Dusan Kovacević

 

Kumowie

 

(komedia codziennej tragedii)

 

Przekład z serbskiego:  Grzegorz Walczak

(planeta Ziemia 2016)

Grzegorz Walczak

 

Zeszłej nocy w małym domku obok parku następuje misterne zniknięcie popularnego piosenkarza, Bobana.

 

                        Obecni byli:

 

ANA                           –            żona Milana

 

MILAN                       –            mąż Any

 

KUMA                        –            żona nieszczęśliwego piosenkarza Bobana

 

INSPEKTOR    –     znakomity policjant, który pojedyncze „przypadki”   rozwiązuje w niezwykły sposób

 

WILCZEK                  –            mający wszystkie cechy człowieka

 

 

W domu pary małżeńskiej - Any i Milana - trwają przygotowania do świętowania 25 rocznicy małżeńskiej przyjaźni. Na środku pokoju znajduje się stół jadalny z sześcioma krzesłami, oświetlony ”kryształowym” żyrandolem. W głębi pokoju szklana ruchoma ściana oddziela wnętrze domu od tarasu z widokiem na pobliski park. Taras tonie w zieleni  jakichś jesiennych kwiatów. Z wnętrza domu słychać piosenkę „ Obcokrajowiec w nocy” w wykonaniu zaginionego śpiewaka Bobana. Przy drzwiach wejściowych ktoś uparcie dzwoni. Z sąsiedniego pokoju wchodzi Ana, kobieta w kwiecie wieku. Ubrana jest wyjściowo; jeszcze tylko zakłada klipsy. Domyślając się, kto dzwoni, zwraca się ironicznie.

 

Ana:               Znów zapomnieliśmy klucza?!

 

 

Dobry humor gospodyni zmienia się w przerażenie, gdy w drzwiach wejściowych widzi pobitego męża. W pierwszej chwili mógłby ktoś pomyśleć, że Milan przeżył wypadek komunikacyjny; siniaki na twarzy, ślady krwi na kurtce i połamany bukiet róż w zranionej ręce. Osłupiała żona przytrzymuje się oparcia krzesła, żeby nie upaść.

                    Milanie ... co się stało, Milanie?!

Milan zachowuje się, jak ludzie, którzy przypominają sobie niezwykłe, piękne chwile.

Milan:             Nie do wiary… Gdyby mi to ktoś powiedział, nie uwierzyłbym.

Ana:               Co ci się stało, Milanie?

Milan:             Nie do wiary... nie do wiary. Szedłem, żeby ci kupić kwiaty...  Wszystkiego najlepszego, kochanie.

Kobieta przyjmuje zdewastowany bukiet i pocałunek. Przygląda się mężowi z przestrachem. Tak jak by się nic nie stało, Milan podchodzi do kredensu, z oszklonej części wyjmuje butelkę koniaku i 2 kieliszki. Nadal się uśmiechając, nalewa trunek.

Milan:             Dwadzieścia pięć lat, nie było łatwo…róże są nieco wymiętoszone tak jak i ja… ale dałem radę.

Ana:               O czym ty mówisz? Kto cię tak poturbował?           

                        Co jest  „nie do wiary”? Milanie, co się stało?

Milan:           Kiedy wracałem z kwiaciarni, w parku napadło mnie dwóch wariatów, chorych, kryminalistów, narkomanów...kto to wie. No i dawaj forsę ! Dawaj forsę! Ja im mówię, ludzie, nie mam pieniędzy, nie mam złamanego dinara.  Nie mam pracy, od roku… Bez pracy jesteś, a masz, frajerze, pieniądze na kwiaty dla kochanki?! ....I, wrzeszczy:...Dawaj zegarek!...Nie mam zegarka... Daj telefon ! ... Nie mam telefonu... „ No to co masz, ofermo, ty fiucie przegrany? !... Nie mam nic…. Chrzanisz!” I dawaj mnie tłuc pięściami, gdzie popadło… Chyba się zdenerwowali.                                                     

Ana:           (cicho, bojaźliwie) :   Milanie ...

Milan:             Słucham, kochanie...

Ana:                I co cię tak śmieszy ?
Milan          
(wznosząc kieliszek):   Za to nasze srebrne..! Zdrowia, duszo!

Ana:               Twoje zdrowie.… (wypija skromnie)

Milan:              I teraz najważniejsze … Kiedy mnie tak tłukli, z parku przybiegł      mój Żócio i z rozpędu skoczył jednemu z łobuzów na kark.                   Schwycił go i obalił na ziemię, drugiego złapał za plecy i oderwał    mu pół kurtki... Uciekali przez park, przeskakując krzaki, ławki.  Stałem, patrzyłem się, jak wrzeszczą, jak uciekają  i śmiałem     się,  śmiałem… Nie do uwierzenia... mój, Żócio .

Ana:                Przepraszam, a kto to jest Żócio ?

Milan:              Kto to Żócio ?

Ana:                Właśnie.                                                                            

Milan:           (zaskoczony pytaniem ):… Żócio? No, ten pies, który już ze mną...   od miesiąca… Mówiłem ci nieraz o nim... Było trochę ludzi w parku, ale się zaraz rozbiegli, a Żócio przybiegł, żeby mnie ratować...Później, kiedy dranie zwiali, siadł i patrzył na mnie, jakoś     tak troskliwie, i żałośnie narzekał: auuuu , auuuu... jakby mnie pytał, jak się czuję .

Ana:               Mój Boże! 

            Przeżegnawszy  się,  wyjmuje z kredensu wazon, do którego wkłada połamane róże. Daremnie stara się doprowadzić kwiaty do porządku.

MILAN:    Okładali mnie i kwiatami po głowie. Połamały się.

ANA:        Tobie jest niedobrze, odwiozę cię do szpitala.

Milan:       Nie chcę do szpitala.

Ana:          Proszę cię .…

            Polewa trunkiem chusteczkę i dezynfekuje ranę  na  czole.

Milan:            Nie ma potrzeby. Czuję się bardzo dobrze. Boję się tylko...

Ana:               Czego się boisz ?

Milan:             ...że te łobuzy doniosą na Żócia policji. Zamkną go w jakimś  schronisku dla zwierząt… albo zabiją jak wściekłego psa.…  Kto hyclom wyjaśni, że pies dobry, że wściekli są ludzie?

            Ponownie się uśmiecha.

Ana:               Milanie, nie byłoby źle poskoczyć do szpitala. Może Kuma jest  dziś na dyżurze.

Milan:              Nawet mi jej nie wspominaj. (Wychodzi na taras) Omal nie   umarłem, jak mnie leczyła z przeziębienia… Czekaj, gdzież on się podział?           Obiecałem mu dać coś na ząb. (woła z tarasu)  Żócio, Żócio!   Musi sobie biedak przekąsić.

           

Zaczyna gwizdać melodię „Obcokrajowiec w nocy”. Ana wykorzystując jego wyjście na balkon, wzywa telefonicznie ich Kumę, lekarkę.

Ana (cicho)Kumo, żałuję, ale nie możemy się spotkać w restauracji. Milan  ucierpiał. Pobili go jacyś bandyci w parku. Musisz go zbadać…   Nie  chce... nie chce do szpitala. (Jeszcze bardziej ścisza głos)  Teraz  jest na balkonie. Wypatruje przyjaciela. Ależ tak, cały pobity, potłuczony… i opowiada jakieś dziwne  rzeczy,jak potłuczony.

Milan (wraca z balkonu): Gdzie jest ten kurczak z obiadu? Zasłużył sobie.

Ana (kontynuuje rozmowę z Kumą): Owszem, ma poważny uraz głowy… ale  najgorzej, że się uśmiecha. Naprawdę jestem niespokojna. No,                        pospiesz się.           

Milan:            A wiesz, co jest najciekawsze?...

Ana:               Co, kochanie?        

            Ana rozłącza się, obserwuje męża, który przygotowując się do wyjścia, zabiera ze sobą torbę z jedzeniem i litrową butelkę wody mineralnej.

Milan:        A wiesz, co jest najciekawsze?...

Ana:               Co, kochanie?

Milan:            Nie chce jeść psiego pokarmu. Ja mu kupię granulki, kupię mu te  ich konserwy, a on na mnie tylko spojrzy i  pokręci głową, że   nie...  Wody nie napije się, jak nie jest czysta.

            Z parku niesie się wycie psa. Milan podnosi głowę, nasłuchuje, uśmiechnięty wychodzi na balkon i odpowiada Żóci, sam wyjąc.

Milan:  Już idę, idę! Niosę ci całą flaszkę Knezja Milosa.

Pies mu odpowiada szczekaniem. Milan jemu pytaniem.

                        Dlaczego nie wejdziesz na podwórko? Furtka jest otwarta. No, dobrze, dobrze, jak sobie chcesz. 

            Zatroskany wraca z balkonu.

Od pierwszego dnia proponuję mu, żeby wszedł na podwórko,   ale on nie chce. Jakby się bał zamkniętej przestrzeni. Ma jakąś fobię?

Ana:               Proszę cię… ledwo przeżyłam odejście Blekiego…

            W pobliżu rozlega się syrena wozu policyjnego. Milan wybiega na balkon.

Milan (krzyczy panicznie): Uciekaj, Żócio, uciekaj! Możliwe, że  te  sukinsyny doniosły na ciebie na policję! Uciekaj, uciekaj, do lasu! Przyjdę do ciebie!

Z parku niesie się odpowiedź – wycie.    Ana spogląda na człowieka, z którym przeżyła ponad ćwierć wieku, tak jakby go zobaczyła po raz pierwszy .

(do żony)      Muszę wyjaśnić policji, co się rzeczywiście stało. Daj mi telefon.

Ana:               Milanie, proszę cię...

Milan:            Daj mi telefon!

Ana:              Jakbyśmy pojechali do szpitala, dostałbyś lekarskie   potwierdzenie o urazie głowy i łatwo byś mógł... no wtedy byś wszystko mógł.

Mężczyzna nie słucha, niecierpliwie wyciąga rękę po telefon.

Millan: ( wzywa dyżurnego policjanta) Halo... Chciałem zameldować...   Właśnie zostałem napadnięty w parku koło stadionu, ale nie o    mnie tu chodzi.  Przyzwyczajony jestem do gwałtu, panie  władzo… Że  co…? - uogólniam?... Chcę tylko powiedzieć, że  jak  ktoś zgłosi atak psa w parku, to ten pies, co go oskarżą, bronił  mnie i obronił przed tymi zbokami, co mnie stłukli na kwaśne jabłko. I on wcale nie jest wściekły... Co? Nikt nie zgłaszał? Ja  wam tylko na wszelki wypadek, gdyby ktoś doniósł na Żócia... -   tak, ten pies nazywa się Żócio - to po prostu go zaaresztujcie,  a    ja przyjdę i zaświadczę, jak było… Ależ nie psa, tyko łobuza...     Halo! Halo!.. Psia mać, rozłączyli się. Wezwij policję, to ci na pewno pomoże. Bandyci spacerują po mieście i tłuką   mieszkańców, a oni  zamykają niewinne psy. Hańba! Sromota!     

Ana:               Gdzie cię znowu niesie , Milanie?!… z tym kurzym udkiem.   Zostaw tego Żócia. Chcesz, żeby cię znów napadła ta uzbrojona zgraja!? ...żeby się zemścić.

Milan:           Gdyby nie Żócio, pewnie bym już nie żył.

Ana:              Każdego dnia jest jakieś zabójstwo, jakaś nikczemność…  Milanie!

Milan:            Zaraz wracam... ale skoro się już mówi o broni…

Ana:               O czym ty mówisz?

Milan: (zatrzymuje się przed drzwiami):  Kilka dni temu... nie wiem, czy ci o tym       mówiłem, przychodzi  Żócio i kuleje, pociąga tylną nogą. Zobaczyłem wtedy na jego plecach bliznę, jakby go ktoś pociągnął maczetą. Widzę, że chce mi coś powiedzieć, więc go pytam: Żócio, co się stało? Czy cię ktoś uderzył, skaleczył, ranił  z pistoletu...? Kiedy wspomniałem o pistolecie, on podnosi głowę i skomli auuuuu, auuuu, auuuuuuu!... Ktoś do ciebie strzelał? A on  mi przytakuje głową i skomli: Auuuu! Auuuu! Auuuuuu!

                       

Dzwonek do drzwi. Zatrwożona kobieta, idąc ku drzwiom, pyta cicho.

Ana :              Czy ktoś za tobą nie szedł, kiedy wracałeś do domu?

Milan:            Owszem.

Ana:               Kto?

Milan:           Żócio. Doprowadził mnie do bramy, by mieć pewność, że…

Znowu dzwonek, nieco bardziej nerwowy.

Ana:     No chyba Żócio nie dzwoni. A może oni widzieli, gdzie  wchodziłeś (podejrzliwie) Kto to? ...(z ulgą) A, to ty.

                        Milan znika w kuchni i zaraz wraca do pokoju, niosąc młotek. Do domu wchodzi Kuma Sofija, lekarka w białym fartuchu. W jednej ręce niesie „służbową” torbę, a w drugiej, obwiniętej bandażem, bukiet czerwonych róż.                                

Roztargniona Kuma całując Anę, rozgląda się po pokoju, jakby czegoś szukała.

Kuma:           Gdzie jest pies?

Ana:               Jaki pies, Kumo?

Kuma:           Mówiliście, że po Blekim nigdy nie będziecie mieć psa.

Ana:               No i nie mamy. Może zdejmiesz ten fartuch?

                      (Kuma nadal ściska kwiaty w ręku)   

Kuma:           Jakże nie macie, kiedy słyszałam, jak pies wyje.

Ana (śmieje się nerwowo): A nie - to Milan.

Milan:            To ja...

Kuma:           To ty?

Milan:             To ja, Kumo...ja..  Właśnie opowiadałem Anie...

Kuma:           Jak to „opowiadałeś”? Wyłeś.

Ana:               Mówił mi, wyjaśniał mi, jak to jeden pies w parku, z którym  chodzi... na spacer, jak ten pies mówi, znaczy wyje..

.

            Z dala niesie się wycie, niemalże potwierdzenie opowieści Any. Milan bierze ze sobą pakunek z przekąską dla Żócia, do kiszeni chowa młotek.

Milan (z satysfakcją): Wzywa mnie… (Chcąc się z usprawiedliwić z młotka), żeby  mu... budę...

Kuma:           Kumie, ty, jak widzę, jesteś poważnie poszkodowany. Chodź, siadaj, zobaczę, co ci jest.

Milan (z balkonu):  Żócio, idę, idę!...Słyszałaś, Kumo, jak woła?: Auuuu! Auuuu! Chodź ze mną na balkon, to zobaczysz, jak się cieszy, kiedy                 mnie widzi. Au, au, au..! -  jakby mówił: cześć, cześć, cześć!

Kuma:           Ach…  zapomniałabym.

                   (wręcza kwiaty Anie)

                   (trochę zatroskana) Gratuluję … Kumo...25 lat, no tak...25 lat...

Ana:               Dziękuję, Kumo… Ale bukiet! Piękne róże.  A co ci się właściwie  stało w rękę?

Kuma:           Ugryzł mnie pacjent.

Ana                Usiądź, Kumo, usiądź.

            Z kredensu wyjmuje kieliszki i wazon na kwiaty, nalewa koniak  zatroskanej lekarce.

                     Widziałaś, jak wygląda…? Jak stanął w drzwiach, omal nie  zemdlałam. Napijmy się kapkę, dla uspokojenia.

Kuma:    Od kiedy zaczął szczekać?

         Ana wsłuchuje się w odgłosy zbliżającej się burzy.

                  Wczoraj zostaliśmy bez prądu.

            Gospodyni z kredensu wyjmuje długą świecę, wstawia ją do świecznika.

Ana:               Na wszelki wypadek...       

Kuma:           Od kiedy zaczął szczekać?          

Ana:               Kto?

Kuma:           On.

Ana:               Myślisz... Milan?

Kuma:          Sama mówiłaś, że  się nawołuje z psami z balkonu i opowiada,   co mu one opowiadają? Od dawna wyje?                                                           

Ana (unika odpowiedzi): Nasze zdrowie, Kumo!

Kuma:           Nie powinnam. Jestem na służbie.

Ana (zachęcająco): Jednego.

Kuma:           No to jednego. Nasze zdrowie! (Trącają  się kieliszkami)  Jakże się przeraziłam, jak mnie wariat schwycił za rękę i  ugryzł… Nigdy mnie pies tak nie ugryzł.

Ana:               Ty myślisz, że jak on naśladuje psy, że jak szczeka, to coś  z głową?

Kuma:           Powinien ją prześwietlić. No bo ten, co mnie ugryzł, też  doprowadzony był na prześwietlenie głowy. Szczekał na komisję, a potem wybiegł na podwórze i szczekał na przechodniów…  Kiedy go spytałam: czemuś mnie ugryzł, człowieku, on tylko na mnie spojrzał i warknął: ja nie jestem człowiekiem, ja jestem psem. Wyrzucili mnie z przedsiębiorstwa na zbity pysk, jak psa, i ja teraz jestem psem. A psy, kiedy są wściekłe...

Ana (z pewną ulgą po tym wyznaniu): I Milan pierwszy raz zaczął wyć, kiedy stracił pracę. Przyszedł do domu i od drzwi zaczął wyć: Auuu,                    matko moja, auuu! Co ja teraz zrobię? Co ze mną będzie?! I  całymi dniami: Auuu! Auuu!

                     Wtedy właśnie zaczął z psami. Odkąd nie ma Bobana, on nie ma z kim się przejść, nie ma przyjaciela, któremu mógłby się zwierzyć.... Bardzo mu brak jego Kuma... Ojej, wybacz mi, wybacz, proszę cię! Na wspomnienie Bobana, Kuma zapłacze. Ana przytula ją i próbuje uspokoić.

Nie płacz, proszę cię...proszę, wybacz!...

Kuma:           Nic to, nic...trochę mi nerwy popuściły.

Ana:               No to po jednym, Kumo!

Kuma:           Po jednym!… W przyszłym miesiącu będzie trzy lata, jak Boban  przepadł...Trzy lata.

Ana:               Trzy lata? To już trzy lata?

Kuma:           A jakże...Trzy lata.

Ana:               Panie Boże, trzy lata?

Kuma:           Trzy lata...Docierały do mnie rozmaite informacje, a to widzieli go   w Kanadzie, a to w Ameryce, w Australii… Otrzymałam też jedną   „jego” pocztówkę z jakiejś karaibskiej wyspy, tyle że nie jego  charakter pisma...i napisał, że mnie pozdrawia i że jest  szczęśliwy z tą, no z tą, nie pamiętam, jak jej tam było...

Ana (wyciera oczy, wzruszona opowieścią Kumy): Nie ma żadnych nowych śladów?

Kuma:           Nie… Inspektor Gołąb prowadzi śledztwo nieustannie.   Zaczynam jednak tracić nadzieję, że kiedykolwiek dowiem się, co się stało. Twoje zdrowie, Kumo...

Ana:                Twoje zdrowie… Nie ma dnia, żebyśmy go nie wspominali. Nie ma dnia, żeby Milan nie powiedział: wróci kiedyś mój Kum, wróci, jestem pewien. A jak tylko zadzwoni telefon o późnej porze, ma nadzieję, że go usłyszy i smutny jest, kiedy sie odezwie ktoś inny.

            Płaczliwą rozmowę kobiet przerywa syrena ambulansu. Syrena i biało-niebieskie światło płoszy Anę. Kuma ją uspokaja.

Ana:              O, Boże!...

              Kuma ją uspokaja i telefonicznie wzywa kierowcę ambulansu.

Kuma:             Wyłącz syrenę, nie strasz ludzi, człowieku! (do Any, która wyszła na balkon, żeby zobaczyć, co się dzieje) ) To nasz ambulans. Bo widzisz, Ano, ja przyjechałam taksówką. Karetka pogotowia została bez     benzyny… w środku miasta.

Ana:               O, Boże, jak się przeraziłam. Pomyślałam, że Milanowi znów się coś stało… że to po niego...

Kuma:          Byłoby, najmądrzej, jak już karetka jest tutaj, żeby Milan     pojechał ze mną. Zapewne nic mu nie jest, tylko mu się „przelało”... od tego pięknego życia, tak jak temu nieszczęśnikowi, co mnie ugryzł. Od tego, wszyscy zaczniemy szczekać… Na szczęście studiowałam weterynarię.  

         Opowieść Kumy przerywa sygnał telefonu Any. Sygnałem jest melodia    „Obcokrajowca w nocy”.                                                              

Ana:               Synu mój!...Co u ciebie, skarbie?! Dlaczego nie dzwonisz do  matki? Nie pozwala ci jakaś Włoszka?...Przypomniałeś sobie o              naszej rocznicy... Kocha cię matka...Ile jeszcze zostaniesz we Florencji?...

Kuma:          Stefan jest we Florencji?… Daj mi go, no, daj!...proszę cię. Muszę coś mu powiedzieć...(Bierze telefon, niemal go wyrywa) Stefanie, duszo! Kuma, Sofija mówi!... Czy wiesz, Stefanie, że ja i twój kum, Boban, byliśmy we Florencji w podróży poślubnej?!... Cudowne miasto! Czarowne miasto!  Tak, tak, tak... oczywiście,       oczywiście... Toskania to Toskania!... Wpadłam do twoich, żeby im złożyć gratulacje, no i wspominaliśmy Bobana, a ja znowu  zaczęłam płakać. Ty we Florencji… jak my kiedyś z Bobanem….

            Z  parku dobiega długotrwałe, żałosne wycie.

                            (do Any) Spójrz, kto wyje...(do telefonu) To nie do ciebie. Jakiś pies   wyje w parku, no to się martwimy o Milana...Nie, nie ugryzie go. Przeciwnie... Żebyś go słyszał, jak szczeka... Kto szczeka? No, Milan. Takiej przyjaźni nie widziałeś... Brakuje mu Kuma, Bobana, no to się spotyka z psem...

Ana (przejmuje telefon od Kumy, która znów szlocha):  Tłumaczy nam, jak się kolegują i o czym rozmawiają… Zadzwoni do ciebie, jak tylko      przyjdzie… Uważaj na siebie, proszę cię…. Ależ nic, jak ci mówię, że nic takiego... Znasz go, całe życie przyjaźni się z psami... Całuje cię matka.

            Ana kończy rozmowę telefoniczną. Nasłuchując grzmotów, śledzi błyskawice w oddali... Rozlega się dzwonek do drzwi. Przestraszona opowieściami o gwałtach, bojaźliwie idzie zobaczyć, kto dzwoni.     

                     Kto to?!...

Kuma:         Zaczekaj, zawołam mojego kierowcę. On tylko czeka, żeby komuś przy… przyfastrygować.

 Wychodzi na balkon, macha ręką do kierowcy, uspokaja się jednak, widząc, kto stoi przed drzwiami.      

Ana (do męża):        Znowu zapomniałeś klucza?

            Otwiera mężowi drzwi.  Milan wchodzi do pokoju, niosąc sporą czarną torbę  plastykową, całą pobrudzoną ziemią. Patrząc na torbę, kręci głową z  niedowierzaniem i się uśmiecha.

Ana:               Idzie burza, a ciebie nie ma. Gdzie łazisz, u licha?...Co z tobą?

Milan:            Niewiarygodne, niewiarygodne...   

Ana:              Co tam masz? Co to?

Milan:            Torba, a w torbie…

            Wydobywa z niej pistolet i czarną plastykową skrzynkę. Wszystko to wysypuje na stół nadal zadziwiony.

 

Ana:               Boże, pistolet!…

Kuma:   (o skrzynce)    A to, co za plastyk?

Milan:            Żócio zaprowadził mnie pod ten wielki kasztan w parku i     jak   nie zacznie kopać. Pomyślałem, że zakopał jakąś kość. Kopie i kopie,     aż tu wyciągnie z jamy tę torbę... i buch mi pod nogi. I : auuu, auuu, auuu...

Kuma:           Kumie, wybacz, ale muszę cię o coś spytać. Kiedy cię  te  łobuzy… no... czy nie upadłeś na beton?

Milan:            Czy upadłem na  beton? Kumo, czemu tak patrzysz na mnie?

Kuma:           Pies wykopał tę torbę i dał tobie? Pies cię zaprowadził do  drzewa w parku, wykopał torbę z ziemi... i dał tobie?

Milan:            Tak, a co jest w tym dziwnego, Kumo? Czemu tak patrzysz na  mnie podejrzliwie?

Kuma:           No, Kumie, opowiadasz mi dziwne rzeczy.

Ana (przestraszona z powodu broni i skrzynki)Zaraz mi to wynieś z domu.

Milan:            Duszo!...

Ana:               Na dwór! Po kiego diabła toś tu przyniósł. Kto wie, co może być w tym plastyku!  

Milan:            Zaraz zobaczymy, co tam jest.

Kuma:           Nie! Nie! Nie dotykaj tego!... Inspektor wyleciał w powietrze!  Każdego dnia ktoś wylatuje!

Milan:           To pewnie pudełko po lodach.

Ana:               Ty nie jesteś normalny, Milanie! Może to materiał wybuchowy, którym terroryści wysadzają w powietrze samochody, kawiarnie,                       restauracje... Kumo, spójrz na niego, on się cały czas tylko uśmiecha...  Co ciebie tak śmieszy, człowiecze?

Milan:            Bo to nie wszystko... Kiedy wracaliśmy z parku koło tej  kawiarenki na rogu, Żócio zatrzymał się przy jednym audi i zaczął  na nie szczekać. Szczekał tak zajadle, że pomyślałem,  ktoś z tego samochodu musiał go poturbować. Tymczasem w aucie nikogo nie było. I wtedy zobaczyłem, że szczeka i nosem mi pokazuje na tablicę rejestracyjną, o, w ten sposób, nosem ją trąca i szczeka z całych sił: chau, chau, chau!        

            Kiedy tak z przejęciem opowiada, wydobywa z torby tablicę rejestracyjną  i szczekając na nią odgrywa całe to wydarzenie. Ana spogląda na Kumę, która przygląda się Kumowi, zatroskana nowym napadem szczekania... Zachwycony   „rekonstrukcją”, rozszczekany mężczyzna nie zauważa ich niespokojnych spojrzeń.  Kuma tylko wzdycha.

Ja go pytam, Żócio, co ci ten samochód zrobił? A on, jak go o to     spytałem, zupełnie zwariował, jak nie chwyci tablicę, jak ją nie       pociągnie i już ją oderwaną trzyma w zębach, a warczy:  Mmmmm!

Kuma:          Muszę się napić. Oj, Kumie mój, Kumie… Poważny z ciebie człowiek i wiesz, że wszelkie uderzenie w głowę...  Czy cię nie boli tutaj?

Milan (uśmiecha się): Boli, ale nie kręci mi się w głowie, nie chce mi się  wymiotować, widzę doskonale i mam wszystkie klepki.                                 Czemu płaczesz, Ana? Co się stało, kochanie?...Dlaczego płaczesz…  duszo?

            Mąż ją tuli, a ona mówi szlochając.

Ana:               Dzwonił Stefan...

Milan:            Dzwonił Stefan? Co mówił? 

Ana:               Składa mi gratulacje i pyta, jak się miewam, a ty mi do domu przynosisz pistolet, bombę i tablice rejestracyjne jakiegoś  bandyty. Ryzykujesz życie dziecka…Możliwe, że się ktoś na nim zemści, jak już ciebie i twego Żócia wsadzą do klatki dla zwierząt. Tak, tak - tam jest twoje miejsce, boś ty już nie człowiek, ty...

Milan:           Co ty mówisz, Boże mój?... Dobrze, dobrze, wyniosę tę torbę na  dwór, zaniosę tam, gdzie ją Żócio znalazł.

Kuma:           Nie! Nie!... Jeszcze by tego brakowało, żeby cię złapała policja  na ulicy z pistoletem i eksplozywem albo, nie daj Boże, natkniesz się na tego, coś mu oderwał tablicę. Mało oberwałeś?

            Wyciąga telefon z kieszeni. Wzywa Inspektora Gołębia.  

Inspektorze, dobry wieczór...Nie, nie dzwonię w sprawie Bobana; dzwonię w sprawie Kuma… tak, mojego Kuma Milana. Znalazł jakąś torbę w parku...

Milan:            Nie ja, Żócio znalazł. Ja bym jej nigdy nie odkrył.

Kuma:           Mówi, że nie on, tylko pies. W torbie jest pistolet i czarna plastykowa skrzynka... tak, tak... obawiamy się, czy to  aby nie materiał wybuchowy...Tak? To możliwe? …Nie, nie, nikt nie będzie dotykać... Daj pan spokój, nikt niczego nie dotyka.

Ana:               Powinniśmy wyjść z domu?

Kuma:           Powinniśmy wyjść z domu?... Dobrze. Czekamy na pana.   (do przyjaciół) Będzie za dwie minuty. Tak się zaangażował w sprawę Bobana, jakby był jego bratem. Wybaczcie, że płaczę...Od Inspektora Gołębia nie ma lepszego policjanta w całym kraju.   Dostał medal z Interpolu.

         Z oddali niesie się wycie psa podobne do wycia wilka.      

Milan (z dumą):   Żócio... Powiedziałem mu, żeby na mnie zaczekał.

            Kuma co nieco zdenerwowana i z lekka zamroczona alkoholem, wychodzi na   balkon, żeby   zobaczyć to psie „cudo”. Milan obejmuje Anę, coś jej szepcze.   Kuma wraca z balkonu zadziwiona tym, co zobaczyła.

Kuma:           Kumie, czy ten żółty pies, co go widać z balkonu, to twój Żócio?

Milan:           Owszem, Żócio.

Kuma:           Kumie... taki sam pies kręcił się nieraz koło mojego domu i przed północą dawał koncert wycia. Pewnego razu odprowadził mnie do               samochodu i chciał ze mną jechać. To ten pies.

Milan:            Nie może być ten, Kumo.  Nie ma on swojej fury, żeby się odwieźć stąd do ciebie. (wątpiąco) A żeby przeszedł pół miasta…?!

Kuma:           Teraz, kiedy mnie zobaczył, zaraz zaczął skakać, jak tamten,  co pod mój dom przychodził, dopóki go jeden przygłup nie postrzelił z pistoletu.

Milan:            Mogło to być dziesięć dni temu?

Kuma:           Jakoś tak mniej więcej... Emerytowani policjanci i wojskowi  strzelają do wszystkich psów napotkanych pod blokiem.

Milan:             Żócio miał ranę na plecach, gdzieś tutaj... Ale niemożliwe, Kumo, żeby to on około północy przybiegał do ciebie przez most i autostradę... Zapewne  to jakiś kuzyn Żócia, może brat bliźniak. Bywa, że w miocie jest po dziewięć takich samych piesków. (Pokazuje zdjęcia w komórce Any). Ten pies przychodzi do ciebie?

         Ana wyjmuje telefon z ręki obsesyjnego męża.

Ana:               Mamy komórkę pełną psich fotografii! Więcej w niej Żóciowych  zdjęć niż własnego syna. Spójrz, Kumo.

Kuma:           Nie denerwuj się. Na te sprawy nie ma mocnych. Kiedy człowiek zostanie  na lodzie, bliższe są mu psy. Człowiek bez pracy jest jak                        opuszczony pies.

            Słychać syrenę i zatrzymujący się pod domem samochód policyjny. Pulsujące   niebieskie światła oświetlają taras. Kuma wychodzi na balkon i pokrzykuje do    Inspektora.

Kuma:           Dobry wieczór, Inspektorze! Niech pan pozwoli na górę!  W porządku, w porządku - to moja karetka!

            Wraca do pokoju, uspokojona przyjazdem policjanta.

                                    Teraz Inspektor zobaczy, co to jest. A ty, Kumie, nigdy nie  wykopuj niczego z parku, nie przynoś do domu żadnych toreb z   pistoletami, bombami i kto cię wie, czym jeszcze.

Milan:            Nie ja, Kumo, wykopałem.                        

Kuma:             Kumie, najlepiej, jak nic nie będziesz mówił... Ja cię  rozumiem, przechodzisz ciężki okres. Wiem, jak się czują ludzie odrzuceni, niepotrzebni, wzgardzeni. Mnie ugryzł jeden taki, który      z tych trosk i biedy się zezwierzęcił.  

Inspektor:    Dobry wieczór państwu…

            Ana otwiera drzwi mężczyźnie w ciemnym ubraniu, opierającemu się na lasce ze srebrnym uchwytem. W drugiej ręce przybysz trzyma bukiet czerwonych róż.

Inspektor:     Dobry wieczór, państwu... Moje gratulacje z okazji  dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Życzę wszystkiego   najlepszego.

Kuma (z podziwem)Skąd pan wiedział, że obchodzą dzisiaj srebrne wesele?  Skąd pan wiedział, Inspektorze?

Inspektor:    Skąd wiedziałem? Dobry policjant musi wszystko  wiedzieć, szanowni państwo... Proszę...

            Ana otrzymuje trzeci bukiet kwiatów i wyciąga z kredensu trzecią wazę

            i kieliszek dla Inspektora.

Inspektor:    Kwiaciarnię przed chwilą obrabowali. Ostatnią klientką była pani Sofija. Dowiedziałem się wszystkiego od kwiaciarki.

Ana:               Dziękuję panu, Inspektorze... Piękne  róże.

Inspektor:    Ładnie pana złomotali, elegancko.

Ana:               Jak ja mu mówię, panie Inspektorze, nie łaź po nocy po  nieoświetlonym parku - zawsze ktoś musi  porozbijać lampy, ledwo je postawią - on się śmieje: „ Kto miałby mnie napadać, takiego bogacza? Nie są kryminaliści tacy ślepi i  głupi!... Spójrz,jak teraz wyglądasz, mądralo!

Kuma (obejmuje zdenerwowaną Anę)Kumo, proszę cię! Nie czas dzisiaj, w taką uroczystość.

Ana:  Nie chciał mnie słuchać, kiedy mówiłam mu, żeby na czas zmienił pracę. „Nie mogę- mówił - kiedy jest najciężej, zostawić ludzi i  przedsiębiorstwa na lodzie!” A przedsiębiorstwo mogło. Byle się tylko pod lodem nie znalazł. Łazi teraz po parku cały             zabłocony... Piorun trafił w drzewo, pod którym się szwendał z tym psem.

Milan:           Tak. Ale gdyby nie Żócio, byłbym już martwy. On mnie namówił,  żebym się schronił w kiosku. O tym zapomniałaś powiedzieć.

            Milan polewa Inspektorowi i wznosi swój kieliszek.

Milan:            Zdrowia!... panie Inspektorze.

Inspektor:    Był już pan na badaniu? Prześwietlili panu głowę?

Milan:            Myśli pan, że ja?…

Inspektor:    Tak, pan.

Milan:            Nie byłem. Nie lubię szpitali.

Ana:               Ale lubisz szczekać i wyć! I straszyć mnie tym szczekaniem i wyciem.

Inspektor:    Kto szczeka i wyje?…

            Gdzieś w oddali znów słychać odgłosy burzy.

Ana:               On! Całymi dniami ... I ciągle opowiada o jakimś Żóci! Syna przez wiele dni nie wspomni. Pies mu jest bliższy od syna.

Kuma:           Nie możesz tak, Kumo. Nie jest mu łatwo. Po trzydziestu latach  pracy wylądował na ulicy, jak pies.

Ana:               Inni też znaleźli się na bezrobociu, a nikt nie wyje i nie szczeka.   

Kuma:           Nie masz racji, Kumo. Pooglądaj sobie BBC, CNN, Sky News, a zobaczysz, jak ludzie na całym świecie wyją: Auuuu, my God!                       Auuuu, auuu…! Cały świat wyje bez pracy i emerytury.

                        Mnie   człowiek ugryzł, Inspektorze. Stracił pracę, no to zaczął  szczekać na sąsiadów... Człowiek na ulicy, bez pracy i chleba, to              nie człowiek, nie człowiek,Inspektorze.

Milan:            Dzięki, Kumo... Rozumiecie, dlaczego nie idę do lekarza.

            Inspektor nie słucha „traktatu” o ludziach bez pracy; zajmuje go pistolet i czarna  skrzynka na stole... Spostrzega też tablicę rejestracyjną samochodu.

 

Inspektor:    I ta tablica była w torbie...

Milan:            Nie, tablicę Żócio zdjął z czarnego audi. A jak je obszczekał!: aw, aw. Aw!

Ana:               Słyszy go pan, Inspektorze?

Inspektor:     Słyszę, słyszę, droga pani. Żócio, to ten pies, który    znalazł    torbę?

Milan:            To on. Kiedy oderwał tablicę, wręczył mi ją i warczał: mmm!

Inspektor:   Ciekawe.(Uważnie obraca w ręku czarną skrzynkę) Psy mają  szczególny dar wyczuwania materiałów wybuchowych... Będzie                   tego ze dwa kilo. Wystarczy, żeby wysadzić blok mieszkalny i  jeszcze pół ulicy.

Kuma:           O, matko! To my może... na balkon?...

            Ana z Kumą wychodzą na balkon, stawiając ostrożnie krok po kroku

Ana:   Teraz widzisz, coś mi przyniósł za prezent na naszą    rocznicę?

Inspektor (telefonuje): Marko, podrzuć mi skaner do materiałów  wybuchowych. Może to nie eksplozyw, ale jak już odlecisz w powietrze...

Milan:           Wyleciał pan kiedy?... Jak, jak pan wyleciał w powietrze, panie Inspektorze?

Inspektor:    Pięknie i wysoko, razem z samochodem. Nogę to mi odnaleźli na  dachu restauracji, dopiero kiedy naprawiali antenę satelitarną...

Ana i Kuma wysłuchują strasznej opowieści zawstydzone „drobiazgami”, o których rozprawiały w obecności człowieka tak ciężko doświadczonego. Wracają z balkonu.

Ana:               Proszę nam wybaczyć, że się tak spieraliśmy przy panu...

Kuma:           ...który przeżył takie straszne...

Inspektor:    Ja jeszcze nie najgorzej z tego wyszedłem, ale mój szofer… (Słychać dzwonek do drzwi) To mój człowiek. Proszę mi przynieść skaner, Milanie… Ale mój szofer… zostały tylko buty i pasy ... eeeh! (wznosi kieliszek) Wasze zdrowie, szanowne panie.       Pamiętajcie,   każdy dzień to święto Cudu istnienia.              

Kuma (odpowiada drżącym głosem):     Panie Inspektorze, pana zdrowie. I dziękuję, co pan dla mnie zrobił. Proszę mi wybaczyć, że płaczę.

Ana:     Nie płacz, Kumo... Boban się odnajdzie, wróci...Co    wy myślicie?

Inspektor:    Niestety, przez trzy lata ustaliłem tylko pewne detale...  Brakuje mi dowodów materialnych... Dziękuję, Milanie.

            Przejmuje od Milana skaner, który mu gospodarz przyniósł z przedpokoju, takie srebrne pudełeczko podobne do szkatułki na klejnoty. Przyciska czerwony włącznik na skanerze. Słychać długi piskliwy ton. Następnie bierze czarną skrzynkę i przy pomocy skanera sprawdza ją ze wszystkich stron. Piskliwy dźwięk oscyluje pomiędzy cichym i niepokojąco mocnym tonem. Kiedy on koncentruje się na wykonywanych czynnościach, Ana i Kuma wycofują się, odciągając również Milana w kierunku balkonu. Gdyby nie było im wstyd,  pewnie uciekłyby z domu na podwórko, może nawet przez balkon. Po ustaniu niepokojących sygnałów skaner       emituje jakąś cichą, miluchną melodię. Inspektor wreszcie się uśmiecha i oddycha z   ulgą. Nie oddychał przez cały czas sprawdzania zawartości czarnej skrzynki.

Inspektor:    Uch!, w porządku… W pewnej chwili pomyślałem: to już  koniec. Z domu nie zostanie nawet fundament.

Milan:            Było krytycznie?

Inspektor:    Owszem, jak sygnał zaczął oscylować, zamarłem... Za ten      skaner dostałem złoty medal Interpolu. Dotychczas nigdy mnie nie zawiódł. Mam nadzieję, że i dziś... (Z kieszeni wydobywa szwajcarski nóż. Ostrzem  próbuje podważyć wieczko) Jeszcze tylko to.  Mhy, jaki to rodzaj materiału wybuchowego?                                                                                 

Ana:               Inspektorze, błagam pana...

Inspektor:    Łaskawa pani, ja proszę...

Kuma:           Mój skaner w szpitalu też czasami...

Inspektor (ponownie zdekoncentrowany): Cisza, proszę, absolutna cisza!

Milan:            A może wyniesie pan to do parku. Inspektorze, niech  pan spojrzy, jak wielki jest park...

Inspektor :  Ożżż... ta pokrywa!... całkiem zardzewiała... A to co? Znowu piszczy... Czemu mnie to tak przeraża?

Milan:             Inspektorze, a wtedy….kiedy wyleciał pan w powietrze, sprawdzał pan samochód skanerem?

Inspektor:    Oczywiście. To pierwsze, co robię, zanim dam znak kierowcy, by  zapalił motor.

Milan:          No więc, jak się to mogło zdarzyć, że nagle „odleciał pan”?

           Ostrze noża zgrzyta po metalowej pokrywie, która nie chce ustąpić.

Inspektor:To był skaner pierwszej generacji, jeszcze nie tak doskonały…  A teraz, Boże, dopomóż…

            Nagły dźwięk telefonu w kieszeni Any przeraża Inspektora. Machinalnie cofa ręce od skrzynki.

Spłoszona kobieta do syna:

Ana:               Synu, zadzwoń później. Inspektor otwiera skrzynkę.

            Inspektor odczekuje, aż Ana skończy rozmowę i ponownie zabiera się do do roboty.      Pokrywa skrzynki otwiera się na tyle, że palce Inspektora chwytają ją od zewnątrz. Ana i Kuma stoją przy barierce balkonu i najchętniej skoczyłyby w dół. Milan śledzi    otwieranie „urządzenia wybuchowego” jak ciekawe wszystkiego dziecko lub jak człowiek, który nie jest świadomy niebezpieczeństwa.

Kuma (pokrzykuje do swojego szofera): Aco, zabierz samochód sprzed domu!  Zabierz, jak ci mówię. Przestaw go gdzieś dalej, póki nie jest za   późno!

Milan:            Inspektorze, czy nie jest zwyczajem, by prace przy rozbrajaniu  materiałów wybuchowych odbywały się na poligonie? Za miastem?

Inspektor:    Zgadza się, jak jesteś pewny, co masz w rękach. Ostatnie   generacje środków wybuchowych reagują na zmiany cieplne. Mam nadzieję, że skaner wszystko odczytał. Do dziś nie pomylił się. Jeszcze tylko ta pokrywa... Boże, dopomóż...

            Pociąga pokrywę i kładzie skrzynkę na stole. Wyjmuje chusteczkę i wyciera      sobie   czoło.  Ana i Kuma przy barierce balkonu nieporuszone, zamarłe ze   strachu.

            Milan się niewinnie uśmiecha. Policjant całuje skaner i ze skrzynki wydobywa   jakiś pakunek zaklejony taśmą lepiącą. Palcami bada zawartość.

                      No, gotowe. Dzięki Ci, Panie... 

Kuma:           Możemy już oddychać?

Ispektor:       I co tu mamy?.. Narkotyki... Typowe opakowanie narkotyków.         

Ana:               Milanie, Boże jedyny! Co on naściągał do domu!  I narkotyki...  i mogliśmy wylecieć w powietrze… a ty się uśmiechasz.

Milan:            Przecież Żócio nie dałby mi eksplozywu …

Inspektor:     Zaraz zobaczymy, co to jest.

 

         Z tzw. „szwajcarskiego noża” wydobywa świderek. Powoli, ostrożnie  prześwidrowuje paczkę i wysypuje proszek.

Inspektor:   Heroina...czysta, najczystsza heroina. Muszę sporządzić protokół,     bez względu na naszą znajomość. To wszystko jest zbyt   poważne na ustne zeznanie... Milanie, niech pan podejdzie. Wszyscy podejdźcie.

Ana:               Narkotyki w moim domu?

Kuma:           Broń i heroina... oj, Kumie, Kumie.

            Milan, Ana i Kuma wchodzą do pokoju jak uczniowie, którzy nieźle nabroili. 

Inspektor (wyjmuje notatnik i długopis z kieszeni): Milanie, niech pan siada... wszystko, co pan powie, zostanie zapisane...Torbę z pistoletem i dwoma kilogramami heroiny znalazł pan w tym  waszym parku?

Milan:            Nie ja znalazłem, panie Inspektorze.

Inspektor:    Nie pan znalazł?

Milan:            Nie. Znalazł Żócio.

Inspektor:     Milanie, jest pan poważnym człowiekiem. Znamy się od     zaginięcia pańskiego Kuma. Mam nadzieję, że w sprawie jego zniknięcia nic pan nie przemilczał, o niczym nie zapomniał mi powiedzieć…?

Milan:              Powiedziałem wszystko, co wiem.  

Inspektor       (zwraca się do Kumy, która znowu zaczęła płakać)Sofija, proszę panią... Nic nie załatwimy płaczem... Milanie, kiedyście się rozstawali    ostatniego wieczoru, czy może Boban coś panu  dał?

Milan:              Czy mi coś dał?

Inspektor:    Tak. Czy może przypadkiem dał panu tę torbę?

Milan:             Czy dał mi tę torbę?

Inspektor:    Tak. Żeby mu pan gdzieś przechował, dopóki on nie wróci.  Orientuje się pan, w jakich klubach on śpiewał i z kim się                         przyjaźnił, i kto mu był „bliski”, że nie powiem nic więcej.          

            Ana i Kuma spoglądają na Milana, który oniemiał zatrwożony pytaniami   policjanta.

Kuma:           Kumie, powiedz wszystko, co wiesz, proszę cię. Ja jestem na wszystko gotowa.

Milan:            Inspektorze... pan myśli, pan podejrzewa...

Inspektor:    Nie myślę i nie podejrzewam; stawiam tylko logiczne pytania, które mój szef mi postawi, kiedy mu przedstawię swoje    sprawozdanie, w którym będzie napisane, że Żócio znalazł broń i  heroinę. Każdy normalny zapytałby, jak jakiś pies uliczny miałby wiedzieć, gdzie się znajduje torba z bronią i narkotykami i jak wpadł na pomysł, żeby to wykopać i przekazać panu. Spiszemy,  jak to dokładnie było.  

Milan (zdenerwowany, urażony, prawie płacze):     Już panu powiedziałem, Inspektorze. Przyszedłem do parku, żeby go nakarmić, a on na                 mnie patrzył, jak człowiek na mnie patrzył i skomlał, jakby płakał...

Inspektor:    Zapiszemy:I skomlał, jakby płakał...” Milanie, niech pan nie płacze.

Milan:             Proszę mi wierzyć, oczy miał pełne łez i szczekał, najpierw  zwyczajnie, a później coraz głośniej i wścieklej: Aw! Aw! Aw!  Aw!...   I wtedy poszedłem za nim, i on przy tym wielkim kasztanie zaczął kopać. Ja go zapytałem: Żócio, co to tak kopiesz? Zakopałeś     jakąś kostkę? A on tylko kopał, kopał i dokopał się do skrawka        torby. O, proszę, na torbie macie ślady jego pazurów… I ma pan ślady zębów na tablicy rejestracyjnej. Proszę... To nie są ślady moich zębów, Inspektorze... Niech pan obejrzy moje zęby! Czyż ja moimi zębami mógłbym tak pogryźć tę tablicę, taki metal?!

Ana (chwyta męża za rękę): Milanie, proszę... uspokój się, proszę cię...  Inspektorze, on miał poważne problemy z sercem, jak stracił                pracę… Proszę, uspokój się.

Milan:           Jak się mam uspokoić, skoro od dwóch godzin mówię, jak było, i nikt z was mi nie wierzy! Wychodzi na to, że gadam głupoty i że                        sam jestem umoczony w ukrywanie broni i narkotyków! Ale, Inspektorze, jest w tym logika, skoro już jesteśmy przy logice...                    że ja sam to wszystko wykopuję i wzywam was, policję, byście mnie posadzili? Jest w tym jakaś logika?

Inspektor:    Nie ma. Oczywiście, że nie ma. A czy jest w tym jakaś logika, że pies włóczęga wykopuje torbę i odrywa tablicę rejestracyjną od auta, by nią pana obdarować? Czy w tym jest  jakaś logika, Milanie?...Co państwo sądzą?

Kuma:           Szczerze mówiąc, nie ma.

Milan:           A czy jest „normalne”, że mnie jakiś zwykły pies ratuje, że   ryzykuje swoje życie, rzucając się na dwóch bandziorów? Czy to jest „normalne”?  Potem, kiedy usiadłem na ławce, kiedy już Żócio  pogryzł ich i przegonił, spytałem go: Żócio, co ja ci takiego zrobiłem, że ryzykujesz dla mnie życie? Ludzie pouciekali, a ty stanąłeś w mojej obronie. Dlaczego to zrobiłeś?... On siedział, patrzył na mnie i zaczął skomleć, tak jakby chciał mi coś powiedzieć:  Auuuuu...Auuuuu...Auuuuu!

Inspektor (spogląda na Milana jakby nieco mniej sceptycznie): Próbował coś panu powiedzieć?

Milan (wycierając oczy): Próbował... Powtarzał: Auuuu, auuuu, auuuuu…

            Dzwoni telefon w kieszeni Any. I gdy Milan wyje, objaśniając, jak rozmawia z      Żóciem, matka usiłuje uspokoić przerażonego syna.

Ana:     Wszystko w porządku, no uwierz mi, jak ci mówię...

Milan (w transie, peroruje Inspektorowi, który stara się to zapisać): A kiedy  chciałem iść do domu, on stanął przede mną i zaczął szczekać: aw, aw!

Inspektor (sylabizuje): I za-czął szcze-kać: aw, aw, aw…Trochę wolniej, żebym   mógł zapisać.

            Ponownie dzwoni telefon.

Ana:   Wszystko w porządku, tata referuje Inspektorowi wydarzenie z       Żóciem, pistoletem i narkotykami... Synu, daję ci ojca. Nich ci on                 sam wyjaśni, dlaczego warczy, szczeka i wyje.

            Podaje telefon Milanowi. Tymczasem Inspektor coś sobie zapisuje, kiwając głową, jakby  wszystko dla niego było zrozumiałe.

Milan:            Właśnie opowiadam Inspektorowi, jak Żócio...  No, przecież ci mówiłem: Żócio jest psem. Poznam cię z nim, jak przyjedziesz...                      Dobrze się czuję... Ależ dobrze, skoro ci mówię... Dlaczego mam iść do szpitala?... Dobrze, zadzwonię. Uważaj na siebie.

Ana (przejmuje telefon):Stefanie, synu, na pewno jej powiem… zadzwonię do       ciebie… na pewno. (Przerywa połączenie)

Kumo, Stefan cię prosi, żebyś go przekonała, żebyś mu w szpitalu zdiagnozowała ten uraz. Dzieciak się rozpłakał...

Milan:            Dlaczego się rozpłakał? 

Kuma:           Kumie, czy ty mnie szanujesz jako Kumę, jako żonę twojego  Kuma, którego kochałeś jak brata?

Milan:           Boże, Kumo, a cóż to za pytanie?! Dobrze, dobrze (Podnosi ręce na znak, że się poddaje), jeśli jedno zdjęcie załatwi całą sprawę, zgadzam się, jadę! Kumo! Już jedziemy!

Ana:               Zawsze był z ciebie poważny i rozumny człowiek…

Kuma:           Chodźmy, Kumie, skoro samochód czeka pod domem...

Inspektor:     Zaczekajcie. To mi przypomina pewien przypadek... (przez  telefon) Halo!...Wilczek? Nic cię nie słyszę przez to łajanie!...Tak. Teraz lepiej. Słuchaj, jestem u pana Milana, to kum Bobana, tego zaginionego piosenkarza... Tak... Wiem, że lubiłeś słuchać, jak śpiewa...Słuchaj, Żócio, co chodzi z Milanem, no ten pies z parku, wykopał torbę z pistoletem, narkotykami i tablicą rejestracyjną...

Milan:            Tablica nie była w torbie, Inspektorze.  Żócio ją….

Inspektor:    Ten Żócio, jak go Milan nazywa, zachowuje się jak człowiek: wszystko rozumie, niemal mówi i płacze...

Milan:            I śpiewa.

Inspektor:    Kto śpiewa?

Milan:            Żócio.

Inspektor:    Żócio śpiewa?

Milan:            Kiedy sobie na spacerze gwiżdżę „Obcokrajowca w nocy”, on  śpiewa, no dobrze – wyje, ale tak pięknie, jakby śpiewał. Ma nieprawdopodobny głos...

Ana:               Kumo, ty słyszysz, co on znowu bredzi?

Kuma:           Słyszę, Kumo, słyszę...

Inspektor:     Słyszałeś, Wilczek?... Tak...To wszystko przypomina mi przypadek  ze „złotym retriwerem”...Daję ci Milana.  (Podaje telefon Milanowi, mówiąc do niego) Wilczek jest największym fachowcem od psów.

Milan:             Dobry wieczór, panie Wilczek...Tak... rozmawiamy. On mnie we wszystkim rozumie...Tak... No, a jak się spotkamy, ja go zazwyczaj pytam: Gdzieś się podziewał, zbóju jeden? To on wtedy się zaraz ucieszy i wesoło zaszczeka... Ale jak zaszczeka! Może spróbuję powtórzyć, jak zaszczeka... Chociaż trochę się krępuję,       panie Wilczek.

Inspektor:    Niech pan spróbuje wyszczekać to, co Żócio naszczekał, to znaczy, niech pan powtórzy, co pan szczekał. Wilczek rozmawia z psami jak z ludźmi.

Milan:            Aw! Aw! Aw! Aw!...

Inspektor:    Wilczek dorastał w schronisku dla psów. Ktoś go  tam podrzucił,   jak miał sześć miesięcy. Pełzał do piątego roku życia, a przemówił w siódmym. Lepiej szczeka niż mówi. Teraz to komandir „psiego batalionu”. Rozwiązał niemało poważnych przypadków, czasem i zbrodni.

Milan (próbuje właściwie wyszczekać to, co naszczekał Żócio):

                        A kiedy go pytam, dlaczego nie chce jeść konserw dla psów, on  zaczyna smutno zawodzić: Auuuuuu! Auuuuu! - jakoś tak.

                      Lepiej nie umiem… (do Inspektora) Pan Wilczek chce jeszcze  coś panu powiedzieć. Dziwny człowiek. Wyje jak wilk.

Inspektor:    Czy zrozumiałeś cokolwiek?...Aha... Za ile możesz tu być?..  Milanie, jaki tu adres?

Milan:            Jaki tu adres?

Ana:               Myśli pan... jaki jest nasz adres?

Inspektor:    Przypomniałem sobie: Starogrodzka 25... Tak....Ten  dom naprzeciwko parku, gdzie Boban zaginął... Weź samochód interwencyjny i zaraz przyjeżdżaj. Idzie burza, może się gdzieś  ukryć... a to ważny świadek.

            Kiedy Inspektor spaceruje po balkonie i rozmawia z Wilczkiem, Ana i Kuma próbują ponownie przekonać Milana, że koniecznie musi się udać na wizytę lekarską. Żona znowu mu czyści marynarkę.

Kuma:           Mieliśmy... do szpitala…   

            Inspektor podsuwa Milanowi policyjny dyktafon.

Inspektor:   Ma pan tu dyktafon. Milanie, niech pan idzie do parku, znajdzie  Żócia i postawi mu kilka pytań. Pogadacie sobie, jak zwykle.

Milan:            I mam to wszystko nagrać?

Inspektor:    Wilczek chciałby usłyszeć waszą rozmowę. Mówi, że ma pan  wyjątkowy dar... Koniecznie niech się pan dowie, dlaczego przyszedł do tego parku i zaprzyjaźnił się właśnie z panem.   

Ana:               Milanie!… miałeś...

Inspektor:    Na co pan czeka? No niech się pan pospieszy. Wilczek będzie tu  za dziesięć minut.

Ana:               Milanie, Idzie burza...        

Kuma:           Nie jest to rozsądne.

Milan: Kumo, jak tylko wrócę… obiecuję...

 

         Milan wychodzi z domu, tymczasem Inspektor wychodzi na balkon z tablicą  rejestracyjną . Woła do jednego ze swoich ludzi.

 

Inspektor (woła): Marko! … Marko! Stań pod balkonem.

Marko (Głos):            Słucham, panie Inspektorze!

Inspektor:    Trzymaj tę tablicę! … Łap! (Słychać uderzenie blachy o beton) A to łamaga!... Jak masz złapać kryminalistę, kiedy nie możesz                złapać tablicy?! Sprawdź mi wszystkie dane o samochodzie i  o właścicielu auta! Myślę, że wiem, kto to... No, ruszaj!

Marko:           Lecę, panie Inspektorze!

Inspektor:    I niech ci twoi „skauci” trochę ruszą dupę po parku. Powiedz im,    żeby pogrzebali koło kasztana na skraju lasu. No, tam, gdzie jest     dziura… w ziemi! (Wraca do pokoju poddenerwowany) Jezu, jak mnie wkurzają ci młodzi. Jak mnie wkurzają! Tylko   siedzą i czekają, nie wiadomo, na co, i obmawiają nas starych. A czemuż pani płacze?

Ana:               Żal mi, bardzo mi żal...

Inspektor:    Wszystko będzie w porządku. Milan jest...

Ana:              On mnie nie obchodzi! Niech robi, co chce; niech szczeka, niech  wyje, niech chodzi na czworakach...

Kuma (Próbuje wyprowadzić Anę do drugiego pokoju, ale ta się opiera): Kumo... może jeszcze jedną lufkę, na uspokojenie.

Inspektor:    No więc kogo pani żal?

Ana:                Żal mi syna, syna! Ukończył architekturę, a pracuje na obczyźnie jako przewodnik turystyczny i rozmyśla, dlaczego jego ojciec szczeka! Dziecko się przestraszyło, dzwoni do nas co chwila. Boi się o mnie, bo jak i ja bym się rozchorowała i straciła pracę, to już koniec tego domu.

Inspektor:    Niechże się pani uspokoi. Niech mi pani da telefon do syna, ja  mu wszystko wytłumaczę.

Ana:               Pan chce mu wytłumaczyć, a pan na pewno jest całkiem w porządku?...Kumo, proszę, nie uspokajaj mnie, nie jestem  wariatką!      Tyś powinna widzieć, kto w tym domu jest wariat!  Ledwo przekonałyśmy Milana, żeby poszedł się zbadać, a Inspektor go wysyła, żeby nagrał wywiad z psem...

Kuma:           Inspektor wie, co robi, Kumo.

Ana:               Co on wie?! Trzy lata nie rozwiązał przypadku twojego Bobana, a teraz zwariowuje mojego męża! Zmusza go, żeby szczekał i                   nagrywał sobakę. Kumo, czy i ty się na pewno dobrze czujesz?

                   Milana porównywać ze złotym retriwerem!…

         Kuma podaje Anie szklankę z środkiem uśmierzającym bóle duszy naszej.

Kuma :              No, łyknij sobie, Kumo, łyknij... Będzie ci lżej… I za pana zdrowie, Inspektorze!

Ana:               Ot, urządzili mi srebrne gody!

Inspektor (spokojnie): Ma pani rację. Ja prawdopodobnie nie jestem tak całkiem normalny. Ale coś pani opowiem... Przed dwoma laty, w domku letniskowym nad Dunajem, zabili emerytowanego profesora i jego żonę. Śledztwo ciągnęło się miesiącami, Przesłuchaliśmy setki ludzi. Jednego dnia, a był ze mną Wilczek, wiedzą, który to już raz obchodziłem domek. W pewnej chwili widzę złotego retriwera, ulubieńca zamordowanych, i   może            mi pani uwierzyć lub nie, rozmawiali ze sobą. Retriwer, co przeżył  masakrę, coś Wilczkowi szczekał, a Wilczek coś mu mówił.

Ana:               No, oczywiście.

Inspektor:    Nie powiedziałem najważniejszego... Ten pies, ten złoty retriwer, wyszczekał Wilczkowi, że jego gospodarzy zabił mechanik samochodowy, który przyszedł naprawić im auto.   

Ana:               Pies wyszczekał Wilczkowi... (kiwa głową z rezygnacją)

Inspektor:    Kiedy to usłyszałem, droga pani, też mnie to zdziwiło, ale jednak  poszedłem do tego majstra i w warsztacie pod górą odpadów                     znalazłem szkatułkę z biżuterią żony profesora.

Kuma:           Czyż to możliwe, Inspektorze?

Inspektor:     A już kilka miesięcy później z pomocą jednego wiejskiego psa Wilczek rozwiązał sprawę zabójstwa alpinistów, pary małżeńskiej, która zniknęła pewnej nocy.

            Inspektor przerywa opowieść, gdyż go zagłusza wycie syreny samochodu policyjnego, który się zatrzymał przed domem, poprzedzony biało-niebieskimi     migoczącymi światłami.

Inspektor (wychodzi na balkon):     To na pewno Wilczek. Myśli, że jedzie  „formułą”.

Ana (szeptem):         Kumo, obawiam się, że i on... po wyleceniu w powietrze... i on powinien się zbadać.

Kuma (szeptem): Cicho bądź. Udawaj, że we wszystko wierzysz.   

Inspektor (woła): Wilczek, znowu przyjechałeś pierwszy!... No, wchodź, wchodź!...(wraca do pokoju i idzie otworzyć drzwi)Sofijo, proszę, niech pani zdejmie fartuch. Boi się   weterynarza. W schronisku przeszedł chorobę szczenięcą.

Kuma zdejmuje fartuch i odnosi go do drugiego pokoju.

Inspektor(w przedpokoju):  Proszę, przyjacielu, proszę!...Właśnie mówiliśmy  o tobie… 

            Do pokoju wchodzi młody mężczyzna podobny do pustelnika. Włosy ma   związane w ogon, broda trochę za długa, na sobie ma lnianą koszulę do kolan koloru wilgotnego piasku. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów polnych, w drugiej płócienną torbę. Z uśmiechem obwąchuje pokój.            

                        Wilczek:        Tutaj był jakiś lekarz.

Inspektor:  Zaraz cię przedstawię... Pani Ana, żona pana Milana,

                        z którym rozmawiałeś przez telefon...   

Ana:               Dobry wieczór... Inspektor opowiedział nam o złotym  retriwerze i o pana rozmowie z nim...

Wilczek:        Rozmawialiście o Zlatku? (zachwycony) O naszym Zlatku im pan opowiadał?!

Inspektor:    Właśnie.

Wilczek:        Pani...  (Wręcza Anie bukiet kwiatów polnych)  kwiaty z łąki koło naszego Centrum szkolenia psów...Inspektorze, a pan wie, gdzie jest teraz nasz bohater? (z dumą) Pod Wiedniem. Opiekuje się małżeństwem, które niedowidzi. Prowadzi ich na spacer, robi         zakupy, przyjmuje gości, nauczył się niemieckiego... Kontaktujemy się czasami. Kiedy go pytam: Jak ci idzie, przyjacielu, on mi zawsze odpowiada: dobrze, w porządku... i zaczyna płakać przez telefon... Eeech, co to znaczy nostalgia. A wtedy i ja się rozpłaczę,  jak mnie spyta: Kiedy po mnie przyjedziesz i zabierzesz mnie do domu?... Tam jest mu dobrze, ale, on chce do domu i chce do domu… i ...

             Kiedy Wilczek ociera łzy, a Inspektor go uspokaja, głaszcząc go po plecach, Ana z  kredensu wyjmuje czwarty wazon. Wstawiając kwiaty do wazonu,  a wazon na stół,  gdzie już stoją trzy bukiety, przez moment spogląda na człowieka rozrzewnionego  opowieścią o złotym retriwerze na obczyźnie. Kuma wraca do pokoju w „cywilnym”  ubraniu.

Inspektor:    Uspokój się, Wilczek... uspokój...(do Wilczka) To pani Sofija, małżonka naszego piosenkarza, Bobana.

Kuma  (z pewnym dystansem i obawą):    Dobry wieczór...               

Wilczek:   Pani jest żoną Bobana? ...żoną Bobana?!

Kuma:           Tak… Jestem… Byłam...

Wilczek:        Nie mogę uwierzyć… (Całuje ją w rękę) Boban uratował mi  

życie. Dzięki niemu i jego piosence wciąż jeszcze żyję.   Kiedyś wszedłem na ostatnie piętro wysokościowca, żeby skoczyć i usłyszałem jego śpiew z mieszkania na poddaszu. Zatrzymałem się, a byłem już za barierką, i powiedziałem  sobie: zabijesz się, ale najpierw musisz go usłyszeć na żywo. I usłyszałem z okazji 8 Marca w Domu Związków  Zawodowych. Mam nagranie.

           Z torby wyjmuje podręczny magnetofon. Włącza go. Rozpoczyna się piosenka „Obcokrajowiec w nocy”, nieco podobna do wykonań Sinatry.

Nikt nigdy nie śpiewał tak tej piosenki. Nawet Sinatra. Siedziałem  w pierwszym rzędzie, słuchałem go i płakałem - bo ja wiem? -  z przeżycia piękna, ze szczęścia?... Głos anioła!

Kuma:           I ja siedziałam w pierwszym rzędzie … i zakochałam się w nim  tej nocy. Pobraliśmy się dwa miesiące później.

Ana:               Jakież to było wesele, Kumo!

Inspektor:    A było to jego czwarte małżeństwo. I gdyby nie zniknął, ożeniłby się po raz piąty. Pani wie, o czym ja mówię?

Kuma(Odwraca głowę, kryjąc twarz):         Nie wiem... Nie chcę wiedzieć.

Ana(obejmuje Kumę) :          Kumo, proszę cię. O jakim to „piątym małżeństwie”  mówi Inspektor?

Kuma (Z trudem wypowiada to pytanie):  Inspektorze, czy mój mąż zginął z powodu żony tego kryminalisty?

Inspektor:    Trudno powiedzieć. Mafioso rzeczywiście oskarżony jest o  zabicie swojej żony, która była z pani mężem. Ale jak wiadomo:  nie ma ciała, nie ma zabójstwa.                                                                         

Kuma:           A może Boban gdzieś wyjechał, może musiał uciekać,  może się gdzieś ukrywa, przestraszony groźbami tego gada?

Inspektor:    Może...                                                                     

            Na śpiew z magnetofonu nakłada się wycie psa z parku.  Wilczek podnosi głowę,  nasłuchuje. Wychodzi na balkon. Po drodze wyłącza magnetofon.

Ana:               Inspektorze, gdzie jest Milan? Wyszedł pół godziny temu... Może  bandziory wróciły?

Inspektor:    Cicho, cicho... Wilczek przesłuchuje.

Ana:               A co mi tam, „Wilczek przesłuchuje”! Nie ma mojego męża...   Milanie! Milanieee!

            Szczekanina w oddali. Wilczek cichutko wyje, stopniowo coraz głośniej. Z parku w odpowiedzi też niesie się wycie. Człowiek i pies „rozmawiają” w sobie tylko znanym języku.   Ana i Kuma spoglądają na siebie, skonfundowane niezwykłym „dialogiem”.

Wilczek (wraca z balkonu): Idzie Milan... Żócio mi powiedział, że mu wszystko opowiedział. Powiedział, że wszystkiego się dowiemy...

Ana:               Żócio panu powiedział?... Kumo…!

Kuma (jej szepcze): Udawaj, że wszystko jest normalne.

             Dzwonek do drzwi. Oszołomiona gospodyni idzie je otworzyć, powtarzając to samo  pytanie jako rodzaj wieloletniego nawyku.

Ana:      Znowu zapomniałeś klucza?

Kuma (spogląda na zegarek):         Muszę już iść...

Ana:               Nie odchodź, Kumo, proszę cię... Nie czuję się dobrze.

            W pobliżu uderza piorun i na moment rozświetla park. Wilczek ucieka do kuchni  przerażony grzmotem. Do pokoju wchodzi  Milan, niosąc dyktafon ze szczególnym    namaszczeniem.

Kuma:           Panie Wilczku, a gdzież to pan tak..?

Inspektor:   Spłoszył się i czmychnął.  

Milan:            Nie mogę uwierzyć. Nieprawdopodobne...

Ana:               Milanie, włóczysz się po burzy... I co ciebie znowu tak śmieszy?

Milan:            Zgromadzili się sąsiedzi pod naszym domem. Widzą dwa  samochody policyjne i ambulans medyczny. Znaczy, że była u nas    masakra. Jak mnie zobaczyli - rozczarowani, ach, to pan żyje..     Inspektorze, nagrałem wszystko, czego sobie pan życzył. Żócio     był z jakąś psią kobitką. Przyglądał się jej i radośnie szczekał...    Zupełnie inny pies... Zakochany pies.

             Z kuchni wychodzi Wilczek . Uśmiechając się podchodzi do Milana jak do starego  przyjaciela.

Wilczek:        Dobry wieczór. Jestem Wilczek.

Milan:            To pan... Bardzo mi przyjemnie... Bardzo mi przyjemnie...

Wilczek:        Ma pan zapach Żócia...

Milan:            A no... przyjaźnimy się.                                                    

Inspektor (Wraca z balkonu rozdrażniony):Jak mnie wkurzają ci młodzi.  Zrozumieją mnie, jak się zestarzeją... Dobra, posłuchajmy, co pan nagrał. Wilczek, przetłumacz mi rozmowę słowo w słowo.

Milan:           Wszystko nagrałem, co mi powiedział.

Kuma (Spogląda na zegarek): Nie, ja jednak muszę iść...

Ana (Obejmuje ją) : Zostań, Kumo, proszę cię.

            Milan siada przy stole, a Wilczek z boku, gotowy notować w zeszycie.

Inspektor włącza dyktafon; uważnie wsłuchuje się w rozmowę w parku, oparty na srebrnej rękojeści laski.

Głos Milana z nagrania:  Gdzie się podziewasz, bandyto jeden? Szukam cię od pół godziny.

Głos Żócia z nagrania:     Aw, aw, aw, aw...

Głos Milana:            A cóż to za piękność?

Głos Żócia:  Aw, aw, aw, aw...Auuuuuu... Auuuuu...                                                                       

Głos Milana:            Nie mówiłeś mi, że masz taką śliczną przyjaciółkę. Jak  ma na imię?

Głos Żócia:  Aw...aw...aw... aw...

Wilczek:                    Bardzo ładnie.

Głos Milana:            A ja się przestraszyłem, że wróciły te bandziory i cię zabiły.  Powiedz ty mi, Żócio, dlaczegoś przyszedł akurat do tego parku, pod mój dom, i dlaczego się właśnie ze mną zaprzyjaźniłeś… właśnie ze mną?

Głos Żócia:  Aw, aw, aw, aw...Auuuuuu...aw, aw...

Inspektor:    Wilczek, wszystko mi to dokładnie zapisz.              

Wilczek:        Interesujące, interesujące...         

Głos Żócia:  Auuuuu … Auuuu... Aw! Aw! Aw!... Auuuuuu!

             Rozmowę Milana i Żócia Wilczek dokładnie spisuje. Pisząc, kręci głową i od czasu  do czasu spogląda na Inspektora, który niecierpliwie czeka na tłumaczenie.

Wilczek:    Interesujące, interesujące...         

  Ana i Kuma w oszołomieniu wsłuchują się w nagranie, patrząc na ludzi, którzy „przekładają” rozmowę człowieka i psa, jakby to był jakiś seans spirytystyczny  z        wzywaniem duchów.

Głos Żócia:  Auuuuu … Auuuu... Aw! Aw! Aw!... Auuuuuu!

Wilczek:     Nieprawdopodobne, nieprawdopodobne...

Inspektor:   Co jest takiego „interesującego” i nieprawdopodobnego”?

Głos Żócia:  Aw, aw, aw, aw... Auuuuuuu. Auuu...    

Wilczek:      Tak, tak, straszne.

            I grom strasznie uderza gdzieś w pobliżu. Wilczek wciska się w krzesło, zakrywając      uszy rękami.  Inspektor wyłącza aparat. Przygląda się Wilczkowi, który się uspokaja    wraz z oddalaniem się grzmotów.           

Inspektor:            Wilczku, przyjacielu …Nie bój się, to tylko grzmi.

Wilczek:                    Prze...przepraszam… Ludzie rzucali petardy w schronisku, kiedy byłem mały... Przepraszam...

Inspektor:                I co dalej?

Wilczek:                    Milanie, Żócio cały czas tytułuje pana kumem.

                                   Kiedy się tylko do pana zwraca, mówi : Kumie mój…

Milan:                    Kumie mój….

Wilczek:             Tak się rozpoczyna każda wasza rozmowa.

Milan:                   Kumie mój… do mnie?… Tak mnie pokochał.

Inspektor:           I co jeszcze mówił?

Wilczek:                „Kumie mój - powiada - czy to jest możliwe, że mnie nie poznajesz? Czy to możliwe, że przyjaźnimy się miesiącami, a ty nie wiesz, kim ja jestem? Przyszedłem, żeby ci  powiedzieć, co się stało ze mną... Ja nie zaginąłem, nie   uciekłem, ja, Kumie, zostałem zabity. Ja zostałem zabity, Kumie” …    

            Wszyscy w milczeniu z zadziwieniem patrzą na Wilczka.

Milan (po chwili):  Tak Żócio powiedział?

Wilczek:               Tak powiedział.

Milan:                    Zabity. Jakże to... zabity? Zatem Żócio nie jest Żóciem,  znaczy Żócio, mój Kum... Inspektorze, czy pan to słyszy?

            Inspektor milczy  i spogląda na Wilczka, który coś zapisuje.

Wilczek:                Wszystko dokładnie przetłumaczyłem i zapisałem...

Inspektor:            Jest jeszcze coś?                                             

Wilczek:               Jest. Pan Milan powiedział mu: ”Nic mi nie mówiłeś, że  masz taką piękną przyjaciółkę”. I jeszcze go pan zapytał:

„A jak ma na imię?” A on: „Izabela, Bela, Piękna... Znowu  się spotkaliśmy i teraz ja jestem spokojny i szczęśliwy, Kumie”...

Milan:                     Izabela...To mi coś przypomina... Izabela?                                              

Inspektor:             Izabela to żona mafioza oskarżonego o serię morderstw Zaginęła tej samej nocy, co Boban... Wilczek, czy pan to dobrze przetłumaczył?

Wilczek:                 Słowo w słowo, Inspektorze... Proszę sprawdzić.

Ana:                        Kumo, czy ty słyszysz, co tu się mówi?

Kuma:                   Słyszę i nie mogę uwierzyć… Straszne!

Inspektor:            Moi państwo, jesteśmy o krok od rozwiązania.

Kuma:                   Panie Inspektorze, czy pan sobie kpi? Co pan wyprawia? Wariatkę pan ze mnie robi?! Przez trzy lata nie był pan w  stanie rozwiązać przypadku mojego męża, a teraz sprowadza mi pan tłumacza „psich języków”, żeby mi  oświadczyć, że mój Boban został psem, który jest znów z z tą suką! Nie wstyd panu, panie Inspektorze! Tego poniżenia nie mogę panu puścić płazem!… Ja panu, ja  wierzyłam... a pan sobie ze mnie zadrwił.

Ana:               Kumo, proszę cię... Nie płacz, proszę cię... Milanie, Boże Ty mój, co oni... Milanie…?!

Dzwoni telefon. Melduje się podwładny Inspektora

Inspektor:    Mów, Marko... Tak... Gdzie? … Niech nikt nie wchodzi do  lasu... Wezwij koronera... Tak...Tak... Będę za dwie minuty….      (Rozłącza się)  Proszę pani, co miał  pani mąż na sobie, kiedy ostatniej nocy wyszedł z domu?

Kuma (wystraszona telefoniczną rozmową): No, czarną marynarkę, niebieską dżinsową koszulę... i...i... (Zaczyna płakać) I... wydaje mi  się….

Inspektor:    Czarne spodnie ze skórzanym paskiem?

Kuma:           Tak.

Inspektor:    I czarne eleganckie buty?…

Milan:            Panie Inspektorze, kiedyśmy się rozstawali tej nocy,  zwróciłem mu uwagę, że ubiera się, jakby był wiecznie                                 młody. A on mi odpowiedział, że nawet diabeł jest ładny,  jak jest młody. Roześmiał się i odszedł.

Inspektor:    Pamięta pan, Milanie, dokąd on wtedy poszedł? Powiedz mi,  dokąd on wtedy poszedł !

Milan:           No, na spotkanie z tą kobietą... z tą Izabelą. Kupił bukiet róż...  Wybacz, Kumo, ja mu przysiągłem, że nigdy nikomu nie  powiem... Panie Inspektorze, uprzedzałem go: - Wiesz ty, psia go mać, Kumie, czyja jest to żona?! A on - wiem. - No to wiedz, że ten człowiek może cię... już tylu ludzi wysłał na drugi świat. - Wiem. - I ryzykujesz głową? - Bo ją kocham. - Kumie, ta miłość może cię kosztować życie. A on mi na to: Widzisz, ja nie mam życia bez niej... Wybacz, Kumo, tak to było.  Dłużej  nie mogłem milczeć.      

                         Kuma siedzi za stołem i słucha opowieści Milana, o której sądziła, że       to  tylko  prowincjonalne plotki. Z parku niesie się długie, ciche wycie.

             Wilczek wychodzi na balkon; wysłuchuje psiego zawodzenia z podniesioną i przekrzywioną na bok głową.

          

Wilczek:        Milanie, Żócio mówi, że z Izabelą chciałby, chciałby z nią odejść  do jakiegoś spokojniejszego miejsca,  jakiegoś innego parku.

Kuma (niezbyt głośno)A to dziwka!

Milan:           Proszę mu powiedzieć, żeby na mnie zaczekał! Muszę go  przeprosić. Myślałem, że on jest zwykłym psem... Kumie, Kumie,                        co mam zrobić, Kumie?

Inspektor:    Nich pan przyhamuje, Milanie, niech pan zostanie w domu,   dopóki ja nie wrócę z wizji lokalnej. W lesie, w zapuszczonej części parku, psy wykopały zwłoki mężczyzny. Jakiś żółty pies uciekł, kiedy przybyli moi ludzie... Tam jest też to ubranie. Przykro mi, proszę pani... bardzo mi przykro.

Kuma:           Inspektorze, pan myśli?…

            Kuma usiłuje wstać, podnosi się, nogi jej się plączą i nagle osuwa się na  podłogę.

Ana:               Kumo, co tobie?!

            W pobliżu parku uderza piorun, gaśnie światło. Pokój oświetla płomyk wcześniej zapalonej świecy. Milan klęka przy omdlałej Kumie; podtrzymuje jej głowę.

Milan: Kumo, wybacz mi… Kumo...

Ana:               Milanie, daj jej wody!...

Milan:            Inspektorze, niech pan wezwie karetkę pogotowia! I doktora!

Inspektor:    Karetka pogotowia stoi przed domem... A doktor leży.

Kuma (unosi głowę):  Nikogo nie wzywajcie... Kumo, odprowadź mnie do  karetki.

Ana (do Milana)Milanie...          

            Razem pomagają nieszczęsnej kobiecie podnieść się.

            Wilczek z balkonu wyje o czymś Żóci ukrytemu w parku.

Milan (do Wilczka):   Powiedz Kumowi, żeby na mnie zaczekał.                  

Kuma (Oswobadza się od Milanowej pomocy):     Zostaw mnie, Kumie, nie   dotykaj mnie...

Milan:            Kumo?!… Co tobie?...

Kuma:           Przyjechałam, żeby ci pomóc, a wyjeżdżam sama ciężko chora...

(do Any) Kumo, możesz ze mną do szpitala?

Ana (podtrzymując Kumę):    Byłoby dobrze, żebym i ja  tam została.

Wyjmuje z kieszeni klucze i rzuca je mężowi.

Jak będziesz wychodzić z domu, zabierz ze sobą klucze.  Nie będzie nikogo, kto by ci otworzył drzwi.

  Kuma wychodzi z domu wspierana przez Anę.

Kuma:   Inspektorze, niech mi pan powie, czy to możliwe, żeby i teraz  był z nią? Bobanie, Bobanie, byłeś kundlem i zostałeś kundlem..

             Kuma i Ana opuszczają dom. Inspektor wkłada pistolet i narkotyki do czarnej     torby.

Inspektor:    Dobra, teraz mam wszystkie dowody… No,tak,  Boban powrócił  w postaci psa, by rozwiązać swój przypadek. Dobre sobie...ja  skończyłem Akademię, byłem na specjalizacji w Anglii i w Izraelu, a „przypadki” rozwiązują mi psy.

Wilczek:        Pamięta pan tego buldoga, który rozwiązał przypadek zamordowanego listonosza?

Inspektor:    Do diabła, dosyć! Dosyć! Nie masz w swym wykształceniu ani jednego dnia szkoły policyjnej, dorastałeś w schronisku dla psów i rozwiązujesz mi najcięższe zbrodnie!  Po co się uczyłem dwadzieścia lat?!

  Po napadzie szału, przytula Wilczka, który smętnie opuścił głowę.

Wybacz...wybacz, przyjacielu... Wybacz...i dzięki ci...                        

Wilczek (ocierając łzy nadgarstkami): Nic, nic... Nie szkodzi....

Inspektor (odchodzi, zatrzymuje się): Milanie, nie ma pan pracy? A może by tak  zechciał pan z Wilczkiem...? Byłby pan instruktorem w psiej   jednostce ...

Milan:            Na prawdę?... Uważa pan, że ja... sądzi pan, że mógłbym…?

Inspektor:    Jest pan przyjęty.

Milan:            Jestem przyjęty?

Inspektor:    Jest pan zatrudniony od poniedziałku. Do widzenia.

Milan:            Inspektorze, dziękuję, dziękuję, bardzo panu dziękuję! Nie  będę musiał sprzedawać domu. Efekt odjeżdżającej karetki pogotowia.

Wilczek (z balkonu): Powieźli doktorkę do szpitala.

Inspektor:     Żal mi pani Sofii... Idę złapać drania, który i mnie próbował  wysłać na drugi świat. On mnie wysadził w powietrze, a ja jego spuszczę do ziemi!

            Inspektor wychodzi z domu, opierając się na lasce i niosąc czarną torbę. Na stole rozdzwania się zapomniany przez Anę telefon. Milan wyjmuje go. Ze słuchawki rozlega się melodia „Obcokrajowiec w nocy”.

Milan   rozmawia z synem uradowany, że znów ma od poniedziałku pracę.

Milan:            Stefanie, synu!.. Tak...Miewam się dobrze, bardzo dobrze! Od  dawna nie było lepiej!  Mama musiała pojechać do szpitala.Nie, nie - z nią jest wszystko w porządku. Odwiozła Kumę, Sofiję, której się pogorszyło, kiedy się dowiedziała, że Kum Boban wrócił  i pojawił się jako Żócio... no, ten z parku... Stefanie, synu, Żócio nie jest psem, no tak, przedtem tak mówiłem, ale Żócio to Boban. Tak, tak... Pan Wilczek nam przetłumaczył Kumowe szczekanie...  No, myślałem, że to pies, ale teraz wiemy już, że to nasz Kum Boban... Pan Wilczek, on nam wszystko przetłumaczył...

Wilczek (dorzuca):   Pozdrowienia ode mnie!

Milan:            Kum wrócił jako Żócio, żeby rozwiązać swój przypadek i odkrył  miejsce, gdzie jest zakopany… Jak to Kuma Sofija usłyszała,  zaraz zemdlała, a ja dostałem posadę, synu! Pracuję od  poniedziałku! Pracuję razem z panem Wilczkiem, który powiada, że jestem „utalentowany” jako instruktor psów...

Wilczek (dorzuca):   Jakby się urodził w schronisku!

Milan:            Słyszałeś, co pan Wilczek powiedział?... I ty też  tak myślisz? Nie będziemy musieli sprzedawać domu. Synu... co ci jest?... Ty  płaczesz?... Aaaa - ze szczęścia, że dostałem posadę i że nasz  dom... No to ci powiem szczerze, i mnie popłynęły łzy, kiedy mnie  Inspektor przyjął na psiego instruktora. Jestem szczęśliwy...   Uważaj na siebie!

Przerywa rozmowę, w zamyśleniu wpatrując się w stół jadalni z czterema bukietami i świeczką, która płonie rozkołysanym płomieniem. W tym     momencie      zapala się światło.

Milan:          O, Boże, chwała ci. Właśnie wyobraziłem sobie, że jesteśmy na   cmentarzu.

Wilczek:        I ja nie lubię mroku... Jak mnie cieszy, że Boban wrócił.

Milan:            Ale mi głupio… Nie powiedział mi, kim jest i jak to właściwie  rozumieć. Od miesiąca spacerujemy i przez cały czas ja się  odnoszę do swojego Kuma jak do psa. Jak mam to naprawić?Wilczek: Mogę pana o coś spytać?... Czy Boban w prywatnym życiu był  też taki szarmancki i serdeczny, jak na scenie?

Milan:            No, był... Kobiety kochały go, a i on miał słabość do kobiet...  Słabość” to za słabo powiedziane.

Wilczek (bierze magnetofon ze stołu): Nie tylko go kobiety kochały. Było też trochę młodzieńców, którzy przychodzili na jego koncerty. Znam nawet kilku, którzy przychodzili na każdy koncert. Boże, jak on śpiewał... Posłuchajcie tego głosu…

Wciska klawisz magnetofonu. Rozpoczyna się Bobanowe śpiewanie, podobne do Luisa Armstronga w niezapomnianej „odzie” o naszej planecie: „Jaki piękny jest świat” .

                        Taki głos pojawia się raz na sto lat... Kiedy go słucham, samo mi  się płacze.

Piosence piosenkarza z magnetofonu towarzyszy najpierw ciche, potem coraz głośniejsze „śpiewanie” psa z parku. Milan i Wilczek zasłuchani w „śpiew” płynący z oddali wychodzą na balkon.

Milan:            Zawsze śpiewał, kiedy spacerowaliśmy. Jak mogłem nie  rozpoznać tego głosu?

Wilczek:        I teraz ma piękny głos... kiedy tak wyje.

Milan:            Kumie! Wybacz! Kumie! Nie poznałem cię! Nie wiedziałem, że  to ty!... Dziękuję ci, że mi uratowałeś życie!... I pracę dostałem                   dzięki tobie. Nie muszę sprzedawać domu!

Wilczek:        Brawo, panie Bobanie! (dyskretnie do Milana) Czy byłoby to   możliwe, żeby mnie pan z nim poznał? Nie miałem takiego szczęścia, dopóki był człowiekiem.

Milan:           Ależ oczywiście... Będzie mu miło, kiedy się dowie, jak mu pan  fankuje ... Brawo!

Wilczek:        Brawo! Brawo! Brawo, Kumie!

Milan i Wilczek wsłuchują się w wycie dochodzące z parku, w śpiew Żócia, vel  Bobana. Wilczek, uszczęśliwiony głosem swojego idola, wyje cichutko, wstydliwie, zachęcając też Milana, żeby i on podchwycił melodię i się przyłączył . Nieśmiały gospodarz wzbrania się, trochę mu niezręcznie, ale uniesiony Kumowym „zaśpiewem” i on daje głos podobny do wycia. Niezwykłe „trio” rozkoszuje się pieśnią i wieczystą przyjaźnią, przyjaźnią ludzi i psów.

Milan:       Twój głos, Kumie, jest dla nas niezwykle drogi, szczególnie teraz,  kiedy stałeś się psem i kiedy my sami zeszliśmy na psy.

Wilczek:        Tym bardziej, Kumie, jesteś nam drogi, tym bardziej, przyjacielu.

 

Wyją wspólnie.          

KONIEC  BEZ  KOŃCA 

Pin It