Wanda Nowik-Pala

 

Wyroki losu?

 

swieta woda 1

                                                                                       

         Staruszek Los widocznie przegapił moment narodzin Darka, za to przyjściu na świat Piotrusia kibicował na pewno. W odpowiednim czasie dopilnował, żeby ten drobny malec został wyposażony w komplet najlepszych genów oraz obdarzył go duszą zawodnika, a potem już wystarczyło tylko patrzeć, co z tego wyniknie.

            Zabawę miał przednią, bo Piotruś nie tylko we wszystkim dorównywał starszemu o półtora roku bratu, ale w wielu dziedzinach bił go na głowę. Jedną z nich była nauka.

            Obserwując jak ich starsza siostra odrabia lekcje, nie wiadomo kiedy poznał litery, tak że mając niespełna pięć lat swobodnie czytywał dziadkowi gazety, podczas gdy Darek zaczynał w zerówce dopiero poznawać początki tej trudnej sztuki.

            Zaskoczony dziadek z niepokojem kręcił głową:

- Oj, Piotruś, Piotruś, żebyś się tylko uchował…

- Nie mam pojęcia dlaczego ojciec tak kracze, zdrowszego dzieciaka nie widziałam – obruszyła się synowa.

- Nie kraczę, tylko się martwię. Żyję już na tym świecie ładne parę lat, niejedno widziałem i słyszałem. Popytaj ludzi, a przekonasz się, że zbyt mądre dzieci na ogół źle się chowają. Pamiętasz Nowaków? Mieszkali dwa domy dalej, pod samym lasem. Jakieś trzydzieści lat temu urodził im się chłopaczek, co to mając roczek gadał jak stary. I co się okazało? Właśnie to dziecko, najmądrzejsze z całej ośmioosobowej gromadki, którą ich Bóg obdarzył, zachorowało na białaczkę. Gdzież to z nim nie jeździli, wykosztowali się na tych profesorów, co go leczyli, ale nic to nie dało. Biega biedaczek po niebieskich łąkach, Bogu na pociechę. Albo córeczka Sianeckich, tych co mieszkają zaraz za kościołem. Zdolna i śliczna jak aniołek. Uśmiechnięte to było i żywe jak iskierka. Wszyscy się nią zachwycali. Pożyła ledwie pięć lat. Najwidoczniej spodobała się Bogu. Jak ci mało, to…

- Niech ojciec da już spokój, kiedyś brakowało lekarzy, a i lekarstwa nie były najlepsze, teraz leczą choroby, na które za ojca czasów się umierało – opędzała się od tych jego tyrad, jak od brzęczenia uprzykrzonej muchy, tłumiąc lęk, który pod ich wpływem nie wiadomo kiedy zrodził się w jej sercu.

Zdecydowała się nawet porozmawiać na ten temat z mężem:

- Wiesz co Twój ojciec wymyślił? Mówi, że nasz Piotruś jest tak mądry, że na pewno się nie uchowa, bo takie dzieci wcześnie umierają! Jestem tak zdenerwowana, że wszystko mi z rąk leci. Powiedz ojcu, że jak nie przestanie, niech się tu więcej nie pokazuje!

- Uspokój się! Też masz się czym przejmować! Nie zwracaj uwagi na to, co mówi, starzy ludzie lubią opowiadać o tym, co widzieli, czy usłyszeli. Powiem mu żeby cię nie straszył.

- Oby posłuchał. Nudzi mu się w chałupie, więc zagląda do nas. Nie mam nic przeciwko temu, chętnie podam mu herbatę czy talerz zupy. Dzieci go lubią. Opowiada im bajki, chłopakom pokazał jak się robi fujarkę, uczy ich starych gier i zabaw, chodzi na spacery do lasu, tylko dzisiaj nie wiadomo dlaczego zebrało mu się na to krakanie.

- Dobrze, już dobrze – przerwał jej wyraźnie zniecierpliwiony - przecież powiedziałem, że z nim porozmawiam. Muszę odgarnąć śnieg. Przejść się nie da, tyle napadało.

Ubrał się i wyszedł. Nie przejmował się takimi drobiazgami, pracował ciężko, wracał zmęczony i chciał mieć spokój. Ona prowadziła dom i opiekowała się dziećmi, on poświęcał im jedynie nieliczne wolne chwile. Był kierowcą. Nigdy nie wiadomo było jaka trasa mu się trafi. Bywało, że wracał po tygodniu, a nawet dwóch.      

Po jakimś czasie o wszystkim zapomniała. Chłopcy rośli zdrowo spędzając większość wolnego czasu na dworze, ponieważ w domu ich ciągła rywalizacja bardzo szybko przyprawiała ją o ból głowy.

            Zakładali się o wszystko – kto dalej skoczy z wersalki, szybciej się ubierze, zje, wypije, celniej rzuci kamieniem, pierwszy dobiegnie do domu, nie mówiąc już o zawodach w robieniu zeza czy pluciu na odległość.

Kiedyś dziadek wpadł z okrzykiem, że Piotruś siedzi pod płotem z zakrwawioną głową i nie chce przyjść do domu. Wypadła tak, jak stała. Na szczęście okazało się, że obejdzie się bez lekarza. Rzucali kamieniami i Darkowi „kamień krzywo poleciał, on nie chciał, to nic nie boli, nie krzycz na niego, mamo” dowiedziała się od poszkodowanego. Nie chciał przyjść do domu, bo bał się, że będzie zła na Darka! Kochane chłopaczysko! Musiała pocieszać zapłakanego Darka, a nie Piotrusia, który nawet nie syknął, gdy mu przemywała ranę spirytusem.

Albo ich wyprawa na wiśnie- roześmiała się w głos na samo wspomnienie – to dopiero był cyrk! Nigdy nie zapomni widoku pokrytego bąblami, wrzeszczącego wniebogłosy Darka. Wspiął się na wiśnię, nie przewidział tylko, że gałąź, na której stoi jest zbyt cienka, aby go utrzymać i razem z nią wylądował akurat w gęstej kępie wybujałych, dorodnych pokrzyw. A był biedaczysko w samych spodenkach! Dobrze się teraz pośmiać, wtedy nikomu raczej na śmiech się nie zbierało. Oj, te chłopaki! Z córką nawet połowy tych kłopotów nie ma, co z nimi.

- Z czego się śmiejesz, mamo? – spytała zajęta obieraniem ziemniaków Ania.

- Pamiętasz, córuś, jak Darek wraz z połamaną gałęzią wiśni wylądował w pokrzywach? Nie wiem dlaczego mi się to przypomniało.

- No, faktycznie ubaw miałam po pachy. Najgorzej, że musiałam powstrzymywać się od śmiechu, żeby go całkiem nie zdołować.

- Dobrze, że na tym się skończyło, mógł sobie złamać rękę albo nogę.

- Głupi zawsze ma szczęście.

- Jak możesz tak się wyrażać o własnym bracie.

- Bo jestem na niego zła. Znów wziął bez pozwolenia mój rower, jeszcze go zepsują, bo szaleją na nim z Piotrkiem już przeszło godzinę.

- Nie martw się. Zaraz zawołam ich na obiad. W tym roku Darek idzie do komunii i na pewno dostanie ten swój upragniony rower, więc wytrzymaj jeszcze trochę, proszę.

- Dobrze, mamo, postaram się.

W szkole Piotruś nie miał z kim rywalizować, ponieważ dawno umiał już to, czego reszta klasy próbowała się nauczyć i nauczycielka miała coraz większy kłopot z wymyślaniem dla niego takich zajęć, które by go nie nudziły. Obiecała jego rodzicom, że po półroczu rada pedagogiczna na pewno przeniesie go do drugiej klasy.

            Pewnego razu Los przerwał poobiednią drzemkę i postanowił sprawdzić, co słychać u jego chłopców, którzy od jakiegoś czasu wystawiali się wzajemnie na najdziwniejsze próby, chcąc ustalić, który z nich jest odważniejszy.

            Był przepiękny dzień babiego lata. Słońce starało się wzmocnić barwę ostatnich liści na drzewach, wiatr liczył, ile ich jeszcze pozostało, sosny zaś potrząsały wiechciami ciemnozielonych igieł, naśmiewając się z częściowo ogołoconych gałęzi sąsiadek. Drzewa porastały strome stoki jaru, dnem którego przebiegało pasmo ruchliwej szosy.

            Darek i Piotruś kolejny dzień poświęcali właśnie na grę: „kto przebiegnie jezdnię bliżej nadjeżdżającego samochodu” i chociaż poczynili pewne postępy, nadal nie potrafili rozstrzygnąć, który z nich jest w tej konkurencji lepszy.

            Rozleniwiony słońcem Los otwierał od czasu do czasu oczy, by zerknąć jak przebiegają zawody, ale ponieważ sytuacja wciąż była remisowa, znudzony ponownie je przymykał.

            Nadjeżdżał kolejny samochód. Darek wystartował do następnej próby i przemknął tuż przed maską poloneza. Zdenerwowany kierowca zatrzymał się, wysiadł i zaczął gonić uciekających urwipołciów:

- Gówniarze! Jak was złapię, nogi z tyłka powyrywam! – wrzeszczał wygrażając zaciśniętą pięścią, ale zasapawszy się, nie wiadomo - z wysiłku, czy zdenerwowania, widząc, że łatwiej chyba byłoby złapać wiatr, niż znających wszystkie okoliczne ścieżki i zakamarki malców, przystanął. Był jednak jeszcze zbyt zdenerwowany, żeby odpuścić. Za wiele zdrowia go to kosztowało, podszedł więc do pobliskiego kiosku:

- Dzień dobry. Może zna pan tych chłopców, co przed chwilą tędy przebiegali? Jeden z nich o mały włos nie wbiegł mi pod samochód. Jeszcze nogi mi się trzęsą.

- Panie! Bez przerwy kręcą się tu jakieś dzieciaki, kto by sobie nimi głowę zawracał. Nie widziałem, układałem towar.

Widząc, że nic nie wskóra, wrócił do pozostawionego auta i pojechał dalej.

A oni oczywiście po chwili znaleźli się, musieli przecież dokończyć tak niefortunnie przerwane zawody. Piotruś bowiem nie należał do tych, co zbyt łatwo rezygnują. Postanowił, że tym razem wygra.

            Podekscytowany Los patrzył jak jego podopieczny czeka do ostatniej chwili, jak biegnie tuż przed zbliżającym się mercedesem. Wiedział, że w każdej chwili jego interwencja może być potrzebna, więc czuwał. Miał swoje plany związane z tym maluchem. Już dawno ułożył dokładny scenariusz jego kariery naukowej. Wszystkiego dopilnuje. Na pewno możliwości jego ulubieńca się nie zmarnują! Sam nie wiedział dlaczego właśnie tego brzdąca lubi bardziej, niż innych. Poświęcał mu znacznie więcej czasu i uwagi niż pozostałym podopiecznym. A miał ich miliony. Chociaż się starzał, wciąż jeszcze bez trudu wykonywał ogrom swoich obowiązków. Wszak był wieczny, jak czas, wszechświat i życie. Wiedział jednak, że nie jest wszechmocny. Czasami, pomimo wysiłków, nie był w stanie zrealizować własnych planów i marzeń. Tak, jak teraz. Zrobił wszystko, co mógł, a jednak…

            Z bólem bezradności ściskającym mu rozdygotane serce patrzył, jak samochód uderza w drobne ciało Piotrusia, podrzuca je na maskę, jak to, co zostało z tego wspaniałego chłopca, opada na pobocze szosy.

            Płacz Darka, krzyki zrozpaczonej matki zszarpały mu nerwy na dobre. Długo nie mógł dojść do siebie, bo przecież nie tak to wszystko zaplanował.

 

 

Pin It