Stanisław Grabowski


 

beksinski tab
Zdzisław Beksiński

 

LORNETKA

Sztuka teatralna

 

Osoby:


JAN, właściciel prywatnej firmy, 60 lat

STEFAN, brat Jana, rencista, b. dziennikarz, 65 lat

BARTEK, lekarz, szwagier Jana i Stefana, 67 lat

BŁAŻEJ, syn Jana, 18 lat

HIERONIM, ojciec Jana i Stefana, 96 lat

BATOR, chłop, lat 63

 

Rzecz dzieje się współcześnie, nad jeziorem, w ciągu jednego dnia.

 

1.

            W tle spore jezioro, bliżej jakiś lasek, kawałek pola, łąka, na której stoi nieduży domek letni z werandą, obok niego nowa Toyota. Jan, 60 lat, boso kosi trawę. W cieniu starych olch siedzi na wózku 96-letni mężczyzna z chorobą Alzheimera, to ojciec Jana, ma na sobie kurtkę mundurową... podoficera Kriegsmarine. Jan spogląda spod bejsbolówki na idącego w jego kierunku mężczyznę z niedużą torbą w ręku. To Stefan – najstarszy brat Jana.

JAN (wita się ze Stefanem, ściskają się) Sam tu trafiłeś, samodzielnie. Brawo! A ja się ciebie spodziewałem po południu. Tak się umawialiśmy, nie? (po chwili) A tam siedzi ojciec, odpoczywa. Oj dawno się nie widzieliście, co?

            Stefan podchodzi do nieruchomo siedzącego ojca. Pochyla się nad nim, całuje go niezdarnie, bez słowa gładzi po rękach z wątrobianymi plamami. Jan zdejmuje wiszącą na pobliskiej gałęzi kamerę filmową.

JAN (do Stefana) Zaczekaj, zaczekaj. Sfilmuję was. To ważna scena. Cholernie ważna.

STEFAN Po co?

JAN Na wieczną pamiątkę, zdążyłeś zobaczyć go żywego. Uciekał nam ostatnio, popijał ostro po śmierci matki, świeć panie nad jej duszą. Co my tu z nim nie mieliśmy! Zresztą, co ja się będę żalił. A ty piętnaście lat nie dawałeś znaku życia. Cała epoka. Ile to się u nas zmieniło.

STEFAN Wszystko i nic.

JAN Co, co? Ha, ha! Odnalazł się synalek marnotrawny, ale ojczulek już nie udzieli ci wybaczenia. Za późno, już on się nie odezwie do ciebie, nie odezwie.

Jan filmuje brata z ojcem, robi różne ujęcia.

JAN Czemu nic nie mówisz, nie bronisz się?

STEFAN (jakby do siebie) Byłem za granicą, chorowałem...

JAN Tyle to ja wiem, i ani słowa więcej.

STEFAN Po coście go ubrali w ten mundur?

JAN Sam się ubrał, znalazł go u mnie w szafie, w domku.

STEFAN Ale to mundur niemieckiej Kriegsmarine! A nasz ojciec był ułanem, szarżował w 39 roku na Niemiaszków. Porąbało was?

JAN Sam sobie ten mundur wybrał. A kto go tu ogląda? Jaki z niego dziś bohater? Samotny tu siedzi. Czy to ważne, w jakim stroju? Zresztą mamy wolność, wolny wybór, nie?

STEFAN Przebiorę go.

JAN Daj sobie na wstrzymanie, będzie mu zimno.

STEFAN „Pobudujemy wieże, nie cofniemy się”.

JAN Co, co?

STEFAN Nic, nic. To po prostu cytat z filmu mojej wczesnej młodości.

JAN To ty pamiętasz jakiś film sprzed pięćdziesięciu paru lat?

STEFAN Z Julią Christe. Tom Courtney występował w nim w mundurze dyktatora-generała. Szukał królestwa Ambrozji, ale takiego królestwa nie ma.

JAN Niczego nie kapuję.

STEFAN (macha ręką, nachyla się nad ojcem) Ale, ale kto go ozdobił Złotym Krzyżem Zasługi?

JAN Sam sobie zawiesił, to jego krzyż, zapracował na niego. Dasz wiarę, przeszło siedemdziesiąt lat pracował!

STEFAN (zaskoczony patrzy na lornetkę na szyi ojca) a ta lornetka na jego szyi

JAN Jak ma ochotę, to podgląda przyrodę. Żywą i nieożywioną. Ojciec dobrze się komponuje z lornetką na tle tych olch, co? Zresztą, on już do tej przyrody należy. Tata, oddaj (podchodzi do ojca, zdejmuje mu lornetkę i zawiesza ją sobie na szyi) No i po krzyku!

            Przez cały czas ojciec patrzy na nich załzawionym wzrokiem, milczy.

JAN Alzhaimer, starcze otępienie, demencja... Zdziecinniał zupełnie. Ale daj Boże tyle lat wszystkim pożyć. Teraz mu każda godzina bije. Każda sylaba przybliża do niego koniec. Na co dzień opiekuje się nim Bartek. Ale, że ciepło dziś, ładnie, umyśliliśmy, że wciągnie w płuca trochę świeżego powietrza. W takim dniu! A jak ten mundur wypatrzył w szafie, to się tak ożywił, odmłodniał...

            Odchodzą od ojca, nie znaczy to jednak, że staruszek nie pojawia się już, widać go później w różnych scenach, w tle lub na pierwszym planie, ale nie odezwie się do końca, nie będzie na nic reagował.

JAN Aha, w gnojówkę nie wpadłeś po drodze?

STEFAN Nie zauważyłem jej.

JAN Gadałem nie raz z tym Batorem. O tam, popatrz, na wzgórzu ma chałupę, musiałeś go mijać. Ale buc nie reaguje. Obywatelu, mówię, gnojowica się leje z obory prosto na drogę, zasypcie ją, puśćcie pod drogą, jaką rurkę, czy co. A on powiada, że słoneczko samo wysuszy, albo, że mu się nie chce.

STEFAN Bator sprzedał ci ten kawałek gruntu nad jeziorem.

JAN Trzymał go całe lata, tu się nic nie rodziło, za mokro, a on nie i nie. Paręnaście lat temu nie do pomyślenia, by chłop coś z ręki wypuścił. Garnął taki do siebie, tylko do siebie. Ale skończyło się chłopkom jedwabne życie. Na wiosnę przyjechał do mnie, do biura. Skamlał: „Panie Janku, najmłodsza córka się żeni, potrzeba mi na weselisko”. Chciał mi wcisnąć cały hektar tego szczęścia. Dziesięć tysiączków sobie życzył. Ale, po co mi tyle, dałem za ćwierć i też się cieszył jak głupi. Omal mnie w rękę nie pocałował. Trza ich krótko trzymać za pysk. Ale nie powiem, pomoże mi jak trzeba, samosiejki powycinał, płot pomógł postawić i bramę. No i ma baczenie na całość. Z chałupy dobrze widać, kto tu się kręci. Cieszę się, że przyjechałeś, że trafiłeś bez pomocy. Pierwszy raz u mnie, długo dałeś się prosić.

STEFAN Trochę ostatnio leżałem w szpitalu, później byłem w sanatorium. Parę miesięcy nie prowadziłem samochodu. Nie tęsknię już do tego zajęcia. Pomyślałem, podjadę z dworca taksówką (rozgląda się). Ale tu cisza, zero cywilizacji. Ale ze dwa kilometry szedłem pieszo, pełen szczęścia.

JAN Zero cywilizacji? Niech będzie. Ty z daleka, wszystko widzisz inaczej. Pewnie, cisza aż w uszach dzwoni, pusto wszędzie, głucho wszędzie, do sklepu dobrych parę kilometrów. Obok mnie gość ma dopiero domek postawić, ale na razie brakuje mu szmalu.

STEFAN Dałoby się tu umyć ręce?

JAN Pewnie, pewnie. Wody jeszcze nie ma, dopiero kombinuję, namawiam tu jednego, ma jutro przyjechać, postawi studnię, taką więcej prymitywną, ale na moje potrzeby wystarczy. Wyspecjalizował się, jeździ po wsiach, zakłada hydrofory, po drodze minąłeś jego chałupę, zwolnili go z armii, to jakiś podoficer zawodowy, ożenił się z miejscową wdową, swoją babę z dwojgiem dzieci zostawił, czy ona go zostawiła, nie znam szczegółów. A na razie wodę przywożę w bańkach. Jarek, nasz kuzyn, cały tydzień tu był, z żoną, nie narzekała, ryby łapał. O cholera, to ja pościeli nie zmieniłem, no nic, syn dowiezie nową zmianę. Wyjechali stąd wczoraj, powinien zadzwonić, że już dotarł do domu. No to chodź, umyjesz się.

STEFAN Nie mógł zostać na twoje imieniny?

JAN Siłą miałem go zatrzymywać? Jutro idzie do roboty.

STEFAN Robota nie Gołota. Nie ucieknie.

JAN Co?! Aaa, ha, ha!

            Wchodzą do domku, kamera pokazuje ich przez duże okno. Jan nabiera kubkiem wodę z wiadra, polewa ją na ręce Stefana, ten myje je, potem rozgląda się za ręcznikiem, znajduje jakąś ścierkę, ale nie decyduje się wytrzeć nią rąk, ociera o własne spodnie.

JAN Napijesz się kawy czy herbaty?

STEFAN Może... herbaty.

JAN A ja se kawy zrobię, cholera, sto gatunków w każdym sklepie, a każda do kitu. A pamiętasz jak matka robiła kawę w niedzielę, pachniało w całym mieszkaniu, do tego było ciasto drożdżowe, z kruszonką. Siedzieliśmy wszyscy przy stole, ryczeliśmy pod dyktando kołchoźnika „Bella Bella Donna, wieczór taki piękny...” i inne takie, graliśmy w domino albo w warcaby, ojciec nie uczył nas grać w karty (zabiera się do gotowania wody na niewielkiej kuchence gazowej). Mnie pamiętam, bujał na nodze. A jak kolędy wyśpiewywał! Na całą chałupę. Wrócił po południu z pracy, już mu nie odpuściłem. Krok w krok za nim łaziłem. Kuchenka mała, co? Ale, po co większa? Wystarczy, że szafki się zmieściły i stoliczek. Latem nikt nie siedzi w domku, no chyba, że pada deszcz, ale... wtedy pod ręką jest radio i telewizor, gazety... I zawsze można pojechać na ryby, deszcz nie przeszkadza w łowieniu, nawet lepiej biorą. A ja tu drugie biuro mam (pokazuje ręką). Tygodniami mogę się stąd nie ruszać. Jest komputer, drukarka, fax, Internet. Chcesz puścić maila?

            Woda się gotuje, Jan przerywa swój monolog, sypie kawę do szklanki, zalewa gorącą wodą.

STEFAN Nie mam do kogo puścić tego maila. Filiżanki nie masz?

JAN A co ty, francuski piesek jesteś? Tu wszystko pije się ze szklanek. Kawę, herbatę, mleko, bimber...

STEFAN Bimber?

JAN Tu naokoło każdy chłopek pędzi, od zawsze, na ogół dla siebie, na wesela, pogrzeby, chrzciny, urodziny, imieniny, zawsze jest okazja, by wypić. Dlaczego jej nie wykorzystać? Pędzą dla siebie, ale potrzebującemu zawsze sprzedadzą. Czemu nie. Bańka niedużo kosztuje. Zresztą, spróbuj nie wypić z chłopkiem... Nie istniejesz dla takiego...

STEFAN (wypija pierwszy łyk herbaty) Aha, no to co, najlepsze życzenia urodzinowe i imieninowe, piękny wiek, sześćdziesiąt lat.

JAN Dziękuję, dziękuję, ale przyjęcie zaplanowałem dopiero na wieczór, zaprosiłem kogo się dało. Tylko Bartek nie przyjedzie, rano był wypadek autobusowy, nawet niedaleko stąd, jest siedmiu rannych, ma pecha, zamienił się z kolegą na dyżur, tamten pojechał na ślub siostry, i Bartek musi sam poskładać siedem osób. Dzwonił w przerwie, że się do nas nie wyrwie.

STEFAN (spogląda na plakat z nagą dziewczyną wiszący na jednej ze ścian w domku) Piękna pani.

JAN To ja ci coś zdradzę. Chodź ze mną nad jezioro (pokazuje na lornetkę wiszącą na jego szyi) To stara lornetka, jeszcze z Wehrmachtu, z tych stron trochę chłopaków w czasie wojny do Wehrmachtu powołali, poprzywozili sobie różne pamiątki, prawie wszyscy już poumierali, a ich synowie przeszłość sprzedają, bo taka bida na nich naszła. Ja kupiłem dwie kurtki, jedną ma na sobie ojciec, do tego rukzak, różne odznaki, hełm, no i lornetkę. Nie wierzysz? Popatrz (otwiera szafę, w której wisi kurtka mundurowa koloru khaki, na półce leży hełm, są inne wojskowe przedmioty).

            Bracia wychodzą z domku, idą w stronę jeziora.

JAN (pokazuje na przybudówkę obok domku) W środku trzymam zündappa. Sprawny jak cholera. Też go nabyłem od chłopka, za parę złotych.

 

2.

            Zatrzymują się na brzegu jeziora. Jan patrzy przez lornetkę na wodę. Uśmiecha się z zadowoleniem.

JAN (podaje Stefanowi lornetkę) Sam zobacz.

STEFAN (patrzy przez lornetkę) Nic nie widzę.

JAN (odbiera mu lornetkę) No, jak nie widać jak widać, goła baba na drugim brzegu się kąpie, no żywa laska, a nie wybryk wyobraźni (patrzy przez lornetkę, w której na jeden błysk rzeczywiście pokazuje się naga dziewczyna zanurzająca się w wodzie) Wczoraj się kąpała i dzisiaj znowu.

STEFAN Cały czas się kąpie?

JAN Nie, tylko o tej porze.

STEFAN (zaskoczony odbiera bratu lornetkę, znów obserwuje jezioro) „Koń, krowa, kura, kaczka, kura, kaczka, drób, o jest widzę drogę, chyba na Ostrołękę”.[*] Nic więcej nie widać.

JAN (bierze lornetkę, patrzy, znowu dostrzega przez sekundę nagą dziewczynę) Jaja sobie robisz? Nie widzisz, bo widocznie nie chcesz. A ja widzę, no nic, jeszcze ją zobaczysz, ale... zdradzę ci tajemnicę, ta kobitka to... z plakatu w moim domku, gdybyś się jej dokładniej przyjrzał, to byś ze mną się zgodził.

STEFAN Ale skoro jej nie widzę, to jak mam ci uwierzyć?

JAN Przyjdzie taka pora, że jeszcze ją zobaczysz, w pełnej krasie.

            Stefan bierze lornetkę, raz jeszcze próbuje coś zobaczyć na jeziorze, ale chyba bez powodzenia.

JAN (pokazuje na prymitywny pomost) Syn z kolegą zrobił, na razie byle jaki, tyle by łódkę przymocować, ale za to łódź porządna, kupiłem od znajomego za pół ceny, do tego ponton dołożył. Wsadzili go do pierdla, za duże przekręty finansowe, jego baba sprzedaje po nim, co się da (słychać dźwięk komórki, wyjmuje ją, rozmawia) Dzisiaj mnie nie ma, nie ma mnie. Pani Kasiu, proszę, niech pani pourzęduje do szesnastej, jutro ma pani wolne, tak wolne. Tak, przyjechał, proszę mnie z nikim nie umawiać, nie umawiać. Dziękuję, dziękuję (chowa komórkę) Moja sekretarka. Ta la la, laska nebeska... O czym ja mówiłem? Aha, o tej łódce, dobra, jest bezpieczna, po południu możemy wypłynąć za cypel, zobaczysz kawał jeziora. Ja tu gadu, gadu, a miałem kosić. Lubię kosić, lubię chodzić na bosaka, czuć pod stopami trawę, rajcuje mnie zapach skoszonej trawy...

STEFAN Po co ci siano?

JAN Niepotrzebne mi, ale może mój sąsiad, Bator, będzie chciał, szkoda je zmarnować. O, za płotem, zobacz, skoszoną trawę wyrzucili na drogę. Podeschnie, to ją spalą, smrodu narobią, ale muszę milczeć. Nie mogę źle żyć z sąsiadami. W pięciu przyjechali w ostatnią niedzielę, dwie baby jak piece, facet i dwóch chłopaków. Calutki dzień cięli, kosili, karczowali. Sąsiad ma ode mnie gorszą działkę, bez dostępu do jeziora. Ale z drugiej strony, uwaga, sąsiaduje z moją działeczka dla ciebie, nie trzeba byłoby stawiać płotu, domek ci załatwię, podobny do mojego.

STEFAN Słyszałem, że ten domek za duży, że przekroczyłeś normę?

JAN Troszkę za duży, ale polazłem do gminy z prezentem i mam spokój. Zresztą, urzędniki szkolą się u mnie, ja im egzaminy robię, mam nadzieję, że przymkną oko na budowlaną samowolkę.

STEFAN Nie myślałem nigdy o własnym domku nad jeziorem.

JAN Dlaczego?

STEFAN Jesteś jakby... skazany na niego.

JAN A co tu brzydko jest, czyste jezioro, ryby są, raki, żyć nie umierać. Niemcy daliby każdą cenę za pobyt tutaj, ko wie czy nie założę tu kolonii domków, nie ściągnę niemieckich turystów, oni szukają prymitywnych warunków, ja im to zagwarantuję.

STEFAN Szkoda byłoby zlikwidować tę ciszę...

JAN Ale szmal byłby, w euro, i udałoby się zatrudnić paru miejscowych bez roboty. Tu naokoło połowa dorosłych basiorów nie ma żadnego zajęcia. Nigdy ich tylu nie widziałem jak obecnie. Pozjeżdżali do rodzin z polikwidowanych hut i kopalń, z hoteli robotniczych, na ogół bez rent czy emerytur, dopóki mieli w kieszeni parę groszy byli tolerowani, ale gdy to się skończyło, o, to gorzej, wypomina im się każdy kęs. To... przegrani zwycięzcy... Mało ich zresztą zostało.

STEFAN Przegrani zwycięzcy?

JAN A tak, tak. Zachciało im się rewolucji. W osiemdziesiątym. Wygrali pierwszy bój, ale przegrali wojnę, przegrali życie. Kombinuję, jak wyglądał strajkowy tort. Po wierzchu – oni o ufnych niebieskich oczkach, płowych czuprynach, rozmodleni, a na spodzie stare wygi z roku siedemdziesiątego, a nawet pięćdziesiątego szóstego, z lagami w ręku. Pobici przez władze, zdziesiątkowani, rozparcelowani przed laty, ale dyszący zemstą i nienawiścią, by się odegrać, by zrobić kuku niekochanej władzuni, gdy tylko nadarzy się okazja. Jedno zrozumieli, że nie mogą wyjść za bramę fabryki lub stoczni, bo ich zaraz zdziesiątkują, podzielą, wykurzą do mysich nor, obdarzą przestępstwami takimi jak podpalanie samochodów czy rabunek sklepów. Dlatego wyjadacze zrobili wszystko, by masy nie wyszły za bramę, nie dały się podzielić, skołować przez prowodyrów. Pomogła im technika. Bo czy młodzi kwapili się do boju? Skądże. W domu czekała na nich niewykończona łazienka, fiacik pod oknem, młoda żonka w łóżku, a hormony w nich buzowały i zawsze będą buzować bez względu na ustrój i encykliki, ale starzy nie popuścili. By ich nie wypuścić ozdobili bramy kwieciem, a sierpień sprzyja kwieciu, dołożyli święte obrazki, msze święte i księdza z opłatkiem. I skołowanym młodzikom zdało się, że wrócili do wiejskiej, jarmarcznej, przyjaznej im atmosfery z dzieciństwa, czasu szczęśliwości. Ukryli się za tym opłatkiem jak za tarczą. Dali się przekonać, że czuwa nad nimi biały ojciec, że jest z nimi, z nimi. Różnym liderom udało się im wmówić, że ojczyzna i synczyzna to jedno, że oni teraz pierwsi w sercu białego papy, że nic im nie grozi. Chociaż bali się straszliwie, bali się, oj jak się bali, ale gdzie uciec, kiedy za plecami każdego młodzika stał stary robociarz z lagą?

STEFAN (przerywa mu) Czy nie za bardzo się rozpędziłeś?

JAN Powtarzam tylko, co mi jeden stary profesor powiedział paręnaście lat temu.

STEFAN Chyba niedokładnie. Czym się oni zajmują?

JAN Dobre pytanie. Część łowi nielegalnie ryby, część kłusuje po lasach, zbiera jakiś złom, kręci się przy najbliższych torach, choć pociągi już nie jeżdżą, podkrada paszę, tu jednak trudno coś komuś ukraść, państwowego już nie ma, ludzie się znają. No i chlają do oporu. Normalka. Jakby już pokumali, że zostali wepchnięci w niebyt, że się z niego nie wygrzebią, że sami są sobie winni, że nikt winnego im nie wskaże. No chyba, żeby zaczęli kumać, że muszą to sami zrobić, że znowu jakąś lepperiadę trza wywołać musowo, albo coś innego. To co, skusisz się na własną działeczkę, zostaniesz dzień dłużej, załatwi się formalności, zrobisz mnie pełnomocnikiem i twój będzie ten kawałek podłogi?

STEFAN Masz coś do picia?

JAN Upał jak cholera, co? Piękny dzionek, w sam raz na balangę. W domku, pod stołem stoi mineralna. A jeżeli jesteś głodny zrób sobie kanapkę, wszystko znajdziesz w lodówce (przestaje mówić, macha ręką, bierze opartą o pień drzewa kosę, pluje w dłonie, zaczyna kosić).

 

3.

Stefan idzie w kierunku domku, w środku znajduje wodę mineralną, nalewa sobie do plastykowego kubeczka, ze swojej torby rzuconej na fotel wyjmuje lekarstwa, spogląda przez szeroko otwarte okno na koszącego z samozaparciem brata. Koszenie nie idzie mu najlepiej, najwyraźniej nie ma wprawy. Stefan połyka lekarstwa, popija wodą, później przygląda się nagiej kobiecie na fotografii wiszącej w domku.

            W szkle, pod jakim znajduje się fotografia, odbijają się słoneczne promienie, twarz młodej kobiety jest prawie niewyraźna, rozpływa się.

            Później, przez otwarte drzwi, patrzy przez chwilę na nieruchomo siedzącego w cieniu Ojca.

            Dostrzega nagle stary magnetofon „Kasprzaka”. Ogląda go chwilę, naciska jeden z klawiszy, słychać szum taśmy, a w chwilę później zaskoczony mężczyzna słyszy z taśmy głos starego człowieka, jego Ojca, chrapliwy, wypowiadany z wielkim trudem: „Koch, ko, kochany synku, nigdy ci o tym nie mówiłem, pamiętam jak miałeś chyba roczek. Miałeś jasne włoski, kręciły ci się, do tego niebieskie oczy, mama ubierała cię w marynarskie ubranko, mieszkaliśmy wtedy na Ziemiach Odzyskanych, daleko od miast, blisko Odry, samotni w piętrowym, poniemieckim domu. Wiele wtedy strachu się najedliśmy. Zwłaszcza nocami. Zachorowałeś nam, na co nie wiedzieliśmy, uderzałeś tylko główką o ścianę, czyli chciałeś nam chyba powiedzieć, że boli cię głowa. Ja nie mogłem się ruszyć, pilnowałem gospodarstwa no i karabinu, z którym się nie rozstawałem, było to zaraz po wojnie, naokoło nie brakowało maruderów: Rosjan, Niemców, trwa urosła do piersi, i ja nocami nie spałem, czuwałem wyglądając z dymnika, by ktoś nie zaatakował nas znienacka. Wysłałem twoją mamę do Szczecina, do szpitala, po pomoc. Poszła pieszo, z rewolwerem w koszyku, a ja zostałem sam z tobą. W południe, na polnej drodze do domu, pojawił się willys z kilkoma Ruskimi, żołnierzami. Nie wyglądali na przyjaciół. Nie wiem dlaczego, wyniosłem cię do nich na wpół przytomnego. To ich zaskoczyło. Chyba nie tego się spodziewali. Próbowałem im wytłumaczyć, znałem kilka słów po rosyjsku, że ty „malczik bolen”, i jeden z nich powiedział, że zawiezie cię „w bolnicu”, że zna „wracza”. Miałem bańkę bimbru, to ich ostatecznie przekonało. I zabrali cię. Twoja mama wróciła szczęśliwie wieczorem polską sanitarką. Nie zastała Cię. Pojechała Cię odnaleźć. Wytrzymałem bez was dwa dni, przeklinając swoją głupotę. I pojechałem szukać was. Do Szczecina. Odnalazłem was! Zobaczyłem cię jak bawiłeś się na szpitalnym łóżku. Miałeś ropne zapalenie głowy, nie było wtedy penicyliny, a jednak niemiecki lekarz, staruszeczek wyleczył cię! Bodaj pamiętał jeszcze wojnę francusko-pruską. Chudziaczek taki, zostawili go ruskie w szpitalu. I dobrze. Potrzebny był taki sojusz tym, którzy przeżyli. Trójbraterstwo z musu. Jak to się dziwnie losy plotą. Boże, jaki uszczęśliwiony wróciłem do samotnej willi. Tamtego dnia poszedłem do lasu, trafiłem na polanę, była czerwona od poziomek, nazbierałem ich cały garnek. Jadłeś je potem ze śmietaną i cukrem, nie zapomnę jak się wtedy śmiałeś. Płakałem... (kaszle).

            Na taśmie słychać trzaski. Stefan wyłącza magnetofon. Wpatruje się w ścianę przed sobą.

 

4.

            Na drodze do domku pojawia się Bator, miejscowy gospodarz, nieogolony, 63 lata. Przed sobą, na brzuchu, niesie skrzynkę z alkoholem. Brzęczą butelki. Stefan spogląda to na niego, to na leżące na stole czasopisma w rodzaju „Viva”, „Twój styl”, „Elity”, „Playboy”...

BATOR (z daleka) Dzień dobry, panie Janek!

JAN (przestaje kosić) Dobry, dobry. Ładna pogoda dzisiaj, co, panie Bator?

BATOR Ładna, ładna, jak cholera. Co nie ma być ładna, w takim dniu, dwudziesty czwarty czerwca, najdłuższy dzień w roku.

JAN I najkrótsza noc, co panie Bator, noc świętojańska, noc pogańska, ale to nie znaczy, że się nic nie wydarzy, choćby u pana pod pierzyną.

BATOR (stawia skrzynkę z wódką na trawę) Kto by tam w taki gorąc nakrywał się pierzyną. Pomyślałem, przyniesę wcześniej, później nie będę się już kręcił, nie będzie wypadało.

JAN Bez ceregieli, panie Bator, pan tu pierwszy gospodarz, co przez cały rok daje baczenie na mój kawałek podłogi.

BATOR Ba, gdyby każdy chciał jeździć tą drogą, byłoby rojno jak na Marszałkowskiej.

JAN Pan bywał w Warszawie?

BATOR Nie byłem, nie ciekawym, ale tak mówią. Przyjechał brat, co! Ze stolicy. Przed chwilą taksówkę widziałem.

JAN Ze stolicy, skąd pan wie?

BATOR Wspominał pan kiedyś.

JAN A pan zapamiętał. W telewizji go pokazują. Ja, to panie Bator, nie oglądam telewizji, dwieście programów mam na kablówce, na „Wiadomości” otworzę telewizyjną skrzynkę, czasami jakiś film próbuję obejrzeć, dyskusję o dupie Maryni, ale oczy same się zamykają. U mnie stoi taki fotel przed telewizorem, znaczy się śpioch, że jak tylko w niego zapadnę, na amen wyłączam się z życia. Człowiek się nagoni przez cały dzień, to potem szczęśliwy, że może się gdzieś zadrzemać do woli.

BATOR A ja zazdroszczę takiego życia, co dzień w ruchu, co dzień, co nowego. A u mnie, jaki ruch, jakie życie? Nawet siać przestałem. Bo po co, dla kogo? Córka poszła na swoje i my zostali z jednym dzieciakiem, co się późno trafił. Czternastolatek. Co nam potrzeba, starym? Tyle co nic. Nie ma dla kogo pracować. Patrz pan, wszystko aż po zielsko ma się dobrze. Idzie w górę jak cholera, perz taki, że go ruskim czołgiem nie wyrwie. Gdyby chcieć rekultywować glebę to trza tyle w nią włożyć, że się... nie opłaca, no nie opłaca. Czemu miałby urzędas w Brukseli kochać polskiego chłopa? A na co mu to? Nie wierzę ani w jedno zapewnienie tych głowaczy z Unii. Nie dałem się skusić na unijne datki. Bo ja mam takie pytanie: a jak przyjdzie to zwracać?

JAN To dla matki ojczyzny, panie Bator, pan nic nie chcesz zrobić?

BATOR (denerwuje się) Panie, ojczyzna nic ode mnie nie chce, nic i niczego. Cokolwiek wyprodukuję, to się proszę „weźcie”, ale nikt nie chce, grymasi, że za drogo, że niedobre, że tego tam cholesterolu za dużo, i czego tam jeszcze, a jak co wcisnę komu to czekam całymi miesiącami na zapłatę. Z czapką w ręku, jak dziad, co ja się naproszę o swoje. To ja się zbuntował, nie produkuję niczego, ziemia nie daje plonu, pan sobie wyobraża, jaki ja czuję wstyd przed moimi ojcami, kiedy idę na ich groby? A w takiej sytuacji ile jest wokoło gospodarstw, ja mogę wymienić po kolei nazwiska. Albo tych, co sznur wybrali zamiast spłacania rat, kapuje pan, o co biega?

JAN Kapuje, kapuje, ale znajdą się, znajdą nowi gospodarze. Na ten przykład czyż nie zacząłem pisać nowej historii tej ziemi? (pokazuje ręką naokoło).

BATOR Z tym bym się nie zgodził. Jeszcze zanim wzięli mnie w kamasze, znaczy się do wojska, latem to było, idę sobie nad wodę, na ryby i co ja widzę, parę kroków stąd, dwóch facetów leży, na Adama, znaczy się gołe i ten tego panie, no bawią się w doktora. Kapujesz, pan?

JAN (powątpiewa) Eee, w tym miejscu?

BATOR W tym, w tym. Dokładnie w tym. Obce, przyszli pieszo od stacji kolejowej, co ją ostatnio zlikwidowali, będzie ze sześć kilometrów, z plecakami, widocznie odludzia szukali, tak i trafili na ten piaseczek. Wydawało im się, że tu koniec świata, nie ma nikogo. I rozdziali się do goła. Pedryle.

JAN Daj pan spokój, dwa chłopy. Ale co, co było dalej?

BATOR Nawet się nie speszyli. Ominąłem ich i poszłem sobie. Po południu już się zmyli. Ale, ale panie Janku, co z tym kontenerem? (podnosi go z trawy).

JAN Wrzuć pan tę wódkę do domku, bo na słońcu się nagrzeje.

BATOR W piwnicy ja ją trzymał, zimna jest.

JAN I niech tak zostanie.

 

5.

            Bator wchodzi do środka domku, zauważa Stefana, który pozornie nie zainteresowany czyta leżącą na stole prasę.

BATOR Pański brat mi kazał...

STEFAN Słyszałem, słyszałem, ale skąd pan wie, że to mój brat?

BATOR No, podobni panowie jesteście, brat mi zresztą wspominał, że pan przyjedzie. Tak czy siak, witam w raju (ostatnie słowa mówi z ironią).

STEFAN W raju?

BATOR A czy tu nie jest raj? Spokój, cisza, odludzie, słońce, woda, sitowie. I polityka daleko. Ale ja nie przyszedłem tu na dyskusję. Wybaczy pan, ale walnę prosto z mostu. Mogie?

STEFAN (patrzy na niego zaskoczony) No wal pan, wal.

BATOR Pan niepotrzebnie z nimi zadarł.

STEFAN Niby z kim?

BATOR Z tymi w sklepie. Bodaj przed godziną.

STEFAN Skąd pan wie, że z kimś „zadarłem” w sklepie?

BATOR Powiedział mi ten, co jechał za pańską taksówką rowerem.

STEFAN Czyli ktoś mnie śledził?

BATOR Eee, zaraz „śledził”. Ciekawy on. Z natury. Pan niepotrzebnie z nimi zadarł.

STEFAN Bili garbatego.

BATOR A co to pana obchodzi, kogo bili? A niech biją starego ubeka, Murzynka Bambo, Żyda, cyklistę, kogo chcą. A może ten garbaty lubi jak go biją, a może dali mu pięć złotych, żeby go mogli łomotać? Pan się niepotrzebnie wtrącił.

STEFAN Zatrzymałem się po drodze przed sklepem, chciałem się czegoś napić, a przede mną dwunastu byków stoi w kolejce po piwo.

BATOR Policzył ich pan? Pan się niepotrzebnie tłumaczy. A jednak trzeba było poczekać na ostatku, a pan się przecisnął przez tłum skacowanych chłopów do kasy bez kolejki, a później bronił tego garbatego. Pan rzadko bywa na wsi?

STEFAN Bardzo rzadko.

BATOR To w końcu nie jest takie ważne. Sprawia pan wrażenie doświadczonego człeka. Pan nie zna naszej wsi spokojnej, tu się nic nie dzieje, i nagle taka gratka, przyjechał obcy. I wtrącił się, tak jak oni sobie wymarzyli, wyśnili. Brukselczyk, psiakrew! To oni teraz dadzą odpór. Jak Kmicic w Częstochowie.

STEFAN Pan przyszedł mnie postraszyć?

BATOR Uchowaj Boże!

STEFAN Ale co to pana właściwie obchodzi?

BATOR Chcę panu pomóc. Niech pan ucieka stąd. Im szybciej tym lepiej. Pan ich obraził, olał ich chamski honor. Oni tego nie wybaczą panu. Pan się wtrącił w ich zabawę. Tu chłopy się bawili, jak chcieli. Przed wojną pławili karczmarza Icka w jeziorze aż się znalazł taki, co im odebrał tą zabawkę. I jak się skończyło, no ja się skończyło?

STEFAN No, jak się skończyło?

BATOR Zadziora z pana. Pan nie wie co się dzieje na wsi. Te „byki”, jak pan mówi, z wielkiego świata musieli wrócić na ojcowiznę, co dawno podzielona i opita. Dobrze, że czas już ich przesiał. Mieli mieszkania, pensję, co miesiąc, trzynastkę, wczasy, pożyczkę, stałą robotę, fuchy na lewo, wynosili z zakładu co chcieli, budkę z piwem do tego pod bokiem i raptem stracili to wszystko. A stąd zawsze się uciekało. Nigdy wracało. Tu niemożliwy był awans. Bo gdzie? Między dziedzicem i plebanem? To przeklęte miejsce, o którym chciały zapomnieć pokolenia. I nagle odwróciło się. Nieszczęśnicy wrócili. Ale po jaką cholerę? Dlaczego? Pan odpowiesz na to pytanie? Szans tu w dalszym ciągu nie ma. Ba, znikąd nadziei. Powrócili do korzeni, co? To się tak mówi, co? Ale po co? Zrozum pan, mieli wszystko, nie mają niczego. Wieś się z nich śmieje po kątach. Szukają teraz winnego. I za wodzem się oglądają. Dziś biją garbusa, a jutro... Ech... Pan wie, jak wygląda tłum, który pędzi prosto przed siebie? Ja byłem w czołgu w Grudniu, na Wybrzeżu, znaczy się pancerniak był ze mnie, i ja widziałem tłum przed sobą. Tłum z kijami, kamieniami, butelkami z benzyną... Pocisk z naszego czołgu fuknął nad nimi, niby na postrach, i to był sygnał dla nich. Niby ta iskra. Usłyszałem „Kapral Bator, naprzód!” i widzę, że zbielały mi kciuki zaciśnięte na drążkach, warga mi lata. Cholera, przecież byłem za pancerzem, to nie wafelek czekoladowy. Nie, nie wezmę ich pod gąsienice. To tłum po strzale rzucił się na moją załogę. Wyciągnęli nas ze środka. Hełmofon mi zerwali, kombinezon, rozebrali prawie do naga. Nie uszanowali munduru. Żołnierzyka w gaciach ze mnie zrobili. Niehonorowe takie. Nie wierz pan, że tam była polityka, tam barbaria była. Zresztą, po obu stronach. Po obu! Tłum nie może się cofnąć. Bo dokąd? Do dżungli (kręci głową) Mundur ze mnie zerwali...

 

6.

Do wnętrza domku zagląda Jan.

JAN Poznaliście się panowie, nie muszę was sobie przedstawiać?

BATOR Poznali, poznali. A co tam przedstawiać, to pańskie fanaberie. Zresztą, mnie się zwiduje, że ja (z naciskiem) już pana Stefana widział kiedy.

JAN W telewizji, w telewizji. No to co, obalimy połóweczkę, napijemy się po maluchu?

Przechodzi do kuchni, szuka kieliszków.

BATOR Czemu nie.

Jan rozlewa wódkę do trzech kieliszków.

BATOR Panie Janku, pańskie zdrowie, sto lat życia.

JAN Dziękuję, dziękuję, ale czemu mnie pan życzy sto lat w tym syfie? Pan jesteś dla mnie niedobry. Bardzo niedobry.

STEFAN ledwie zmacza usta w swoim kieliszku, odstawia go na blat stolika.

BATOR (zauważa to) A co, niedobra nasza wódeczność?

STEFAN Nie, skądże.

JAN Stefan nigdy dużo nie pił. Tym się od nas odróżniał. Tym i tamtym. No, to jeszcze po jednym, na drugą nóżkę.

Znowu piją. Stefan w dalszym ciągu udaje, że pije.

BATOR Wypiłem, odwagi nabrałem. Chciałbym się o coś zapytać.

STEFAN Pytaj pan. Pan lubi dużo pytać.

BATOR Wie pan, ten z tego serialu, co na drugim programie leci, to podobno ma romans z tą z tego tasiemca, co to pokazują na pierwszym, prawda to?

STEFAN (uśmiecha się) Pan mówi tak zagadkowo...

BATOR Panie, nie mam głowy do nazwisk. Wiem, że gra policjanta, a kombinuje z żoną doktora z tego serialu na pierwszym.

STEFAN Tyle tych seriali, pan myśli, że ja je oglądam?

BATOR No nie, ale pan bliżej tej telewizji jest, łatwiej panu ucha nadstawić.

STEFAN Nie zaspokoję pańskiej ciekawości.

BATOR Szkoda, bo powiadają, że dzieciaka zostawił dla tej nowej? Panie, te artysty to są ryzykanty. Gdybym jak tak spróbował... Panie Janku, to pan mnie mówił o tym policaju?

JAN (lekko zmęczony, przymknięte oczy) Ja panu mówiłem? Kiedy to było. Może i ja mówiłem, przeczytałem o tym w tych pismach (pokazuje na kolorowe pisma leżącego na stole).

BATOR Tak czy owak, te artysty wolne ptaki (podchodzi do zdjęcia nagiej dziewczyny na ścianie, przygląda się) Panie Janku, jak ostatni raz tu byłem tego portretu nie widziałem. Kto to jest?

JAN Rusałka.

BATOR Tak się nazywa?

JAN Niech będzie.

BATOR Ładnie.

Jan ziewa, wyraźnie zaczyna zapadać w drzemkę.

BATOR (do Stefana) To co, naleje pan jeszcze po kuśtyczku?

STEFAN Proszę bardzo (leje do dwóch kieliszków).

BATOR (smakuje) Prawdziwa, bo na co dzień my tu pijemy brenuchę, księżycówkę, patykiem pisane, różnie to nazywają. O popatrz pan, już zasnął (pokazuje na Jana) Widze nie raz jego samochód na drodze, przylece chwile potem, a on już śpi, ciśnienie ma niskie, może cóż inszego, w każdym bądź razie zasypia w każdym miejscu gdzie usiądzie, to chyba po tym wypadku, co?

STEFAN No, wypadek był poważny.

BATOR Panie, a jak on śpi niespokojnie. Rzuca się, mamrocze przez sen. Jakby był narkomanem. Tak. Sen – braciszek śmierci.

STEFAN Pan wie jak śpi narkoman?

BATOR Od razu wie, wie. Tak mi się powiedziało. Pan mówi „poważny wypadek”. Myślałem, że nie podniesie się już, ale pański szwagier go poskładał, ma szczęśliwą rękę, mnie też czyraka zdjął z szyi, raz i po krzyku, dobry chłop. A jak się zajął tym chłopakiem, co go koń kopnął w brzucho zeszłego roku, kazał zara zrobić wszystkie prześwietlenia, nie zostawił samego. I dzieciak żyje, a od wdowy jest, ma z niego porękę do dziś, znaczy się ta wdowa. Taak, a ja stale o głupstwach. Pan się piorunem zastanowi nad tym co powiedziałem, bo czasu coraz mniej, coraz mniej.

STEFAN A jak się stąd... wycofać?

BATOR Ciepło, ciepło. Tą samą drogą, inszej nie ma. Może się panu uda przemknąć koło tego sklepiku, jak się pan pośpieszy...

            W to gadanie wdziera się krzyk dziecka „Tata, tata!” Bator spogląda zdziwiony. Sprzed domu stojącego na wzgórzu krzyczy w jego kierunku jakiś chłopiec

BATOR (zaskoczony) To syn się tak wydziera, co się tam stało, kobitę rano puściłem na pielgrzymkę, zostali my sami i ot rozdarł się, jak za przeproszeniem, damskie gacie. To ja już pójdę. Do widzenia.

            Bator wychodzi. Stefan obserwuje go przez okno jak wychodzi z posiadłości brata. Później bierze lornetkę i wychodzi z domku, idzie w kierunku jeziora. Wchodzi na molo, stoi chwilę, później lornetką obserwuje jezioro, ale widzi tylko gładką powierzchnię wody. Następnie wsiada do łódki, próbuje wioseł, w końcu wypływa kawałek poza trzciny, oddaje się... rozmyślaniu.

            Ojciec z wózka spogląda na niego niewidzącym wzrokiem.

 

7.

            Na molo pojawia się Jan, przeciera oczy.

JAN Przysnąłem chyba, co? Budzę się, nie ma was. Co za sen mnie męczył, co za sen! Jakby zmora usiadła mi na piersi, dusi, gniecie... Macam, a to... lornetka, dziwne, ciężka jakby z kamienia. Ledwie zerwałem ją z szyi, wyrzuciłem do wody, po co? I... obudziłem się. Brr. Batora nie ma?

STEFAN (w łódce, przy molo) Poszedł sobie. Syn go wołał.

JAN Popatrz na ojca, wygląda jakby na kogoś czekał. Dużo dałbym, żeby mi powiedział na co czy na kogo.

STEFAN Gdybym chciał ojca o coś spytać zapytałbym go jak się godnie zestarzeć, jak mu się to udało? To cholernie trudne zadanie. A tego Batora znasz od dawna?

JAN Burak, nie ma dnia żeby mnie nie odwiedził. Kuleżeński taki. Zresztą, co ma robić upadający chłopek? Z nudów łazi po wsi i podjudza. A nie chciał pożyczyć od ciebie paru złotych? Wie wszystko o wszystkich. „Wolna Europa” by z nim przegrała. W Brukseli z takimi sobie nie poradzą. Namolny, wielu naciągnął na święty nigdy. Kiedyś się uchlał u mnie, jak zwykle na krzywy ryj, i zaczął perorować, że on z króla chłop, że tak naprawdę to jego przodkowie nazywali się... Batory, czyli on z królewskiego rodu. He, he! To co, nie próbował cię naciągnąć?

STEFAN Nie próbował.

JAN Nie słyszałeś, a on mówi do mnie: panie, pan ma nową Toyotę, a brata ze stolicy taksówka przywiozła.

STEFAN Nie dbam o to.

JAN Ale dla niego to ważna sprawa, będzie latał po wsi i rozpowiadał, że gość niby z lepszego świata, a nie ma własnego wozu.

STEFAN Wisi mnie to.

JAN Bo nie znasz pierdolonej mentalności tych chłopków, jak się czego uczepią to nie popuszczą, będą włos rozszczepiali na czworo. Usiądą w kucki pod sklepem, ustawią przed sobą, na murku, telewizyjne „Arizony” i gadają, gadają godzinami. Do Europy im się nie spieszy. Co mają robić? Tylu ich się zewsząd nazjeżdżało. Marynarze i stolarze, górnicy i hutnicy...

STEFAN Jak on ma na imię?

JAN Chyba Mieczysław, ale mówią na niego Mafioso albo Mefisto. Nie lubią go we wsi. Ma za wysokie wykształcenie, kończył dokładnie tę samą zawodówkę co jeden wąsacz z Gdańska. Długo się tym chwalił, ale ostatnio przycichł. Najlepszy jest, kiedy trzeba pomędrkować, w kucki, na przyzbie, o zmierzchu, napuścić jednych na drugich (dostrzega lornetkę leżącą na molo) O, złamałeś się, próbowałeś ją zobaczyć i co?

STEFAN I nic.

JAN (bierze lornetkę, patrzy) Cholera, wyłazi z wody, widzę jej walory! Od tyłu, ale jest na co popatrzeć, jest.

STEFAN Znaczy się, przez cały czas się kąpała?

JAN Tak by wyglądało, w końcu minęła godzina, dwie, mogła się tak długo kąpać, nie, czyścioszka (słychać dźwięk komórki) A to ty Błażej. Dobrze, żeś się w końcu odezwał, trzy razy do ciebie dzwoniłem, trzy razy, nie tłumacz się, to co jest w kuchni na stole wsadź do torby i przyjeżdżaj. Aha, resztę weź z lodówki, też zapakowane. Czekamy na ciebie, wujek przyjechał, sam, trudno, bierz motorower, taksówki ci nie zamówię. Czekamy (pakuje komórkę do kieszeni) Synalek. Stawia się, cholera, gdybym ja miał takie warunki do nauki jak on. Spokój ma w domu. Swój pokój na twierdzę zamienił. Tabliczkę zawiesił na drzwiach „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Telewizor ma, video, komputer z Internetem, wieże, odtwarzacze, tablet najnowszy, w końcu czwarta klasa technikum, do niemieckiego ma specjalnego nauczyciela, za jego komórkę płacę, wychowawczynię bajeruję, na kawki zapraszam, dałem jej twoją książkę, łaskawie przyjęła, z wielkim trudem udało się go przecisnąć do kolejnej klasy.

STEFAN Trzeba na nich uważać?

JAN Nie znasz dnia ani godziny. Powtarzam w kółko: jeden język obcy, do tego prawo jazdy, komputer perfekt i kindersztuba to minimum, minimum, by domagać się czegoś od życia. Prawko ma, komputer w małym palcu, tylko ten niemiecki, nie idzie mu, nie ma głowy do szkopskiego szwargotu. Ale cholera, zawziąłem się, musi się nauczyć, ja też uczyłem się go, jako stary chłop i udało się, uniwersytecki egzamin zdałem z germana. A on myśli, że bokiem obejdzie ten niemiecki. Synku, powtarzam mu, nie będziesz się uczył, po mnie jedynie firmę obejmiesz, w moje układy cię wciągnę, i to wszystko. Coś ci tam dam, ale niedużo, niedużo. W kapitalizmie nie ma to tamto. A on mi na to „Wisi mi to kalafiorem. Nie piszę się na wyścig szczurów!”. Dobre co, wyścig szczurów. Cholera, Bogu dziękuję, że pozwolił mi na miejsce na starcie, bo inaczej gdzie ja bym był teraz, co ja bym robił, kaleka?

STEFAN A co z córką?

JAN Twarda sztuka. Uciekła ojcu. Nie odzywa się, jak wyjechała. To już dwa lata. Na swoim chce być. W Kanadzie jest. Krzyżyk na drogę. Zwiała mi, ale Błażejowi się nie uda. Nie wypuszczę go z rąk, dopilnuję, pokieruję nim.

STEFAN Co robi córa?

JAN A czy ja za nią chodzę, duchem jestem, w końcu skończyła liceum pielęgniarskie, miała ciągoty do samodzielności od małego. Tak i nie przeszkadzałem jej. Co robi, to robi? Nie wiem. Zresztą tu miała harować za tysiąc złotych! Żyły sobie wypruwać. Jak długo?

STEFAN Po wypadku nie masz kłopotów... ze zdrowiem?

JAN Bywa różnie. Raz poprzecznie, raz podłużnie. Bartek mówi, że gdyby nie zdecydował się w jednej chwili na operację... Tego mu nie zapomnę. Chciałem go ostatnio wypromować na radnego, ale się nie dał. Twierdzi, że nie ma społecznikowskiej żyłki.

STEFAN A ty sam nie mógłbyś na tego radnego?

JAN Są tacy w mieście, co tylko czekają na mój ruch, wzięliby mnie wtedy pod obcasy, niczego nie oszczędzili, tu jeden o drugim wie wszystko. A wszystkim zawiść kieruje. Oni pamiętają, że trzy lata byłem w milicji. Od razu by mnie wypunktowali, dobili bez litości, tu nikt nie ma litości dla drugiego, tu jest, bracie, walka o byt.

STEFAN Nie byłeś oficerem.

JAN Bo wcześniej nie zaliczyłem wojska, nie byłem na żadnym kursie, dlatego nie dali mi nawet stopnia podoficerskiego, byłem prostym szeregowym, a jednak są tacy, co by cię zniszczyli bez pardonu...

STEFAN Przecież zwolnili cię z nauczycielskiej posady za działalność we wiadomym związku.

JAN Zwolnili, zwolnili i co z tego? Ale później, na złość paru miejscowym skurwysynom, nasz kochany braciszek, fisza w komendzie wojewódzkiej, załatwił mi w mieście posadę prostego milicaja, krawężnika. Ot, paradoks, nie jedyny na prowincji. Że niby ja z najlepszego na świecie związku tak nisko upadłem, że niżej nie można. A co, miałem zdechnąć z głodu? A za Trzeciej RP zwolniłem się, wróciłem niby z triumfem do nauczycielstwa. Na wiochę mnie pchnęli. O 6.25 rano już musiałem stać na przystanku autobusowym, latem i zimą. A później miałem ten cholerny wypadek. Dwie operacje, rehabilitacja.... Posłali mnie na rentę. Dali 760 złotych. Ale miałem paru kumpli, podpowiedzieli mi co mam robić, wysłali na kurs BHP i tak zacząłem działalność na własną rączkę. Dzięki Bogu to już piętnaście lat jak sobie daję radę, nie ma lepszego ode mnie w pisaniu powypadkowych protokołów, mam pod sobą trzydzieści zakładów, dwie, trzy stówy biorę od każdego. Do tego firmę usługową prowadzę. Wystarczy na wózek, na ten domek, na życie. Ale ilu by mnie utopiło w łyżce wody, w jednej łyżce wody!

 

8.

            Słychać charakterystyczny warkot motoroweru, na drodze pojawia się motorower z synem Jana.

JAN Prędko się uwinął.

            Idzie w kierunku syna. Stefan wysiada z łódki, też idzie za Janem. Motorower zatrzymuje się przed bramą. Otwiera ją Jan. Syn Jana to Błażej, chudy osiemnastolatek ubrany jak Rambo.

JAN Jak ci się jechało?

BŁAŻEJ Okey.

JAN Wziąłeś wszystko?

BŁAŻEJ Yes.

JAN To przenieś do domku, później mam dla ciebie fuchę.

BŁAŻEJ Fuchę?

JAN Pomalujesz płot.

BŁAŻEJ Długo?

JAN Aż pomalujesz.

BŁAŻEJ Bo ja się z chłopakami umówiłem na dyskotekę.

JAN Kiedy?

BŁAŻEJ Wieczorem.

JAN Do wieczora daleko.

BŁAŻEJ Ale będę mógł pojechać?

JAN Zobaczy się jeszcze.

            Podchodzi do nich STEFAN.

BŁAŻEJ Dzień dobry, wujku (Sciskają się)

STEFAN Dzień dobry, wyrosłeś, że hej!

BŁAŻEJ E, tam.

STEFAN Co z tym niemieckim?

BŁAŻEJ Ojciec już się skarżył?

JAN Tylko nie ojciec, nie ojciec.

BŁAŻEJ Robię co mogę.

JAN Ale chyba nie wszystko.

BŁAŻEJ Tata...

JAN No dobra, bierz się za malowanie.

BŁAŻEJ A dwadzieścia złociszów dostanę?

JAN Biały Żyd, od razu się targuje. I w kogo to, cholera, taki cwaniak? Idź, przywitaj się z dziadkiem.

BŁAŻEJ (podchodzi do dziadka Hieronima) Dzień dobry, dziadku (dziadek milczy, nieruchomy, wnuk stoi chwilę bezradny, później odchodzi).

            Bierze się do malowania, to znaczy przebiera się, rozrabia farbę, stara się nie wchodzić w oczy ojcu, maluje starannie.

            Jan ogląda bagaż przywieziony przez syna.

JAN (do Stefana) To co, zjemy coś.

STEFAN Chce ci się robić?

JAN Do wieczora daleko, a ja lubię pitrasić. Zresztą, nie uwierzysz, ale gdybyś miał ochotę na pizzę, mogę ją zamówić. Będą z miasta z pizzą za pół godziny. Już ich wypróbowałem. To co?

STEFAN Daj spokój.

            Jan przygotowuje kanapki, robi herbatę. Stefan w tym czasie próbuje obserwować przez lornetkę miejscowe ptaki, coś tam widzi w lornetce.

JAN (woła syna) Błażej, Błażej, a odejdź od płotu.

BŁAŻEJ Sporo jeszcze zostało.

JAN Daj se luzu. Dobrze się wysławiam, co? (to do syna)

BŁAŻEJ Może być (podchodzi do stolika wystawionego na werandę, przysiada).

            Cała trójka zabiera się do jedzenia.

JAN Ech, jak ja lubię posiedzieć sobie na werandzie, oprę plecy o własne krzesło, łokcie położę na własnym stole i patrzę sobie na jezioro, ptaszek w górze zaśpiewa, ryba machnie ogonem, w trzcinach wiaterek zaszeleści... Żyć nie umierać. A co ty milczysz, Stefan?

STEFAN Czuję się trochę zmęczony.

JAN Ty czujesz się zmęczony, tytan energii. Nie poznaję cię. Zresztą i ten twój zawał był dla mnie szokiem, zaskoczył mnie. Ty, taki dbały o siebie, nie palisz, mało pijesz, i nagle zawał.

STEFAN Stres mnie dobił.

JAN Stres, jaki ty możesz mieć stres?

BŁAŻEJ (wtrąca się) Tato, zjadłem już.

JAN To może zagrałbyś nam co na gitarze? Gitara jest w domku.

BŁAŻEJ Co tata, za żadne skarby!

JAN Cholera, parę lat się uczyłeś, słuch masz. I nic. Nigdy nie słyszałem żebyś grał. No, nie graj dla mnie, ale zagraj dla wujka.

BŁAŻEJ Tata, proszę cię.

JAN To kończ malować, aha, po malowaniu nazbieraj w zagajniku trochę gałęzi na ognisko.

BŁAŻEJ Okey (odchodzi).

JAN (po chwili) Widzisz go jak się ostrzygł, na łyso, jak kibol „Legii”. No i ten mundur na nim amerykański. Nic innego nie założy. Odbiło tym młodym, czy co? Poza pizzą, bułami z MacDonalda i kurczakami z KFC nic nie chce jeść. A popija to wszystko wyłącznie coca-colą. No, nie, od czasu do czasu wypije piwo. Wariat. Czasami się zastanawiam, o czym on myśli, jakie ma plany na przyszłość, co go rajcuje, jak, cholera, mnie widzi na ten przykład?

STEFAN Przejdą mu z wiekiem te „szaleństwa”.

JAN Może. Ty go nie broń.

STEFAN Przy okazji, chciałbym mu dać parę złotych.

JAN Jemu nie dawaj grosza do ręki, wystarczy to, co ja mu odpalę.

STEFAN Ale chciałbym...

JAN Upierasz się, to daj mnie, a jak mi nie podpadnie, to mu kapnę od czasu do czasu jaki grosz.

STEFAN Nie powiesz o nim dobrego słowa?

JAN A co, mam go rozpuścić, jak dziadowski bicz? Ty nie masz dzieci, to nie wiesz jak trudno te cholery wychowywać. Nie możesz oka z takiego spuścić.

STEFAN A co, wpadł w złe towarzystwo, próbował ćpać?

JAN Jeszcze by tego brakowało! Kontroluję każdy jego ruch, sprawdzam wszystkie jego schowki, kieszenie, listy do niego czytam. Z nimi nie ma żartów. W końcu to mój jedynak, następca. Moje nazwisko nosi. Mało mu poświęciłem czasu?

STEFAN Raczej za dużo.

JAN Między nami powiem ci, że żal mi go, jest samotny, zawsze sam. Gdybyś miał żonę, dzieci, miałby kuzyna lub kuzynów, miałby z kim się bawić. Czasami śni mi się sen, jak z amerykańskiego filmu, kiedy przychodzi do mnie i mówi „Tato, jestem gejem”. Cholera, co ja bym wtedy zrobił? Ale na szczęście ostatnio byliśmy razem w sklepie z koszulami dżinsowymi, wyobraź sobie w naszym małym mieście otworzyli specjalny sklep z koszulami dżinsowymi! I tam szturchnął mnie w bok „Tata, ale tu laski pracują”. Aż mi się ciepło zrobiło koło serca i nie pozostałem mu dłużny. „Zaczekaj, mówię mu, pójdziemy do sklepu ze sprzętem sportowym, tam dopiero zobaczysz laseczki!”. Aha, i raz kondomy znalazłem w jego portfelu. Uspokoiłem się. Ojciec babiarz, to i syn nim będzie.

STEFAN Przecież nasi bracia mają potomków.

JAN Ale to maluchy, młodsze od niego o dziesięć lat.

STEFAN Też bym trochę nazbierał chrustu na ognisko.

JAN Drewna jest do oporu, Bator podrzucił, kazałem Błażejowi ze względów wychowawczych. Kiedy tylko jest okazja docieram go ostro.

STEFAN Pójdę jednak, przy okazji rozprostuję kości. Może przy okazji poziomki znajdę...

JAN (patrzy na niego zaskoczony) Poziomki? Jak chcesz, ja pomyję naczynia.

 

9.

            Stefan mija ojca, idzie w kierunku zagajnika, wchodzi między drzewa, rozgląda się, próbuje znaleźć jakieś patyki, ale tym zajmuje się niespecjalnie. W końcu przystaje, zaczyna kasłać, robi to długo, choć się powstrzymuje. Kaszel wyczerpuje go, siada na jakiś zwalony pień. Odpoczywa chwilę w słońcu.

            Wydaje mu się, że w niedużej odległości od niego widać jakieś kotły, krzątających się wokół nich ludzi, widać też dym! Wszystko to widzi jakby na zwolnionym filmie! Czyżby to była jakaś bimbrownia?

            Później idzie w kierunku przyszłego ogniska. Lornetka leży na stole z nieheblowanych desek. Błażej skończył malowanie, na środku działki ćwiczy kung fu. Wykonuje różne skłony, zadaje niewidzialne ciosy itd. Stefan przygląda mu się z coraz większym ożywieniem. W końcu bierze lornetkę. Przez moment widzi w lornetce... ćwiczącego nagiego chłopca. Odkłada lornetkę. Po chwili bierze ją znowu. Kieruje w stronę pobliskiej ściany lasku czy też zagajnika. Przygląda się jej chwilę. W końcu wydaje mu się, że widzi ukrytą za krzewami jakąś postać, jej wzrok. Jest zaskoczony, że ktoś go obserwuje.

 

10.

            Jan po zmyciu naczyń przeciąga się, obchodzi swoje gospodarstwo, chowa kosę, podchodzi w miejsce nad jeziorem, gdzie będzie ognisko.

            Poprawia drewno na opał, przynosi z domku koce itd. W końcu zatrzymuje się przy siedzącym Stefanie.

JAN (przygląda mu się) Nie znalazłeś drewna?

STEFAN (wzrusza ramionami) Wydawało mi się, że w zagajniku ktoś się ukrywa, dokładnie: podgląda nas, a może szpieguje?

JAN Niemożliwe, ja tu, poza Batorem, nikogo nie oglądam przez cały dzień.

STEFAN A jednak.

JAN (przymruża oko) „Powiększenie”, „Blow up” ci się przypomina? Jak na Śląsku prowadziłem dyskusyjny klub filmowy na bilety na ten film podrywałem najładniejsze laski (bierze ze stołu lornetkę, patrzy na jezioro). Lepiej popatrzę sobie na naszą rusałkę.

STEFAN I co?

JAN Zainteresowała cię? Nie ma jej, nie ma. Jutro znowu się będzie kąpała. To pewne. Założymy się?

STEFAN Nie lubię się zakładać.

JAN Nie, to nie.

BŁAŻEJ (podchodzi do miejsca, gdzie będzie ognisko) Tato, skończyłem malować.

JAN Widziałem, widziałem. Gdzieś ty podpatrzył te prysiudy?

BŁAŻEJ Nie znasz się na tym, to kung fu. Wszystkie chłopaki z technikum to ćwiczą.

JAN Wolałbym, żebyś co innego ćwiczył, z jaką fajną dziewuchą. Ha, ha!

BŁAŻEJ Tato...

JAN No dobra, dobra. Umyj się, przygotuj do ogniska.

BŁAŻEJ Zależy mi...

JAN Umyj się, posiedzisz z nami, sfilmujesz nas na pamiątkę. Coś taki nerwus?

BŁAŻEJ Wtedy będę mógł iść na dyskotekę?

JAN Co za namolny typek! Pójdę po wódę, pomożesz mi? (do Stefana).

STEFAN Pewnie.

            Z domu wynoszą skrzynkę z wódką, do tego chleb, pomidory, ogórki, kiełbasę, szklanki, papierowe talerze, plastykowe noże i widelce.

            Stefan wraca do domku.

STEFAN (woła do Jana) Masz jakieś lusterko?

JAN Po co ci lusterko, przejrzyj się w wodzie, jaki jesteś ładny.

STEFAN To później.

JAN Co mówisz?

STEFAN Co z lusterkiem?

JAN Jest bodaj w kuchni.

            Stefan znajduje okrągłe lusterko, goli się, później w swojej torbie szuka białej koszuli. Przychodzi zniecierpliwiony Jan.

JAN Co ty robisz? Golisz się, koszulę zmieniasz, po co?

STEFAN W końcu, w takim dniu.

            Jan macha ręką. Razem wracają do przygotowywanego ogniska, przy którym siedzi Błażej, wcześniej podjechawszy do niego z dziadkiem na wózku.

JAN To co, kto zapali? Jedną zapałką.

STEFAN Nie zaryzykuję.

JAN Błażej, spróbujesz?

BŁAŻEJ Tata, to tylko mnie widzi... Stale o mnie gada.

            JAN kroi ogórki, pomidory, chleb.

JAN (pokazuje na ogórek) Lubię polskie żarcie, lubię to co u nas urosło, w Polsce, jest z nami od setek lat. To nasze, swojskie, najbliższe nam, nie?

STEFAN Bo ja wiem...

            Jan rozlewa wódkę do trzech kieliszków. Błażej w tym czasie bez trudu rozpala ognisko. Jan każdemu wręcza kieliszek.

BŁAŻEJ Tata, ja nie chcę.

JAN Nie walniesz jednego za moje zdrowie? Widzita go, udaje, że niepijący, a na dyskotece to z gwinta nie ciągniesz „Arizony”, co?

BŁAŻEJ Tata...

JAN Cholera, jaki to prymusik przy wujaszku.

STEFAN Janie, twoje zdrowie, jeszcze raz wszystkiego najlepszego. Ale czy nie pośpieszyliśmy się?

JAN Czemu?

STEFAN Nikt już nie przyjedzie?

JAN Umawiałem się na siedemnastą, zobacz jest kwadrans po, znaczy się, zaczynamy bez gości. Trudno, uha, ha!

STEFAN Może by do nich zadzwonić?

JAN Próbowałem, ale w komórce tylko „Przepraszamy, wybrany abonent jest nieosiągalny...”. Coś tak. Europa co, Wersal? A ty nie masz komórki, nie zauważyłem.

STEFAN Nie mam, obywam się jakoś. Olewam gadgety. Chcesz mnie koniecznie postawić pod pręgierzem?

JAN Gadgety. Spytać nie można? Podesłałem do stolicy dwóch dziennikarzy z naszej powiatowej gazetki, żeby zrobili z tobą wywiad i co, nie zgodziłeś się? Wstyd mnie. Wykosztowały się chłopaki, a ty odprawiłeś ich spod drzwi.

STEFAN Zmieńmy temat.

JAN (klaszcze w ręce) Błażej, bierz kamerę, utrwal nas.

            Błażej filmuje dziadka Hieronima na wózku i stojących za nim Jana i Stefana, później Stefan filmuje dziadka z Janem i synem, a na koniec Jan filmuje ich trzech. Stefan odchodzi od ogniska. Na gałęzi pobliskiego drzewa, na początku sztuki wisiała na nim kamera, próbuje się podciągnąć. Nie udaje mu się.

BŁAŻEJ (do Stefana) Wujek walczy z wiekiem?

STEFAN Z wiekiem, z czasem, wszystko jedno.

            Błażej bez wysiłku podciąga się na gałęzi, później podciąganie powtarza pięć razy.

STEFAN Brawo!

BŁAŻEJ Małe piwo.

JAN (przy ognisku, jakby nie dostrzegał tej scenki) Najdłuższy dzień w roku, nie będzie się chciało spać. Pamiętasz, wieki minęły, „wianki” u nas w mieście dwudziestego czwartego czerwca? Jakie tłumy zbierały się wieczorem nad rzeką. Jak jej środkiem, bez przesady, płynęły setki wianków, okręcików, wieńców... Że my dzieciaki, ciekawe wszystkiego, nie potopiliśmy się przy okazji? Rzeka płonęła od świateł. Gdzie to się podziało, co się z tym stało, gdzie są ci ludzie?

STEFAN (wtrąca się) Umarli, by zrobić miejsce innym.

JAN (jakby nie słyszał słów brata) A może byśmy i dziś zrobili i wypchnęli na jezioro jakiś wianek? Błażej, poszukaj patyków i choiny, ja pójdę po świeczkę (odchodzi od ogniska).

BŁAŻEJ (mruczy) Zawsze pada na mnie.

STEFAN Nie gderaj. Ojciec cię kocha, dlatego stale jesteś w centrum jego uwagi. To nieszkodliwe ojcowskie gderanie.

BŁAŻEJ Bokiem wychodzi mi ta gadanina.

STEFAN Nie narzekaj. Ojciec twierdzi, że nie masz dziewczyny...

BŁAŻEJ Wszystko go interesuje.

STEFAN A masz?

BŁAŻEJ Forsy nie mam nawet na kawę, kino drogie, samochodu ojciec mi nie chce pożyczyć...

STEFAN A co z mamą?

BŁAŻEJ Znowu chla, kiedyś miała trzydniówki, teraz już pięciodniówki, ojciec wyłącza wtedy w domu telefon i gaz, nie puszcza jej między ludzi. Teraz jest w szpitalu.

STEFAN Żal ci mamy?

BŁAŻEJ (pokazuje na ojca wracającego z domku, kładzie palec na ustach) Ciii. Jan wraca ze świeczką.

JAN (pokazuje świeczkę) Znalazłem, a przy okazji telewizor włączyłem, gdyby ktoś chciał sobie popatrzeć.

BŁAŻEJ Tato, stąd nic nie widzę.

JAN Niech widzą sąsiedzi, jak kto siedzi.

 

11.

            Jan z Błażejem budują prymitywny wianek, stawiają i zapalają świecę, wypuszczają na wodę, wianek kręci się blisko brzegu, ale nie odpływa, nie ma ani fali, ani wiatru.

JAN No to powtórzymy kolejkę. Jedzcie, jedzcie, podkład pod wódeczność potrzebny.

BŁAŻEJ Tato, ja naprawdę...

JAN Zwalniam cię.

BŁAŻEJ A będę mógł już iść na dyskotekę?

JAN Jaki upierdliwy. O której wrócisz?

BŁAŻEJ Skąd mogę wiedzieć.

JAN Wróć o pierwszej, bo inaczej będziesz spał na werandzie.

BŁAŻEJ A bo to źle w taką noc?

JAN Zjeżdżaj już, zjeżdżaj. Wiem, wiem, kobitki czekają.

Błażej odchodzi.

JAN Dobrze, że się nie obraził za te „kobitki”, bo jak dotąd nie widziałem go z żadną dziewuchą. Ja w jego wieku. Ech! Nie wiem, w kogo jest ten typ, bo nie we mnie. Miękki taki, rozlazły, czymś przestraszony, przymulony. W tym amerykańskim mundurze chce udawać twardziela i mięśniaka. Na dodatek zero dyskusji z nim. Ostatnio próbowałem z nim porozmawiać. Z wysoka zacząłem, bo o Panu Bogu, Honorze i Ojczyźnie, to zawziął się, nie odezwał się ani jednym słowem. A ja łakomy byłem życia od małego, zawsze i wszędzie chciałem być pierwszy. W co ja się nie pchałem, w czym ja nie brałem udziału? Ministrant, strażak, tancerz, artysta, sportowiec... Że to się chciało człowiekowi, że to się chciało. Ciągle w biegu. Połykałem czas. Co mnie tak pędziło, goniło? Inaczej niż ty, bo ty, jak tylko pamiętam, siedziałeś z nosem w książce, zawsze zaczytany, nieobecny. No i popadło na ciebie, że ciebie wysłali na studia. Tego najstarszego, najlepszego. Zapomniałeś, że byłeś dumą miasta? Najlepszy w podstawówce, najlepszy w liceum, a później rozpłynąłeś się w tłumie, miasto zawiodło się na tobie, już nie słyszeli żebyś przodował, żebyś był najlepszy, przestali ci wróżyć karierę.

STEFAN Byłem „dumą miasta”, co ty za głupoty wygadujesz?

JAN Pewnie, pewnie, wyjechałeś, nie przyjeżdżałeś całe lata do miasta, urzekła cię wolność, a my, twoi bracia, mit tobie budowaliśmy, mit najlepszego, jedynego, niezastąpionego, co to nie ma czasu przyjechać do domu, bo to zagraniczne stypendia, staże zagraniczne, referaty i koreferaty, furt tylko obowiązki i obowiązki. Zwyczajnie kłamaliśmy.

STEFAN Mijaliście się z prawdą...

JAN Kłamaliśmy jak najęci, to przez matkę, na jej życzenie. Wierzyła w ciebie do końca, choć nie dawałeś znaku życia. Niby za profesorka uchodziłeś, a tymczasem siedziałeś w jakiejś dziurze, jako nauczycielek, edukowałeś, jak ja, wiejskie bachory, nie powiem zaszczytne zadanie, ale co to niby miało wspólnego z karierą? I tak już pozostało. Dobrze, że później wyskoczyłeś w górę, w stanie wojennym, zaczęli pokazywać cię w telewizji. Ale wiesz dlaczego tak wypłynąłeś, bo gówno przyczepi się do okrętu i mówi „Płyniemy!”. Ty byłeś tym gównem, w normalnych czasach nie miałeś prawa wypłynąć, ale w tych nienormalnych każdy, kto się deklarował po właściwej niby stronie mógł się pokazać w telewizji, dać głos w radiu, dać wywiad do gazety... Czy tak jak ja myśleli wszyscy, nie wiem. Ale jak tak myślałem. Dopiero wtedy żurnalistą zostałeś, dali ci etat w centralnej gazecie.

STEFAN Wypiłeś jeden kieliszek za dużo, co? Jak o jeden most za daleko.

            Jan nie odpowiada, podkłada pod ognisko, w końcu nalewa wódkę do kieliszków.

JAN A jak myślisz, dlaczego nie przyjechali twoi młodsi bracia: Bogdan i Andrzej? Oni nie mogli iść tak jak ty uniwersyteckim szlakiem, nie starczyło już grosza na ich naukę.

STEFAN Skończyli obaj szkoły wyższe.

JAN Szkoły wyższe? Ha, ha! Tak, tak. Bogdan skończył szkołę oficerską w Poznaniu, Andrzej zaliczył kurs oficerski w Legionowie. Oto ich studia.

STEFAN Wybrali to, co ich interesowało.

JAN Wierzysz w ich miłość do służb mundurowych, że się przejęli na przykład truizmami o służbie zaszczytnej i romantycznej? Ha, ha!

STEFAN Ale jakoś do dziś nie wyrzekli się munduru.

JAN A gdzie mają iść, mają swoje lata, no i zdrowia ubyło? Dobra, pytałem cię dlaczego nasi bracia nie przyjechali na moje imienino-urodziny?

STEFAN Nie wiem, rzadko ich widuję. Andrzej, to w końcu wyskrobek, dwadzieścia lat młodszy ode mnie, całe pokolenie.

JAN Dokładnie, dziewiętnaście. Ale kiedy dorośli to wysyłali do ciebie listy, telefonowali, ale ty nawet na ich śluby nie raczyłeś przyjechać. Nigdy nie zadzwoniłeś z życzeniami imieninowymi.

STEFAN Widocznie nie nadawałem się do życia rodzinnego. Małżeństwo to jedno pasmo kombinacji. Bezwzględna gra. Kto kogo?

JAN Skąd te mądrości u ciebie? Nawet nie przyparłem cię do muru, a ty już kręcisz na mnie inteligencki bat.

STEFAN Kręć się, kręć wrzeciono.

JAN Jak zwykle chcesz się wykpić, obśmiać sprawę, obrócić ją w żart. Zauważyłem, że to samo robił kiedyś ten prezydent, no Kwaśniewski. Rękę możecie sobie podać.

STEFAN Nie przyjechałem się kłócić. Liczyłem, że się dzisiaj z nimi spotkam.

JAN A jednak nie spotkasz się, oleli cię. Nareszcie mogą cię bezkarnie olać, położyć na tobie lagę, nie zauważać cię.

STEFAN Przy okazji i ciebie.

JAN A nie, nie, składali mi życzenia, zresztą, odbijemy to sobie w przyszłości. Na pewno.

STEFAN Nie będę wam przeszkadzał.

JAN Już nam nie możesz przeszkodzić w niczym i w nikim, już nie masz nad nami żadnej władzy, już nam nic nie grozi. Od dawna nie jesteś naszym idolem, niedościgłym wzorem, przykładem, nie imponujesz nam, nie naśladujemy cię.

STEFAN To bardzo dobrze. Zaraz, zaraz. A jakąż ja miałem władzę nad wami? Z czyjego nadania?

            Jan znów nalewa sobie kieliszek, pije, choć ze wstrętem.

JAN Tak sobie kombinuję, czemu ty nigdy się nie ożeniłeś? Niby słyszałem o różnych babach przy tobie, ale kończyło się na gadaniu. A z twojej piątki kolesiów, którzy, pamiętam, przychodzili do nas, do domu, w gimnazjalnych czapkach, żaden się nie ożenił. Jeden został księdzem, to niby zrozumiałe. Wybrał rolę starego kawalera. Drugi mieszka w Belgii, trzeci był w mieście kierownikiem biblioteki, mieszka sam, cholerna kariera. Mógłbyś go odwiedzić, co? Strasznie się postarzał. Czwarty popełnił samobójstwo. Pewnie nic o tym nie wiesz. Dawno temu. Dlaczego, nie wiadomo. A matkę naszą to bolało do końca, do końca żywota, że jej wnuka nie dałeś. Marzyła, żeby się z tobą przejść po Rynku pod rękę. Miała idiotyczne marzenie, co? Chciała, żebyś się ożenił, założył jakąś własną firmę. Za dużo chciała, co?

STEFAN Doczekała się, jak dobrze liczę, pięcioro wnuków.

JAN Ale jej zależało na wnuku od ciebie, od tego najstarszego, pierworodnego. Cholera, dlaczego ja cię tak broniłem przez lata? Do końca. To niby więzy krwi się odzywały, co? A ciebie to nic nie obchodziło. Nic. Byłeś ponad. Niby uczony. Doktor. Pamiętam, jak dyrektor w liceum stale na apelu, jak to się mówi, stawiał ciebie i twoją grupę za niedościgły wzór. Najlepsi w nauce, najlepsi w sporcie, do tego społecznicy, harcerze, aktorzy, szkolni poeci... Jezu, długo wymieniać. Najśmieszniejsze, że jak Andrzej, najmłodszy z nas, został licealistą, znów usłyszał na szkolnym apelu twoje imię. W dalszym ciągu byłeś najlepszy, cholera, wzorzec metra z Sevres prędzej by się zużył. A ty byłeś niezniszczalny, niezatapialny, dobry na każdy czas. Czemu? Dlaczego niby? Dobrze się ustawiłeś. Nawet własny ojciec nie może cię skarcić, skląć, a może i mordę obić. Myślę, że miałby ci co nieco do powiedzenia. Więcej niż ja... Patrzy na ciebie. I to wszystko. Co on tam sobie kombinuje, nikt nie wie. Nie czujesz się zażenowany tym, że jak gdyby nigdy nic przyjechałeś do miasta po prawie piętnastu latach nieobecności?

STEFAN Ojciec też ma do mnie pretensje?

JAN Kiedy jeszcze był w formie namawiałem go, by powiedział specjalnie coś dla ciebie przed kamerą, ale się nie zgodził. W końcu wykombinowałem, by powiedział coś, choć do magnetofonu. Zgodził się niechętnie. Wybaczył ci, jak sam posłuchasz, to co o nim napisałeś w książce.

STEFAN Starałem się w niej być obiektywny w możliwie maksymalnym stopniu.

JAN A jednak napisałeś o nim nieprawdę.

STEFAN Bzdura.

JAN Chodzi o drobiazg. Napisałeś, że nie ukończył szkoły podoficerskiej, że nie był podoficerem. A przecie często nam o tym opowiadał, jest też zdjęcie ojca w mundurze kaprala. Zresztą, czy wiesz, że poszedł do woja jako ochotnik?

STEFAN Pisząc monografię ojcowskiego pułku oparłem się na dokumentach pułkowych, rozkazach i innych dokumentach. Oryginalnych. Zachowanych w archiwum.

JAN Ale ojciec całe życie miał opinię prawdomównego, cholernie uczciwego, nigdy nie skłamał. Jednego się zawsze trzymał, choćby nie wiem co – prawdy.

STEFAN Może inaczej: nigdy nie przyłapaliśmy go na kłamstwie. Wiesz, prawda to rzecz straszna. Dla każdego znaczy co innego. Ja jednego się trzymałem całe życie – by nikomu swojej prawdy nie objawiać, nie skłaniać do jej przyjęcia.

JAN Wkurzasz mnie. Nie rozumiem cię. A tamto zdjęcie ojca?

STEFAN Może pożyczył mundur od jakiegoś kolegi?

JAN O, właśnie. Trzeba było rozmawiać z jego kolegami.

STEFAN Wszyscy koledzy z jego plutonu nie żyją. Jego dowódca szwadronu zmarł prawie trzydzieści lat temu, dowódca plutonu zginął od kuli , to znaczy utopił się w Wiśle, jeszcze we wrześniu, w trzydziestym dziewiątym roku.

JAN Będę powtarzał z uporem: skrzywdziłeś ojca. Nawet gdyby tak było jak mówisz, to przecież pomyśl, stworzył sobie legendę, maleńką, odprawiał przy tym swoim ołtarzu nabożeństwo, ale nikomu nie szkodził. Nikomu. Cholera, gdzie ty byłeś jak obdzierali go z godności? Chcieli mu zabrać wszystko po osiemdziesiątym. Po której wtedy stałeś stronie. Bo jak powiedział prezio, były dwie. Dlaczego nie miałeś czasu, by mu pomóc?

STEFAN (zamyślony, udaje, że nie słucha) Przed przyjazdem do ciebie byłem na grobach: matki, moich koleżanek z liceum: Basi, Irki, generała, babki, dziadka, ciotek, kolegów. Nałaziłem się po starym cmentarzu. Trafiłem i na grób Aldony.

JAN Po co wspomniałeś Aldonę? Cholernie bezczelny jesteś, pozazdrościć.

STEFAN Byłem pierwszy raz na jej grobie. Zresztą, przypadkowo.

JAN A czy ty wiesz, że ona przez ciebie popełniła... samobójstwo, długo to w sobie dusiłem, czterdzieści lat, ale dzisiaj ci powiem.

STEFAN Niemożliwe! To bzdura. Widziałem ją tylko jeden jedyny raz w życiu.

JAN To była moja narzeczona.

STEFAN Nie odebrałem ci jej.

JAN Daj mi skończyć. Uchodziła za moją narzeczoną, ale spotkała ciebie i klops, koniec, nie wiem co się z nią stało, truła się kilka razy, w końcu skutecznie, a ja musiałem uciekać aż na drugi koniec Polski. Piętnaście lat tam kiblowałem. Byli tacy, co twierdzili, że przeze mnie odebrała sobie życie. Straciłem kolegów, wytykali mnie różni palcami, bojkotowali... Niewiele brakowało, a i ja obwiesiłbym się.

STEFAN Spotkałem ją tylko raz. Zadzwoniłeś do mnie: „Przyjeżdżaj, jutro mam maturę z polskiego, wesprzesz mnie moralnie”. Spotkałem ją przypadkowo na rynku, coś tam o was dwojgu wiedziałem, dlatego podszedłem do niej, by zapytać o ciebie. Poszliśmy do parku, bo powiedziała, że chce zapalić papierosa, a na ulicy tego nie zrobi, wszędzie kręcą się nauczyciele, tam trochę rozmawialiśmy...

JAN Całowałeś się z nią?

STEFAN Pocałowałem ją na do widzenia, właściwie cmoknąłem we włosy, i tyle.

JAN Wiem wszystko. Mówiłeś jej, że ma piękne oczy, cudne włosy, że niejeden by się w niej zakochał, że każdy, kto chce się zrealizować nie może zastanawiać się nad konsekwencjami, musi iść za głosem serca. Takie tam dyrdymały. Po tym spotkaniu była bliska obłędu, na siedemnastoletnią panienkę z małego miasteczka zwrócił uwagę magister ze stolicy. Zdobyła twój adres i zaczęła wysyłać do ciebie listy...

STEFAN Żadnego nawet nie otworzyłem, wszystkie jej odsyłałem.

JAN Przeczytałem te listy po jej śmierci. Tak normalny człowiek nie pisze, to było szaleństwo, pierwsza młodzieńcza miłość, dlaczego nie próbowałeś ich przeczytać, odpisać jakoś łagodnie, jak do dziecka, żeby sobie nadziei nie robiła, cokolwiek?

STEFAN Skąd mogłem wiedzieć, co się z nią dzieje? Naprawdę, to było poza mną.

JAN No tak, na babach, to ty się nie znasz. Kompletnie. A co zrobiłeś Kazi?

STEFAN Jakiej znowu Kazi?

JAN Kazimierze, to było jeszcze w liceum. Była o rok młodsza od ciebie, taka wysoka, ładna, o podłużnej, smutnej twarzy, miała jasne warkocze, zakochała się w tobie bez pamięci. To mi matka mówiła. Cieszyła się, synową ją nazywała.

STEFAN Przypominam sobie Kazię z liceum, ale co się niby z nią stało?

JAN Po maturze poszła do klasztoru.

STEFAN To się zdarza.

JAN Ale to przez ciebie, poszła do klasztoru, przez ciebie. Odtrąciłeś ją po chamsku, po chamsku! Nie dałeś jej nawet cienia nadziei. Była w tobie śmiertelnie zakochana. Zastanawiam się, czy celowo łamałeś te dziewczęce serduszka, czy wynikało to po prostu z twojej durności? Ich emocje cię nie interesowały, bo nie mogły, brylowałeś w innych rejonach?

STEFAN Ofelio, idź do klasztoru.

JAN Co mówisz?

STEFAN Nic, nic...

JAN Jesteś buc, palant, kretyn, świr, łobuz, debil, bydlę... A pamiętam jak chciałeś zobaczyć Boga, powąchać czy dotknąć czasu... Tak sobie roiłeś, zapomniałeś? Pamiętam taki twój wiersz...

STEFAN Jaki wiersz, z poezją skończyłem przed maturą.

JAN Ale w szkolnym pisemku zdążyłeś napisać: „Zapytali mnie kim jestem / U stóp wielkiej góry / Zaczekajcie poprosiłem / Niech wejdę na jej szczyt / wyprostuję się i odpowiem wam”.

 

12.

            Piją dalej, Stefan chce odpowiedzieć, ale spostrzega, że Jan zasnął. Stefan trzeźwy, przykrywa go kocem, słychać warkot samochodu. Jego światła omiatają działkę, Stefan wpatruje się. Samochód zatrzymuje się, wychodzi z niego Bartek, 67-letni lekarz, szwagier braci. Podchodzi do ogniska.

STEFAN (wstaje) No cześć, cześć, doktorku (całują się).

BARTEK Cześć, czołem. Co tam w Warszawie słychać?

STEFAN Zagłuszają.

BARTEK A jak zdrowie?

STEFAN Byle jak.

BARTEK Nie możesz się przejmować.

STEFAN Staram się.

BARTEK Zaczekaj, zobaczę, co u taty.

STEFAN Nie poznał mnie.

BARTEK Spóźniłeś się.

STEFAN Ale tak w ogóle ojciec...

BARTEK Serce ma w porządku, przedwojenne...

            Podchodzi do siedzącego nieruchomo Hieronima, bada mu puls, później wsłuchuje się w rytm serca.

BARTEK Jadł coś?

STEFAN Tak, tak. Jadł i pił. Ubrali go w tę kurtkę...

BARTEK Sam się pewnie ubrał... Czasami wygląda na całkiem przytomnego, ale tylko czasami. Żadnej stałej poprawy nie ma, ale ogólnie nie jest najgorzej. Na pewno nie cierpi. Co za dzień, siedmiu od rana operowałem. Całą wycieczkę do Rzymu, jechali na pielgrzymkę, daleko nie dojechali.

STEFAN Zdarza się.

BARTEK Nieczęsto, pięć kaw wypiłem, co kilka godzin robiłem sobie przerwę i jakoś dałem radę, chociaż zdrowie już nie to.

STEFAN Napijesz się?

BARTEK A nie, nie. Będę wracał samochodem. A poza tym jestem cholernie zmęczony, wódka mi wtedy nie pomaga (pokazuje na Jana) Zmogło go?

STEFAN Wypił cztery kieliszki i padł. Obudzę go?

BARTEK Po co? Nie zagadał cię, gaduła. Ciągle o tym samym.

STEFAN Ale kontroluje się. Poza linię nie wychodzi. Obudzę go (budzi na krótko brata, który wita się ze szwagrem, a następnie znowu zasypia).

BARTEK Ma problemy z ciśnieniem, ale trudno go wygonić do specjalisty. Załatwiłem mu rehabilitację, był tylko dwa razy. Twierdzi, że nie ma czasu, interesy ważniejsze. Zresztą, (śmieje się) to rodzinne. Załatwiłem jego żonie pobyt w zakładzie odwykowym, i... zwiała po dwóch dniach, zwyczajnie wyszła z zakładu i wróciła do domu. Podpadłem komisji, która ją skierowała, wszak zabiegałem u niej o miejsce. Zresztą, esperal potrafiła sobie wydłubać.

STEFAN Podziwiam Jana, że nie spuścił jej w swoim czasie ze schodów.

BARTEK Namawiali go różni, ale dzieci małe, nie odważył się, a po wypadku przeszedł mu bunt.

STEFAN Cholera.

BARTEK Nie wrócił całkiem do zdrowia. ale wyrok losu dobrze znosi. Zresztą, ta bura suka przestała mu ostatnio dokuczać.

STEFAN Ale wódy nie przestaje ciągnąć?

BARTEK To nałogowa alkoholiczka.

STEFAN Jak to się stało, baba przecież?

BARTEK Co za różnica? To rodzinne. Ojciec chlał, córka chla. Jej ojca w ubiegłym roku pod namiot tlenowy wsadziłem, ale jakoś się wykaraskał. A tę artystkę ostatnio dwa tygodnie na kroplówce trzymałem, żelazo podawałem, przyszła z taką anemią, że na pierwsze piętro nie potrafiła wejść. Potrzymam ją jeszcze kilka dni na obserwacji, przynajmniej nie ma okazji pić, choć tak wyje po nocach, że w separatce musiałem ją umieścić.

STEFAN Jan mi o tym słowem nie pisnął. W każdym razie domowego lekarza mają za darmo. A ty jak się czujesz?

BARTEK Jak się może czuć chirurg po czterdziestu latach pracy przy stole operacyjnym? O, zobacz (pokazuje) tak trzymam ręce nad pacjentem, a w łokciach mnie rwie, pochylam się, kręgosłup trzeszczy, nogi o, tak i wio... do roboty. Dłutowania, trepanacje, wyrostki, woreczki żółciowe...

STEFAN (przerywa mu) Ale jako ordynator...

BARTEK Jako ordynator wychowuje sobie młodych operatorów, zrezygnowałem z niedzielnych dyżurów, ale pracować trzeba, w końcu kontrakt podpisałem, córka tworzy własną firmę, synowi dom buduję. Pokaż łokcie (ogląda łokcie Stefana) szorstkie, od kiedy to masz?

STEFAN (maca własne łokcie) Nie mam pojęcia, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

BARTEK A oczy? (wyjmuje z kieszeni małą latarkę okulisty, bada, nic nie mówi).

STEFAN No i co?

BARTEK A co ci dolega?

STEFAN Schudłem ostatnio dziewięć kilo... (pochyla się, szepcze coś do ucha lekarzowi).

BARTEK Spokojnie. Moja rada: żyć na pół gwizdka, unikać stresów, unikać szkodliwego wysiłku, ścisła dieta, regularnie odbywać marsze. Z alkoholu, niestety, trzeba zrezygnować, czasami, ale wyjątkowo, szklanka piwa na sen, albo lampka czerwonego wina do obiadu.

 

13.

            Od jakiegoś czasu pojawia się w polu widzenia Bator, widać go niewyraźnie na tle ciemnej plamy zagajnika. Chłop chrząka.

BATOR Dobry wieczór, panie doktorze, ja usłyszałem samochód pana doktora, bo ciemno, nówka, ja już tu dzisiaj byłem. A tera przychodzę podziękować.

BARTEK Operowałem panu bodaj dziesięć lat temu wyrostek robaczkowy, ale pan już mi dziękował.

BATOR Pan doktor wszystko pamięta. Moja ślubna, Bator Helena, brała udział w wypadku, co się wydarzył dziś rano i ja wiem, że już została zoperowana przez pana doktora. Ale tak się musiało stać.

BARTEK Co się musiało stać? Miała złamaną lewą rękę, na szczęście złamanie było nieskomplikowane, no i ma trochę siniaków.

BATOR To się musiało stać. Bóg ją pokarał, z „narzeczonym” – he, he! – wybrała się na pielgrzymkę. Ze Staszkiem spod lasu. Pan go zna?

BARTEK Może i znam. Dwadzieścia kilka lat jeździłem po tej okolicy, jako lekarz Pogotowia Ratunkowego.

BATOR No właśnie. A temu pierunowi, Stachowi, co się stało? Nie pamięta pan doktor?

BARTEK Nie pamiętam, ale zapewniam, że stan zdrowia wszystkich jest dobry, stabilny.

BATOR Szkoda, a najmniej żałuję mojej baby. Taki numer. Latała na próby kościelnego chóru, i ot co wyszło. Pielgrzymka do Świętego Miasta. Mieli modlić się przy grobie naszego Ojca Świętego. Na osiem dni jechali. Dałem dwa tysiące złotych. Tyle to kosztowało na jedną osobę. I tak sobie, psiekwie, umyślili żeby z dala ode mnie się gzić. Ale Bóg sprawiedliwy, nie dopuścił do bezeceństwa. W południe przyszedł mój syn i gada, że jakiś obcy chłop krząta się po gospodarstwie Stacha. Zaraz mnie coś tknęło, bo to odludek, nawet listonosza nie wpuści na podwórko. Zajrzałem tam. Jeno bejsbolówka Stacha była mi znajoma. Niby taki numer wymyślili, że z daleka miał wyglądać jak on. Myślę, wódkę podrzucę panu Jankowi, com ją przechowywał, i wrócę, popytam się, zastanowię: co robić, a tu mnie syn woła, krzyczy „Tato, tato!”, tak i już wiedziałem, że stało się coś niedobrego.

BARTEK Zwolnię żonę za kilka dni ze szpitala.

BATOR Niech mnie się ona na oczy nie pokazuje.

BARTEK Może nie jest tak jak pan myśli?

BATOR Ja swoje wiem. I dopilnuję tego.

BARTEK Napije się pan kielicha?

BATOR Nigdy nie odmawiam wódki i pacierza. He, he!

            Bartek rozlewa wódkę do kieliszków.

BATOR Panie doktorze, pana zdrowie, żeby się panu szczęściło!

BARTEK (podnosi kieliszek, ale nie pije z niego) My tu pijemy zdrowie pana Janka.

BATOR Wiem, wiem. Panie, taki dzień, taka noc najkrótsza w roku. Przed laty zawsze tu ludzi było pełno. Skakali bez ogień, szukali kwiatu paproci, no trochę się popijało, ale co za radość była, co za radość. Nic pod oko kamery. Zawiści nie było między człowiekiem a człowiekiem, ni zazdrości, ni nienawiści. Nikt nikomu niczego nie zazdrościł. Wszyscy mieli jednaką biedę po chałupach. A patrz pan, co się tera porobiło, jedni mają Amerykę, a u drugich jak u Polaków w Kazachstanie. Panie, żeby wiejska baba jechała uprawiać romans do Rzymu, panie, toż to koniec świata. Nic tylko rzucić się pod pociąg, ale znajdź pan pociąg na tej pustyni (pustym kieliszkiem kręci kółka przed lekarzem).

BARTEK Pokaż, pan, pokaż, co się tam panu zrobiło?

BATOR Głupstwo, zastrzał, przejdzie.

BARTEK Brał pan lekarstwo?

BATOR Starłem kartofel na papkę i nałożyłem na palec. Obwinąłem szmatką.

BARTEK (maca się po kieszeniach) Ja tu mam, o, antybiotyk w tubce, niech go pan wyciśnie na palec i kilka razy mocno wetrze.

BATOR (bierze tubkę) Dziękuję panie doktorze, dziękuję, bo to bolesne takie.

            Słychać dźwięk komórki.

BARTEK To chyba moja. Halo, słucham. No dobrze, podaj... fraxiparynę. Będę najpóźniej za pół godziny, powodzenia (chowa komórkę do kieszeni) Muszę wracać. Mój młody kolega denerwuje się na dyżurze. Dobrze, że nie piłem. Siadaj pan ze mną, panie Bator, podwiozę pana kawałek. A pan w nagrodę pomoże mi zabrać ojca.

BATOR Pomóc pomogę, ale przejdę się.

BARTEK Po ciemku można złamać nogę.

            Stefan podjeżdża z ojcem na wózku pod samochód. Bartek wspólnie z Batorem przesadzają go z wózka do samochodu. Następnie Bartek składa wózek, pakuje go do bagażnika.

STEFAN A mundur?

BARTEK Nie ma czasu, by go zdejmować. Jedziemy.

BATOR Dwa zdania chciałem zamienić z panem Stefanem.

BARTEK (zaskoczony) Dwa zdania.

            Bartek zapala silnik.

BATOR (na stronie, do Stefana) Ja już nie mogę pana bronić, nie da rady. Zobacz pan, oni są już na wzgórzu.

STEFAN I w nas są, w nas, w panu i we mnie, panie Bator. Wszędzie są, psiekwie, he, he!

BATOR To dobranoc (zastanawia się przez chwilę nad jego ostatnimi słowami, w końcu macha ręką, wsiada do samochodu).

BARTEK (woła do Stefana) To co, jutro się widzimy?

STEFAN Tak, tak.

BARTEK Głowa do góry. Nie pogadaliśmy... Szkoda.

            Samochód powoli odjeżdża, Stefan długo za nim patrzy.

 

14.

            Na wzgórzu, w ciemnościach, widać jakby zarysy sylwetek kilkunastu ludzi, wszyscy trzymają w rękach latarki, machają nimi energicznie, tak jakby kłócili się, dyskutowali o czymś zawzięcie. Stefan patrzy w tamtą stronę, nie wygląda na przerażonego.

BŁAŻEJ (półgłosem zza węgła domku) Wujku, wujku!

            Stefan rozgląda się. W końcu dostrzega... Błażeja.

STEFAN (lekko zdziwiony) Nie jesteś na dyskotece?

BŁAŻEJ Usłyszałem, że chcą napaść na nasz domek, że będą bić wujka.

STEFAN Gdzie usłyszałeś?

BŁAŻEJ Zatrzymałem się pod sklepem, we wsi, tam się umówiłem z chłopakami i słyszę, że miejscowi skrzykują się, szykują kije i drągi. Śpiewali „Bój to będzie ostatni...”. Mówili takie słowa, że uszy puchną.

STEFAN Możesz powtórzyć?

BŁAŻEJ (zdziwiony) A po co? Wiadomo, co takie typy mogą gadać. Orzekli, że zaatakują w nocy, bańki z benzyną wezmą, ale głównie zależy im, aby dorwać wujka.

STEFAN To co, będziemy się bronili?

BŁAŻEJ Wujek się nie boi?

STEFAN A czego?

BŁAŻEJ Nie wiem. Straszno mi. Boję się. I... nie boję się. Oni nie żartują. Wujku, wiem gdzie ojciec ma rakietnicę, dostał ją od Batora.

STEFAN Rakietnicę, do czego mu potrzebna?

BŁAŻEJ Żeby dać sygnał, gdyby tu się coś stało. Postraszymy ich?

STEFAN Dobry pomysł, idź, poszukaj jej.

            Błażej wchodzi do domku, zapala niewielkie światło, otwiera szafę, znajduje w niej rakietnicę i paczkę naboi. Stefan wchodzi za nim, patrzy pożądliwie na niemiecką kurtkę mundurową. W końcu sięga po nią.

STEFAN Jak idziemy na wojnę to musimy się przygotować, co?

BŁAŻEJ (niepewnie) Chyba tak.

STEFAN Nie bój się. Najtrudniejszy jest pierwszy raz. Potem idzie gładko. Obiecuję ci, zapamiętasz tę noc.

            Stefan wkłada kurtkę wojskową, Błażejowi nakłada na głowę hełm Wehrmachtu.

STEFAN (ujmuje rakietnicę) Wyjdziemy im naprzeciw. Uprzedzimy ich atak.

            Wychodzą na zewnątrz

STEFAN (próbuje zobaczyć przez lornetkę obcych na wzgórzu, wydaje mu się, że przez mgnienie widzi w oddali... płonące drzewa!) Bez Mefistofelesa się nie obeszło. Prowokator. Chce wojny, bo jestem niby obcy, inny. „Bój to jest nasz ostatni...”. Podśpiewują, dowcipni... Złe już w ruchu, niech bierze obrót, jaki zechce.

BŁAŻEJ Co, co wujek mówi?

STEFAN To cytat.

BŁAŻEJ Co za cytat?

STEFAN Kiedyś wszystko ci wytłumaczę.

            Stefan podbiega do śpiącego Jana, okrywa go kocem, ognisko powoli dogasa, później idzie w kierunku pomostu, zdejmuje z szyi lornetkę i... wrzuca ją do wody, na koniec mocno odpycha od mola pustą łódkę, która, powoli się kręcąc, płynie na środek  jeziora.

            Dopiero wtedy, zdeterminowany, z przybudówki wyciąga zündappa, zaprasza na siodełko z tyłu Błażeja. Zapala motocykl i ostro rusza w stronę czekającego na wzgórzu tłumku. Po drodze oddaje w górę pierwszy strzał. Na niebie rozpryskuje się kolorowe światło.

 

15.

            Wczesny ranek, śpiew ptaków. Jan budzi się przy wygasłym ognisku, trzęsie nim zimno, rozgląda się, w końcu idzie do pustego domku, szuka brata i syna, woła coraz głośniej „Błażej, Błażej, Stefan, Stefan!”. Wraca nad jezioro.

            Dostrzega kołyszącą się na środku jeziora pustą łódź. Daremnie szuka lornetki.

JAN (zaskoczony) Cholera, gdzie ta lornetka, gdzie ja ją posiałem?

 

Koniec.



[*] Cytat z filmu „Rejs”.

Pin It