczysław Widaj: Taśmowa produkcja. Wczoraj bohater, dziś zdrajca, wczoraj bandyta, dziś odszkodowanie. Wszyscy oni dobrzy. I płacą im miliony… Te odszkodowania, przywileje. Byle tylko płacić. Z czyjej kieszeni, ja się pytam?

Ewa Vitroux: Pan by nie dał?

Mieczysław Widaj: A za co?

Ewa Vitroux: No, jak ktoś był niesłusznie aresztowany, zabity…

Mieczysław Widaj: Był sąd, obowiązywał porządek prawny…

Ewa Vitroux: Więc pan by nie płacił? To starzy ludzie. Cierpieli – rodziny bez ojców, synów…

Mieczysław Widaj: Myśmy służyli państwu. I też swoje wycierpieliśmy. I nikt się nie lituje.

Ewa Vitroux: Ma pan szansę powiedzieć prawdę, tłumaczyć siebie, swoją postawę, odpowiedzialność.

Mieczysław Widaj: Odpowiedzialność? A za co? Pani wie, że zabrali mi wojskową przychodnię, lecznictwo, emeryturę?

Ewa Vitroux: Panie sędzio, przeżył pan tyle lat. I wciąż pan chce walczyć z mitem? Przecież z mitem się nie da wygrać.

Mieczysław Widaj: Chcesz mnie uczyć patriotyzmu?

Ewa Vitroux: W żadnym wypadku. Każde z nas… (Dłuższa chwila przerwy.)

Ewa Vitroux: Każde z nas…

Mieczysław Widaj: Wyduś z siebie to wreszcie…

Ewa Vitroux: Każde z nas inaczej ten patriotyzm rozumie. (Brzęczek telefonu. Trzy sygnały.)

Mieczysław Widaj: Słucham? Tak, pani Teresko, tak…. A co jest do wyboru? Pani weźmie sznycel cielęcy. Nie, nie, bez cebuli. Pani wie (chichot), chciałaby dusza do raju… Tak, jakąś surówkę i ziemniaczki przysmażone. A zupki jakie? To barszczyk. Tak, tak, to czekam. (Odkładana słuchawka telefonu.)

Mieczysław Widaj: O czym mówiłaś?

Ewa Vitroux: Chciałam panu coś jeszcze zacytować. Pamięta pan? To pańskie słowa: „jako naczelne zjawisko wystąpił udowodniony w toku przewodu sądowego fakt, że dowództwa Armii Krajowej na różnych szczeblach, od najwyższych począwszy, aż do Komendy Obwodu włącznie, nie tylko w myśl reakcyjnej teorii «dwu wrogów» powstrzymywały szeregowych żołnierzy AK od czynnej walki z Niemcami, propagując hasła «stania z bronią u nogi», lecz nadto czynnie współdziałały z polityczną policją niemiecką Gestapo w gnębieniu ruchu lewicowego w Polsce…”

Mieczysław Widaj: Dosyć tego, dosyć!

Ewa Vitroux: (nie przerywając) „…w hamowaniu wszelkiej walki rzeczywiście przynoszącej szkodę hitlerowskim okupantom, walki podejmowanej z uporem i wytrwale kontynuowanej przez Polską Partię Robotniczą, Gwardię Ludową i Armię Ludową. Przy wymiarze kary oskarżonym Sąd miał na uwadze, że oni jako przestępcy zawodowi działający z nienawiści do ustroju oraz z chęci zysku i łatwych zarobków nie rokują nadziei poprawy, i dlatego uznał za stosowne zupełne wyeliminowanie ich ze zdrowego społeczeństwa”.

Głos z offu: I za czyny opisane w akcie oskarżenia na podstawie artykułu pierwszego paragraf jeden Dekretu z dnia 31 sierpnia 1944 roku o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego skazuję Jana Przybyłowskiego, posługującego się pseudonimem „Onufry”, na karę śmierci…

Mieczysław Widaj (twardo): Byli mordercami!

Ewa Vitroux: Panie sędzio, w piętnastowiecznej żydowskiej rozprawie o etyce zatytułowanej Orchotcadikim jest powiedziane: „Nim wypowiesz słowo, jesteś jego panem. Gdy je już wypowiesz – ono panuje nad tobą”.

Mieczysław Widaj: Przypomnij mi swoje nazwisko…

Ewa Vitroux: Ewa Vitroux.

Mieczysław Widaj: Dziwne nazwisko.

Ewa Vitroux: Dziwne?

Mieczysław Widaj: Nie polskie.

Ewa Vitroux: To po ojcu. Ojciec był Francuzem.

Mieczysław Widaj: A ty? (Chwila milczenia.)

Ewa Vitroux: Co ja? Pyta pan, czy jestem Polką? Staram się…

Mieczysław Widaj: /Chcesz mnie uczyć, jak być Polakiem? Ty, która sama nie wiesz, kim jesteś?

Ewa Vitroux (do siebie): Czy dlatego, że urodzili się na polskiej ziemi, można ich nazwać rodakami?

Mieczysław Widaj: Jesteś jak kundel, ani tu, ani tam.

Ewa Vitroux: Wymordowaliście niepokornych, zostały cienie, ale one wciąż do was wracają, prawda? Nie dadzą wam spokoju. Nawet po śmierci.

Mieczysław Widaj: Po śmierci… Starzy ludzie się jej nie boją, uwierz. To młodzi mają plany.

Ewa Vitroux: Rozerwaliście więzi łączące pokolenia.

Mieczysław Widaj: Historia. Jej nie osądzisz. Była…

Ewa Vitroux: A ja wciąż widzę jego twarz. Nie jest smutna.

Głośny dzwonek do drzwi.

Mieczysław Widaj: Sznycelek przyjechał. Musisz już iść, Francuzeczko. Trzeba dobrze się odżywiać, aby dożyć mego wieku.

Ewa Vitroux: Czemu to tylko sen? Tej rozmowy… (Chwila ciszy.)

Mieczysław Widaj: Nie było. Masz rację, jej nie było. Zapomnij. Do diabła, zapomnij.

 

Koniec

 

 

Mieczysław Widaj (ur. 12 września1912 w Mościskach, zm. 11 stycznia2008 w Warszawie) – pułkownikWojska Polskiego, zastępca przewodniczącego Najwyższego Sądu Wojskowego, w latach 1945–1953 odpowiedzialny za skazanie na śmierć 106 żołnierzy podziemia niepodległościowego, zbrodniarz stalinowski. Po śmierci miał zostać pochowany na cmentarzu służewieckim, obok ofiar terroru komunistycznego. Na skutek protestów odstąpiono od pomysłu. Został pochowany na cmentarzu w Grabowie. Po licznych aktach profanacji grobu bez pomnika, prawdopodobnie w 2009 r., szczątki zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarz w okolicach Grodziska Mazowieckiego.

 

Kazimierz Kamieński ps. „Gryf”, „Huzar” (ur. 8 stycznia1919 w miejscowości Markowo-Wólka, gm. Nowe Piekuty, pow. Wysokie Mazowieckie, zm. 11 października1953 w komunistycznym więzieniu w Białymstoku) – oficer rezerwy Wojska Polskiego, dowódca partyzancki AK, ROAK i Zrzeszenia WIN, jeden z najdłużej walczących żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej został w roku 2007 odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Miejsce spoczynku „Huzara” jest nieznane, jego symboliczny grób znajduję się na cmentarzu w Poświętnem. 08.10.1995 r. odsłonięto w Nowych Piekutach pomnik ku czci kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” i jego żołnierzy.

 

 

Stanisław Grabowski

„Chłopiec z nieba”

Scenariusz filmu fabularnego

 Olga Boznańska

 

 

O s o b y:

 

Alfred Wolność, Chłopiec, lat 11

Alfred Wolność, Grabarz, ojciec Alfreda

Weronika, Dziewczynka o kuli, lat 11

Jej koleżanka Ania

Stanisław, kuzyn Grabarza

Ryszard, kolega Stanisława

Sztyc, obywatel RFN, z pochodzenia Żyd,

b. kolega Grabarza i Stanisława

Szachne, 10-letni syn Sztyca

Józef Buras, ubek I

Henryk Walczak, ubek II

Bliźniacy, synowie Burasa

Proboszcz

Wikary

Kamieniarz

Inne dzieci, dorośli.

 

Akcja dzieje się, w ciągu kilku letnich dni, w 1956 roku, b. ważnym dla polskiej historii, kolejnym pokoleniom tamte lata jawią się niby baśń o Żelaznym Wilku. Tym bardziej należy o nich pamiętać.

 

SCENA 1

 

Plener. Południe. Pełnia lata, idylliczna sceneria, jakby raj, niewielka, meandrująca rzeczka, plaża z czystym piaskiem, nad nią drzewa, dalej łąka, wzgórza, las, widać grupę kąpiących się chłopców w wieku 9–12 lat. Pisk, hałas, spychanie do wody i tym podobne wygłupy. Nagle zaczyna dość silnie wiać, przez chwilę słońce kryje się za chmurę! Mija to szybko, choć niepokoi kąpiących się. Jeden z nich przestaje się pluskać. Podchodzi do brata-bliźniaka czytającego na brzegu książkę.

BLIŹNIAK I (pokazuje ręką) Zobacz, tam widać jakiś kamień, pagórek, którego przed chwilą jeszcze nie było. Ale powiało i...

BLIŹNIAK II (odrywa się niechętnie od lektury) I we łbie ci pomieszało! Wydaje ci się, tam jest płasko, tam nic nie ma.

BLIŹNIAK I Nieprawda. Widzę kamień, wybrzuszenie. To rośnie.

BLIŹNIAK II A ja nic nie widzę.

 

            Bliźniak II bierze się do czytania książki pt. „Jak hartowała się stal”, jego brat dalej wpatruje się w to „coś”, co rośnie. 

 

CZYTAJ CAŁOŚĆ>>

 

Henryk Gała

 

MANEBO

 

gala henryk

 

Stanisław Okrajski – emeryt, dla matki Staś, miał być co najmniej profesorem w jakiejkolwiek dziedzinie, a został zegarmistrzem.

Roza, Rozalia – matka Stanisława, od dziecka każe mówić na siebie Roza. kobieta odwieczna, wie wszystko, bardziej boi się życia niż śmierci i dlatego, wiedząc, że coraz więcej ludzi będzie cierpiało z tego powodu, wypróbowuje na sobie „pastylki przetrwania”, według recepty doktora Steimana, która z czasu II wojny zachowała się w rodzinnych szpargałach.

Stanisław Grabowski

 

WIGILIJNE GRAFFITI

Scenariusz filmu fabularnego

 

grabowski stanislaw

 

 

Osoby:

Mateusz, 16-letni niepełnosprawny brat Matyldy

Matylda, młodsza siostra Mateusza

Michał, starszy brat Matyldy i Mateusza

Grzegorz, bezdomny 15-latek

Grejs, znajoma Matyldy

Pajac, dresiarz I

Słoń, dresiarz II

Matka Matyldy, Mateusza i Michała

Ojciec (głos)

Mamut, boss (głos)

Sylwek, kolega szkolny Mateusza

Reporter telewizyjny

Wałdziak, urzędnik administracyjny

inni

 

Akcja toczy się współcześnie,

w ciągu kilku wigilijnych godzin.

 

     1.

    Wnętrze. Obszerne puste pomieszczenie pofabryczne, spore okna, półmrok. W kącie materac, niski stolik, na którym leży telefon komórkowy, stoją butelki z wodą mineralną, plastykowe naczynia jednorazowego użytku, jest bochenek chleba... Spory bałagan. W środku dwóch dresiarzy w wieku ok. 16 lat. Jeden z nich, Słoń, ma na uszach  słuchawki, wykonuje coś w rodzaju tańca disco, rapuje: „Każdy szczur goni za szczurem / Spadł w dół, a tak szedł w górę / Jesteś śmieciem, co patrzy z góry / Nie mam fury...”.  Drugi, Pajac, obserwuje przez lornetkę ulicę.

Pajac

    Kończ te skoki. Robimy z siebie durniów. Który to już dzień nie byłem na siłowni?

Słoń

    (zdejmuje z uszu słuchawki) Pękł dzisiaj piąty.

Pajac

    (z lornetką przy oczach) Przecież ten budynek ma z pięćset metrów długości.    Paręnaście wejść i wyjść. Którędy ten typek wylizie?

Słoń

    Skoro wlazł to i wylezie. Musowo. Wolałbyś patrolować ulicę, jak jaki krawężnik? Tu przynajmniej śnieg za kołnierz nie wpada.

Pajac

    Wierzysz, że ta mała poradzi sobie?

Słoń

    Twierdziła, że mniej więcej wie gdzie się łobuz ukrył.

Pajac     

    Kto przyjmie menela na metę? Kryje się pewnie w jakiejś piwnicy. Wiesz, ile tam jest piwnic? Obleć wszystkie. Trochę czasu to zajmie.

Słoń

    Głodny jestem.

Pajac

    To szamaj pierniki w czekoladzie. Jest cała paczka.

Słoń

    Ślinka mnie się zbiera na myśl o schabowym z kapustą.

Pajac

    Dwa razy już się stąd wyrywaliśmy samowolnie, a do trzech razy sztuka.

Słoń

    A telewizja, to po co się tam kręci, łażą po całym bloku? To nam nie pasi.

Pajac

    Wiesz, jak to przy Wigilii, niektórym odbija.

Słoń

    Na Wigilię chodziliśmy zawsze do babki, a jak zmarła, stara założyła nam szlaban na Wigilie.

Pajac

    Mnie też nikt nie fundował karpia na święta. Ale za to codziennie – karczycho. Jestem cięty na tego łobuza, którego wypatrujemy.

Słoń

    Jak boss. Dobrze byłoby go samemu dorwać, wtedy byłaby premia, co? A może...

Pajac

    Nie radzę ci nic kombinować na własną rączkę, bo nie awansujesz. Gorzej, łeb stracisz. A tak zasłużysz się, to będziesz bliżej bossa (wyjmuje paczkę papierosów) Zajarasz?

Słoń

    Jakoś nie mam ochoty.

Pajac

     Słuchaj młody, pierwszy raz cię wzięli do akcji. Ty daleko nie zajedziesz jak się będziesz starszym opierał. Ale jak raz wdepnąłeś, to już będziesz z nami do końca. Musowo.

Słoń

    Położę się na trochę, może się zdrzemnę. Nie będzie mnie tak ssało w dołku, a ty wytrzeszczaj patrzałki. Nie rezygnuj.

Pajac (spogląda przez lornetkę)

   Łażą i łażą te ludzie. Nosy kryją w płaszczach. Spóźnialskie niosą chojaki. I pewnie prezenty.

   Słoń kładzie się na materacu. Jego kolega dalej śledzi przy pomocy  lornetki fronton budynku po drugiej stronie ulicy. Kamera pokazuje budynek w całej jego krasie. Jest zimowe popołudnie, widać wyraźnie dom, okna i drzwi wejściowe, śnieg pada coraz większy.

     2.

    Plener. Matylda, 14-latka, pod pachą trzyma niewielką owiniętą sznurkiem prawdziwą choinkę, otwiera szklane drzwi, wchodzi do korytarza budynku, jedzie windą, podchodzi do swego mieszkania, wyjmuje z kieszeni klucz, otwiera drzwi. Na lewo znajduje się pokój jej starszego brata, Mateusza, niepełnosprawnego, na wózku. Ten przy komputerze. Bodaj gra, albo się uczy angielskiego. A może „siedzi” w Internecie? Na uszach słuchawki. Siostra próbuje mu coś powiedzieć, pokazuje na choinkę, ale bez skutku. W końcu macha ręką. Przechodzi do obszernej kuchni. Zagląda do lodówki itd. Robi sobie coś do jedzenia. Siada przy stole. Słychać telefon w przedpokoju. Matylda przechodzi do przedpokoju, podnosi słuchawkę.

Matylda

    Tak. To ty, mamo. Co robię? Czekam na Grejs. To takie imię, czadowe, nie? Nie znasz jej. Poznałam ją niedawno w klubie. No, troszkę starsza. Nie przesadzaj. Wyjeżdżamy wieczorem. No! Lotnisko w Wigilię pracuje tak jak w normalny dzień. Innej drogi nie ma. Dlaczego się nie zobaczymy? Proszę cię, przyjedź. Zaraz się spakuję. Będę po świętach, tak jak ci mówiłam. Na pewno dostanę się do finału. Nie mogłam zawieść trenera. Wierzy we mnie. To w końcu tylko kilka dni. Naprawdę, nie martw się. Mamo, nie becz! Albo to pierwszy raz. Pa, pa!

    Matylda kończy rozmowę, w dalszym ciągu zajmuje się jedzeniem, później ubiera choinkę itd.

    Gdy choinka przybiera kształt świątecznego drzewka znów idzie do brata.

Matylda

    Hej! Można do ciebie wejść? Kryjesz się za tym swoim sprzętem, jak za barykadą.

Mateusz

    (ciągle zajęty komputerem) Co!

Matylda

    Odezwałeś się. Duży sukces. Czujesz zapach choinki? Ile mam ustawić talerzy na stole?

Mateusz

    Co?

Matylda

    Bądź poważny. Dzisiaj Wigilia! Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego.

Mateusz

    Marta, błagam cię, później.

Matylda

    Czuję, że napiszę to na kartce.

    Wychodzi do przedpokoju, wchodzi do największego pokoju, z telewizorem tam gdzie stoi choinka. Na stole nakrytym białym obrusem poprawia talerze i talerzyki. Sięga po pilota. Machinalnie włącza telewizor. Na ekranie pojawia się Reporter z mikrofonem.

Reporter

    Proszę państwa, trzeci już dzień, a dzień to niezwykły, bo wigilijny, znajdujemy się w największym w mieście budynku zwanym mrowiskowcem, to pięćset metrów frontowej ściany, przeszło tysiąc mieszkańców. Ale ilu dokładnie? Tego nie wie nawet administracja. Chcemy się tego dowiedzieć. Czy wszyscy mieszkańcy wpuszczą nas, czy dowiemy się? Jak na razie idzie nieźle. Dziś, w Wigilię, uścisnę rękę pięćsetnemu mieszkańcowi tego niezwykłego blokowiska. Otrzyma od nas cenny prezent. Czyli wystąpię w roli świętego Mikołaja...

    Marta pilotem wyłącza telewizor.

    Na palcach przechodzi do kolejnego pokoju. Tam, w półmroku, śpi młody mężczyzna, pokój jest nieźle zagracony, okna są zasłonięte, jest ciemnawo. Marta chwilę wpatruje się w śpiącego, później go budzi.

Matylda

    Michał, wstawaj! Pomożesz mi odgrzać to wszystko, co mama przygotowała.

Michał

    (budzi się) Nie chce mi się.

Matylda

    Zawsze lubiłeś Wigilię.

Michał

    Kiedy to było? Przed wiekami.

Matylda

    Nie pomożesz mi?

Michał

    Daj mi spokój (odwraca się i znów próbuje zasnąć)

    Słychać dzwonek do drzwi.

    Marta podchodzi, zagląda przez wizjer. Otwiera.

    Wchodzi jej nowa koleżanka z klubu, Grejs, chuda 15-latka.

Grejs

    Siemko. Ale zmarzłam! Przed blokiem wóz transmisyjny zajmuje pół chodnika, do tego jakieś kable, reflektory. Co tu się dzieje?

Matylda

    Nie oglądasz telewizji?

Grejs

   Nie, a po co? Zmarzłam.

Matylda

    Stale podkreślasz, że nie oglądasz telewizji, nie masz wideo, Internetu...

Grejs

    A po co? Nie interesuje mnie, co się dzieje na tym cholernym świecie? Wiem, że moi starzy zajęci są mordobiciem między sobą. I dosyć. Mam sobie jeszcze wbijać do głowy jakieś głupoty z telewizora?

Matylda

    Nie unoś się. Od paru dni nasz blok opanowała telewizja. Chcą się dowiedzieć kto tu mieszka?

Grejs

    Po co im to potrzebne? Cholerni szpiedzy, czy co? A co ludziska? Nie kryją się przed nimi?

Matylda

    Przekupują ich t-shirtami, kremami, proszkiem do prania... Zresztą, Wigilia łagodzi obyczaje.

Grejs

    Spakowałaś się?

Matylda

    Zdążę, mam jeszcze coś do załatwienia.

Grejs

    No.

Matylda

    Muszę wyjaśnić braciszkowi, że u nas, na poddaszu... ktoś się ukrył. Trzeba go karmić trzy razy na dzień.

Grejs

    Nie mów! Chory gołąb?

Matylda

    Nie, człowiek. Znalazł sobie kryjówkę kilka dni temu. Ilu dokładnie, nie wiem. Długo oswajałam go z moją gębą. Strasznie podejrzliwy.

Grejs

    Jakim sposobem wlazł do bloku? I gdzie się zadekował? Jak trafiłaś na niego? I dlaczego się przed tobą zdekonspirował? Czy to świr, czy zwykły men?

Matylda

    Nie gorączkuj się. Będziesz grzeczna, pokażę ci gdzie się kryje.

Grejs

    Cholernie mnie to kręci. Nie mam kogo oglądać, jak meneli. I co, nie bałaś się z nim kontaktu? Może ma Adidasa? 

Matylda

    Początkowo się bałam, ale widzę, że to nie ćpun, że naprawdę szuka pomocy. A na dworze paręnaście stopni zimna, i święta za pasem.

Grejs

    Skiny szybko go wytropią. Nie mówiąc o dozorcy. Dla takich nie ma litości. To zaraza. Do wytępienia.

Matylda

    Odbiło ci, Grejs! Nikt nie zajrzy do jego kryjówki, nawet dozorca bywa tam rzadko. 

Grejs

    I, i zajarzyło między wami, co? Bezdomny i panna z blokowiska. Blokerka. No, no.

Matylda

    Chyba troszkę mi zaufał. To mnie wzięło, ta pomoc. 

Grejs

    Zaproś go do domu, skoroś taka dobra.

Matylda

    Ciepło, ciepło, to wisi w powietrzu.

Grejs 

    Ale dziś wyjeżdżamy i...

Matylda

    I... dlatego muszę dogadać się z bratem, żeby przejął nad nim regularną opiekę.

Grejs

    Twierdziłaś, że braciak nie wyłazi z komputra.

Matylda

    Będzie musiał. Ciii... Coś słyszę za drzwiami. Zaczekaj, rzucę okiem (patrzy przez wizjer w drzwiach). Jacyś faceci się wałęsają. To pewnie z tej telewizyjnej ekipy. Przenoszą kable.

    Dziewczyny przy wizjerze budzą w końcu uwagę Mateusza przy komputerze.

Mateusz

    (zdejmuje słuchawki) Co jest panny, czego szukacie pod drzwiami?

Matylda

    Wiesz, że „telewizory” kręcą się po naszym bloku?

Mateusz

    Wiem, widziałem ich wczoraj w telewizji. No i co z tego?

Matylda

    Zaglądają do mieszkań. To, co wymyślili, nazywa się „Wigilijne graffiti” czy jakoś tak.

Mateusz

    Ktoś, zdaje się, do nas dzwonił?

Matylda

    Mama!

Mateusz

    Co chciała?

Matylda

    Nawet dzisiaj się spóźni. Zaraz, ale się rozgadałeś. Gdzie to zapisać?

Mateusz

    Jestem głodny!

Matylda

    Dziś post, mówił nam księżulo w szkole. Skoro tak długo czekałeś, wytrzymasz do kolacji.

Mateusz

    Odwiedzi mnie Sylwek. Ma dla mnie gotowca z matmy.

Matylda

    Nie mógł ci go przysłać e-mailem?

Mateusz

    Ale chodzi o żywy kontakt człeka z człekiem. O ciepłotę jego rąk.

Matylda

    Za godzinę wyjeżdżam na zawody.

Mateusz

    Będę szlochał, że nie przełamiemy się opłatkiem.

Matylda

    Przełamiemy się, choć bez mamy. A teraz wyjdę na chwilę z Grejs na klatkę.

Mateusz

    Ostatnio spędzasz dużo czasu na klatce. Jak mała dziewczynka. Grasz tam w klasy? Aaa, to jest Grejs! (patrzy uważnie na koleżankę Marty).

Grejs

    (podaje mu rękę) Grejs. Jak Jennifer Lopez z filmu „Droga przez piekło”.

Mateusz

    (słabo odwzajemnia uścisk) Mateusz jak Mateusz. Idziecie wypatrzyć wśród „telewizorów” jakichś przystojniaków?

Matylda

    Wiśnia!

    Dziewczyny wychodzą.

 

    3.

    Wnętrze. Idą po schodach, w górę, to zaledwie kilkanaście schodków. Na ostatnim piętrze w półmroku stoi... rodzaj domku wykonanego z tekturowych kartonów.

   Oglądają go.

Grejs

    Co za śmieszna chałupa! Wariat tam siedzi?

Matylda

    Zobacz, ma okna, firanki, drzwi... Wszystko namalowane. Tylko namalowane.

Grejs

    Ooo... i serce naklejone.

Matylda

    To z Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Grzegorz, Grzegorz! (półgłosem, ale bez efektu, dodaje po chwili) Nie wyjdzie, schowaj się, a ja go wywabię z tej jego kryjówki.

    Grejs odchodzi, kryje się za róg, ale podgląda.

    Z kartonowego domku gramoli się powoli jakiś drobny i chudy chłopak. To ukrywający się Grzegorz, 15-latek.

Grzegorz

    Byłaś zaledwie paręnaście minut temu. Chciałem się zdrzemnąć.

Matylda

    Raczej nie śpij. Po bloku kręci się ekipa telewizyjna, i na dodatek puszcza to swoje łażenie na żywo w osiedlowej tivi.

Grzegorz

    Mogą mi naskoczyć?

   W tym momencie Grejs wychyla się za rogu, przygląda się uważnie Grzegorzowi, aż prawie chce krzyknąć na jego widok, powstrzymuje się jednak, zasłania usta ręką. Znów się kryje.

Matylda

    Wyjeżdżam dziś na zawody, ale nie martw się, nie uciekaj. Zastąpi mnie mój brat. Musisz to zaakceptować. Dziś Wigilia, nie powinno się nic złego zdarzyć.

Grzegorz

    Nie mówiłaś, że masz brata? Jak go rozpoznam?

Matylda

    Jeździ na wózku inwalidzkim.

Grzegorz

    To jak do mnie trafi?

Matylda

    Da sobie radę. Zachowuj się cicho. Pamiętasz, że masz zapasowe baterie do latarki? Do widzyska. I trzymaj się... wigilijnie.

Grzegorz

    Cześć. Wigilijnie.

    Grzegorz z powrotem kryje się w swoim domku. Matylda schodzi po schodach, na korytarzu dołącza do niej Grejs. Dochodzą do mieszkania.

Matylda

    Coś tak ucichła?

Grejs

    Zdaje ci się. 

    4.

    Matylda i Grejs stoją w dużym pokoju i patrzą w telewizor.

Reporter

    (z mikrofonem) Proszę państwa, dziś na bloku stworzymy hasło przy pomocy świateł w określonych oknach. Jakie to będzie hasło? Tego nie wiemy. O tym rozstrzygnie plebiscyt mieszkańców. Prosimy, aby do godziny siedemnastej składali swoje propozycje w specjalnych skrzynkach przy drzwiach. Wszyscy mieszkańcy będą nam potrzebni, jedni w określonym czasie zapalą światła, setki innych będzie musiało je na chwilę wygasić, by hasło było widoczne i zostało zarejestrowane przez nasze kamery przed budynkiem...

Grejs

    Uważasz, że ten głupawy pomysł im się uda?

Matylda

    Nie wiem, idę dokończyć barszcz, zamknę drzwi do kuchni, a ty zostań, popatrz na program.

Grejs

    Chciałabym umyć ręce.

Matylda

    Idź do łazienki.

    5.

    Grejs w łazience. Zamyka drzwi. Rozgląda się. Puszcza wodę, jednak nie myje rąk. Z kieszeni wyciąga pośpiesznie komórkę. Dzwoni.

Grejs

    Cześć Mamut, widziałam Heroda.

Mamut (głos)

    Nie trujesz aby?

Grejs

    Przyszłam z jedną gówniarą do jej domu, bo mieszka w bloku, gdzie wam zginął, gdyście go ścigali. I rzeczywiście, ukrył się na ostatnim piętrze.

Mamut

    No, kara go nie minie. Spuścimy mu manto. Gdzie to jest dokładnie?

Grejs

    Ale wybraliście sobie porę...

Mamut

    Na manto każda pora jest dobra.

Grejs

    Ale to nie każdemu się podoba.

Mamut

    Nie twoje zmartwienie.

Grejs

    Muszę kończyć, zadzwonię kiedy tu przewali się zajob. Czekaj na telefon. Jak tylko będę mogła wyślę ci SMS-a. Ty do mnie nie dzwoń.

    Grejs wkłada komórkę do kieszeni, myje ręce, zakręca wodę, wychodzi z łazienki. Przez szklane zamknięte drzwi do kuchni widzi dwie gadające sylwetki. Grejs ostrożnie przechodzi do pokoju Mateusza, ogląda jego komputer, później przechodzi do dużego pokoju. Ogląda z zainteresowaniem już zasłany wigilijnie stół, podnosi szklanki, sztućce, talerzyki. Jeden z nich spada jej na podłogę. Tłucze się. Grejs gorączkowo wpycha skorupy pod szafę. Wydaje się, że nikt niczego nie usłyszał. Przechodzi do kuchni. W tym momencie w drugich drzwiach pojawia się Michał, obudzony zapewne hałasem tłuczonego talerzyka. Przygląda się z dezaprobatą okruchom talerza. Nachyla powoli, próbuje poskładać, „posklejać” talerzyk.

Michał

    (mruczy do siebie oglądając wigilijny stół, choinkę itd.

    Talerzyk dla przypadkowego gościa, ale jakiego? Opłatek, choinka, barszczyk, kutia, makowiec, co za szopka!

    6.

    Korytarz wielkiego bloku. Idzie cała ekipa telewizyjna, z jednego, z bocznych drzwi wysuwa się młody chłopak, prawdopodobnie należy do ekipy tv.

Macha ręką, podchodzi do redaktora.

Chłopak

    (mówi cicho) Panie redaktorze, chciałby pan coś zobaczyć?

Reporter

   Nie mamy czasu na oglądanie.

Chłopak

   Ale na strychu ktoś jest.

Reporter

    No.

Chłopak

   Jakiś włóczęga urządził tam sobie kryjówkę, ma tam cały barłóg.

Reporter

    Człowieku, przecież ja nie robię programu interwencyjnego tylko wigilijny. Ucisz się. I nie pałętaj się po kątach!

Chłopak

    Jak szef chce.

    Ekipa idzie dalej, zdaje się, że nawet nie dosłyszała tego dialogu.

    7.

    W kuchni przy stole cała trójka popija herbatę.

Grejs

    Dziękuję za herbatę. Nieźle wymarzłam.

 Mateusz

    Kiedy wyjazd?

Matylda

    Niedługo.

Mateusz

    Aleście sobie wybrały porę! Nie do wiary. Czekam na kolesia, a on nie przychodzi. Za godzinę koniec wizyt. Początek  w i e c z e r z y. 

Matylda

    Zadzwoń do niego.

Mateusz

    Wyłączył komórkę, czy co. Nie odpowiada.

Matylda

    Przyjdzie.

Mateusz

    To ja was przeproszę.

    Mateusz powoli wyjeżdża z kuchni, zręcznie mija przeszkody, rusza w kierunku swojego pokoju. Słychać telefon.

Mateusz

    To w moim pokoju! 

Grejs

    (do Matyldy) On od urodzenia na tym wózku?

Matylda

     Od pięciu lat.

Grejs

    Jak to?

Matylda

    Miał wypadek samochodowy z ojcem... Zderzyli się z mercem. Przeżyli. Ojcu nic się specjalnie nie stało. Ale Mateusz po trzech operacjach kręgosłupa ciągle nie ma władzy w nogach.

Grejs

    A czy jest szansa, że będzie chodził? Bo tak to jest przystojny.

Marta

   (spogląda na nią zaskoczona) Nie traci nadziei. Pozmywam naczynia. A ty... zanieś Grzegorzowi naleśniki. Wigilijne. To pewnie będzie dzisiaj jego ostatni posiłek.

Grejs

    Ja?

Matylda

    A coś taka zdziwiona?

Grejs

    No dobrze, pójdę.

   Grejs bierze talerz z naleśnikami, wychodzi z kuchni.

    8.

    Grejs idzie po schodach w stronę kryjówki Grzegorza. Jest tam cicho. Stawia naleśniki obok drzwiczek domku. Stoi przez chwilę, zastanawia się nad czymś. Po chwili stuka do domku. Drzwiczki otwierają się. Wygląda z nich Grzegorz. Zaskoczony patrzy na dziewczynę.

Grejs

    My się znamy.

Grzegorz

    Niby skąd?

Grejs

    Mamut cię pozdrawia.

Grzegorz

    Wigilijny szantażyk?

Grejs

    Skądże. O, przyniosłam ci naleśniki.

Grzegorz

    Aha! To ty jesteś od Marty? Niezłe alibi.

Grejs

    Więc widzisz, że możesz mi zaufać. Marta cię nie wyda, ja cię nie wydam. Tylko, że my wyjeżdżamy na zawody.       

Grzegorz

    Wiem.

Grejs

    To baw się dobrze. A pamiętaj o pozdrowieniach Mamuta. On cię bardzo poszukuje. I chce żebyś się wytłumaczył z paru historii. Zwłaszcza tej ostatniej, z przewałką szmalu.

Grzegorz

    Będę o tym intensywnie myślał. Już pękam!

Grejs

    Siemko! Pamiętaj, że cię ostrzegałam, co na razie jest bezpłatne.

    Odchodzi. Znika za rogiem. Grzegorz wpatruje się chwilę w naleśniki. Odstawia je na bok. Wychodzi ze swego domku. Rozgląda się wokół. Zdenerwowany nagle zaczyna się śpieszyć, likwiduje domek.

    9.

    Grejs na korytarzu, ale piętro niżej. Z komórką przy uchu.

Grejs

    Byłam z nim sam na sam, ale nie chciał pęknąć.

Mamut (głos)

    Po co to zrobiłaś? Spłoszyłaś go!

Grejs

    Nie sądzę. 

Mamut

    Uważaj, mała, pakujesz się w kłopoty.

Grejs

    A może ta cała historia przywidziała mi się?

Mamut

    Tym bardziej, mała, szkodzisz sobie. Nie zwykłem być robiony w konia.

Bardzo tego nie lubię. Chcę się dzisiaj spokojnie połamać opłatkiem, a nie gonić na próżno po zimnicy.

Grejs

    Nawinął się facet, namierzam go, a ty się skarżysz? Wal się.

Mamut

    Ale daj mi jego adres.

Grejs

    Nie chce mi się. To cześć.

Mamut

    Mała, nie graj ze mną. Za maleńka jesteś, żeby samodzielnie kręcić lody. Ile ty masz lat?

Grejs

    A guano cię to obchodzi?

Mamut

    Mała, nie pogrywaj!

    Grejs wyłącza komórkę, idzie po schodach w kierunku mieszkania koleżanki.  

    10.

    W pokoju Mateusza, siedzi przed komputerem, ogląda film dokumentalny poświęcony Wielkiej Rafie Koralowej, to jest jego wielka pasja, jego marzenie, że przyjdzie dzień, że zobaczy ją na w własne oczy, a na razie ogląda o niej filmy, zbiera materiały, kontaktuje się przez Internet z ludźmi, którzy ją poznali, itp. Do pokoju wchodzi Matylda.

Mateusz

    Dokąd poszła ta nowa z naleśnikami?

Matylda

    Nie podoba ci się Grejs?

Mateusz

    Jest w niej coś, coś śliskiego. Policzyłem na niej siedem kolczyków. Ale czy to wszystkie? No i to imię czy ksywa.

Matylda

    Panikujesz.

 Mateusz

    To tylko odczucie, takie pierwsze. W takim dniu, jak dzisiejszy, chciałbym się mylić.

Matylda

    Na zawodach dokładniej jej się przyjrzę.

Mateusz

    Dlaczego tak długo jej nie ma?

Matylda

    Nie przesadzaj (ogląda przez chwilę film o Wielkiej Rafie Koralowej

w komputerze) Nie widziałam tego filmu?

Mateusz

    Kupiłem go ostatnio przez Internet.

    Otwierają się drzwi. Wchodzi Grejs.

Grejs

    Przepraszam.

Matylda

    Za co?

Grejs

    Może to za długo trwało?

Matylda

    Skądże! Zostawiłaś mu naleśniki?

Grejs

    Pewnie, ale nie zaglądałam do środka, do jego domku.

Matylda

    Nie szkodzi.

Grejs

    Wiesz, ja pójdę do domu, spakuję się i... spotkamy się przed szkołą, na zbiórce.

Matylda

    To na razie, ciao!

Grejs

    Na razie. 

    Grejs wychodzi.

Mateusz

    Sprawdź, czy coś nie zginęło.

Matylda

    W tym momencie leciutko przesadziłeś.

    Matylda przechodzi do pokoju z telewizorem. Jest włączony. Spogląda przez chwilę na ekran.

Reporter

    (mówi do mikrofonu w ponurym i długim korytarzem) Proszę państwa, spotkałem się z 487 osobą w tym bloku. Jeszcze tylko trzynaście osób i uściskam rękę tego pięćsetnego. Kto nim będzie? To ważne pytanie. Jeszcze ważniejsze jest pytanie o premię. A tą premią będzie, zdradzimy w tym momencie: rower górski! Wspaniały prezent pod choinkę...

    Matylda przestaje patrzeć na ekran, szuka turystycznej torby, zaczyna się pakować. Z szafy wybiera różne rzeczy, wkłada je do torby. Na koniec spogląda na wigilijny stół, liczy talerze. Jest zaskoczona, że jeden jest popękany.

    11.

    W pokoju Mateusza. W dalszym ciągu ogląda film o rafie koralowej. Słychać telefon. Mateusz podnosi słuchawkę.

Mateusz

    Halo. Aaa, to ty tato! Strasznie, ale to strasznie się cieszę! W takim dniu. Słucham cię.

Tata (głos)

    Nie przeszkadzam ci?

Mateusz

    Coś ty!

Tata

    Nie dzwoniłem prawie dwa tygodnie, sorry. Ale jak nie zadzwonić dzisiaj, przy Wigilii. Wiesz, zmieniłem pracę. Znalazłem się prawie 400 km od Chicago. Miasteczko jest maleńkie, ale potrzebowali pomocnika piekarza. I tak tu trafiłem. Śpię na poddaszu. Jest nas dziewięciu, sześć narodowości, ale nie ma to znaczenia. Najważniejsze, że pracuję. Dostałem dziś pierwszy czek i zaraz do ciebie dzwonię. Co porabiasz?

Mateusz

    Jak zwykle...

Tata

    Chłopie, nie łam się. Zbiorę na operację dla ciebie, na mur beton. Ty przecież wiesz, dlaczego wyjechałem do tego amerykańskiego raju?

Mateusz

    Tata, przestań.

Tata

    Rozumiem, nie mam się roztkliwiać. Co się dzieje z resztą? Powinniście być dzisiaj wszyscy razem.

Mateusz

    Nie będzie Matyldy. Wyjeżdża na zawody, a mama wróci później... Nie wiem dlaczego. Nie martw się. Przygotowała wszystko. Zdążymy zjeść wigilijnego karpia (milczy chwilę)

Tata

    A najstarszy ancymonek?

Mateusz

    Jak zwykle...

Tata

    To znaczy konkretnie...

Mateusz

    Właściwie, nie wychodzi z mieszkania. Leży, patrzy w sufit albo śpi. Nieobecny ciałem i duchem. Ale może doszlusuje do wigilijnego stołu...

Tata

    Cholera, cholera! Jestem w potrzasku, co robić? W takim dniu człowiek się roztkliwia. Siedzieć tu, czy wracać do was? Do diaska, przecież jestem wam potrzebny. Muszę to jakoś pilnować, zdrutować jak garnek...

Mateusz

    Tata, nie podniecaj się! Jest jak jest. Inaczej nie będzie.

Tata

    Obwiniam się, że za mało czasu mu poświęcałem. Wam zresztą też.

Mateusz

    Wręcz odwrotnie. Za dużo czasu. Błędy, jakie robiłeś, były typowe dla młodych rodziców: nadopiekuńczość. To się musiało zemścić.

Tata

    O, jaki mądrala.

Mateusz

   Tata, pogadajmy o pogodzie.

Tata

    A ładnie tutaj jak na Wigilię. Śniegu mało, choć temperatury minusowe. Tylko wiesz, że oni – to straszne! – na wigilijną kolację jedzą indyka!

Mateusz

    Szukasz mi książek o Wielkiej Rafie Koralowej?

Tata

    Jak tylko znajdę trochę czasu, to będę pamiętał o tobie, bo wiesz, ja pracuję codziennie, po dwanaście godzin, i biorę nadgodziny, a to znaczy, że pracuję też w sobotę. Tylko w niedzielę mam przerwę.

Mateusz

    A co robisz w niedzielę?

Tata

    Długo śpię, w południe idę do kościoła, a po południu na spacer.

Po południu już myślę o poniedziałku, o pracy. A Wigilię spędzę z kolegami.  

Mateusz

    Szkoda, że nie z nami. I to już po raz drugi!

Tata

    Kocham was, pozdrów wszystkich i ucałuj. Powiedz mamusi, że zadzwonię do niej wieczorem. Pomyślcie o mnie pod wigilijnym drzewkiem. Macie prawdziwą choinkę?

Mateusz

    Tak, tak. Zaczekaj, poproszę Matyldę (woła) Matylda, Matylda!

    12.

    Matylda odkłada słuchawkę po rozmowie z ojcem.

Matylda

    (do Mateusza) Wyjeżdżam, ale mam prośbę, żebyś pomógł... pewnemu lokatorowi, piętro wyżej.

Mateusz

    Ciepło, ciepło. Nareszcie pękłaś. Ale ja się sam domyśliłem, czemu biegałaś ostatnio tak często na poddasze. A jak ten ktoś ma na imię? Wiesz, że w Wigilię należy przyjąć pod swój dach każdego gościa?

Matylda

    Grzegorz.

Mateusz

    Ukrywałaś mężczyznę, Martuniu! No, jestem poważny. Obiecuję ci, że spróbuję o nim pamiętać. Jak wygląda ta twoja tajemnica?

Matylda

    Sam sobie wszystko zobaczysz. Tylko nie zawiedź mnie.

Mateusz

    Widzę, że ci straszliwie na tym zależy, jak nigdy na niczym. No, nie zawiodę cię. Słuchaj, a ta Grejs, to konkretnie kto?

Matylda

    Mało o niej wiem, ale widzisz, że łazi w adidasach po starszym bracie.   

Mateusz

    Dałbym sobie rękę uciąć, że kieszeń jej ciasnych dżinsów wypycha

komórka!

Matylda

    Coś ty? Nigdy u niej nie widziałam komórki.

Mateusz

    A jednak...

Matylda

    Spotkam się z nią za paręnaście minut i wtedy sobie co nieco wyjaśnimy. To będzie ciekawe. Idę po torbę.

Mateusz

    Arrivederci!

    13.

    Mateusz przy komputerze, wciąż ogląda Wielką  Rafę Koralową. Przychodzi Matylda ubrana do wyjścia, z torbą. W ręku talerzyk z opłatkiem wigilijnym.

Matylda

    Czas na życzenia. Wychodzę już.

Mateusz

    Czyli nie będzie cię całe trzy dni.

Matylda

    Dobrze wyliczyłeś, jadę po sukces, inaczej bym nie pojechała. Pamiętasz, że masz na karku Grzegorza?

Mateusz

    I starszego braciszka.

Matylda

    Właśnie, starszy brat. Mama twierdzi, że zgodził się na odtrucie.

Mateusz

    Jak się wyśpi, to pewnie zmieni zdanie.

Matylda

    A może jednak nie? Niby jesteśmy zwyczajną rodziną, kto mógłby powiedzieć o nas złe słowo, a jednak... Ty chory, starszy brat – uciekał przed czymś o czym boję się wspomnieć i podobno... ćpun. Ojciec niby uczony na uniwerku, a wypieka bułeczki pięć tysięcy kilometrów od nas.

Mateusz

    Pięć tysięcy?

Matylda

    Nie wiem, całą wieczność, sto tysięcy kilometrów, albo za ścianą, to jednakowa odległość, kiedy nie jest z nami.

Mateusz

    Żal mi go, ale nie chce zrozumieć, że nie żądam od niego poświęcenia.

Matylda

    Zamiast pisać uczone teksty robi bułeczki. Dziwię się, że te bułeczki tak go rajcują. Zwyczajne maślane bułeczki dla Amerykanów.

Mateusz

    Marta dosyć, ruszaj. Bo się spóźnisz.

Matylda

    (przełamują się opłatkiem) Wszystkiego dobrego, Mateuszku. Wiesz, życzę ci tylko jednego, żebyś tańczył tak jak przed wypadkiem. Trzymaj się. Masz na głowie parę spraw, których nie zawal.

Mateusz

    A ja ci życzę szwungu pod podeszwami, no żebyś wygrała! I zadzwoń wieczorem do mamy. Ucieszy się.

Matylda

    Pa, całuję cię.

    Siostra całuje brata w policzek, wychodzi. Mateusz zapatrzony w ekran telewizora.

   14.

   Znajome pomieszczenie z dresiarzami. Obaj przy oknie. 

Pajac

    Ty, Słoń, ciemno. Nic nie widzę, zwłaszcza wchodzących do bloku. Poukrywali głowy w kołnierzach. To chyba fajrant na dziś.

Słoń

    Znaczy się, mamy nareszcie labę. Możemy odpoczywać. Włącz może radyjko, albo telewizor. Kto nam zarzuci, że wieczór poświęciliśmy na rozrywkę?

Pajac

    Chcesz awansować u bossa, to siedź cicho!

    Pajac pilotem włącza telewizor, przebiega przez kanały.

Słoń

    Skup się na czymś konkretnym!

Pajac

    Spoko, o popatrz!

    Na ekranie tv znany nam Reporter, pod kolejnymi drzwiami.

Reporter

    ...Po raz kolejny łączę się z państwem. Za kilka minut uściskam rękę pięćsetnego mieszkańca tego bloku-molocha. Przypominam jednocześnie, że mieszkańcy bloku głosują jakie hasło wyświetlą w swoich oknach, punktualnie o godzinie dziewiętnastej. Mogę zdradzić, że w ankietach na pierwszym miejscu znajduje się słowo MIŁOŚĆ, a za nim finiszuje słowo DOBROĆ... A teraz chwila przerwy na wigilijną reklamę.

    Leci reklama np. ze św. Mikołajem.

Pajac

    Co za porąbany gość!

Słoń

    A co taki stojak ma do gadania? Kazali, to zaiwania z mikrofonem po piętrach. Ma z tego kasiorę, nie? 

Pajac

    Wlazł nam w paradę.

Słoń

    Taki szum może nam tylko pomóc. Domofony tam dzisiaj nie działają.

Pajac

    Tylko my nie wiemy dokąd uderzyć.

    Słychać nagle pukanie.

Słoń

    Ciii...

Pajac

    (szeptem) Trzy razy, to Grejs, tak się z nią umawiałem. O wilku mowa.

Słoń

     Stykę, znaczy się randkę, sobie wyznaczyliście?

Pajac

    Tępy głupolu, po prostu, powiedziałem jej, że gdyby coś wyniuchała ma do nas w try migi przylecieć. Dobrze mieć informację jako pierwszy.

Słoń

    Ale o naszej kryjówce nikt nie miał prawa wiedzieć.

Pajac

    A co, powtórzysz bossowi, że mieliśmy gościa?

    Słoń otwiera drzwi. W drzwiach postać Grejs.

Pajac

    Właź, nikt cię nie widział?

Grejs

    Niby kto? O, fajnie się urządziliście. Mam ekstra nowinę! Trafiłam na niego, siódma klatka, ostatnie piętro. Widziałam go przed chwilą tak jak ciebie.

Pajac

    Weźmiemy go pod obcasy, aż pęknie.

Słoń

    Gnojek, a tak podskakiwał!

Pajac

    Jak ci się udało, Grejs!

Grejs

    A bo to jest czas, by opowiadać? Najważniejsze, że się trafił. Pójdziecie go załatwić?

Pajac

    I to zaraz. Nie ma zmiłuj się. A ty, co Grejs?

Grejs

    Miałam jechać na zawody, ale rezygnuję. Chcę zobaczyć, jak dacie mu wycisk. Lubię krew. I lubię łazić z pistoletem. To mnie rajcuje.

Pajac

    Dobra, zbieramy się... (wyłącza telewizor).

    15.

    Mateusz w swoim pokoju z kolegą Sylwkiem z klasy, na którego czekał.

Mateusz

    Kajet oddam ci po świętach.

Sylwek

    W porządelu. Aha, pani powiedziała, że po Nowym Roku idziemy obejrzeć jakiś film.

Mateusz

    Jaki?

Sylwek

    Coś lekturowego. Aha, Wajdy o zemście.

Mateusz

    Mam prośbę do ciebie.

Sylwek

    Słucham.

Mateusz

    Pomożesz mi odwiedzić kogoś kto... nie zameldowany zamieszkał u nas na klatce, piętro wyżej?

Sylwek

    Takiemu to trza kota pogonić, a nie odwiedzać go.

Mateusz

    No wiesz, przy Wigilii. Coś taki krwiożerczy? Moja siostra ma z nim jakiś układ, ale nie będę cię wtajemniczał w szczegóły. Po prostu musisz mi pomóc?

Sylwek

    No dobra.

Mateusz

    To ruszamy.

    Sylwek pomaga Mateuszowi otworzyć drzwi, wyjeżdżają, zamykają je za sobą.

Jadą windą na klatkę, tam gdzie się ukrywał Grzegorz. Nikogo tam nie ma!

Marek

    O do diaska, nie ma go! Nie ma śladu. Co się z nim stało? To niemożliwe!

Sylwek

    Może ja podejdę wyżej. Sam.

Mateusz

    A nie boisz się?

Sylwek

    Czego?

    Idzie, po krótkiej chwili w ciemnościach słychać jakiś zduszony krzyk, jakby lekka szamotanina. Sylwek wraca z potarganymi włosami.

Sylwek

    Ukrył się w kącie, ciemno tam, walnął mnie w oko. Ma niezłego sierpowego.

Mateusz

    (woła po cichu) Grzegorz, Grzegorz, ja jestem od Matyldy! Wiesz, że ona wyjechała. Nie obraź się, ale chcę cię zaprosić do domu. W końcu dziś Wigilia. Co mam zrobić żebyś mi uwierzył?

Grzegorz

    (pokazuje się po dłuższej chwili) Nie bujasz?

Mateusz

    Człowieku, widzisz że jestem na wózku, masz nade mną przewagę. Przyjdziesz?

Grzegorz

    Ale my się nie znamy.

Mateusz

    To się poznajmy. Musimy sobie zaufać. I to szybko. Z Matyldą oswajałeś się długo. Ze mną nie ma czasu. Ja jestem Mateusz, jej brat, a to jest mój kolega z klasy, nie puści pary z ust. Chodź, bo różni pałętają się po bloku, transmisję ponoć robią.

Grzegorz

    Zaraz, tylko wezmę psa (idzie w ciemny kąt, wyciąga stamtąd psią kulkę).

Mateusz

    To twój?

Grzegorz

    (zmieszany) Przypałętał się...

Mateusz

    No, no... Tego matka pewnie nie zniesie.

    Grzegorz niepewnie, z pieskiem pod pachą, schodzi do chłopców.

Mateusz

    Co z twoim domkiem, o którym mówiła mi Matylda?

Grzegorz

    Ukryłem go. Tam wyżej (pokazuje ręką).

Mateusz

    Dlaczego?

Grzegorz

    Taka jedna... groziła mi.

Mateusz

    A ty się jej zląkłeś? Jak wygląda?

Grzegorz

    Mała, chuda, w za dużych butach, z kolczykiem w nosie. Podsłuchałem, że dzwoniła gdzieś z komórki, ale nie wiem co gadała.

Mateusz

    To na pewno Grejs! Tak się przedstawiła. Nie ma czasu na kombinowanie, właź do mieszkania. Masz z nią na pieńku?

Grzegorz

    Słabo ją znam. Ale to taka, co się wszędzie wkręci i podkabluje, bardzo niebezpieczna. Lisica.

Mateusz

    Tak myślałem.

Sylwek

    To ja już sobie pójdę. Wesołych świąt.

Mateusz

    Nawzajem, dziękuję ci za pomoc. Gdybyś spotkał kogoś po drodze, to gęba na kłódkę.

Sylwek

    Sie rozumie, to cześć (schodzi schodami).

    Grzegorz pcha wózek z Mateuszem w stronę windy. Zjeżdżają. później zamykają się za nimi drzwi mieszkania.  

    16.

    Mateusz i Grzegorz przed komputerem. Oglądają z przejęciem materiały o Wielkiej Rafie Koralowej. Grzegorz okazuje się jej niespodziewanym znawcą.

Mateusz

    Nie powiesz, że tam byłeś?

Grzegorz

    Jak Bozię kocham, kiedy miałem osiem lat, mój ojciec, jachtowy kapitan morski, wziął mnie na wielkie wakacje. Wszystko pamiętam. Każdy szkwał. Ułożenie lin na pokładzie. Malowanie relingów. Wschody i zachody słońca. Zapach wody. Kolor wody... Ocean, to wielka rzecz. A rafa…

Mateusz

    Nie bujasz? Rany boskie, co za fart miałeś, człowieku, co za fart! Kiedy ja tam pojadę?

Grzegorz

    (niepewnie) Słyszałem o rejsach dla niepełnosprawnych.

Mateusz

    Ja też, ale przede wszystkim potrzebna jest duża forsa.

Grzegorz

    Trzeba znaleźć sponsora.

Mateusz

    Na wszystko masz pozytywną odpowiedź, jak w czytankach dla małych dzieci.

Grzegorz

    Trzeba pomagać szczęściu.

Mateusz

    Pomagasz sobie? W jaki sposób? (po chwili) Że ja mógłbym to wszystko zobaczyć, dotknąć?

Grzegorz

    Musisz w to uwierzyć. Zresztą, trzeba się śpieszyć, bo wielka rafa umiera.

Mateusz

    Słuchaj, miałeś iść do łazienki? Na wielkie szorowanie.

Grzegorz

    To ruszam.

Mateusz

    W szafce są czyste ręczniki i mydło.

    Grzegorz odrywa się od komputera, idzie w kierunku łazienki.

    17.

    Grzegorz kąpie się w łazience. Dużo wody, piany i pary. Nie może to trwać krótko. W tym czasie Mateusz śledzi bieganie po mieszkaniu psiaka.

  

    18.

     Słychać telefon. Mateusz odrywa się od komputera. Jedzie wózkiem do przedpokoju, gdzie telefon znajduje się na stoliku. Podnosi słuchawkę.

Mateusz

    Halo.

Matylda

    Dlaczego nie odbierasz komórki? Posłałam ci SMS-a. Zdaje się, że miałeś rację. Grejs się nie zjawiła, a nasz autokar odjeżdża na lotnisko za pięć minut.

Mateusz

    To znaczy?

Matylda

    To znaczy, że dobrze pilnuj Grzegorza.

Mateusz

    Jest już bezpieczny.

Matylda

    Jak to?

Mateusz

    Kąpie się w tej chwili w naszej łazience.

Matylda

    Ty wariacie! To ja miałam fioła na punkcie psów i kotów z przetrąconą łapą znoszonych do domu.

Mateusz

    Ale ja zawsze trzymałem twoją stronę. Albo przynajmniej ci kibicowałem. W takim dniu jak dzisiejszy, siostrzyczko, nie trzeba nikomu niczego podpowiadać...

Matylda

    Nie wychylajcie nosa za próg, proszę was. Choć może to tylko strachy na lachy? Do widzenia.

Mateusz

    Do widzenia. Dzięki za telefon, za informację

    19.

    Wnętrze. Schody znanego nam budynku. Idą nimi w górę Pajac i Słoń.

Pajac

    Ta mała się w końcu zmyła.

Słoń

    Po co nam ogony.

Pajac

    Boję się, że zadzwoni do szefa, musimy go sami uprzedzić.

Słoń

    Ale najpierw wpierdol czeka tego łacha. Wtedy zmięknie. Przyzna się gdzie ukrył szmal. Nie ma litości dla takiego... złamanego złamasa!

Pajac

    Cicho.

    Podchodzą w znane nam już miejsce. Są zaskoczeni, że Grzegorza nie ma. Kopią resztki domku z kartonów. Pajac poślizguje się na latarce. Omal się nie przewraca. Drugi podnosi jakąś książkę.

Słoń

    Podręcznik do geografii. Przypomnij sobie, stale czytał książki o geografii.

Pajac

    Coś o jakiejś Rafie Koralowej.

Słoń

    Szajbus kompletny. Co robimy?

Pajac

    Mamy adres tej jego pomagierki, czy też pomagiera, może tam zdążył się zamelinować?

  

  

    20.

    Grzegorz wychodzi z łazienki. Staje w drzwiach kuchni, gdzie krząta się Mateusz.

Grzegorz

    Trochę nabałaganiłem. Ale mniej niż pies.

Mateusz

    Nie szkodzi. Aha, a jak się wabi?

Grzegorz

    Kulka. Co się dało, to posprzątałem.

Mateusz

    I tak trzymać.

    Słychać nagle dzwonek do drzwi.

Grzegorz

    Otworzyć?

Mateusz

    Nie bądź nerwowy. Zobacz, kto tam?

    Grzegorz podchodzi do drzwi wyjściowych, przez wizjer obserwuje kilka osób z kamerą, przenośnym reflektorem itd.

Grzegorz

    Z telewizji.

    Dzwonek do drzwi nie przestaje dzwonić.

Mateusz

    Jak z telewizji, to otwórz, uparte te „telewizory”, ale pogonię im kota!

    Grzegorz otwiera, operator kamery wchodzi zdecydowanie do środka, za nim człowiek z mikrofonem w ręku, czyli znany nam już z ekranu lokalnej tv dziennikarz (reporter). Pies zaskakuje wszystkich szczekaniem na gości.

Reporter

    (do Grzegorza, przekrzykując psa) Człowieku, masz szczęście, jesteś pięćsetnym człowiekiem w tym bloku, z którym się spotykamy. Mamy dla ciebie prezent. I to wigilijny.

Mateusz

    (pewnym głosem) Przepraszam, ale jak panowie mogli się wedrzeć do mojego domu?

Reporter  

    Operator jeszcze nie włączył kamery. Co prywatne, to święte. My to szanujemy. Dopiero jeśli się zgodzisz zaczniemy kręcić, rozumiemy, że jesteśmy na prywatnym terenie (do Grzegorza).

Grzegorz

    Ale, ale...

Mateusz

    Panowie, proszę nas zrozumieć, w takim dniu...

Reporter

    Rozumiem, ale ja też mam coś do wykonania. Zresztą, jest z nami kierownik administracyjny spółdzielni. Panie Wałdziak, (woła w stronę korytarza) Panie Wałdziak!

    Do przodu przepycha się jakiś starszy człowiek w płaszczu i w kapeluszu.

Wałdziak (do Mateusza)

    Dzień dobry! Przepraszam, szanownych rodziców nie ma domu?

Mateusz

    Mama jeszcze nie dotarła z pracy.

Wałdziak

    Hm, to troszku komplikuje sytuację. A ten młody człowiek to kto?

Mateusz

    Kuzyn.

Wałdziak

    No, trafiło na kuzyna. Znaczy nie z bloku. Wolałbym, żeby ktoś z bloku dostał ten rower, ale trudno. Musi być jak jest.

Mateusz

    Ale my nie wiemy o co państwu chodzi.

Wałdziak

    To naszej lokalnej telewizji, chłopaku, nie oglądasz, w telewizji o nas od kilku dni. I plakaty powiesiliśmy na klatkach. Było też w gazecie. Odwiedzamy każde mieszkanie  w ramach akcji „Wigilijne graffiti”.

Operator

    (do reportera) To co, kręcimy, bo ja muszę ustawić światło? I ciasno w tym przedpokoju, może by nas wpuścili dalej?

Wałdziak

    Ale jak nie ma głównego lokatora, to zasadniczo nie wolno wchodzić.

Mateusz

    (uśmiecha się zagadkowo) A ten prezent, to od razu czy tylko pod kamerę?

Wałdziak

    Jeden podpis wystarczy, by już za chwilę rowerem się przejechać, choćby po korytarzu.

Mateusz

    To wchodźcie, panowie (mruga do nieco przerażonego Grzegorza).

Reporter

    (do Grzegorza) Padło jednak na ciebie. Szczęściarz. Wrzuć szczęściarza do wody, a wypłynie z rybą w zębach. He, he! O, jeszcze włosy masz mokre!

Grzegorz

    Czy ja coś będę mówił?

Reporter

   Tylko dwa zdania. Podziękujesz za prezent. Proste, co?

Grzegorz

    Nie chciałbym...

Reporter

    To nie boli...

Grzegorz

    Nie chciałbym...   

Reporter

    Jedna chwilka, i będzie po bólu. Jak u dentysty.

    Ekipa sprawnie rozstawia sprzęt, próbuje ustawić przed kamerą Grzegorza. Reporter

    (do Grzegorza) Jak masz na imię?

Grzegorz

    Grzegorz.

Reporter

    Dobra, zaczynam... Proszę państwa, po kilkudniowej blokowej odysei znajdujemy się w mieszkaniu pięćsetnego lokatora. Okazał się nim Grzegorz, który, jak się domyślam, jeszcze przed chwilą przebywał w wannie i nie przypuszczał, że stanie przed kamerą, by odebrać nagrodę w postaci roweru górskiego. Ciszej, co jest (zwraca się nagle w kierunku korytarza, na którym zrobił się jakiś ruch) do diaska, musimy powtórzyć ujęcie, kto mi przerywa?

    W korytarzu widać dresiarzy: Pajaca i Słonia.

Pajac

    My tylko do kolesia, nie wiedzielim, że tu jakaś kamera.

Reporter

    Panowie pozwolą mi dokończyć?

Słoń

    No, przeprosić możemy. My zgodne chłopaki..

Reporter

    (do operatora) Gramy raz jeszcze „setkę”, od początku. Proszę państwa...

Kilkudniowa odyseja w najdłuższym bloku w naszym mieście, nazwana przez nas „Wigilijne graffiti”, dała efekty. Grzegorz, bo tak nazywa się człowiek, który otrzyma za chwilę rower górski, piękny wigilijny prezent, dosłownie przed chwilą wyszedł z wanny. Grzegorzu, jak się czujesz?

Grzegorz

    No dobrze.

Reporter

    I co jeszcze nam powiesz?

Grzegorz

    Dziękuję za rower.

Reporter

    Przyda ci się?

Grzegorz

    Pewnie.

Reporter

    Żegnamy się z naszym bohaterem, życzymy mu szczęścia nie tylko dzisiaj, i jak zawsze przepraszamy za kłopot. W tej zwyczajnej rodzinie czas na wigilijną kolację, jak w tysiącach innych polskich domów. Przypominam, że trwa konkurs na hasło, które punktualnie o godzinie 19.00 wyświetli się w oknach największego w naszym mieście bloku. Nasze wigilijne graffiti! Skrzynki na kartki z ankietą znajdują się przy każdym wejściu. Rozpoczęło się już ich przeliczanie. Ja już się z państwem pożegnam, składając wszystkim, przy okazji, najlepsze wigilijne życzenia.

    Operator opuszcza kamerę, ociera czoło.

Reporter

    I co, jak wyszło? Powtarzamy?

Operator

    Nie ma potrzeby.

Reporter

    To zwijamy się, obiecałem w domu, że po montażu wrócę na wigilijną kolację.

Operator

    Na dodatek, spryciarzu, wykręciłeś się od pomocy w kuchni.

    Ekipa wynosi się. Dwaj  dresiarze przepuszczają wychodzących.

    21.

    Dalej w mieszkaniu u Mateusza. W korytarzu. Naprzeciw siebie Mateusz  z Grzegorzem i dwaj dresiarze.  

Pajac

    I co Herod, złapaliśmy się, a taki byłeś pewniak, że uda ci się zginąć w tłumie. Nie można od nas zwiać, tak bez wytłumaczenia.

Słoń

    Nikomu się to nie pofarci.

Grzegorz

    Niby czego chcecie, odwalcie się!

Słoń

    Na twoim rowerze się przejechać. Jak będziemy chcieli i humor mieli.

Mateusz

    O co wam chodzi? Zostawcie go...

Pajac

    Ty, na tym wózku, nie wtrącaj się, bo nie uszanujem kaleki.

Mateusz

    Ale o co konkretnie chodzi?

Pajac

    Jaki upierdliwy. Mamy drobne porachunki z tym kolesiem.

Mateusz

    Ale on jest moim gościem.

Słoń

    W niezłe towarzycho wpadłeś koleś, po prawdzie to w gówno.

Mateusz

    To mój problem.

Pajac

    My naprawdę niewiele chcemy, tylko żeby ten typek poszedł z nami.

Mateusz

    Nigdzie nie pójdzie.

Słoń

    Pójdzie, pójdzie.

Mateusz

    Nie pójdzie!

Pajac

    Nie chce się mnie dyskutować. Odda szmal, albo powie, gdzie go schował i będzie mu lżej. I nam też.

    Podchodzą do Grzegorza, próbują wyciągnąć go z mieszkania.

   Mateusz chwyta za słuchawkę telefonu, stara się dzwonić, Pajac zrzuca aparat telefoniczny na podłogę.

Pajac

    Oj, bo my możemy być niedobrzy. Bardzo niedobrzy.

    Nagle w drzwiach swego pokoju staje starszy brat Mateusza, Michał.

Michał

    (do Pajaca) Kogo ja widzę i słyszę, Pajac w akcji, z czyjego polecenia?

Pajac

    Spoko. Cholera, co za niespodzianka! To niesamowite. Ten gość przemówił. Od paru miesięcy nikt go nie widział. I proszę żyje! Poinformuję o tym kogo trza. Oj paru ludzi się ucieszy!

Michał

    Zjeżdżaj, bo...

Pajac

    Ze mną tak łatwo ci nie pójdzie, szef za mną stoi...

Michał

    Zjeżdżaj z tym twoim nowym kolesiem! Nigdy go wcześniej nie widziałem obok ciebie. Znaczy się na kolejną ofiarę zarzuciłeś sieci. A szefa mam w poważaniu. Głębokim.

Pajac

    Nie wierzę, że jesteś taki twardziel. Zadrzeć z całym gangiem.

    Dresiarze naradzają się przez chwilę, nie słychać co do siebie mówią.

Michał No!

Pajac

    Dobra, ale my tu wrócimy. I będzie nas dużo.

Michał

    Nie radzę wam wracać.

   Dresiarze przeklinając, jednak wychodzą.

Mateusz

    Obudziłeś się? Rychło w czas.

Michał

    Nie śpię od najazdu tych Hunów z telewizji. Co za kocioł! Kto to mógłby wytrzymać. Boli  mnie głowa. Panowie pozwolą, że się oddalę do wyra.

Mateusz

    A może zaczekasz na mamę? Za chwilę wigilijna kolacja...

Michał

    Nie cierpię rodzinnych imprez, ale... niech ci będzie... (kieruje się w stronę kuchni, znika w niej)

Grzegorz

    (po chwili totalnego zaskoczenia) To jest...

Mateusz

    Mój starszy brat, który nie chce dorosnąć. Piotruś Pan. Taki wybrał sobie sposób na życie.

Grzegorz

    Zna tych lumpów?

Mateusz

    Kogo on nie zna. Parę lat włóczył się po mieście. Dopiero ostatnio ukrył się w domu. A ty ich nie znasz?

Grzegorz

    Przyjechałem do tego miasta parę miesięcy temu. Różne tu rzeczy robiłem, co będę krył. Po Centralnym się wałęsałem. Uciekłem z milicyjnego domu dziecka. Wstyd nawet wspominać. U mnie w miasteczku ani pracy nie ma, ani nauki. Bida przerażająca. Smutek po ulicach się snuje. Jak nie uciekać? Stary od dawna nie żyje, ojczyma nienawidzę, zresztą stara poszła za innym, babcia zmarła, kwaterunek zabrał mi mieszkanie, za które nie płaciłem, bo za co? I tu się spiknąłem z jedną taką grupą, dla której miałem przewieźć forsę, pakunek jakiś, do środka nie zaglądałem. Na dworcu ukradli mi go cwaniacy, kto wie czy nie podpuszczeni przez moich niby „przyjaciół”, z nich tych dwóch dresiarzy słabo kojarzę. Tak i jestem na gigancie podwójnym. Ciągle uciekam, ale dokąd? Kryję się, ale bez skutku. Wciąż na widoku jestem... Ale sam jeden.

Mateusz

    Strasznie dużo opowiedziałeś mi o sobie. Dobrze, że się zwierzyłeś. Ulżyło ci.

Grzegorz

    Ta kąpiel tak mnie rozłożyła. Zapomniałem co to za uczucie – kąpiel w wannie. Ciepła woda, ręcznik i mydło... Jak myślisz, czy oni wrócą, z resztą paki?

Mateusz

    Dzisiaj może nie, chociaż nie jestem pewny niczego. Zadzwonię do siostry, że atak odparty. I żeby staranniej dobierała sobie koleżanki. A później do paru kolegów…

    Dzwoni na komórkę.

    22.

    Mateusz i Grzegorz przy komputerze. Grzegorz chce coś powiedzieć.

Mateusz

    (wsłuchuje się) Ciii, braciszek krząta się w kuchni. Pomaga. Nie do wiary. No i co sądzisz o tym całym show z przydomkiem „telewizyjny”?

Grzegorz

    Niby z tymi „telewizorami”?

Mateusz

    No.

Grzegorz

    Nie znam się na tym.

Mateusz

    Ten redaktorek był dość grzeczny, ale i tak... zrobię mu kawał. Tak jest, zrobimy mu niespodziankę. Patrz, dzielimy ekran na kratki. To jest nasz budynek. To są okna, a to piętra, wybierzemy sobie na początek określone okna, choć wszystkie nas interesują...

Grzegorz

    Co chcesz zrobić?

Mateusz

    Nie domyślasz się, no nic. Zobaczysz, jaki fajerwerk tu będzie. Mieszkam w tym bloku od urodzenia. Znam wszystkich kolesiów. Pomogą mi. Dla draki są gotowi na każdy numer (wyciąga stary zużyty notes) niektóre telefony kolesiów mam tutaj, ale resztę w komórce. Podzwonię do kogo się da (bierze komórkę, wystukuje pierwszy numer) Halo, Paweł, cześć, co robisz? To ja, Mateusz. Słuchaj, mam do ciebie prośbę, chciałbym abyś dzisiaj punktualnie o 18.59 wygasił w mieszkaniu wszystkie światła, to znaczy jedno zostawił w kuchni, tak mi wychodzi z planu. Mówisz, że u was trzeba tylko wygasić, że były u ciebie „ telewizory”? Ale my robimy kawał „telewizorom”... Spsocimy im się. A widzisz! Wchodzisz w to? Słusznie. Gdybyś miał jakiś problem, zaraz dzwoń do mnie. No, trochę czasu jeszcze zostało. Kombinuj. Powodzenia! (odkłada na chwilę komórkę) No, z jednym się udało. Teraz szybko kolejny...

   

     23.

    Plener. Ruchliwa ulica miejska, pada śnieg, świecą latarnie, dość ciemnawo, samochodem jedzie kobieta, to matka Matyldy, Mateusza i Michała. Podjeżdża pod dom na parking, znajduje miejsce, wysiada z samochodu, patrzy na zegarek jest godz. 18.59. Machinalnie spogląda na fronton budynku. W pobliżu widać wóz transmisyjny tv. Okazuje się, że gaśnie nagle mnóstwo świateł w oknach bloku, po kilku sekundach zapalają się tylko niektóre, układając się w napis... KONIEC. Napis jest bardzo wyraźny. Od strony wozu transmisyjnego słychać jakieś krzyki. Kobieta patrzy chwilę zaskoczona, później wchodzi do bloku, jedzie windą. Otwiera drzwi do znajomego nam mieszkania.

Mama

    (zagląda do pokoju Mateusza, gdzie jest i Grzegorz) Dobry wieczór, chłopcy.

Mateusz

    Dobry wieczór. Mamo, to jest Grzegorz, zafundowałem mu dziś spanie w pokoju Matyldy.

Mama

    Ale... (przerywa reprymendę, gdyż Mateusz mruga do niej znacząco) Jestem zmęczona, wierzę, że nic nie zmalowałeś beze mnie. Za kwadrans usiądziemy do kolacji. A wiecie, co mnie spotkało przed chwilą, wysiadam z samochodu, a tu przede mną, na budynku, ze świateł w oknach ułożył się napis KONIEC. Cóż to mogłoby znaczyć? Koniec czego, koniec dla kogo, a może przeciwnie: początek czegoś nowego i pięknego? Ile pytań. Koniec, koniec z tymi myślami, idę umyć ręce...

Mateusz

    Mamo, do Wigilii wszystko jest przygotowane. W kuchni czuwa Michał.

Mama

    No to jeszcze jeden koniec, koniec świata. Że pomogliście mi w kuchni!

    Matka przechodzi do kuchni. Zauważa ją Kulka, obszczekuje solidnie. Ale kobiety nic już nie dziwi. Chłopcy wyłączają film o Wielkiej Rafie Koralowej. Przechodzą do pokoju, gdzie na stole stoją wigilijne potrawy, palą się lampki na choince, słychać kolędę „Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi…”.

Koniec